Skocz do zawartości
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

Wyszukaj

Wyświetlanie wyników dla tagów 'bieda' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj za pomocą nazwy autora

Typ zawartości


Forum

  • Regulamin i Zasady
    • Regulamin Forum
    • Lektura Obowiązkowa - nie tylko dla nowego użytkownika
    • Rozwój - przejmujemy władzę nad światem :>
  • Klub Weterana
    • Zasłużona Starszyzna
  • Relacje męsko-damskie i nie tylko
    • [ŚWIEŻAKOWNIA] - 'Moja historia'.
    • Na linii frontu - podrywanie.
    • Seks
    • Manipulacje kobiet i obrona przed nimi
    • Moje doświadczenia ze związku, małżeństwa
    • Sprawy rodzinne i dzieciaki
    • Rozstania, zdrady, prawo rozwodowe.
    • Mądry Mężczyzna po szkodzie.
    • Ściana hańby
  • Męskie i niegrzeczne sprawy
    • Samodoskonalenie i samowychowanie
    • Bad Boy
    • Hajs i inne dobra materialne
    • Wtopy i upokorzenia
  • Youtube - ciekawostki, dramy, informacje, nowinki
    • Polscy youtuberzy
    • Zagraniczni youtuberzy
    • Kanały sportowe
  • Sport i zdrowie
    • Sport
    • Zdrowie fizyczne i psychiczne
  • Polska i świat
    • Co w zagrodzie i za miedzą
  • Motoryzacja i Technologie
    • Wszystko co jeździ, pływa i lata.
    • Komputery
    • Technika i sprzęt
  • Hobby
    • Zainteresowania
    • Hobby i twórczość
  • Duchowość
    • Nie samym ciałem człowiek żyje
  • Rozmowy przy wódce
    • Flakon, kielon i zagrycha
  • Rezerwat dla Kobiet
    • Dlaczego tak?
    • Bara-bara
    • Bóg stworzył kobietę brzydką, więc musi się ona malować.
    • Wokół domowej 'grzędy'
    • Niedojrzali emocjonalnie faceci - ploty - dupoobrabialnia ;)
    • Kobiecy kącik 'kulturalny'
  • IT Przywitaj się i napisz czym się zajmujesz.
  • MacGyver a GADGETY MĘSKIE : ......?
  • Młodzi samcy w równowadze Tematy
  • Samczy Mobil Klub Powitalnia
  • Młodzi samcy w równowadze Tematy
  • IT Linux
  • IT Przywitaj się i napisz czym się zajmujesz.

Blogi

Brak wyników

Brak wyników


Znaleziono 7 wyników

  1. Mamona

    Człowiek. Szacunek. Pieniądze. Absurd. Labirynt. Czy aby na pewno człowiek posiadający pieniądze traktowany jest z szacunkiem? Moje zdanie. Nie jest. Nie mam nic przeciw byciu zamożnym. Być bogatym, a przy tym człowiekiem to dopiero wyzwanie. Hmm..... Ewentualnie, (że tak rzeknę) niczego nie rozumiem. Kto ma życzenie niechaj doda swoje 5 groszy. Z góry Dziękuję. Napisałem dziś piosenkę, już jest nieźle, już jest pięknie, Ale chcę, by było to wyłącznie dla mamony. Ani słowa o miłości, o podłości, polityce I o niczym innym, nic bez znaczeń dodatkowych. Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę. Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony. Ile razy to słyszałem, że ktoś kocha, nie wierzyłem, Bo jak wierzyć w to, gdy ktoś wyznaje dla mamony. Ta piosenka jest prawdziwa, ja tu śpiewam, w przekonaniu, Że nic nie przeżywam, tylko muszę coś zarobić. Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę. Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony. Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy! Ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy! Ta piosenka jest nagrana dla pieniędzy! Ta piosenka jest wydana dla pieniędzy! Nie traktuję cię jak głupca, ja zakładam, że ty słuchasz I że widzisz to, jak dzisiaj piszę dla mamony. Tak, jak żadna prostytutka nie całuje nigdy w usta Tak ja odpuszczam sobie wszystkie moje strofy. Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszę. Tylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamony. Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy! Ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy! Ta piosenka jest nagrana dla pieniędzy! Ta piosenka jest wydana dla pieniędzy! W naszym świecie problemem nie jest to, że nie możemy nakarmić biednych, ale to, że bogaci nie mogą się nażreć.
  2. Witam serdecznie wszystkich czytających ten temat! Opowiem swoją historię z nadzieją na to,że dostanę od Was sensowne rady dot. mojej sytuacji życiowej. Mam 23 lat, jak większość z Was, byłem białym rycerzem właściwie to dalej mam dużo takich wzorców. Zerwałem ostatnio ze swoją dziewczyną(byliśmy prawie 2 lata razem) , która wmawiała mi absurdalne kompleksy ale na szczęście z mizernym skutkiem( tu chciałbym podziękować panu Markowi za kobietopedię oraz modlitwę). Generalnie nie mam problemu z laskami potrafię zagadać do jakiejkolwiek dziewczyny gdzie chce i kiedy chce, ale niestety na poważny związek nie mam na obecną chwilę ochoty po doświadczeniach z byłą toksyczną atencjuszką. Jestem po ogólniaku , maturę zdałem przeciętnie gdyż ostatni rok liceum był moim pierwszym gdy się na prawdę uczyłem. Od 18 r.ż. postawiłem wszystko na jedną kartę i zacząłem inwestować we własną pasje, która notabene po ostatnich przemyśleniach i kalkulacjach nie zapewni mi dobrobytu, wysokiej pozycji społecznej i w której trzeba promować złe rzeczy aby być na topie (a tego nienawidzę). Pracuję na taśmie montażowej po 12h już od 2 lat i "dzięki temu" mam rozregulowany sen(praca zmianowa), boli mnie kręgosłup i mam paskudne otoczenie, które jest toksyczne i pluje strasznym jadem. Jestem w sytuacji w ,której nie umiem dostrzec żadnych sensownych alternatyw po rozczarowaniu się dziewczyną oraz tym ,że moja pasja jest bezsensowna. I tutaj rodzi się pytanie "i co teraz?" generalnie na mieszkanie muszę sobie uzbierać sam( na szczęście rodzice mnie nie wyrzucają z domu i mam z nimi ciepłe relacje) nie mam studiów, ani już pomysłu na własne życie bo cały czas żyłem swoją pasją. Czuję się jakbym stracił duży odcinek życia i nie umiem podjąć żadnej racjonalnej decyzji. Zanim powiecie mi żebym sobie zmienił pracę to niestety tego nie zrobię bo zarabiam tam zazwyczaj ponad 3 tyś/mies (a dla mnie to b. dużo pieniędzy). Myślałem nad tym aby zostać policjantem,pójść na kopalnie albo po prostu żyć życiem. Niestety żadna z tych możliwości nie zapewni mi radości na codzień a wręcz przeciwnie czuję ,że przyniesie jedynie frustracje. Jedyne co faktycznie mam na obecną chwilę to podejście i sumienność jakie sobie zdołałem wypracować. Drodzy Bracia co robić w takim razie? Proszę tylko nie mówcie mi żebym szedł na studia i założył firmę. Dajcie mi jakieś konkrety bo w swoim otoczeniu niestety nie mam nikogo kto mógłby mi pomóc w tej sprawie. Pozdrawiam serdecznie ps. pasję dalej będę wykonywał ale to bardzo niszowo o ile nie "do szafy"
  3. Dzień dobry w te środowe popołudnie. Chciałbym podyskutować tu o tym jak w Polsce na początku XX wieku jeszcze głodowano. Posłużę się kilkoma danymi i historią rodzinną. Znalazłem rok temu taki artykuł "Nasi pradziadkowie głodowali bardziej niż dzieci w Afryce. Czy strach przed niedożywieniem mamy w genach?" (http://ciekawostkihistoryczne.pl/2016/04/11/setki-tysiecy-polakow-umieraly-z-glodu-ale-kosciol-i-tak-zabranial-im-jesc-miesa/), w którym opisywana jest skala głodu w zaborze austriackim. Sam artykuł jest drastyczny sam w sobie, ponieważ ukazuje skalę zjawiska biedy. Drugi, z pamiętnika pradziadka jednego z wykopowiczów (źródło https://www.wykop.pl/link/2897131/pamietnik-pradziadka-zostal-ukonczony/), fragment: "Płacono mu 40 od kopy, też bez jedzenia, to pamiętam jak nie raz wrócił wieczór zmarznięty i głodny i nie mógł dłoni rozewrzeć od mrozu i siekiery, ale że był to człowiek który umiał się pogodzić z tem ciężkim losem, bo znał on i cięższe czasu i doświadczenia, bo był czas kiedy pogożał w czasie ciężkiej zimy i pozostał z nami wówczas małymi dziećmi i z bydlakiem pod gołym niebem, bo domostwo spłonęło do szczętu, bo woda była zamarzła i było jej mało, a ów pożar wznieciła głupkowata służąca sąsiada i przez to nieodpowiedzialna i rodzice z dziećmi wyjątkowo dobrych ludzi pobudowali. W owym czasie była też u nas i szkoła w której uczyło się już około 200 dzieci na dwóch nauczycieli, a że wioska jest duża i rozciągła na 7 kilometrów, więc ja też musiałem do niej chodzić 4 kilometry i tu żeśmy chodzili na cały dzień a że wiele razy nie było w domu chleba, więc niemało razy uczyłem się o głodzie cały dzień a gdy czasem dali rodzice 4gr na bułkę tam sobie i nie kupił, bo trzeba było kupić ołówek, czy zeszyt chcąc mieć na czym pisać, a przyszedłem do domu wieczór głodny i zmarznięty, bo przecież nie było stać rodziców na ciepłą odzież dla nas. I tak chodziłem do owej szkoły przez 6 lat a raczej przez 6 zim, bo w lato trzeba było pomagać rodzicom albo iść za bydłem w pole, to też nie można było się tak nauczyć jak dzisiaj i do tego jakże mógł nauczyciel dobrze uczyć, gdy miał setkę dzieci w klasie. Nikt się też tak nie troszczył o to jak się te dzieci uczą ale więcej troszczono się o naukę religii i starczało gdy dziecko było wychowane religijnie." (Polecam przeczytać całość) Także moja babcia, w około '35 roku, wraz ze swoją rodziną przywędrowała na Lubelszczyznę (Hrubieszowszczyznę) z Galicji, okolic Rzeszowa, gdzie bieda na wsi i przeludnienie były na porządku dziennym. Ciotka babci wyjechała do Ameryki (analogia do fragmentu z artykułu) i wysyłała im paczki. Babcia zawsze miała obsesję na punkcie jedzenia - w sumie jak każda, ale moja miała aż do przesady. Zawsze musiały być zapasy, zawsze pytała każdego "a głodny nie jesteś?" - i to bardzo często. Macie jakieś rodzinne doświadczenia z Galicją? Co o tym sądzicie? - Przez co to było? Jakie myśli przychodzą wam odnośnie tych danych? Ostatnio także wstawiono ciekawą mapę, gdzie przedstawiono PKB per capita w Europe w 1938 roku, o czym w sumie już Marek mówił. (jest zauważalna różnica pomiędzy krajami katolickimi i protestanckimi, o czym pisał Max Weber)
  4. Daniel mówi o biedzie w jakiej się wychował
  5. W 1999 r. w Wenezueli władzę objął niejaki Hugo Chavez, idol młodocianych lewaków, także w Polsce. Od 2013 po śmierci Chaveza władzę przejął jego socjalistyczny następca, Nicolas Maduro. Co udało się osiągnąć panom socjalistom przez ostanie 17 lat? To co socjaliści potrafią robić najlepiej, czyli doprowadzenie gospodarki do kompletnej ruiny. http://forsal.pl/artykuly/948298,wenezuela-na-skraju-przepasci-w-kraju-brakuje-wszystkiego.html W kraju o największych złożach ropy naftowej na świecie, brakuje dosłownie wszystkiego: żywności, leków, prądu, kosmetyków, papieru toaletowego. Inflacja przekracza już 700%. Narzekacie na polską służbę zdrowia? Cieszcie się że nie musicie się leczyć w wenezuelskim szpitalu, wyglądają one tak: Brakuje leków, narzędzi chirurgicznych, środków znieczulających, codziennie umierają ludzie, w "poczekalni". Więcej fotek poniżej: http://www.dailymail.co.uk/news/article-3595946/No-electricity-no-antibiotics-no-beds-no-soap-devastating-look-inside-Venezuela-s-crisis-struck-hospitals-7-babies-die-day-bleeding-patients-lie-strewn-floor-doctors-try-operate-without-tools.html O ile jeszcze wysokie ceny ropy naftowej na świecie jako tako utrzymywały tego gospodarczego trupa, to po ich spadku nie ma już co zbierać. Ostatnio pojawiła się ostateczna faza socjalizmu, czyli po prostu głód: http://pikio.pl/kryzys-w-wenezueli-ludzie-z-glodu-poluja-na-bezpanskie-psy-i-koty/ Ludzie masowo napadają na sklepy, z głodu zbierają obierki a nawet polują na bezpańskie zwierzęta. Ostatnim hitem sezonu jest... kradzież zwierząt z ZOO dla kawałka mięsa: http://wmeritum.pl/glod-w-wenezueli-zaczeto-krasc-zwierzeta-z-zoo/152215 Eh, a mogli poczytać esej Ludwiga von Misesa, z 1920 r. pt. "Kalkulacja ekonomiczna w socjalizmie" i książkę "Socjalizm" z 1922 r. tegoż samego autora, gdzie dokładnie omówił dlaczego gospodarka socjalistyczna nie może funkcjonować. Tym samym przewidując upadek ZSRR z 70-letnim wyprzedzeniem.....
  6. Dzisiejszy wpis jest zwieńczeniem pewnej mojej trylogii na blogu dotyczącym przewagi kapitalizmu nad socjalizmem. Nie znaczy to oczywiście że nie będę więcej pisał o ekonomii, tylko nakreślam że ten felieton jest ważnym uzupełnieniem dwóch pozostałych gdzie omawiałem słuszność praw ekonomii oraz przykłady powodzenie gospodarki wolnorynkowej na konkretnych przykładach. Teraz będzie omówiona jeszcze bardziej praktyczna strona tematu, czyli jak konkretnie działają mechanizmy rynkowe i dlaczego socjalizm i etatyzm przynoszą biedę a kapitalizm podnoszenie poziomu życia. Nie obędzie się również bez obalania mitów i bezwzględnego obnażania manipulacji przedstawianych przez pewne grupy. Jak powstaje bogactwo? Żeby dobrze omówić temat trzeba najpierw zrozumieć jak w ogóle wygląda proces produkcji, czyli tworzenia nowego bogactwa. Tak więc stworzyć nowe bogactwo (lub powiększyć już istniejące) można na trzy sposoby: Pierwotne zawłaszczenie surowca i jego przetworzenie – czyli krótko mówiąc wykorzystanie jakiegoś zasobu przyrody, którego wcześniej nikt nie posiadał ani nie dostrzegł w nim wartości i przekształcenie go w coś wartościowego. I tak np. Rockefeller odkrył że to coś, co wcześniej uznawano za brudną maź, czyli ropa naftowa jest bardzo przydatnym surowcem energetycznym, wpierw służącym do oświetlenia (lamy naftowe) później jako paliwo dla rozwijającej się branży motoryzacyjnej. Takie jest zresztą uzasadnienie moralności własności prywatnej jako owoców swojej pracy. Czyli np. glina jest zasobem niczyim, ale już rzeźba jest własnością rzeźbiarza, ponieważ dzięki swojej pracy stworzył coś nowego, zmienił naturę surowca Wyprodukowanie dóbr przy pomocy własnej pracy i wcześniej przejętych zasobów, np. zrobienie stołu. Mówiąc inaczej jest to przemiana mniej wartościowych przedmiotów w bardziej wartościowe Pozyskanie dóbr na mocy dobrowolnego kontraktu zawartego z wcześniejszym ich posiadaczem lub wytwórcą. Jest to wymiana wartości za wartość, przekazanie poszczególnych zasobów z rąk tych, którzy cenią je mniej, w ręce tych, którzy cenią je bardziej. Na takich właśnie wymianach polega rynek. Zawsze mamy dwie strony, producenta i konsumenta, pracodawcę i pracownika, pożyczkodawcą i pożyczkobiorcę itd. To właśnie podział pracy i wolna wymiana pozwala na najlepszą i najbardziej wydajną alokacje zasobów. Dzięki temu piekarz nie musi posiadać krowy ani umieć jej doić żeby napić się mleka. Wystarczy że potrafi piec, wtedy może dokonać wymiany z rolnikiem chleb za mleko. Taka dobrowolna wymiana jest zawsze korzystna dla obu stron. Właśnie dlatego wolny rynek zapewnia najlepszą alokację zasobów i jest korzystny dla całego społeczeństwa, każdy jego członek ma dostęp do wszystkich tworzonych dóbr i usług, ograniczają go tylko własne możliwości zarobkowe. Dla ułatwienia procesu wymian wprowadza się środek płatniczy, czyli pieniądz, dzięki temu nawet jeśli rolnik nie chce chleba może dojść do wymiany, piekarz sprzeda chleb i zarobione pieniądza da rolnikowi w zamian za mleko. Zauważmy że to co wyżej wymieniłem to uczciwe metody wytwarzania, zwiększania i zdobywania bogactwa. Natomiast nieuczciwą metodą zdobywania bogactwa jest bez wątpienia odbieranie dóbr, owoców cudzej pracy przy użyciu przymusu i przemocy, czyli krótko mówiąc kradzież. Kradzieżą jest również oszustwo, nie dotrzymanie dobrowolnie zawartej umowy. Również w przypadku przymuszenia kogoś do niewolniczej pracy można mówić o kradzieży, dlatego że jest to w zasadzie odebranie owoców nieswojej pracy, zamiast dokonania dobrowolnej wymiany, oczywiście negatywnym zjawiskiem jest tu również przymus, jak właśnie przymus pracy. Równie nieuczciwą formą bogacenia się jest zakazanie komuś działania i w ten sposób pozbywania się konkurencji. Zauważmy również te wyżej omówione nieuczciwe metody bogacenie się służą wybranym jednostkom kosztem innych i nie przyczyniają do wzrostu ogólnego poziomu dobrobytu, a wręcz mu szkodzą. Kradzież to bezprawne przekazanie dóbr z jednych rąk do drugich od osoby tworzącej bogactwo uczciwie, do osoby postępującej nieuczciwie, która niczego dobrego nie tworzy. Przymus i zakazy zmuszają do podejmowania niewydajnej pracy kosztem tej, która byłaby wydajniejsza, pozbawiając nie tylko ofiarę ale także całe społeczeństwo potencjalnych dóbr, który by powstały gdyby nie było tego przymusu i zakazów. Zwróćmy też uwagę że kiedy takie nieuczciwe działanie podejmuje osoba prywatna np. złodziej, terrorysta, szantażysta, oszust wszyscy są zgodni że trzeba temu przeciwdziałać, taką osobę trzeba ukarać, a z taką przemocą lub oszustwem trzeba walczyć, chronić się przed nią. Ale wystarczy że takie działanie podejmuje rząd i nagle wszystko ukazuje się być ok, odbieranie dochodów i majątków jest już legalne i uprawnione kiedy nazwie się je „opodatkowaniem”, państwo może wydawać nakazy i zakazy w gospodarce, a także ustanawiać własne monopole uniemożliwiając powstanie konkurencji jeśli tylko uzna to za obowiązujące „prawo”. Politycy mogą nie dotrzymywać obietnic, urzędnicy wprowadzać ludzi w błąd i nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności. I tu jest właśnie meritum problemu. Trzy wymienione wcześniej uczciwe metody tworzenia bogactwo są w zasadzie jedynymi metodami tworzącymi dobrobyt, natomiast te nieuczciwe ten proces zakłócają, pozwalają się bogacić tylko wybranym jednostkom. Stąd właśnie przewaga wolnego rynku nad socjalizmem i etatyzmem. Ochrona prywatnej własności, swoboda działalności, podział pracy i możliwość wolnej wymiany handlowej pozwalają na najwydajniejszą alokację zasobów i najszybsze możliwe tworzenie dobrobytu. Proces ten może zaburzyć jedynie przemoc, przymus, kradzież i oszustwo. Więc jeśli taka instytucja jak państwo ma istnieć, to jej działanie powinno się ograniczyć do ochrony własności prywatnej, zwalczania przemocy i dotrzymywania dobrowolnie zawieranych umów. Niestety państwo również w tej roli nie wypada zbyt dobrze. Terytorialny monopol w stanowieniu i egzekwowaniu prawa prowadzi do nadużyć, stąd mamy tyle patologii, korupcji, kumoterstwo w policji, służbach, czy sądownictwie, nie wspominając już o tworzeniu absurdów prawnych. Jak to pisał Hans Herman Hoppe państwo nie tworzy prawa i porządku, tylko je niszczy. Murray Rothbard pokusił się nawet o nazwanie państwa „zorganizowanym bandytyzmem”. Tu jednak musiałbym wejść w mocno libertariańskie rozważania, omówić alternatywne systemy względem centralnego rządu i demokracji takie jak anarchokapitalizm, minarchizm, rząd minimalny i wolne społeczeństwo według Ayn Rand, rząd prywatny (monarchię), czy Hoppe’ańską koncepcję „Europy tysiąca Liechtensteinów”, alternatywy wobec prawa stanowionego, a więc prawo zwyczajowe, prawo prywatne, precedensowe (common law) itd. Jednak są to bardzo skomplikowane kwestie, temat na zupełnie inny felieton, który zresztą pewnie kiedyś napiszę . Póki co dla porządku przyjmijmy że przez wolny rynek rozumiemy system, gdzie państwo nie ingeruje w gospodarkę, jeśli już państwo istnieje, jego jedyną rolą jest zwalczanie złodziejstwa i przemocy zarówno wewnątrz (ochrona obywateli przed przestępcami) i na zewnątrz (ochrona przed zbrojną napaścią). Zauważmy jednocześnie że w sytuacji gdy państwo zaczyna ingerować w gospodarkę każdy obywatel staje się przestępcą, ściga się go również za działania, które nie są związane z przemocą, zakazuje mu się działalności, która nie jest szkodliwa i nie łamie zasad poszanowania własności prywatnej czy dobrowolnych umów społecznych. Traktuje się go również jak niewolnika, który musi oddać sporą część swoich dochodów na rzecz państwa. Socjalizm, to się nie może udać Jak wiemy z historii wszędzie, gdzie funkcjonował ten system, kończyło się to katastrofą. Pierwszymi przykładami z brzegu jest upadek ZSRR, masowe emigrowanie do RFN z NRD co skutkowało powstaniem Muru Berlińskiego, czy obraz współczesnej Korei Północnej gdzie ludzie z głodu zjadają trawę, liście czy korę z drzew a dzieci bawią się na pustych ulicach, wszak widok samochodu w tym kraju to niezwykła rzadkość. Dlaczego socjalizm zawodzi? Przede wszystkim pokutuje brak prywatnej własności środków produkcji, bo jeszcze prywatna własność dóbr konsumpcyjnych w socjalizmie jest dopuszczalna (chociaż i to było niekiedy konfiskowane przez władze w ZSRR powodując masową śmierć głodową). Jednak już sam brak własności prywatnej czynników produkcji prowadzi do upadku gospodarki, dlatego iż jeśli nie ma prywatnej własności nie można tymi środkami produkcji handlować, z tego względu nie można określić ich cen rynkowych, a bez cen niemożliwy jest rachunek kosztów. To wszystko sprawia że niemożliwa staje się racjonalna alokacja zasobów. Ponieważ zarówno środki produkcji, jak i wytworzone za ich pomocą dobra nie stanowią własności prywatnej (tylko własność całego kolektywu) producenci nie mają żadnej ekonomicznej motywacji do zwiększania ilości czy poprawy jakości dóbr. Brak zachęty w postaci zysku powoduje że nie opłaca się ani dobrze pracować, ani być przedsiębiorczym i kreatywnym ani dobrze inwestować, nie ma wychodzenia naprzeciw potrzebom konsumentów. Gospodarka jest centralnie planowana przez władzę, która nie jest w stanie z przyczyn wcześniej wymienionych przeprowadzić rachunku ekonomicznego co do alokacji zasobów, a więc wszelkie planowanie mija się z celem. Do tego dochodzi jeszcze przerost biurokracji i ogromne koszty utrzymania niewydolnego państwa. Państwo opiekuńcze – kosztowne złudzenie „Socjalizm się nie sprawdza, kapitalizmu nie lubię” tak tli się w głowie niejednego lewicowca, a nierzadko i prawicowca i co tu począć? Ano poszukajmy trzeciej drogi, oddajmy środki produkcji w ręce prywatne, pozwólmy na prowadzenie prywatnej działalności, istnienie banków i rynków finansowych. Ale jednocześnie niech państwo mocno ingeruje w gospodarkę w celu „wyrównywania szans” i „zapewnienia bezpieczeństwa socjalnego”. Niech służba zdrowia i edukacja będą darmowe, a każdy ma zapewniony minimalny poziom życia na sensownym poziomie. Żeby utrzymać system wprowadźmy wysokie podatki, wyższe dla bogatych i wszystko będzie dobrze. Tak mniej więcej prezentuje się etatyzm. Dobry to plan? Nie, nie jest dobry z wielu różnych powodów: Jest to system oparty na niemoralnych i nielogicznych przesłankach, kara się ludzi za pracowitość, przedsiębiorczość, oszczędność, chęć podjęcia ryzyka i twórcze myślenie. Nieustannie przeprowadza się transfer bogactwa od ludzi lepiej produkujących i lepiej zaspakajających potrzeby konsumentów do gorzej produkujących lub w ogóle nieprodukujących Jest to system niewydolny ekonomiczne, gospodarka rozwija się znacznie wolniej niż byłoby to na wolnym rynku. Państwo w tym systemie generuje coraz większe koszty (przyrost liczby urzędników, koszty ściągalności podatków, nowe budynki, urzędy, instytucje publiczne, nierentowne inwestycje publiczne), jednocześnie hamując zwrot z inwestycji kapitału. Ciągle rosną wydatki publiczne, co wymusza ciągle podwyższanie podatków, dodruk pieniądza podnoszący inflację (która obniża realne płace i poziom życia poprzez zwiększanie cen) oraz zmniejszenie inwestycji w sektorze prywatnym poprzez tzw. efekt wypychania. Rodzą się nowe problemy społeczne, takie jak bezrobocie (skutek hamowania przedsiębiorczości, zwiększanie kosztów pracy przez państwo), niższe płace realne (przez grabież podatkową, spowalnianie przyrostu podaży dóbr i akumulacji kapitału oraz inflację), nierzadko wzrost przestępczości i patologii społecznych Występują liczne nadużycia władzy, np. odbieranie dzieci rodzicom z błahych powodów, karanie za poglądy, łamanie wolności słowa Następuje niszczenie wartości, kultury, zabijanie w ludziach indywidualności, społeczeństwo staje się coraz bardziej zmanipulowane i zindoktrynowane System zawiera w sobie liczne pułapki i manipulacje, np. oficjalnie darmowa służba zdrowia i edukacja są o wiele droższe niż gdyby te sfery pozostały w rękach prywatnych. Sądzi się też np. bogaci płacą wyższe podatki niż biedniejsi, co jest nieprawdą, ponieważ największe wpływy do budżetu idą z podatków pośrednich, a te obciążają głównie ludzi biedniejszych ponieważ to oni przeznaczają większą część swojego dochodu na konsumpcję. Do tego duże firmy, dzięki wsparciu prawników, korupcji, lobbingowi i znajomości w świecie polityków często unikają wielu regulacji prawnych oraz płacenia podatków Nieodłącznym elementem etatyzmu są cykle koniunkturalne. Instytucja banku centralnego i pieniądz fiducjarny sprzyjają ekspansji monetarnej (ciągły wzrost podaży pieniądza), rząd w ten sposób pokrywa swoje wydatki z renty inflacyjnej. Jednak to prowadzi do inflacji, ciągłego wzrostu cen, a zaniżone stopy procentowe powodują nadmiar ryzykownych i nietrafionych inwestycji (efekt tanich kredytów) oraz tworzeniu się baniek spekulacyjnych na rynkach finansowych. Ostatecznie dochodzi do sytuacji gdy bank centralny nie może już zwiększać podaży pieniądza, bo groziło by to załamaniu się sytemu monetarnemu, a więc stopy procentowe idą w górę. Pojawia się recesja, pękają bańki spekulacyjne, a przedsiębiorcy zostają zmuszeni do likwidacji nietrafionych inwestycji. Dla gospodarki i społeczeństwa to sytuacja kryzysowa, rozwój gospodarczy zostaje zahamowany, spadają realne płace, wiele firm upada, rośnie bezrobocie, rynki finansowe notują duże spadki, banki mają problemy z uregulowaniem zobowiązań (niepłaconych kredytów). Co gorsza państwo w takiej sytuacji podejmuje interwencję, która zamiast naprawić sytuację, tylko ją wydłuża. W normalnych warunkach, przedsiębiorcy zlikwidowaliby błędne inwestycje, podjęliby niezbędną restrukturyzację w swoich firmach, płace nominalne spadały by w sektorach nadmiernie rozdętych wcześniejszą ekspansją kredytową, jednak jednocześnie spadłby również ceny, więc płace realne nie zmniejszyły się jakoś szczególnie dotkliwie. Nastąpiłyby konieczne zwolnienia, ale gospodarka w krótkim czasie ponownie by odbiła, więc miejsca pracy zaczęłyby powstawać na nowo. Przedsiębiorcy którzy nie mogą spłacić swoich zobowiązań ogłosiliby bankructwo swoich firm, a wierzyciele (jak banki) podjęliby się upłynnienia masy upadłościowej. Taki proces dostosowawczy trwałby maksymalnie kilka miesięcy, a gospodarka ponownie mogłaby się rozwijać. Tymczasem interwencja państwa cały ten proces zaburza. Sztywne ustawodawco pracy i przywileje związkowe uniemożliwiają pracodawcom podjąć niezbędne działania, takie jak obniżki wynagrodzeń i zwolnienia pracowników. Ceny nie mogą spadać, gdyż jak tylko pojawi się deflacja, bank centralny ponownie zaczyna zwiększać podaż pieniądza, niby dla naszego dobra. Co więcej rząd decyduje się dotować upadające firmy i banki. Na to idą ogromne wydatki publiczne, którymi oczywiście obciążeni zostają podatnicy. W efekcie gospodarka nie ulega naprawieniu, wiele firm i tak upada, ich dotowanie przypomina lanie wody do dziurawego wiadra, bezrobocie i tak rośnie, a płace realne i tak są niższe. Jedyna różnica jest taka, że cały proces naprawczy trwa nie kilka miesięcy ale nawet kilka lat. Państwo opiekuńcze jest nie do utrzymania w dłuższej perspektywie. Koszty utrzymania takiego państwa ciągle rosną, dług publiczny rośnie, podatki idą w górę, podaż pieniądza ciągle wzrasta. Ale przychodzi taki moment że nie można już podnosić podatków, nikt już nie chce pożyczać, a instytucje takie jak MFW nalegają na spłatę zobowiązań, dodrukowywać pieniądza również nie można kontynuować w nieskończoność. Następuje więc zmierzch państwa opiekuńczego. W wersji optymistycznej po prostu następuje odejście od sytemu państwa socjalnego i przeprowadza się liberalne reformy, tak jest obecnie w Niemczech i Wielkiej Brytanii, gdzie przyjęto ustawę zakazującą zamykanie budżetu z deficytem i rozpoczęto cięcia socjalne. W pewnym sensie jest zatoczenie koła w historii, ponieważ w tych krajach liberalne reformy były przeprowadzane przez Erharda w Niemczech i Thatcher w Wielkiej Brytanii (o pisałem w ostatnim tekście) z dużym powodzeniem. Szkoda że tym razem nie szykuje się jednak na jakieś poważniejsze i konkretniejsze reformy. Liberalne reformy wraz ze schyłkiem państwa opiekuńczego z powodzeniem były już nie raz przeprowadzane także w Szwecji, chociażby za Carlssona i Bildta w 1992 r. którzy naprawili gospodarkę po wcześniejszym totalnym krachu sprezentowanym przez socjaldemokratów, czy za Reinfeldta, którego wolnorynkowe reformy pozwoliły Szwecji przejść przez kryzys 2008 r. bez większego szwanku. Ale o Szwecji powiem trochę więcej parę akapitów niżej, gdzie omówię ich historię gospodarczą. W wersji pesymistycznej, czyli tam gdzie nie nastąpi opamiętanie, politycy idą w zaparte następuje totalne załamanie gospodarki. I tak stało się ostatnimi czasy w takich krajach jak Grecja, Hiszpania, Portugalia, Włochy, czy Irlandia. Dodam jeszcze że państwo opiekuńcze ma swoje mechanizmy „zamiatania problemów pod dywan”, dzięki czemu iluzja dobrobytu trwa w najlepsze przez całe lata, jednak jest niczym innym jak odkładaniem w czasie nieuniknionej recesji. To jest właśnie głównym powodem skąd w ludziach tyle wiary w ten system. Politycy mogą rozdawać socjal, obiecywać „gruszki na wierzbie” a przyszłymi problemami mogą się przejmować już przyszłe rządy. Takimi mechanizmami „zamiatania problemów pod dywan” są: zaciąganie długu publicznego (krajowego przez emisję obligacji i zagranicznego przez pożyczki zagraniczne), zamykanie budżetu z deficytem, ekspansja monetarna (zwiększanie podaży pieniądza, obniżanie stóp procentowych i wskaźnika rezerw obowiązkowych) czy chociażby osłabianie importu poprzez cła i także inflację (osłabianie własnej waluty), które pozornie ma chronić rodzimą gospodarkę, to owszem pozwala poprawić bilans handlowy i „zachować miejsca pracy”, ale miejsca pracy mniej wydajne, kosztem wydajniejszych i lepiej płatnych które nie powstaną, po za tym słabsza waluta i słabszy import oznaczają że godzina pracy jest warta mniej na arenie międzynarodowej, więc płace są realnie niższe a społeczeństwo jest biedniejsze. „Przekleństwo” postępu technologicznego, importu i oszczędności, czyli mit zbitej szyby po raz kolejny W swoim pierwszym tekście na blogu opisywałem „mit zbitej szyby” przedstawiony przez wybitnego francuskiego ekonomistą Fredericka Bastiata . Dla przypomnienia: jest to opis sytuacji, w której ludzie uznają że zbita szyba jest dobra dla lokalnej gospodarki, ponieważ jest to zarobek dla szklarza, który zarobione pieniądze wyda dalej i gospodarka będzie się rozkręcać. Błąd logiczny polega na patrzeniu jedynie na zarobek dla szklarza, nie bierze się jednak pod uwagę że te same pieniądze które poszły na nową szybę, poszłyby na coś innego, np. na nowy garnitur. A więc zysk szklarza to jednocześnie strata dla krawca. Tak więc gospodarka nie zyskała, żadne nowe bogactwo nie powstało, przeciwnie, jednego dobra ubyło. Trudno wręcz uwierzyć, ale poglądy typu: lepiej niszczyć dobra niż je tworzyć są o wiele mocniej zagnieżdżone w ludzkich głowach niż mogłoby się wydawać. Bo czym innym jest straszenie postępem technologicznym, który rzekomo zwiększa bezrobocie? Jeśli by tak było, to należałoby zlikwidować wszystkie nowoczesne urządzenie i powrócić do pracy gołymi rękami. Wtedy na pewno nie byłoby bezrobocia prawda? . Jak to powiedział Janusz Korwin Mikke trzeba niszczyć krzesła, żeby stolarze „zachowali miejsca pracy”. Do tego właśnie sprowadza się oskarżanie o powstawanie bezrobocia (które tworzy państwo) postępu technologicznego, jak również importu (o tym trochę później). Tak jak pisałem w tekście „Co widać i czego nie widać” zwiększanie bezrobocia poprzez konstruowanie nowych maszyn jest zwyczajnie niemożliwe, gdyż od początków rewolucji przemysłowej postęp technologiczny rozwinął się w ogromnym stopniu i jednocześnie liczba ludności wzrosła ponad siedmiokrotnie. Z prostej matematyki wynika że gdyby to rozwój techniki był problemem bezrobocie już dawno sięgnęłoby jakiś niebotycznych rozmiarów, +90%. Gdzie zatem błąd w myśleniu? W tym że patrzymy jedynie na zlikwidowane miejsca pracy, nie zwracając uwagi na nowe, lepsze, wydajniejsze i lepiej płatne miejsca pracy, które powstają właśnie dzięki postępowi technologicznemu i gospodarczemu. Przede wszystkim nowe maszyny i technologie obniżają koszty produkcji. Przedsiębiorca, który zainwestował w nowe rozwiązania techniczne, w pierwszej chwili faktycznie zmniejsza zatrudnienie. Jednak zarabia też więcej pieniędzy. Nowe środki może przeznaczyć na rozwój swojego przedsiębiorstwa, i wtedy nowe miejsca pracy powstają. Ale może też po prostu wydawać więcej na konsumpcję, w ten sposób pośrednio stwarzając miejsca pracy w innych sektorach, bo ktoś przecież produkty, które zdecyduje się kupować musi tworzyć. Jeżeli natomiast odłoży nowe pieniądze jako oszczędności, zostaną one następnie zainwestowane i znowu kolejne miejsca pracy powstaną (o tym dlaczego zawsze oszczędności = inwestycje napiszę trochę później). Jeśli wyda hajs na zagraniczne produkty, kapitał i tak powróci do kraju, gdyż eksport i import dążą do wyrównania (więcej o tym trochę później). To jeszcze nie wszystko, ponieważ koszty produkcji danego dobra spadły, wzrasta jego podaż na rynku, co przekłada się na jego niższą cenę. Ponieważ te dobra stają się tańsze, wzrasta na niego popyt, a więc dana branża się rozwija i zwiększa zatrudnienie. A nawet jeśli ludzie nie zwiększą zapotrzebowania na te produkty, ich niższa cena przyniesie konsumentom nowe oszczędności, które następnie zostaną wydane na coś innego (i znowu powstają miejsca pracy w innych sektorach). I właśnie tak powstaje dobrobyt, coraz niższe koszty produkcji, coraz więcej, coraz lepszych i coraz tańszych dóbr na rynku, płace realne rosną, powstają nowe miejsca pracy i to coraz lepiej płatne (wzrasta krańcowa produktywność pracy). Nie zapominajmy również że chociaż stare zawody „odchodzą do lamusa” (jak np. bednarz czy zdun), to powstają zupełnie nowe, wcześniej nieznane. W końcu nie byłoby pracowników biurowych, gdyby ktoś nie wynalazł komputera, ani kierowców, gdyby nie było samochodów. A co z tym importem? Jest atakowany jak postęp techniczny z podobną argumentacją. Czyli jak to bardzo źle jak napływają do nas towary z zagranicy, niższym kosztem. To jest naprawdę straszne, a przecież powinniśmy tłuc szyby i rozwalać krzesła, żeby szklarze i stolarze zachowali miejsca pracy . No właśnie zły import, zły, pogarsza bilans handlowy, tworzy bezrobocie i niszczy naszą lokalną gospodarkę, którą trzeba chronić cłami i osłabianiem własnej waluty. Dziwne że pomysłodawcy tego typu rozwiązań nie wpadli no pomysł, że trzeba zwiększać przestępczość, ile etatów by powstało w policji, walczmy z bezrobociem . Co ciekawe importem straszą ci, którzy jednocześnie twierdzą że w celu rozwoju gospodarczego trzeba pobudzać konsumpcję. Ciekawe, bo import to nic innego jak właśnie konsumpcja dóbr zagranicznych. Dlaczego straszenie importem jest bezzasadne? Zacznę od tego, że pieniądze wydane na zagraniczny produkt i tak wracają do kraju. Jeśli np. Polak kupi produkt niemiecki to teraz Niemiec posiada polskie złotówki, z którymi co może zrobić? Ano, jedyne co może zrobić to wydać je na polskie produkty. Oczywiście może też dokonać przewalutowania, ale to sprawia że i tak jakiś cudzoziemiec trzyma polskie złotówki, koniec końców i tak wrócą do Polski. Żadne pieniądze więc z kraju nie „uciekają”. Importem płaci się ze eksport i odwrotnie. Przypomnę również pewne aprioryczne założenie ekonomiczne o którym pisałem w wpisie „Dlaczego prawa ekonomii działają”, a mianowicie: produkcja musi poprzedzać konsumpcję, bo zwyczajnie nie da się konsumować dóbr które jeszcze nie zostały wyprodukowane. A więc żeby wzrósł import, najpierw musi zwiększyć się krajowa produkcja i eksport, bo przecież żeby społeczeństwo zaczęło masowo kupować towary z zagranicy, musi mieć najpierw na to środki, musi się wzbogacić. Wzrost importu to nic innego jak sygnał że ludzie w kraju stają się coraz bogatsi, nie zagraża to również eksportowi, wprost przeciwnie. Dostęp do tańszych dóbr zagranicznych oznacza że za godzinę naszej pracy możemy kupić więcej, a więc oznacza to że płace realne są wyższe, społeczeństwo jest bogatsze. Mało tego, dostęp do tańszych towarów równa się oszczędnościom, środkom na nowe inwestycje i dalszy rozwój gospodarczy. Wolny handel jest korzystny dla obu stron. Kupujemy to czego nie opłaca się u nas produkować i zaoszczędzony czas i kapitał inwestujemy w produkcję tych towarów, które opłaca się produkować i sprzedawać na eksport dzięki niższym kosztom produkcji, jest to tzw. przewaga komparatywna. Np. sprzedajemy produkty rolne, a kupujemy paliwo czy owoce cytrusowe. Dlatego kraje które dużo eksportują, jednocześnie dużo importują, np. Niemcy, Chiny, Szwajcaria, USA, Francja czy Japonia. Do tego wszystkiego dostęp do tańszych towarów zagranicznych to również dostęp do tańszych środków produkcji. Możemy taniej nabywać surowce energetyczne, metale, nowe narzędzia i maszyny, które następnie zostaną wykorzystane w procesie produkcji. Zyskujemy także tańszą żywność, a więc tańsze „paliwo” dla pracowników. Krótko mówiąc wzrost importu osłabi tylko część firm, tych mniej konkurencyjnych i mniej wydajnych, natomiast jest bardzo korzystny dla firm dynamicznie się rozwijających, w najlepszym stopniu przetwarzających kapitał. No i co istotne jest bardzo korzystny dla konsumentów, za godzinę pracy można kupić więcej, płace realne są wyższe, społeczeństwo jest bogatsze. Mocna waluta to wyższe płace realne, napływ kapitału do kraju, szybszy rozwój gospodarczy, wolny handel (brak ceł) to nic innego jak wspomniany wcześnie podział pracy, pozwalający na najlepszą alokację zasobów, umożliwiający na korzystanie z dobrodziejstw przewagi komparatywnej. Zwróćmy uwagę że gdyby zwolennicy protekcjonizmu handlowego mieli rację, to nie tylko poszczególne państwa ale także miasta powinny ograniczać handel między sobą, nakładając cła i tym podobne obciążenia. Więcej, każdy konsument powinien zrezygnować z kupowania produktów od innych i wszystkie potrzebne dobra produkować sam. Czyli samemu uprawiać rolę i hodować bydło, wybudować samemu dom, szyć wszystkie ubrania, każde narzędzie zrobić samemu, nawet samochód czy traktor zbudować od zera własnymi rękami. Czy opłacałoby się to bardziej niż wykonywać pracę którą potrafi, a następnie potrzebne produkty zakupić od innych? Oj chyba nie bardzo . Skąd więc ciągle obecne poglądy że protekcjonizm jest dobry a wolny handel to samo zuo i straszenie importem? Ano stąd, że państwo notując coraz wyższe wydatki rządowe, zaczyna je pokrywać zwiększając podaż pieniądza, waluta się osłabia, spada import, który jest jeszcze dodatkowo osłabiany poprzez cła, dzięki czemu zachowane zostają miejsca pracy i wydaje się że gospodarka jest w dobrej kondycji. Ale jest to zachowanie mniej wydajnych miejsc pracy, kosztem powstawania tych bardziej wydajnych oraz kosztem zubożenia społeczeństwa (za godzinę pracy można kupić mniej). W dodatku takie ekonomiczne „czary mary” z osłabieniem waluty i importu jest zwykłym „zamieceniem pod dywan” problemów z deficytem w budżecie i ciągle rosnącymi wydatkami publicznymi. To nic innego jak odkładanie nieuniknionej recesji w czasie, która im dłużej będzie odkładana, z tym większą siłą uderzy. Ale to już nie jest problem obecnie rządzącej partii, tylko przyszłych rządów, taka sztuka demokracji. A co tymi oszczędnościami? Ok, postęp technologiczny, tańsze dobra z zagranicy, obniżanie się kosztów produkcji, to wszystko daje nowe oszczędności. Są środki na nowe inwestycje, więc produkcja wre, miejsca pracy powstają, płace realne idą w górę bo z jednej strony rośnie krańcowa wydajność pracy a z drugiej przyrost podaży dóbr obniża ich ceny, rośnie dobrobyt i supcio. Ale czy oszczędności tak po prostu nie mogą sobie leżeć nieruszone, i czy aby na pewno będą inwestowane, zamiast kisić się bezczynnie na kontach i lokatach? W zasadzie to w tej sprawie wszystko już omówiłem w tekście „Co widać i czego nie widać”. Za prawdę powiadam Ci, że gdyby oszczędności nie pracowały to żaden bank nie płaciłby Ci od nich odsetek, w końcu bank to nie instytucja charytatywna, która płaci Ci za to tylko, że trzymasz w nim forsę. Bank te środki, przeznacza na kredytowanie, a więc owszem środki są inwestowane. Kredytobiorca biorąc na siebie ryzyko podejmuje inwestycję, a pożyczkę spłaca bankowi. Ponieważ oprocentowanie kredytów jest wyższe niż depozytów, bank zarabia na tej różnicy (czyli na tzw., marży), częścią tego zysku podzieli się Tobą w postaci odsetek od twoich oszczędności. Dostajesz dużo mniej, bo w końcu nie podjąłeś ryzyka jak kredytobiorca, ani bank który musi prawidłowo oceniać czy pożyczkobiorca będzie w stanie spłacić zobowiązanie. Ale oszczędności = inwestycje, nie tylko ze względu na politykę bankową, w końcu oszczędności można trzymać gdzieś indziej. Jednak wtedy również wzrost oszczędności pobudza inwestycje. Wzrost oszczędności prowadzi do obniżenie się preferencji czasowej (miary tego, w jakim stopniu aktualna satysfakcja jest bardziej pożądana od takiej samej satysfakcji w przyszłości), a to obniża stopy procentowe, czyli kredyty stają się tańsze. Do tego jako że oszczędzanie to nic innego jak odłożenie konsumpcji w czasie, przedsiębiorcy otrzymują sygnał że społeczeństwo zdecydowało się zmniejszyć konsumpcję i więcej oszczędzać. Postanawiają więc (przedsiębiorcy) zmniejszyć inwestycje w dobra konsumpcyjne a zwiększyć w dobra kapitałowe, inwestycje bardziej długofalowe, co pozwoli rozszerzyć produkcję. I oczywiście taka sytuacja jest korzystna, na tym właśnie polega rozwój, część kapitału zostaje odłożona i zainwestowana. Nie należy tego mylić z sytuację kiedy stopy procentowe spadły tylko na skutek zwiększenia podaży pieniądza przez bank centralny, a nie przez obniżenie się preferencji czasowej i wzrost oszczędności. Wówczas wiele inwestycji długoterminowych okazuje się być nietrafiona, a nadmiar inwestycji w sektor dóbr kapitałowych tworzy bańki spekulacyjne, co nieuchronnie doprowadzi do kryzysu finansowego. Więcej na ten temat mówi austriacka teoria cyklu koniunkturalnego. Płaca minimalna, socjal, „darmowa” służba zdrowia i edukacja – nie łykamy kitów Naczelnym argumentem za państwem „opiekuńczych” jest rzekome „pomaganie” biedniejszym, wyrównywanie nierówności społecznych i zapewnienie dostępu do darmowej edukacji i służby zdrowia. Zacznę od płacy minimalnej, za który chyba najczęściej się „krzyżuje” wolnorynkowców. Podobno ten „cudowny” wynalazek ma chronić zwykłych pracowników przed wyzyskiem bogatych biznesmenów. Przede wszystkim to ja nie wiem o jaki „wyzysk” chodzi? Takie poglądy jak „kapitaliści wyzyskują klasę robotniczą” to już obalał Eugen von Böhm-Bawerk dobre 150 lat temu. Przedsiębiorca oferuje pracę, którą można podjąć dobrowolnie, pracownik jednocześnie nie musi martwić się ryzkiem rynkowym, które bierze na siebie pracodawca, dzięki temu zarabia mniej ale bezpiecznej. Jest to prosta wymiana rynkowa. Przedsiębiorca przede wszystkim służy konsumentom, którzy mogą korzystać z dóbr i usług, nie musząc ich samemu tworzyć, to wspominany przeze mnie wcześniej podział pracy. Przedsiębiorca wzbogaca się wtedy i tylko wtedy jeśli w coraz większym stopniu przyczynia się do zaspakajania potrzeb społeczeństwa. Im więcej przedsiębiorczości tym lepiej dla wszystkich, rozszerzenie produkcji sprawia że mamy coraz większy i łatwiejszy dostęp do nowych dóbr na rynku. Im większa ich podaż, tym niższe ich ceny, a więc płace realne rosną. Rosną także dlatego że rośnie krańcowa produktywność pracy (krańcowa, czyli produktywność najmniej wydajnych pracowników), np. przez rozwój nowszych technologii, to co już kiedyś pisałem, pracownik piszący na komputerze jest znacznie wydajniejszy, niż kiedy pisze na maszynie do pisania. Co jest istotne, to jest to, że wyzysk nie jest opłacalny, dlatego niewolnictwo zawsze, wszędzie upadało. Człowiek z dostępem do maszyn, urządzeń, zyskuje znacznie więcej niż mając na usługi grupę niewolników, bo maszyny pracują przecież znacznie wydajniej niż ludzie. Więc pracownik raz że nie jest niewolnikiem, bo pracuje dobrowolnie, a dwa jego płaca realna na wolnym rynku rośnie, bo sam pracodawca jest zainteresowany w inwestowanie w jego produktywność, od tego zależy jego (pracodawcy) zysk. Ciągle postępująca produkcja zwiększa podaż dóbr, więc ceny spadają, co także sprawie że realne płace ciągle rosną. A co się dzieje gdy wprowadzamy płacę minimalną? Osoby o najmniejszych kwalifikacjach nie znajdują zatrudnienia, pracodawcy „wyceniają” ich pracę niżej niż każe ustawa i tak powstaje bezrobocie. Przypomnę krzywą popytu i podaży: W tym wypadku ceną jest płaca (cena pracy), podażą liczba osób, które chcą w danym okresie pracować za określoną stawkę płacy, a popytem zapotrzebowanie na pracę zgłaszane przez pracodawców. Wystarczy że rząd ustanowi płacę minimalną powyżej płacy rynkowej (ceny równowagi) tworzy się nadpodaż pracy, czyli nadpodaż osób chętnych do podjęcia pracy w danej branży za daną płacę, to są właśnie bezrobotni. Do tego weźmy pod uwagę klin podatkowy, żeby pracodawca mógł zatrudnić pracownika na etat za płacę minimalną 1750 zł brutto, musi wydać na niego 2112,95 zł, pracownik dostanie do ręki 1286,16 zł odjąć podatki pośrednie, resztę zakosi państwo. Że już nie wspomnę o tym, że ciągłe zwiększanie przez państwo podaży pieniądza, zwiększa inflację, ceny rosną, płace realne spadają, tak państwo „dba” o płace pracowników. Co do pomocy społecznej, służby zdrowia, edukacji. Przede wszystkim zwróćmy uwagę na koszty utrzymania państwa: http://tomaszcukiernik.pl/o-mnie/wyjasnienie-licznika/ W 2008 r. przeciętny Polak płacił na utrzymanie państwa 1200 zł miesięcznie W 2009 było to już 1300 zł W 2010 - 1400 zł W 2011 - 1500 zł W 2012 - 1600 zł To dane dotyczące wszystkich Polaków (bezrobotnych, dzieci itd. też) A Polaka pracującego państwo kosztowało: W 2008 - 2750 zł (miesięcznie) W 2009 - 2950 zł W 2010 - 3200 zł W 2011 - 3590 zł W 2012 - 3770 zł Gdyby nie było wydatków publicznych, w 2012 r. każdy pracujący Polak byłby bogatszy średnio o prawie 3800 zł miesięcznie (wyższe zarobki i niższe ceny)! To tak jakby pracownik zarabiający średnią krajową, czyli ponad 2600 zł netto, zarabiał 6400 zł miesięcznie. Czy takie dodatkowe środki wystarczyłyby na prywatne ubezpieczenie zdrowotne, prywatną edukację dla dzieci, ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków czy np. od bezrobocia i na odkładanie czegoś na starość oceńcie sami. Co do osób potrzebujących, przede wszystkim byłoby ich mniej, wielu bezrobotnych znalazłoby pracę itd. Natomiast środków na pomoc byłoby więcej, bo ludzie więcej by zarabiali. Więcej pieniędzy to większa pomoc chociażby od własnej rodziny. Pomoc charytatywna mocno by się rozwinęła, co już było na przełomie XIX i XX wieku. Przypomnę tylko, że jeszcze 100 lat temu, w Wielkiej Brytanii, USA czy Australii, dzięki działaniu tzw. stowarzyszeń braterskich, dzienna płaca mogła wystarczyć na ubezpieczenie zdrowotne dla całej rodziny na cały rok. Państwo „opiekuńcze” też działa jako ubezpieczyciel, tyle że jest monopolistą, brak konkurencji oznacza że dąży do zwiększania kosztów przy niskiej jakości usług, do tego dokłada się fakt że państwowy monopolista, zysk czerpie z podatków, w ogóle nie zależy on od satysfakcji klientów, wszystko pieczętuje ustawa. Stąd kolejki do lekarzy, a pieniądze na pomoc społeczną czy emerytury idą w większym stopniu na budynki i pensje dla urzędników niż faktycznie uprawnionych i potrzebujących. Do tego państwo to taki ubezpieczyciel bez umowy, najpierw skasuje z kasy przez podatki, a potem „może” pomoże. Żeby coś dostać najpierw musisz zapłacić więcej, bo jeszcze trzeba opłacić pośrednika (urzędnika), a same koszty ściągalności podatków sprawiają że na każde pobrane 100 euro, potrzeba dodatkowego 2,45 euro. Krótka historia gospodarcza Szwecji Dla zwolenników „modelu skandynawskiego” krótka historia: Do połowy XIX wieku Szwecja była raczej biednym krajem. Daleko idące reformy wolnorynkowe w latach 60. XIX w. pozwoliły Szwecji na czerpanie korzyści z rozprzestrzeniającej się rewolucji przemysłowej. Pod koniec XIX wieku i na początku XX Szwecja widziała już, jak jej gospodarka dynamicznie się uprzemysławiała napędzana przez wielu szwedzkich wynalazców i przedsiębiorców. W tym czasie Szwedzi wprowadzili bowiem w życie nadzwyczajnie dużo nowych, innowacyjnych pomysłów, między innymi: dynamit Alfreda Nobla, łożyska wahliwe kulkowe Svena Wingquista (który wykorzystał to do stworzenia SKF); zawór słoneczny stworzony przez Gustava Dahléna (który dzięki temu stworzył firmę gazu przemysłowego — AGA); lodówkę absorbcyjną wynalezioną przez Baltazara von Platena (została potem użyta przez Electrolux). Ponadto, powstały niezliczone inne przedsiębiorstwa: wytwórcy samochodów — Volvo i Saab; firma telekomunikacyjna — Ericsson. W rzeczywistości, poza paroma wyjątkami, prawie wszystkie duże szwedzkie firmy rozpoczęły swoją działalność pod koniec XIX w. i na początku XX w. W 1932 r. socjaldemokraci doszli do władzy w obliczu wielkiego kryzysu. W rezultacie, podobnie jak FDR w Ameryce i Adolf Hitler w Niemczech, rozpoczęli poszerzanie władzy rządu nad gospodarką. Do 1932 r. wydatki rządowe w Szwecji były utrzymywane poniżej 10 proc. PKB, ale socjaldemokraci, pod przywództwem Pera Albina Hanssona, chcieli to zmienić i stworzyć ze Szwecji folkhem („dom ludu”) — termin, który szwedzcy socjaldemokraci zapożyczyli od włoskich faszystów. Nawet we wczesnych latach 50. XX w. Szwecja ciągle była jedną z najbardziej wolnorynkowych gospodarek na świecie, a wydatki rządowe w stosunku do PKB były niższe niż amerykańskie. Dopiero między 1950 a 1976 r. Szwecja doświadczyła rozrostu rządowych wydatków, które w stosunku do PKB wzrosły z 20 proc. w 1950 r. do ponad 50 proc. w 1975 r, co było bezprecedensowym wydarzeniem na tle świata w okresie pokoju. Praktycznie każdego roku podatki rosły, łącznie z powiększaniem się państwa opiekuńczego — nagłego wzrostu liczby publicznych urzędników i ciągle większego poziomu transferów budżetowych. Podczas 20 pierwszych lat nieustająca ekspansja rządu nie wywołała niekorzystnych skutków, Szwecja skorzystała na gwałtownym światowym wzroście, choć zaczęła spadać w porównaniach — wzrost wahał się na poziomie przeciętnej innych krajów. Zmieniło się to w latach 70., gdy Olof Palme z lewicowej Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej został premierem. Palme przyśpieszył socjalistyczne przemiany w Szwecji, nastąpił szybki wzrost regulacji szkodzących przedsiębiorstwom i gwałtowny wzrost podatku od płac. Wzrost tych podatków, razem ze wzrostem płac żądanym przez związki zawodowe, uczyniły szwedzkie przedsiębiorstwa wysoko niekonkurencyjnymi na światowych rynkach. Palme postanowił to rozwiązać poprzez dewaluację szwedzkiej korony. Wynikiem był nagły wzrost cen, który doprowadził do ponownych dewaluacji. Niezadowolenie społeczne, wywołane globalnym spowolnieniem, podwyżkami podatków, większą liczbą regulacji i rosnącą inflacją umożliwiło centroprawicy dojście do władzy w 1976 r., przerywając 44-letnie rządy socjaldemokratów. Centroprawicowe partie nie chciały jednak przeprowadzić bardziej radykalnych wolnorynkowych reform i sytuacja gospodarcza pogarszała się, wliczając w to cykl inflacji-dewaluacji. Natychmiast przeprowadzili 16-procentową dewaluację, która, jak deklarowali, miała być ostatnia. Każdy rząd zarzekał się tak przed każdą z poprzednich dewaluacji, wliczając w to 10-procentową dewaluację, którą centroprawicowy rząd przeprowadził rok wcześniej. Oczekiwania inflacyjne, a więc i związkowe żądania dotyczące płac, pozostawały bardzo wysokie. W 1985 r. rząd zdecydował się na deregulację kredytów bankowych. Podczas gdy ta reforma była niezbędna, aby poprawić alokację kapitału, to miała fatalne skutki uboczne. Po opodatkowaniu i uwzględnieniu inflacji, realne oprocentowanie było faktycznie ujemne. Spowodowało to ogromną ekspansję kredytową, która przyczyniła się do jeszcze poważniejszego wzrostu cen towarów konsumpcyjnych, a także wykreowała ogromna bańkę na rynku nieruchomości i giełdzie. Biorąc pod uwagę, iż kurs wymiany pozostawał stały, szwedzka konkurencyjność szybko została podkopana. Po tym jak Palme został zabity przez nieznanego zamachowca w lutym 1986 r., premierem został pragmatyczny Ingvar Carlsson. Zaniepokojony tym, że szwedzkie tempo wzrostu było relatywnie niskie, rząd Carlssona wdrożył szereg wolnorynkowych reform. Wśród nich pojawiło się zaprzestanie kontrolowania waluty w 1989 r. i reforma podatkowa, która znacznie zmniejszała marginalne stawki podatkowe (chociaż zmniejszyli liczbę ulg, łącznie z ulgami kredytowymi). Reformy te jednak nie uchroniły szwedzkiej gospodarki od kryzysu. Gdy gospodarka zaczęła znacznie zwalniać w 1990 r. po serii reform oszczędnościowych, inflacja cen dóbr konsumpcyjnych zwolniła. Dzięki połączeniu utrzymujących się wysokich stóp nominalnych, zmniejszonego opodatkowania zysków z kapitału (a z tym — obniżenie ulg kredytowych) i spadającej inflacji, realne stopy procentowe zaczęły rosnąć, a to pomogło w zakończeniu bańki spekulacyjnej na rynkach aktywów. Ponadto nastąpił nagły szok wywołany wahaniami cen ropy, gdy Saddam Husajn najechał Kuwejt, czemu towarzyszyło spowolnienie gospodarcze u kluczowych partnerów handlowych takich jak Stany Zjednoczone, Finlandia i Wielka Brytania. Rezultatem tego była recesja pod koniec 1990 roku. W końcu system stałych kursów wymiany upadł w listopadzie 1992 r. Dramatyczny wzrost stóp procentowych i głęboka recesja w tym samym czasie spowodowały ogromną liczbę nieściągalnych pożyczek, a to spowodowało, że prawie wszystkie ważne banki zbankrutowały (wyjątkiem był Handelsbanken, znany z ostrożności). Dopiero po tym, jak szwedzki rząd zobowiązał się do ratowania banków, niezależnie od potrzebnych pieniędzy, powszechne załamanie bankowe zostało zażegnane. Ostatecznie, szwedzka recesja była największą od czasów wielkiego kryzysu — PKB w 1993 r. było niższe o 5 proc. niż w 1990 r., zatrudnienie spadło o ponad 10 proc., a deficyt budżetowy wzrósł do ponad 10 proc. PKB. Szwecja spadła w światowym rankingu dochodu — pomiędzy 15. a 20. miejsce — i już swojej dawnej pozycji nie odzyskała. Po tym mocnym spowolnieniu gospodarczym Szwecja zaczęła radzić sobie o wiele lepiej — i to z wielu powodów. Spadek wartości korony pod koniec 1992 r. o 20 proc. był silnym bodźcem do zwiększenia eksportu, a wraz z mocno obniżonymi stopami procentowymi pomogło to w rozpoczęciu koniunkturalnego ożywienia pod koniec 1993 r. Co więcej, szereg wolnorynkowych reform wdrożonych przez Ingvara Carlssona i konserwatystę Carla Bildta (który był premierem od 1991 do 1994 r.) pomogły zwiększyć potencjał szwedzkiej gospodarki. Poza wspominanymi wcześniej obniżkami krańcowych stawek podatkowych i zniesionym systemem kontroli kursu waluty, zderegulowano pożyczki bankowe i znacząco obniżono inflację. Co więcej, sprywatyzowano kilka państwowych przedsiębiorstw i zniesiono regulacje w kilku kluczowych sektorach, w tym w handlu detalicznym, sektorze telekomunikacyjnym i przemyśle lotniczym. Dzięki tym zjawiskom oraz polepszającej się koniunkturze udało się zmniejszyć ogromne obciążenie, jakim były wydatki rządowe. Wszystko to pomogło Szwecji relatywnie polepszyć sytuację gospodarczą w odniesieniu do stagnacji w latach 70. i 80. i głębokiej recesji we wczesnych latach 90. To względne ozdrowienie zostało podchwycone przez socjaldemokratów i ich sympatyków ze Szwecji oraz spoza niej, którzy twierdzą, że to szwedzki model wysokich podatków i dużego państwa opiekuńczego doprowadził do tej sytuacji. Jednak w późniejszym okresie Szwecja ponownie skręciła w stronę socjaldemokracji, osłabiając potencjał swojej gospodarki. Do czasu aż w 2006 r. premierem został Fredrik Reinfeldt, wprowadzając szereg liberalnych reform: obniżono podatek od dochodów osobistych (w tym od najniższych dochodów ‒ z 30,7% do 17,1%), część podatku od wynagrodzeń obciążającego pracodawcę, podatek od dochodów przedsiębiorstw (z 28% do 26,3%), podatek od nieruchomości oraz zniesiono podatek od majątku (podatek spadkowy wycofano w 2005 r.). Dzięki rozsądnej polityce wydatkowej w latach 2006-2008 udało się wygospodarować całkiem pokaźną nadwyżkę budżetową, co z kolei przyczyniło się do zmniejszenia długu publicznego (rządowego) z 45,7% PKB w 2006 r. do 38,3% PKB w 2008 r. Dzięki temu Szwecji udało się przejść przez kryzys 2008 bez większego szwanku. Niestety ostatnimi czasy kraj ten ponownie skręcił na lewo. Więcej na temat pod linkami: http://mises.pl/blog/2014/01/14/karlsson-szwedzki-mit/ http://mises.pl/blog/2010/10/02/chrupczalski-nowe-oblicze-szwecji/
×