Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

Wyszukaj

Wyświetlanie wyników dla tagów 'kapitalizm' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj za pomocą nazwy autora

Typ zawartości


Forum

  • Regulamin i Zasady
    • Regulamin Forum
    • Lektura Obowiązkowa - nie tylko dla nowego użytkownika
    • Rozwój - przejmujemy władzę nad światem :>
  • Klub Weterana
    • Zasłużona Starszyzna
  • Relacje męsko-damskie i nie tylko
    • [ŚWIEŻAKOWNIA] - 'Moja historia'.
    • Na linii frontu - podrywanie.
    • Seks
    • Manipulacje kobiet i obrona przed nimi
    • Moje doświadczenia ze związku, małżeństwa
    • Sprawy rodzinne i dzieciaki
    • Rozstania, zdrady, prawo rozwodowe.
    • Mądry Mężczyzna po szkodzie.
    • Ściana hańby
  • Męskie i niegrzeczne sprawy
    • Samodoskonalenie i samowychowanie
    • Bad Boy
    • Hajs i inne dobra materialne
    • Wtopy i upokorzenia
  • Sport i zdrowie
    • Sport
    • Zdrowie fizyczne i psychiczne
  • Polska i świat
    • Co w zagrodzie i za miedzą
  • Motoryzacja i Technologie
    • Wszystko co jeździ, pływa i lata.
    • Komputery
    • Technika i sprzęt
  • Hobby
    • Zainteresowania
    • Hobby i twórczość
  • Duchowość
    • Nie samym ciałem człowiek żyje
  • Rozmowy przy wódce
    • Flakon, kielon i zagrycha
  • Rezerwat dla Kobiet
    • Dlaczego tak?
    • Bara-bara
    • Bóg stworzył kobietę brzydką, więc musi się ona malować.
    • Wokół domowej 'grzędy'
    • Niedojrzali emocjonalnie faceci - ploty - dupoobrabialnia ;)
    • Kobiecy kącik 'kulturalny'

Blogi

  • Blog Ruchacza
  • Critical Thinking
  • Pan Kabat Blog
  • Bacy
  • Paweł z N.
  • Silvia
  • Blogosfera Vincenta
  • 105 kg skurwysyna
  • Droga do męskości
  • „Sukces jest czymś, co przyciągasz poprzez to, kim się stajesz.”
  • RysiekBlog
  • PZK
  • Aroxblog
  • Zasady Drugiej Strony Lustra
  • Self Blog
  • friendship
  • redBlog
  • OpenYourMind
  • kootasBlog
  • Blog
  • The Samiec Post
  • TradeMe
  • Zapiski Eldritcha
  • Blog Chłopaka na Testosteronie
  • nowhereman80
  • ALPHA HUMAN
  • Myśli bieżące - filozoficznie ...
  • Samczym okiem
  • Za twórczością podążający, pragnący swego zaniku.
  • Ryśkowe szaleństwa.
  • Spira - żeby wygrać, trzeba przegrać
  • Scarcity of Knowledge
  • Throat full of glass
  • listy do dusz
  • Cytaty ważne i więcej ważne
  • TRANCE & STUFF
  • Moje przemyślenia
  • Blog Duńczyka
  • Podkręcili mi śrubkę!
  • Pułapki i kruczki
  • Jak działa rzeczywistość i kim jesteśmy - rozważania
  • Human Centric Lighting
  • Arasowy blog postrzegania subiektywnego
  • Otwórz Oczy
  • Bez litosci
  • Przelewanie mysli.

Znaleziono 23 wyników

  1. Mało kto w Polsce pamięta kim był Julian Dunajewski, tymczasem portret tego wybitnego polskiego ekonomisty do dziś wisi w parlamencie austriackim. Do historii przeszedł jako człowiek, który uratował budżet Austro-Węgier doskonałymi reformami gospodarczymi, jako minister skarbu tego kraju w latach 1880-1891. Po Dunajewskim to stanowisko zaczęli obejmować również inni Polacy: Leon Biliński, Witold Korytowski, Seweryn Kniaziołucki czy Wacław Zaleski. W zaborze austriackim Polacy byli nie tylko lepiej traktowani niż w zaborze niemieckim i rosyjskim, ale byli zwyczajnie doceniani. Dlatego tak wielu z nich mogło pełnić ważne funkcje, w tym nawet w rządzie. Carl Menger, założyciel Austriackiej Szkoły Ekonomii, urodzony w Nowym Sączu bronił doktorat z prawa właśnie u Dunajewskiego. Ludwig von Mises z Galicji, chyba najbardziej znany ekonomista ASE czerpał garściami wzorce właśnie od Polaków, którzy stanowili większość mieszkańców Galicji. Po odzyskaniu niepodległości w II RP działalność rozpoczęła Krakowska Szkoła Ekonomiczna, wzorowana zarówno na Szkole austriackiej, jak i ekonomii klasycznej (Adam Smith etc.) ze wskazaniem na ASE. A w raz z nią jej najważniejsi przedstawiciele Adam Heydel, Adam Krzyżanowski i Ferdynand Zweig. Polecam świetny film na temat tej prawie zapomnianej szkole ekonomicznej:
  2. Oczywiście socjalizm w cudzysłowie, ponieważ pojęcia socjalizmu jeszcze wówczas nie było . Jednak tym co ostatecznie doprowadziło do upadku rzymskiego imperium był państwowy interwencjonizm w gospodarkę: Przede wszystkim kontrola cen w handlu, ustanawianie cen maksymalnych za towary i nade wszystko ciągłe osłabianie waluty, poprzez coraz większe rozwadnianie złotych i srebrnych monet innymi metalami (tak samo było zresztą z upadkiem starożytnych Aten, kiedy władze zaczęło dodawać miedzi do złotych monet). Agresorzy, którzy najeżdżali Rzym w IV i V wieku nie byli silniejsi od przeciwników, z którym Rzym w przeszłości radził sobie bez problemu, po prostu wykorzystali oni wewnętrzny upadek gospodarczy imperium. Polecam do posłuchania fragment z "Ludzkiego Działania" Ludwiga von Misesa w tym temacie:
  3. Ludwig von Mises (1881-1973) był jednym z najwybitniejszych ekonomistów jacy chodzili po naszej planecie. Z pochodzenia był Austriakiem urodzonym we Lwowie, czyli stolicy Królestwa Galicji, będącym w ówczesnym okresie pod panowaniem zaboru austriackiego. W tamtym okresie obszar ten był nazywany niekiedy "Małopolską", jako że większość jego mieszkańców stanowili Polacy, około 1/4 Żydzi i po małej części Ukraińcy. Dziadek Misesa był głową lokalnej gminy żydowskiej, posiadał również tytuł szlachecki. Jednak jak pisał Erik von Kuehnelt-Leddihn, główny wpływ na ukształtowanie kulturowe, światopoglądowe itd. na Misesa mieli nie Żydzi, ale właśnie Polacy, stanowiący prawdziwą kulturową i intelektualną elitę w tamtejszym obszarze, znani ze swojego umiłowania wolności i walki o niepodległość. Więcej do poczytanie na temat w artykule poniżej: http://mises.pl/blog/2010/09/28/kuehnelt-leddihn-kulturalne-korzenie-ludwiga-von-misesa/ Ludwig von Mises czuł się jednak przede wszystkim austriackim patriotą, lojalnym wobec monarchii Habsburgów. Polskie akcenty w Austriackiej Szkole Ekonomii, której Mises był jednym z najbardziej znanych przedstawicieli to jednakże żadna nowość. Sam jej założyciel, czyli Carl Menger, urodził się w Nowym Sączu, doktoratu prawa bronił na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, a jednym z jego egzaminatorów był Polak, Julian Dunajewski .... ówczesny mister skarbu Austro-Węgier. Polacy w zaborze austriackim byli nie tylko traktowali lepiej niż w niemieckim i rosyjskim, ale także byli bardzo cenieni przez samych Austriaków. Wielu Polaków widziało nadzieję w Habsburgach, jako przyszłej elity intelektualnej w wyzwolonej Polsce. Wkład Ludwiga von Misesa w rozwój nauk ekonomicznych jest nieoceniony. Przypomnę że to on wprowadził słuszność prakseologii jako podstawy metodologicznej w Austriackiej Szkole Ekonomii, chociaż takie metody były stosowane już od samego początku, od Carla Mengera, tyle że wcześniej nie używano słowa "prakseologia". Bezpośrednie sukcesy Misesa to m. in.: 1. Teoria cykli koniunkturalnych i przewidzenie Wielkiego kryzysu z 1929 r. Kryzys 1929 r. był dla wielu ekonomistów zupełnym zaskoczeniem. Nie wyłączając Irvinga Fishera, niesłusznie uznawanego wówczas za główny autorytet w dziedzinie polityki monetarnej, który sam stracił na kryzysie ogromne pieniądze. Tymczasem Mises już w wydanej w 1912 r. książce pt. "Teoria pieniądza i kredytu" krytykował pieniądz fiducjarny, odchodzenie od standardu złota, centralną bankowość itd. Tak w roku 1912, czyli na rok przed utworzeniem Fed-u i 17 lat przed wybuchem kryzysu. Co więcej, w połowie 1929 r. Mises odmówił przyjęcia oferty w prestiżowym wiedeńskim banku Kreditanstalt, czym mocno zaskoczył wszystkich, łącznie ze swoją narzeczoną. Taką decyzję Mises uzasadnił słowami: "nadchodzi wielki krach, a ja nie chcę żeby moje nazwisko było kojarzone z tym bankiem". Kilka miesięcy później zaczął się największy kryzys gospodarczy w historii, a wspomniany bank zbankrutował. Badania na temat polityki pieniężnej i cykli koniunkturalnej przez Misesa oraz jego ucznia Friedricha von Hayeka stworzyły austriacką teorię cyklu koniunkturalnego, która jak żadna inna tłumaczy występowanie kryzysów w gospodarce: https://pl.wikipedia.org/wiki/Austriacka_teoria_cyklu_koniunkturalnego 2. Wykazanie niemożliwości funkcjonowania gospodarki socjalistycznej i przewidzenie upadku ZSRR już w 1920 r. Na początku XX w. w gronie ekonomistów przetoczyła się gorąca dyskusja na temat czy funkcjonowanie gospodarki socjalistycznej jest możliwe. Ludwig von Mises uznawał że jest to absolutnie niemożliwe. W 1920 r. przedstawił swoje zdanie w eseju pt. "Kalkulacja ekonomiczna w socjalizmie". Jak zauważył Mises, w socjalizmie, gdzie nie ma prywatnej własności środków produkcji, nie można nimi handlować, przez co nie można określić ich cen rynkowych. A to z kolei uniemożliwia przeprowadzanie kalkulacji ekonomicznej. Analiza ta była na tyle błyskotliwa że nawet Oskar Lange, który był socjalistą uważał że Mises zwrócił uwagę na niezwykle ważną kwestię i dał wyraźną podpowiedź socjalistom, dlatego w Ministerstwie gospodarki, czy jakimś Urzędzie Centralnego Planowania w ZSRR powinien stać posąg Misesa. Sam Lange uważał że problem kalkulacji ekonomicznej można rozwiązać z pominięciem działania wolnego rynku, metodą prób i błędów. Tą koncepcję obalił jednak F. A. von Hayek zwracając uwagę, że w takim modelu gospodarczym trzeba by powołać armię biurokratów, którzy musieliby sprawdzać każdą kalkulację ekonomiczną dokonywaną przez kierowników przedsiębiorstw. Ponadto ich rachunki trzeba by zestawiać z ich alternatywnymi wersjami, aby sprawdzić czy aby na pewno wybrali najlepsze rozwiązanie. Takie państwo musiałoby się zamienić w gigantyczny aparat biurokratyczny o kosztach niemożliwych do utrzymania. Mises swoje zdanie na temat socjalizmu przełożył jeszcze dokładniej w książce "Socjalizm" wydanej w 1922 r. Wielu ekonomistów polemizowało w tej kwestii z Misesem na przestrzeni lat. Jednych z nich był Paul Samuelson, kolejny ze znanych "autorytetów". Znany także z tego, że próbował przewidzieć kiedy ZSRR prześcignie USA, datę wciąż przesuwał, kiedy poprzednia wróżba się nie powiodła, niczym Świadkowie Jehowy przesuwający datę końca świata i tak do samego upadku ZSRR. Innym był Robert Heilbroner, ekonomista chwalący m. in. Karola Marksa, Thorsteina Veblena czy Johna Maynarda Keynesa. Jednak kiedy w 1991 r. ZSRR ostatecznie upadł, przyznał on Misesowi rację po blisko 50 latach polemiki. W jednym z artykułów napisał: "It turns out, of course, that Mises was right". Czyli: "Jak się okazało, oczywiście to Mises miał rację". W licznych publicznych wystąpieniach przyznawał m. in. że socjalizm był jednym z największych nieszczęść jakie spotkał świat; kapitalizm pokonał socjalizm; kapitalizm organizuje materialną stronę życia w sposób znacznie bardziej zadowalający niż socjalizm itd. Jako że ZSRR powstał w 1922 r. a Mises krytykował socjalizm już 1920 r. często mówi się że Mises przewidział upadek ZSRR, zanim jeszcze ZSRR powstał. 3. Przewidzenie upadku keynesizmu Po II wojnie światowej keynesizm, a więc prąd w gospodarce oparty na interwencjonizmie państwowym był przez długi czas prądem dominującym. Aż do przełomu lat 60-tych i 70-tych, gdy pojawiła się fala rozmaitych kryzysów gospodarczych i zjawisko tzw. stagflacji, czyli występowanie jednoczesnego kryzysu gospodarczego i wysokiej inflacji. Wedle założeń keynesizmu to powinno być niemożliwe, ponieważ inflacja to miał być sposób na pobudzanie gospodarki i wyciągania jej z kryzysu. Jak się okazało to co głosił Ludwig Mises i inni Austriacy na temat keynesizmu w licznych książkach i publikacjach na przestrzeni lat było prawdą. Spuścizna Ludwiga von Misesa Do najważniejszych uczniów Misesa możemy zaliczyć takich ludzi jak: -Friedrich August von Hayek - razem z Misesem rozwijał teorię pieniądza i cykli koniunkturalnych, za co po latach, bo dopiero w 1974 r. dostał Nagrodę Nobla, jeden z najbardziej znanych interlokutorów Keynesa -Murray Rothbard - swego rodzaju "ojciec chrzestny" libertarian jako autor słynnego "Manifestu libertariańskiego", ekonomista, historyk, teoretyk polityczny, autor wielu popularnych książek jak: "Złoto, banki, ludzie - krótka historia pieniądza", "Wielki kryzys w Ameryce", "Tajniki bankowości" czy "Ekonomia wolnego rynku" -Fritz Machlup - autor różnych książek m. in. o giełdzie, kredycie, bankowości -Henry Hazlitt - autor popularnej "Ekonomii w jednej lekcji", to głównie on spopularyzował ASE w USA -John von Neumann i Oskar Morgenstern - genialni twórcy teorii gier Współcześnie myśl Misesowską i ASE promuje Mises Institute, najbardziej popularny w USA. Polskim odpowiednikiem jest działający od 2003 r. we Wrocławiu Instytut Misesa.
  4. Coś z serii łopatologii stosowanej w nauce ekonomii. Ponadczasowy esej Leonarda Reada, tłumaczący procesy rynkowe z perspektywy zwykłego ołówka: http://coin.wne.uw.edu.pl/lhardt/ReadJa.pdf Dla tych, którym nie chce się czytać, przedstawienie eseju w formie animacji:
  5. Dość często w dziale ekonomii na forum, przewija się wątek Austriackiej Szkoły Ekonomii, zwłaszcza z mojej inicjatywy . Ale o co właściwie chodzi? Co to w ogóle jest? Nie chodzi bynajmniej o jakiś uniwersytet lezący w Austrii, ale o szkołę myśli ekonomicznej. Szkoła ta powstała w Austrii w latach 70-tych XIX w., stąd jej nazwa. Jej pierwszymi przedstawicielami byli Austriacy, m. in Carl Menger, Friedrich von Wieser czy Eugen von Böhm-Bawerk, ale szkoła rozwinęła się na całym świecie, dziś jej znanymi przedstawicielami są np. Niemiec: Hans Hermann-Hoppe czy Hiszpan: Jesus Huerta de Soto. Temat zacznę jednak od obalenia pewnego mitu, jakoby nauki ekonomiczne zaczęły rozwijać się wraz z pojawieniem się Ekonomii klasycznej w drugiej połowie XVIII w., a Adam Smith to "ojciec ekonomii". Mit ten wypłynął z USA jako że książka tego autora: "Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów" została opublikowana w roku, w którym Stany Zjednoczone oddzieliły się od Wielkiej Brytanii. Tymczasem ekonomia jako nauka rozwijała się już znacznie wcześniej. Samo słowo "ekonomia" powstało już w starożytności, jego twórcą był grecki pisarz Ksenofont, pochodzi ono od słów "oikos" (dom) i "nomos" (prawo, reguła). Tak nazywano wówczas po prostu zasady prowadzenia gospodarstwa domowego. Przez wiele lat jednak faktycznie ekonomia jako społeczna nauka o produkcji, dystrybucji i konsumpcji dóbr nie funkcjonowała. Zaczęło się to zmieniać wraz z działalnością scholastyków (tomistów etc.) w średniowieczu, czyli tak naprawdę pierwszych uczonych w historii, gdyż tak jak już kiedyś pisałem na forum, późne średniowiecze wbrew powszechnym mitom nie było ciemnogrodem, a epoką gdzie powstały pierwsze uniwersytety, było wielu uczonych itd. Prawdziwy przełom nastąpił w XVI i XVII w. dzięki działaniu nowożytnych scholastyków (głównie dominikanie i jezuici) z pochodzącej z Hiszpanii Szkoły z Salamanki. Badali oni mechanizmy rynkowe i rolę państwa w gospodarce. Rozumieli już np. w jaki sposób ustalają się ceny na rynku w grze popytu i podaży i dlaczego interwencje państwa w ten naturalny mechanizm są tak szkodliwe. Można powiedzieć że podstawą metodologiczną tej szkoły było kierowanie się logiką. Najbardziej znanymi przedstawicielami tej szkoły byli m. in. Francisco de Vitoria czy Domingo de Soto. W Polsce założenia Szkoły z Salamanki próbował krzewić wybitny polski logik Marcin Śmiglecki, autor książki "Logica", która była podstawowym podręcznikiem logiki przez wiele lat na całym świecie. Więcej o Szkole z Salamanki: http://libertarianin.org/salamanka-scholastyczna-mysl-wolnorynkowa/ http://www.opcjanaprawo.pl/index.php/rec/item/1915-scholastycy-z-salamanki O Marcinie Śmigleckim: http://mises.pl/blog/2011/06/19/wozinski-pierwszy-austriak-w-historii-polski/ Na przełomie XVIII i XIX w. wyłoniła się Ekonomia klasyczna, wiązało się to głownie z krytyką merkantylizmu (silnego protekcjonizmu handlowego). Adam Smith formując teorię przewagi absolutnej, wykazał przewagę wolnego handlu nad merkantylizmem: https://pl.wikipedia.org/wiki/Teoria_przewagi_absolutnej David Ricardo dodatkowo uzupełnił temat przez teorię przewagi komparatywnej: https://pl.wikipedia.org/wiki/Teoria_przewagi_komparatywnej Korzyści ze społecznego podziału pracy i wolnej wymiany handlowej stanowiły podwaliny liberalizmu gospodarczego. Wpływ mieli na to również francuscy fizjokraci, od nich hasła: "Laissez-faire" ("pozwólcie nam działać") pochodzi termin leseferyzm. XIX wiek to okres rewolucji przemysłowej, a także rozwój nauk ekonomicznych. Najważniejszymi szkołami ekonomicznymi były głównie szkoły klasyczne: angielska i francuska. Jednak w latach 70-tych tamtego wieku nastąpił przełom zwany "rewolucją subiektywną-marginalistyczną". Tak właśnie narodziła się Austriacka Szkoła Ekonomii. Szkoła pod wieloma względami podobna do dawnej Szkoły z Salamanki. Do bardziej znanych osiągnięć pierwszych Austriaków było chociażby odrzucenie laborystycznej teorii wartości na rzecz subiektywistycznej teorii wartości. A więc o wartości danego dobra na rynku, a zatem o jego cenie nie decyduje jedynie "społecznie niezbędny czas na jego wytworzenie" ale także subiektywne preferencje konsumentów. Dużym sukcesem było również wprowadzenie przez Friedricha von Wiesera pojęcia użyteczności krańcowej, czyli korzyści jaką odnosi konsument ze zwiększenia konsumpcji danego dobra o jedną jednostkę. Z tego wypracowano następnie prawo malejącej użyteczności krańcowej. Przykładowo jeśli ktoś jest bardzo spragniony byłby skłonny zapłacić dużą cenę za szklankę wody, za drugą szklankę zapłaciłby mniej, za kolejne coraz mniej, aż w końcu doszedłby do takiego momentu gdy nie chciałby wody nawet za darmo, bo wypił już zbyt dużo. Niesamowite że tak prostej i logicznej zależności, nie brano pod uwagę w rachunku ekonomicznym aż do drugiej połowy XIX w. Wieser rozwiązał tym samym po 2 tys. lat "paradoks wody i diamentu" przedstawiany przez Arystotelesa, czyli jak to jest, że woda jest niezbędna do życia, a diamenty już nie, ale to cena diamentu jest znacznie wyższa? To proste, kiedy wody mamy pod dostatkiem jej wartość jest dla nas dużo mniejsza, a diamenty są wartościowe przez swoją niezwykłą rzadkość. W XX w. duża rolę w rozwoju ASE i ekonomii ogólnie miał Ludwig von Mises. To on właśnie opisał konieczność opierania badań ekonomicznych o prakseologię, czyli naukę o celowym ludzkim działaniu, chociaż takie metody były już stosowane od początku istnienia ASE (począwszy od Carla Mengera), jak i niektórych klasyków, zwłaszcza francuskich jak Frederic Bastiat czy Jean Baptiste Say. Chodzi tu mniej więcej o to, że badania empiryczne nie sprawdzają się w weryfikowaniu hipotez ekonomicznych, ponieważ raz, że w ekonomii nie ma stałych relacji pomiędzy wielkościami, a dwa, nie da się wyodrębnić na rynku jednej rzeczy, przy pozostałych warunkach niezmiennych, nie da się badając jedno zjawisko wyizolować całą resztę czynników, jak w laboratorium. Zasadnym jest natomiast podejście aksjomatyczno-dedukcyjne. A więc badanie logicznych implikacji wynikających z aksjomatu ludzkiego działania, który stanowi, że każdy człowiek działa, podejmując działanie robi to w konkretnym celu, który to służy poprawie jego subiektywnej satysfakcji, a dążąc do celu musi podjąć pewne środki. Więcej na temat metodologii Austriackiej Szkoły Ekonomii poniżej: Niewątpliwym sukcesem ASE są odkrycia co do teorii pieniądza i cykli koniunkturalnych, nad którymi pracowali Ludwig von Mises, Friedrich Hayek, czy Murray Rothbard, tłumaczących występowanie kryzysów w gospodarce na skutek ekspansji monetarnej i kredytowej prowadzonej przez rządy i banki centralne: https://pl.wikipedia.org/wiki/Austriacka_teoria_pieniądza https://pl.wikipedia.org/wiki/Austriacka_teoria_cyklu_koniunkturalnego Szkoda tylko że ta szkoła pozostaje mocno niedoceniana na rzecz keynesizmu, monetaryzmu i różnych nurtów mieszanych. Chociaż Hayek doczekał się Nobla w 1974 r. za prace na temat pieniądza i cykli koniunkturalnych.
  6. W ostatnim tekście pisałem o libertarianizmie. Jednak pomimo iż wpis wyszedł bardzo długi zdołałem tak naprawdę omówić jedynie kwestie wymiaru sprawiedliwości, obronności i prawa. Dlatego dzisiaj przedstawię rozmaite inne zagadnienia widziane libertariańskim okiem. Zacznijmy od tego że libertarianizm to nie tylko jakiś pogląd, doktryna ale przede wszystkim pewien rodzaj ewolucji społecznej odwołujący się do takich kwestii jak: Filozofia indywidualizmu – przeciwieństwo kolektywizmu, filozofia stająca na stanowisku, że każda jednostka ma prawo dążenia do osobistego szczęścia, jeśli tylko nie narusza tego prawa u innych osób. Pozytywny egoizm. Indywidualizm na przestrzeni wieków rozwijał się w postaci greckiej filozofii (głównie Arystotelesa), klasycznego liberalizmu, czy filozofii obiektywistycznej (randyzmu). Prawo naturalne i zwyczajowe – czyli m.in. prawo rzymskie, anglosaskie czy różnego rodzaju prawo popularne wśród ludów potocznie zwanymi w historii „barbarzyńskimi”. Racjonalizm, logika – poznawanie świata i dochodzenie do prawdy za pomocą swojego umysłu. Na tym opiera się m. in. filozofia Ayn Rand, czy prakseologia jako metodologiczna postawa Austriackiej Szkoły Ekonomii Rozwój ekonomii jako nauki społecznej – kłania się tu oczywiście wspomniana wcześniej Austriacka Szkoła Ekonomii, jak również klasycy uważani za prekursorów ASE jak Frederic Bastiat czy Jean-Baptiste Say oraz scholastycy ze Szkoły z Salamanki, działającej już w XVI wieku. Rys historyczny - początki ludzkości Dawno, dawno temu w ciężkich czasach „jaskiniowych” ludzie żyli w plemionach, pod przywództwem swoich wodzów. Jako że ludzki umysł zaczął się rozwijać na drodze ewolucji z czasem ludzie nauczyli się uprawy roli i hodowli zwierząt, odchodząc od konieczności polowania i zbieractwa i bycia uzależnionym od swoich przywódców. Była to tzw. rewolucja neolityczna. Ludzie przenieśli się na osiadły tryb życia, wykształcili nie tylko zdolność do produkcji żywności, ale także garncarstwa i tkactwa, powstał również handel i usługi. Poziom życia znacznie się podniósł, zwiększyła się również zdecydowanie liczba ludności. Niestety ludzie żyjąc sobie w takich wolnościowych warunkach byli nieustannie atakowani przez koczowników, tzw. nomadów, którzy nie potrafili uprawiać roli, za to lubowali się w napadaniu na ludy osiadłe, przejmując kontrolę i stając się dla ludów swego rodzaju pierwszą w historii administracją państwową. Władzę utrzymywali pod pretekstem bycia „pośrednikami z bogami”, wyłoniła się również kasta kapłańska. Od tamtej pory nieustannie władcy, czyli wąska grupka ludzi sprawująca kontrolę nad społeczeństwem, zawsze znajdywali pretekst do sprawowania władzy. W starożytności władcy uważali się za bogów, jak faraonowie w Starożytnym Egipcie, czy cesarze w Starożytnym Rzymie. W średniowieczu zostało to złagodzone w kierunku: „władza pochodzi od Boga”, takimi „namiestnikami Boga” byli oczywiście władcy monarchiczni (królowie). Z czasem wraz z nadejściem demokracji w miejsce Boga wstawiono „dobro społeczeństwa”, a wiek XX, czyli era totalitaryzmów bardzo mocno odcisnął piętno na mentalności ludzi, którzy przyjęli postawę że „to musi być państwowe, i to, i tamto i jeszcze tamto”, tak musi być i nie ma z tym dyskusji. W ostatnim tekście pisałem o przykładach społeczeństw praktycznie „bezpaństwowych”, takich jak wczesnośredniowieczne: Irlandia, Islandia czy Anglosasi, funkcjonujących w oparciu o prawo zwyczajowe, sądy arbitrażowe i duże poszanowanie dla własności prywatnej. I takich przykładów w historii było naprawdę wiele, w zasadzie od przysłowiowego „zarania dziejów”. W ten sposób zazwyczaj funkcjonowały tzw. ludy barbarzyńskie. Tutaj się na chwilę zatrzymajmy. Słowo „barbarzyńca” dziś kojarzy się pejoratywnie. Przywodzi na myśl dużego, włochatego jegomościa, brutalnego, lubiącego mordować i gwałcić. Tymczasem barbarzyńcy często byli nastawienie bardzo pokojowo. Germanie, Słowianie, Prusowie, Bałtowie czy Celtowie to prawdziwa kolebka Europy. Ludy te organizowały swoje wojska jedynie doraźnie, najczęściej w celach obronnych. Nie miały żadnego stałego króla ani administracji państwowej, lecz wybierały przywódcę na czas prowadzonych batalii. Po ich zakończeniu dowódca stawał się zwykłym członkiem ludu, podporządkowanym prawu zwyczajowemu. Praktycznie każdy człowiek z takiego barbarzyńskiego ludu posiadał broń do obrony własnej. Gdy ktoś padał ofiarą przestępstwa mógł również liczyć na pomoc rodziny i sąsiadów w ujęciu sprawcy. Ujęci przez prywatne siły przestępcy zmuszani byli do zwrotu mienia i wypłacenia rekompensaty. Spory prawne rozwiązywano poprzez arbitraż na specjalnie zwoływanych zgromadzeniach zwanych wiecami lub thingami. Za przestępstwa uznawano czyny wymierzone przeciwko drugiej osobie i jego własności prywatnej, kary miały charakter prywatnej rekompensaty, zadośćuczynienia ofierze. Plemienne wiece (thingi) posiadały też władzę powoływania i odwoływania przywódców, którzy w razie przekroczenia ustalonych praw podlegali sądowi tak jak wszyscy inni wolni ludzie. Samo słowo „barbarzyńca” narodziło się w kulturze Starożytnej Grecji i Starożytnego Rzymu. Oznaczało ono po prostu cudzoziemca (gr. barbaros, łac. barbarus – znaczy cudzoziemiec). W Grecji za barbarzyńcę uznawano każdego kto nie był Grekiem, a w Rzymie każdego kto nie był ani Rzymianinem ani Grekiem. Termin został ukuty ze słów „bar-bar” jako że Grecy i Rzymianie nie znali obcych języków. Barbarzyńcą był więc człowiek mówiący w niezrozumiałym dla nich języku, gadający „cośtam cośtam”, „bar-bar”. Jak wszyscy wiemy starożytne cywilizacje jak Grecja i Rzym opierały się głównie na niewolnictwie. Do niewoli z miłą chęcią często brano wspomnianych wcześniej barbarzyńców. Taka jest mniej więcej geneza powstawania państw, podboje i branie ludzi w niewolę. Co być może wydać się bardzo nieprzyjemnym faktem dla czytelników, samo słowo niewolnik pochodzi od słowa „Słowianin”, łac. sclavus, gr. sklavenoi, niem. sklave, ang. slave itd. Jednak nie tylko Rzymianie brali Słowian do niewoli. Także i twórcy pierwszego państwa polskiego (na ziemiach zamieszkałych przez Polan), czyli dynastia Piastów, byli nikim innym jak handlarzami niewolników. Więcej na temat ludów barbarzyńskich można poczytać chociażby w książce „Barbarzyńska Europa” Karola Modzelewskiego. Nie bardzo jest tu miejsce na dokładne opisywanie cywilizacji starożytnych, pozwolę sobie więc wspomnieć jedynie o Starożytnym Rzymie, imperium które w pewnym momencie zaczęło mieć dominującą rolę w Europie, a potem bezpowrotnie upadało. Imperium Rzymskie poza stworzeniem świetnego prawa, potęgi militarnej i rozwiniętej architektury z biegiem czasu zaczęło się stawać jednocześnie coraz wyraźniejszym kolosem o glinianych nogach. Silnie scentralizowany państwowy moloch nie sprzyjał rozwojowi gospodarczemu ani technologicznemu. Znamiennym przykładem jest Heron z Aleksandrii, grecki wynalazca i matematyk, który przedstawił w I wieku n.e. cesarzowi Klaudiuszowi …. prototyp maszyny parowej. Cesarz z początku był zachwycony, ale zaraz zapytał: „a co będzie z niewolnikami?”. Wolał zatem nie rozwalać „sprawdzonego” systemu. Rzymowi, w którym 25% mieszkańców stanowili niewolnicy brakowało bodźców do inwestowania w podniesienie wydajności pracy, bo i po co ułatwiać życie „mówiącym narzędziom”? Skoro 25% ludzi wykonywała całą pracę, reszta ludności, zwłaszcza możnowładni, nie bardzo kwapiła się do jakiekolwiek roboty. Rzymianie nie zajmowali się również praktycznie w ogóle medycyną, jedynymi medykami byli greccy niewolnicy. Co ciekawe pierwszym poważnym gwoździem do trumny Imperium Rzymskiego było coś, co dziś nazwalibyśmy dochodem gwarantowanym. Wpierw był to zasiłek w formie pszenicy wykupywanej i sprzedawanej przez rząd poniżej ceny rynkowej dla najbiedniejszych mieszkańców. Wprowadził go Gajusz Grakchus w 123 p. n. e. Następnie od roku 58 p. n. e. zdecydowano że pszenica będzie rozdawana za darmo. Z czasem zaczęto rozdawać także darmową wieprzowinę, chleb, olej z oliwek i sól (zarządzenie Aureliana z 274 r. n. e.). Takie rozdawnictwo mocno demotywowało rolników i rzemieślników do pracy. W dodatku wraz z ogromnymi wydatkami militarnymi i bardzo rozrośniętą biurokracją generowało olbrzymie koszty. Co skutkowało znacznymi podwyżkami podatków oraz ciągłym rozwadnianiem złotych i srebrnych monet, psuciem pieniądza. Zaskutkowało to hiperinflacją, doszło do tego, że ludzie na targach płacili workami, pełnymi miedzianych monet. Jedyną reakcją władz było wprowadzenie cen maksymalnych. Przy takim spadku wartości pieniądza, brak możliwości podniesienia cen sprawiał że jakikolwiek handel przestał się opłacać. Gospodarka Rzymu zaczęła pogrążać się w ruinie. Osłabienie imperium wykorzystali barbarzyńcy, którym ostatecznie udało się podbić Rzym w V wieku. Agresorzy ci nie byli silniejsi od przeciwników, z którymi Rzymianie radzili sobie w przeszłości bez żadnego problemu, po prostu wykorzystali jego mocne osłabienie gospodarcze. Rys historyczny, część druga - średniowiecze Upadek Rzymu w V wieku uznaje się w historii za początek nowej epoki czyli średniowiecza. Jej cechą charakterystyczną była oczywiście powstanie monarchii, z początku były to rzecz jasna królestwa barbarzyńskie, zakładane przez takie ludy jak Frankowie, Wizygoci, Ostrogoci, Wandalowie, Anglowie itp. Na terenach wschodnich dawnego Rzymu powstało Cesarstwo Bizantyńskie (Bizancjum). Jak pisałem w ostatnim wpisie monarchia jest systemem lepszym dla wolności niż demokracja, ponieważ monarcha ma ekonomiczną motywację do dbania o swoje królestwo niczym właściciel prywatnej firmy. Skutkuje to większym poszanowaniem dla własności prywatnej obywateli, znacznie niższymi podatkami, niskimi kosztami administracji rządowej i biurokracji, unikaniu konfliktów zbrojnych itd. A jeszcze lepiej kiedy monarchia ulega decentralizacji, podziału kraju np. na mniejsze księstwa, niezależne regiony itp. I to właśnie nastąpiło w omawianym okresie średniowiecza. Dzisiaj zapewne na hasło Hansa-Hermana Hoppe’go o: „Europie Tysiąca Liechtensteinów” niejedna osoba popukałaby się w czoło. Tymczasem średniowieczna Europa stała się wręcz milionem „lichtensztajnów”. We wczesnym średniowieczu dominującym ustrojem politycznym była monarchia patrymonialna. Jest to właśnie rodzaj monarchii, w której państwo stanowiło prywatną własność władcy, który był uważany za właściciela wszystkich ziem, zasobów naturalnych oraz najwyższego sędziego. Na przestrzeni kolejnych wieków, doszło jednak do czegoś z libertariańskiego punktu widzenia naprawdę wspaniałego. A mianowicie doszło do podziału królestwa na wiele mniejszych samodzielnych księstw, hrabstw, wolnych miast, itp.. W ostatnim wpisie pisałem o przykładzie Niemiec, gdzie ten stan trwał najdłużej, bo aż do 1870 r., jednak takie zjawisko nastąpiło niemal w całej Europie, przede wszystkim w okresie od X do XIV, w niektórych krajach nawet XV w. Historycy nazywają ten proces rozdrobnieniem feudalnym lub rozbiciem dzielnicowym. Monarchia patrymonialna została wyparta przez monarchię feudalną. Był to wyjątkowo dobry okres dla rozwoju gospodarczego Europy, zwany rozkwitem średniowiecza. Ludzie którzy dziś demonizują średniowiecze nie zdają sobie sprawy, że ta epoka dzieli się na trzy okresy: wczesne średniowiecze (od V do X w.), rozkwit średniowiecza (od X do XIV/XV w.) i zmierzch średniowiecza (inaczej jesień średniowiecza, około wieku XV). Średniowiecze często mylnie uznawane za „ciemnogród”, to okres w którym znacznie usprawniono pracę na roli, wynaleziono trójpolówkę, zaczęto używać ugoru jako pastwiska, nauczono się kuć stal, powstały tak wspaniałe wynalazki jak prasa drukarska Gutenberga, młyn wodny, kołowrotek, zegar mechaniczny, wielki piec, okulary, czy kompas. Powstały również pierwsze uniwersytety, a uczeni jak to przystało na „ciemnogród” zaczęli stanowić liczącą się grupę społeczną. A jak przedstawiały się kwestie społeczno-gospodarcze? Wówczas funkcjonującym systemem gospodarczym był feudalizm. Ziemia została podzielona pomiędzy rycerzy (feudałów), na tej ziemi rezydowali chłopi, którzy odpracowali pańszczyznę w zamian za ochronę ze strony rycerstwa. Czyli mieliśmy prostą wymianę, chłop oddawał część zbiorów, a rycerz w zamian za nią oferował mu ochronę, zapewniał bezpieczeństwo. Chłop nie jest już więc niewolnikiem, jest wolnym człowiekiem, zgodnie z panującą wówczas etyką chrześcijańską. Rycerz był właścicielem ziemi, ale nie był właścicielem chłopa. Co istotne, świadczenie chłopskie na rzecz pana feudalnego było wręcz ekstremalnie niskie w porównaniu z chociażby dzisiejszymi podatkami. Wówczas jednostką obrachunkową był dzień pracy. Żeby odrobić pańszczyznę, chłop potrzebował około 12-15 dni w roku, przez resztę roku pracował na własny rachunek. W dodatku dzień pracy był jednostką obrachunkową a nie jednostką czasu, więc jeśli np. chłop miał dwóch synów i wszyscy trzej pracowali, na odpracowanie pańszczyzny wystarczało jedynie 5 dni w roku, a nie 15. Mało tego niedziela zgodnie z panującą wówczas religią chrześcijańską była dniem wolnym od pracy, a do tego wszystkiego Kościół gwarantował dodatkowo całe 60 dni w roku wolnych od pracy. Tak dla porównania, w Polsce obecnie za dzień wolności podatkowej uznaje się 15 czerwca. Oznacza to, że pracujemy prawie pół roku za darmo na utrzymanie państwa. Jeśli w obrębie ziemi należącej do feudała znajdował się kościół lub kaplica chłop płacił również dziesięcinę, czyli oddawał jedną dziesiątą zbiorów na rzecz duchowieństwa. Jednak wbrew powszechnej opinii było to świadczenie płacone zazwyczaj dobrowolnie. W dodatku nie była to opłata „za frajer”. Po pierwsze dziesięcinę płacono żeby w ogóle był kościół/kaplica, miejsce na modlitwę itd. Po drugie lokalny ksiądz pełnił rolę nauczyciela dla chłopskich dzieci, mógł ich np. nauczyć czytać i pisać. Zazwyczaj nie było im to do niczego potrzebne, ale zdolny dzieciak mógł w przyszłości zamiast rolnikiem zostać uczonym, uczyć się w przyszłości w mieście, w katedrze, na uniwersytecie, itp. Dlatego też wielu wybitnych uczonych średniowiecza miało chłopskie pochodzenie. Ale to jeszcze nie wszystko. W prawie całej Europie (nie licząc Anglii) obowiązywała zasada „wasal mojego wasala nie jest moim wasalem”. W praktyce oznaczało to że rycerz był zwierzchnikiem chłopa, książę był zwierzchnikiem rycerza, ale już nie był zwierzchnikiem chłopa. Król był zwierzchnikiem księcia, ale już nie rycerza. Zwykły chłop był więc praktycznie niezależny od króla, który był (król) nikim więcej jak strażnikiem prawa i reprezentacyjnym przywódcą królestwa. Chłop miał wszelkie prawo do własności tego co posiadał i wypracował (po opłaceniu pańszczyzny), mógł również się ożenić, mieć dzieci itd. Co istotne mógł również wraz ze swoją rodziną opuścić wieś, bez podawania przyczyny. Musiał tylko wypełnić bieżące zobowiązania, np. nie mógł odejść na jesieni, przeprowadzkę musiał oddalić do stycznia po ukończeniu prac na polu. Ze względu na rozwinięcie technik rolnictwa, chłopi byli w stanie nie tylko się wyżywić, ale nawet wypracowywać nadwyżkę, którą mogli następnie sprzedawać w miastach, dostając w ten sposób dostęp do innych dóbr. Teraz słówko o rozwoju miast w tamtym okresie. Wówczas miasta powstawały za zgodą króla, ale same funkcjonowały jako niezależne i samorządne twory, stanowiące własność prywatną. Każde z nich miało innego właściciela (którymi byli książęta, mieszczanie, rycerstwo, szlachta lub duchowieństwo w zależności od kraju i epoki) i odrębny system prawny. Mieszkańcy miast, czyli mieszczanie, byli wolnymi ludźmi, posiadającymi jeszcze więcej swobód niż chłopi, tj. nie musieli nawet płacić pańszczyzny. Popularnym powiedzeniem w średniowieczu było „stadtluft macht frei”, czyli „miejskie powietrze czyni wolnym”. Było to jedna z zasad prawa zwyczajowego, oznaczająca, że jeśli chłop po przeprowadzeniu się ze wsi do miasta, mieszkał tam przez rok i jeden dzień, stawał się automatycznie wolnym człowiekiem. Miasta działy jako samorządne organizmy, zazwyczaj nie posiadały nawet własnych budżetów, a przynajmniej się nie zadłużały. Wszelkie budynki, katedry, uniwersytety zostały wzniesione za pieniądze samych mieszczan lub z kieszeni księcia, hrabiego, czasem duchownych. W ten sposób powstały także w Polsce tak piękne miasta jak Kraków, Wrocław czy Poznań. Dziś może się to wydawać niepojęte, ale chociażby Kościół Mariacki w Krakowie został zbudowany niemal w całości za pieniądze ze składek zwykłych ludzi, Rada Miejska dała pieniądze jedynie na sam Ołtarz Wita Stwosza. W miastach rozwijała się działalność rzemieślnicza, a także handel, z tego względu wyłoniła się klasa kupiecka. Rzemieślnicy zaczęli się zbierać w stowarzyszenia zwane cechami lub gildiami. Były to organizacje samopomocy, działające niczym prywatne firmy ubezpieczeniowe, pomagające każdemu członkowi w razie kłopotów. Charakterystyczną cechą tego okresu historycznego były również prywatne mennice, a więc mieliśmy prywatną produkcję pieniądza. Swoje mennice posiadały miasta, biskupi, książęta, banki, a nawet osoby prywatne. Konkurencyjność walut przekładała się na stabilność waluty. Dodam, że nawet jeśli w danym kraju prawo do bicia monet posiadał jedynie król, składał on przysięgę na Boga, że nie będzie fałszował pieniądza, zazwyczaj władcy tej przysięgi się trzymali, obawiając się buntu ludu. Za fałszowanie pieniędzy w tym okresie powszechna była również kara śmierci. Krótko mówiąc, w okresie rozkwitu średniowiecza wyłonił się swego rodzaju wolny rynek, z bardzo dużą korzyścią dla rozwoju gospodarczego i życia ludzi. Relacja pan i niewolnik została zastąpiona na rzecz współpracy, społecznego podziału pracy i wolnej wymiany handlowej. Przy okazji wspomnę również, że jednym z wielkich mitów na temat średniowiecza jest rzekome złe traktowanie kobiet. Przeciwnie, zgodnie z etyką chrześcijańską kobieta była postrzegana bardziej jako istota ludzka w porównaniu z np. Starożytnym Rzymem. Chociaż tradycyjną rolą kobiet była opieka nad dziećmi i domostwem, nikt nie zabraniał im podejmowania innych wybranych zajęć. Kobiety również były chłopkami, rzemieślniczkami, kupcami, lekarkami, pisarkami, mogły się kształcić w wiejskich szkołach parafialnych i miejskich katedrach oraz uniwersytetach, tak samo jak mężczyźni. Chociaż to raczej mężczyźni sprawowali władzę, zdarzały się od tej reguły wyjątki jak np. księżna Eleonora z Akwitanii, czy królowe: Konstancja Sycylijska, Urraka Kastylijska, Joanna I z Nawarry i Melisanda z Jerozolimy. Obniżenie statutu kobiet, zaczęło postępować dopiero mniej więcej od XVI wieku. Średniowiecze obrosło ogromną liczbą mitów, z prostej przyczyny. W XIX wieku, kiedy na zachodzie Europy kwitła rewolucja przemysłowa i kapitalistyczna gospodarka, a poziom życia stale się podnosił, na wschodzie, głównie w Rosji wciąż gospodarka była oparta głównie na rolnictwie, którą potocznie nazywano feudalizmem. Przyczyną biedy i zacofania w Rosji była jednak przede wszystkim mocno scentralizowana monarchia teokratyczna z carem na czele. Ludzie z zachodu byli przekonali że przez całe średniowiecze życie wyglądało dokładnie tak jak w Rosji. Do tego modne było wówczas (i tak jest właściwie do dzisiaj) schematyczne dzielenie historii na „ciemne” wieki minione i te „nowoczesne”. Popkultura i literatura zrodziła nieskończoną ilość mitów na temat średniowiecza, które nigdy nie miały miejsca jak: prawo pierwszej nocy, pasy cnoty, czy rzekomy brak dbania o higienę itd. Nawet wielu „wolnościowców ” błędnie ocenia średniowiecze negatywnie, ulegając schematycznemu dzieleniu historii na erę przemysłową i przedprzemysłową. Przyznaję się bez bicia, że do niedawna sam popełniałem ten błąd . Pod koniec XIX nastąpiła tzw. rebelia średniowieczników, a więc zbuntowanie się historyków, mających dosyć powielania mitów na temat średniowiecza. To stworzyło podwaliny do powstania w XX wieku Szkoły Annales, francuskiej szkoły historycznej, która wprowadziła zupełnie nową metodologię badań historycznych, tzw. historię totalną, a więc szeroko zakrojone badania nad dawnymi społeczeństwami łączące w sobie historię gospodarczą, historię społeczną, antropologię historyczną, historię mentalności, geografię historyczną. W tym celu chętnie posiłkowali się osiągnięciami innych nauk, przede wszystkim ekonomii, socjologii, geografii, historii sztuki. Jednym z osiągnięć tej szkoły, jest właśnie obalenie mitu „ciemnego” średniowiecza i „wspaniałej” nowożytności. Więcej na temat mitów o średniowieczu możemy posłuchać w wykładzie: „Średniowieczne korzenie wolnego rynku”, którego autorem jest Paweł Awdaniec-Słomka z Klubu Austriackiej Szkoły Ekonomii, oczywiście możemy znaleźć go na YouTube. Rys historyczny, część trzecia – nowożytność i era przemysłowa Kolejne epoka, czyli tzw. nowożytność (XVI-XVIII wiek) nie była już tak wspaniała jak to się często ludziom wydaje. Z czasem władza zaczęła się centralizować, monarchie feudalne zaczęły się przekształcać się wpierw w monarchie stanowe, a następnie w monarchie absolutne. Zaskutkowało to tak negatywnymi skutkami, jak psucie pieniądza, nakładanie coraz wyższych danin i tworzenie nowych podatków, silny protekcjonizm handlowy (tzw. merkantylizm), pogorszenie statusu chłopów, a nawet mieszczan. Dawne rycerstwo zaczęło się coraz widoczniej przekształcać w coraz to bardziej rozpróżniaczoną szlachtę i magnaterię. Z tego względu w XVIII w. wystąpił kryzys monarchii, skutkujący tak burzliwymi wydarzeniami jak chociażby rewolucja francuska, wojny napoleońskie, czy wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Wraz z ideami oświecenia, wyłoniły się również idee liberalizmu, sprzeciwiające się królewskiemu absolutyzmowi, merkantylizmowi i systemu kastowemu. Zamiast tego liberałowie postulowali wolność gospodarczą, wolny handel i równość wobec prawa dla wszystkich obywateli. W ten sposób narodziła się również ekonomia klasyczna, z którą kojarzeni byli m. in. Adam Smith czy David Ricardo, chociaż podobne poglądy zwłaszcza w aspekcie ekonomicznym postulowała już Szkoła z Salamanki powstała jeszcze w XVI w. Schyłek XVIII w. przyniósł również powstanie manufaktur, rozwój przemysłu włókienniczego, usprawnienie obróbki metali i wynalezienie maszyny parowej. To zapoczątkowało wystrzelenie rewolucji przemysłowej. W XIX wieku w Europie nadal monarchia pozostała system dominującym, lecz była to monarchia „zreformowana”, w poszczególnych krajach powszechne były monarchie konstytucyjne, ewentualnie monarchie parlamentarne. Rzadziej występowały republiki, ten system był charakterystyczny przede wszystkim dla ówczesnych wolnych Stanów Zjednoczonych Ameryki. Chociaż należy podkreślić, że USA przyjęły mocno wolnościową konstytucję, opartą na prawach jednostkowych, stały się republiką konstytucyjną, a także federacją, z silną autonomią prawną poszczególnych stanów. XIX wiek to okres upowszechnienia się idei wolności gospodarczej, niskich podatków, pieniądza opartego na złocie i równości obywateli wobec prawa, a co za tym idzie dynamicznego rozwoju gospodarczego i podnoszenia się warunków życia zarówno na zachodzie Europy (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii), jak i USA. Wykorzystanie maszyny parowej pozwoliło zarówno na rozwinięcie przemysłu jak i na powstanie kolei, co w konsekwencji przyniosło rozwój transportu i handlu. W okresie tym powstała niezliczona wręcz liczba wynalazków: elektryczność, żarówka, kuchenka gazowa, gaśnica, telefon, radio, silnik spalinowy i elektryczny, samochód, aparat fotograficzny, żelazko, dynamit, rentgen i wiele innych. Rozwój gospodarczy, jak i rozwój medycyny oraz poprawa warunków bytowych i higienicznych przyniosły znaczny spadek umieralności noworodków, spadek śmiertelności, wydłużenie długości życia, znaczny wzrost liczby ludności. Rozwój technik wykorzystania węgla, stali, gazu ziemnego, ropy naftowej dały prawdziwego cywilizacyjnego kopa. Cechą charakterystyczną tego okresu była urbanizacja, ludzie masowo przenosili się ze wsi do szybko rozwijających się miast. Rozwijały się również nauki ekonomiczne, do angielskiej i francuskiej szkoły klasycznej dołączyła tak ceniona przez libertarian szkoła austriacka. XX wiek, to okres niezwykle burzliwy. Wpierw I wojna światowa (w której zginęło oko 12 mln ludzi), rozpętana przez pierwsze w historii „państwo opiekuńcze”, czyli Niemcy, których przywódcy doszli do wniosku że „kraj nie może się dalej rozwijać gospodarczo jedynie z wykorzystaniem metod pokojowych”. Z związku z wojną nastąpiło odejście od standardu złota, umocnienie wpływu banków centralnych na politykę monetarną, co zaskutkowało Wielkim Kryzysem w 1929 r. Uznano jednak że winę za kryzys ponosi kapitalizm, więc coraz bardziej modny stawał się socjalizm i interwencjonizm gospodarczy. Upowszedniła się również idea demokracji, która miała gwarantować pokój. „Nigdy więcej” to modne hasło z tego okresu. Jednak zamiast „nigdy więcej” doszło do wybuchu znacznie krwawszej II wojny światowej, w której zginęło ponad 70 mln ludzi. XX wiek to także okres państw totalitarnych, takich jak ZSRR, III Rzesza Niemiecka, maoistyczna Chińska Republika Ludowa czy Kambodża pod rządami Pol Pota. Totalitaryzmy te pochłonęły łącznie (nie licząc ofiar II wojny światowej) około 169 mln ofiar. Po II wojnie światowej upowszechniły się idee interwencjonizmu państwa w gospodarkę, zorientowane przede wszystkim wokół keynesizmu. Z początku to wydawało się nawet działać, jednak ostatecznie przyniosło falę ogromnych kryzysów gospodarczych w latach 60-tych i 70-tych. Cóż, nie posłuchano tak mądrych ekonomistów jak Ludwig von Mises, czy Friedrich von Hayek, którzy wszystko to przewidzieli jeszcze w latach 20-tych i 30-tych, więc mieliśmy konsekwencje. W latach 70-tych i 80-tych przez pewien czas wróciły do łask idee wolności gospodarczej, czego konsekwencjami były bardzo owocne reformy takich polityków jak Ronald Reagan w USA, czy Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii. Hayek dostał Nobla w dziedzinie ekonomii po wielu latach, bo dopiero w 1974 r. Dość sporą popularnością cieszyły się książki Ayn Rand, Murraya Rothbarda, czy Henry’ego Hazlitta. Libertarianizm, filozofia obiektywizmu, Austriacka Szkoła Ekonomii, Chicagowska Szkoła Ekonomii, to byli głównie obrońcy wolności w tamtym okresie. Nastąpiły również zmiany na wschodzie Europy, upadał socjalizm, rozpadł się ZSRR itd. Zwróćmy uwagę że pomimo tak ogromnych problemów jak wojny, zbrodnie, totalitaryzmy i kryzys gospodarcze i tak w XX w. nadal trwał postęp technologiczny, skutkujący chociażby rozwojem komputeryzacji i informatyzacji, opanowano również energię atomową i wynaleziono laser. Możemy sobie tylko wyobrazić w jak bardzo rozwiniętej cywilizacji moglibyśmy żyć, gdyby przez ostatnie sto lat funkcjonował znacznie zdrowszy model gospodarczy i polityczny. Co gorsza ostatnie lata to powrót do gorszych praktyk, czyli interwencjonizmu gospodarczego, mamy także postępujący marksizm kulturowy, który wiedzie nas wręcz ku upadkowi cywilizacji. Libertarianie mają zatem jeszcze wiele do zrobienia. Dobra, wystarczy już tej niepoprawnej politycznie historii ludzkości. Idźmy dalej. To musi być państwowe? O RLY? Jak widzimy z historii nawet miasta, czy poszczególne regiony mogą być prywatne i co więcej to im bardzo służy. Niestety, dziś nawet to, że służba zdrowia może być oparta na prywatnych ubezpieczeniach nie potrafi się zmieścić w niejednej głowie. A taki system z powodzeniem działa w Singapurze, w którym mają najlepsze i najtańsze leczenie na świecie. Był też całkowitą normą w całym zachodnim świecie do samego początku XX wieku. Ludzie nie tylko nie umierali na ulicach ale mogli być ubezpieczeni i leczeni tanim kosztem. To samo jest z edukacją, w XIX wieku zanim jeszcze znalazła się w rękach państwa, praktycznie wszystkie dzieci uczyły się w prywatnych szkołach, na które było stać ich rodziców. Pomoc charytatywna i wsparcie dla najuboższych była niemal w całości w rękach prywatnych (oparta głównie na samopomocy i filantropi) właściwie aż do lat 60-tych XX wieku. A od kiedy zajęło się nią państwo spowodowało tak „cudne” rezultaty jak ogromną liczbę samotnych matek (a co za tym idzie złe wzorce wychowania dla dzieci), wzrost patologii społecznych, otyłości, a obecnie nawet islamizację zachodniego świata. Zastanawiałeś się kiedyś dlaczego kolejarze, strażacy, leśnicy a nawet listonosze noszą mundury, niczym policjanci i żołnierze? Powodem jest fakt, że branże te wcześniej działające na rynku prywatnym zostały swego czasu znacjonalizowane dla celów militarnych. Pewne sprawy są w rzeczywistości prostsze niż mogło by się wydawać. Np. niewielu ludzi zdaje sobie sprawę że przyczyną korków na drogach jest fakt że są one państwowe i brakuje im zdrowych bodźców ekonomicznych w funkcjonowaniu. Kłania się zwykłe prawo popytu i podaży. Zbyt mała podaż dróg i zbyt duży popyt na ich korzystanie. Dochodzi również błędne rozmieszczenie sygnalizacji świetnych i źle skonstruowane prawo drogowe, prowadzi to również do wypadków drogowych. A czy drogi mogą być prywatne? Na przestrzeni lat szlaki handlowe były zazwyczaj prywatne. W XIX wieku istniało wiele prywatnych dróg, tzw. turnpikes. Były to drogi płatne, ale czy drogi państwowe są darmowe? Oczywiście że nie, połowa ceny paliwa to podatki przeznaczane na budowę dróg, w dodatku kierowcy ponoszą niemałe koszty związane ze staniem w korkach. Współczesnym przykładem świetnie działających prywatnych dróg jest miasto North Oaks w stanie Minesota, w USA. A nie przepraszam to całe miasto jest prywatne. Jego właścicielami są sami mieszkańcy. Cała ziemia jest utrzymywana przez North Oaks Home Owners Association (Stowarzyszenie Właścicieli Domów w North Oaks). Poza drogami utrzymują również parki, wszelkie obiekty czy szlaki wycieczkowe. Burmistrz i rada miejska zajmują się zarządzaniem policją i strażą pożarną. Każdy właściciel domu ma dziś swój fragment drogi. Reszta ziemi należy do North Oaks Company. Prywatne drogi i chodniki są również normą w indyjskim mieście Gurgaon, o którym już kiedyś pisałem na blogu. Dlaczego bizony w USA prawie wyginęły, a zwykłe krowy mają się dobrze po dziś dzień? Ponieważ bizony stanowiły własność publiczną (niczyją) a krowy własność prywatną. Biedne bizony padły ofiarą klasycznej tragedii dobra wspólnego (inaczej zwana tragedią wspólnego pastwiska). A więc duży dostęp do dobra wspólnego powoduje jego ostateczne zniszczenie, ponieważ każdy kieruje się zasadą „kto pierwszy ten lepszy”. Z kolei w przypadku własności prywatnej istnieją bodźce do oszczędzania i ochrony zasobów, ze względu na możliwość, że w przyszłości nastąpi dogodniejszy moment na ich użycie. Dlatego nie ma lepszego sposobu na ochronę zasobów przyrody niż uczynienie ich własnością prywatną. Zagrożeniu ulegają gatunki zwierząt niczyich, natomiast nie grozi to zwierzętom hodowlanym, żaden rolnik nie zabije od razu wszystkich swoich zwierząt, bo pozbawił się możliwości produkcji mleka, jajek itd. Żaden właściciel kopalni nigdy nie wydobywał całego zasobu kopalni np. miedzi, ponieważ w ten sposób obniżyłby rynkową własność całej kopalni (a tym samym jej akcji na giełdzie) oraz pozbawiłby się zysku w przyszłości. Co więcej miedź stałaby się dobrem rzadszym, a więc jej cena poszłaby w górę i tym samym podławiłby się bodźce do jej oszczędzania, które to przynosiłoby większe zyski. Dlatego właśnie własność prywatna, system cen rynkowych i gra popytu i podaży najlepiej chronią rzadkie zasoby. Taka sama analogia odnosi się do wszystkich zasobów przyrody, w tym np. do prywatnych lasów. Dlatego np. w lasach będących własnością prywatną dużych firm handlujących tarcicą, takich jak Georgia Pacific i U.S. Plywood w USA, stosuje się naukowe metody wyrębu i zalesienia w celu zapewnienia dostaw surowca w przyszłości. Na zakończenie dodam że według libertarian nie ma przestępstwa bez ofiary. A więc karać można jedynie osobę, która dopuściła się szkody przeciwko drugiej osobie, takiej jak pobicie, kradzież, zabójstwo, gwałt, oszustwo, pomówienie itd. Karą, a właściwie wymierzeniem sprawiedliwości powinno być zadośćuczynienie ofierze, tak jak opisywałem to w poprzednim felietonie. Oznacza to że produkcja i handel alkoholem, narkotykami czy prostytucja nie powinny być karane w żaden sposób, bo to prywatna sprawa dwojga ludzi jaką zawierają między sobą transakcję. Hardkor? Nie, rzeczywistość, aż do samego początku I wojny światowej. Dawniej nawet 10-latek mógł kupić heroinę w aptece, która zresztą była popularnym składnikiem leków na ból gardła i kaszel, tak jak kokaina była pierwotnie składnikiem Coca-Coli (stąd zresztą pochodzi jej nazwa). Natomiast zakazanie określonych środków dało same negatywne rezultaty. Liczba uzależnionych nie tylko się nie zmniejszyła, a zdecydowanie się zwiększyła, poprzez zjawisko reaktancji (zakazy owoc smakuje lepiej), w dodatku cena narkotyków poszła kosmicznie w górę, powodując, że osoby uzależnione doprowadzają do ruiny siebie i swoich bliskich. Kolejnym negatywnym efektem są koszty związane z walką z narkotykami, angażowanie ogromnych środków na pracę policji i prokuratury, które w dodatku przynoszą marne rezultaty, wciąż przeważającą większość skazanych za narkotyki są osoby skazane za posiadanie niewielkich ilości zakazanego środka. Duży wzrost liczby więźniów, którzy obiektywnie nie zrobili niczego złego = kolejne zniszczone życia i kolejne koszty. Jedyną grupą, którą zyskała są mafie, czerpiące niewyobrażalne zyski ze sprzedaży zakazanych towarów na czarnym rynku. Więcej przykładów działania świadczeń i usług na rynku prywatnym, które powszechnie uznaje się za te, który koniecznie muszą być państwowe możemy odnaleźć chociażby w książkach: „O nową wolność. Manifest libertariański” Murray Rothbard „To nie musi być państwowe”, Jakub Woziński
  7. Wielka Brytania to druga po Niemczech gospodarka Europy i piąta na świecie. Wszystko jednak nie wzięło się znikąd. Z okazji "Brexitu" (na razie symbolicznego, bo wiadomo że referendum jeszcze nie ma mocy prawnej) przedstawiam krótką historię gospodarczą tego kraju. Okresem największej chwały i potęgi Wielkiej Brytanii był wiek XIX. Wówczas to w ramach rewolucji przemysłowej, rozwoju przemysłu, kolei (a co za tym idzie handlu i transportu) i urbanizacji (masowe przenoszenie się ludzi ze wsi do miasta, rozwój miast, kultury miejskiej itd.) poziom życia wzrastał, podobnie jak liczba ludności. Między rokiem 1800 a 1850 realne płace wzrosły dwukrotnie, by ponownie się podwoić w drugiej połowie XIX wieku. O ile jeszcze w 1801 w UK liczba ludności wynosiła około 10,9 mln, o tyle już w już 1901 r. było to już 45,5 mln mieszkańców. W ciągu 100 lat liczba ludności wzrosła czterokrotnie: http://chartsbin.com/view/28k Wielka Brytania miała swój udział w powstaniu Systemu waluty złotej, a więc międzynarodowego systemu walutowego, w którym pieniądz oparty jest na stałym parytecie złota. Zaczęło się od wprowadzenia w 1844 r. tzw. ustawy Peela, czyli ustawy zakazującej emisji banknotów nie mających pokrycia w złocie oraz wprowadzenie pełnej wymienialności banknotów na złoto. Standard złota upowszechnił się na prawie całym świecie. Druga połowa XIX wieku to generalnie okres wprowadzania kapitalizmu "na pełnej kurwie". Była to główna zasługa reform Williama Gladstone'a, a więc radykalnego obniżania wydatków rządowych, bardzo niskich podatków i niskich ceł, liberalnej gospodarki i ograniczania interwencji państwa do minimum. W efekcie Wielka Brytania stała się największą gospodarką świata, już w 1870 wytwarzała 32% całej światowej produkcji przemysłowej, a funt był najmocniejszą walutą na świecie. Wraz ze wzrostem gospodarczym rosły zarobki zwykłych obywateli, a ceny spadały, jako że przy standardzie złota nie można tak łatwo drukować pieniędzy z powietrza. Doprawdy znamiennym jest, że to właśnie w tak "dziko-kapitalistycznych" krajach jak UK i USA na koniec XIX i początek XX wieku robotnicy żyli na najwyższym poziomie, znacznie wyższym niż w mocno uzwiązkowionych i socjalizujących wówczas Niemczech czy Francji. W tamtym okresie w UK działała również świetnie funkcjonująca prywatna dobroczynność i opieka zdrowotna w ramach tzw. stowarzyszeń braterskich. O ile dziś lewica straszy że gdyby nie państwo pobierające skromne 70% pensji na rzecz "darmowych" świadczeń to nikt by nikomu nie pomagał, o tyle wówczas tacy ludzie "nikt" stanowili dobre 25% mieszkańców, aktywnie działających w rozmaitych stowarzyszeniach w ramach tzw. "pomocy wzajemnej". No ale skąd to wszystko ma wiedzieć przeciętny socjalista, skoro jedyną w życiu książką jaką przeczytał jest "Janko muzykant" bo była krótka . "Święto lasu" niestety się skończyło wraz z przyjściem I wojny światowej. Jak zapewne wielu z was wie, ze względu na wojnę czasowo zawieszono standard złota (to "czasowo" trwa po dziś dzień). Na wojnie Wielka Brytania dostała ostro po dupie, ze względu na wydatki wojenne mocno wzrosła inflacja, kraj musiał oddać pozycję największego hegemona gospodarczego na rzecz Ameryki. Po wojnie Churchill próbował przywrócić standard złota (i słusznie), popełnił jednak błąd wprowadzając parytet złota po przedwojennym kursie, zamiast po nowym rynkowym kursie, co spowodowało duży wzrost deflacji, a w efekcie kryzys gospodarczy w 1925. To pokazuje również że sztucznie nakręcenie deflacji (w przeciwieństwie do naturalnej deflacji występującej na skutek rozwoju gospodarczego) jest równie złe jak nakręcanie inflacji. Po prostu o ile sztucznie zaniżanie stóp procentowych (inflacja) skutkuje ekspansją kredytową i nadmiarem nierentownych inwestycji (recesja to nic innego jak późniejsza likwidacja błędnych inwestycji) o tyle sztuczne zawyżanie stóp procentowych (deflacja) wywołuje efekt odwrotny, czyli zahamowanie inwestycji (które błędnie zostają uznawana za nierentowne przez wysokie stopy). Pojawia się również duże bezrobocie, spadają ceny, czyli ostro rosną płace realne, aż powyżej poziomu rynkowego. O ile w normalnych warunkach (wolnorynkowych) zaszedł by tzw. efekt Ricarda, czyli przedsiębiorcy ponosząc coraz większe koszty związane z zatrudnianiem pracowników inwestowaliby w dobra kapitałowe, aby podnosić wydajność pracy, o tyle przy wysokich stopach procentowych (czyli wysokich ratach kredytów) nie jest to już takie opłacalne. Na domiar złego ze względu na ekspansywną politykę monetarną FED-u w USA w 1929 r. wybuchł Wielki Kryzys, obejmujący cały świat, nie oszczędzając Wielkiej Brytanii. W 1931 r. zrezygnowano z systemu waluty złotej, a po "chudych latach 30-tych" wybuchała II wojna światowa. Wojna może nie przyniosła aż takich strat jak w innych krajach, ale UK jak każdy kraj musiał ponieść niemałe koszty z nią związane. Po wojnie w kraju praktycznie zaczął panować socjalizm, pod rządami Partii Pracy (laburzystów). Przez pewien czas zdawało się to nawet działać, istniały jakieś zakłady, ludzie mieli pracę, taki trochę PRL (były nawet kartki na żywność, większość sektorów gospodarki znacjonalizowano). Ale z czasem zaczęły się problemy, popularna wówczas doktryna keynesizmu i stymulowanie gospodarki za pomocą inflacji przestała działać zarówno w USA jak i w Europie. W latach 60-tych i 70-tych pojawiło się zjawisko stagflacji, a więc wystąpienie jednocześnie wysokiej inflacji jak i stagnacji gospodarczej i wysokiego bezrobocia. Coś takiego zgodnie z keynesizmem nie miało prawa zaistnieć, a jednak. Keynesizm jako nurt ekonomiczny dokonał więc własnego samozaorania. Po fali kryzysów w latach 70-tych w USA oraz w Europie ponownie do łask wróciły idee wolności gospodarczej, co zaowocowało noblem z dziedziny ekonomii dla Friedricha von Hayeka w 1974 r. czy Miltona Friedmana w 1976 r. Za reformy wzięli się prowolnościowi politycy, Ronald Reagan, który dzięki obniżce podatków i wydatków rządowych jak i liberalizacji gospodarki przywrócił dawną świetność USA; Margaret Thatcher, która pozwoliła Wielkiej Brytanii stać się ponownie potęgą europejską, czy gen. Pinochet, który dzięki radom Miltona Friedmana uczynił z Chile, kraju smaganego ogromną inflacją i głodem najbogatszy kraj Ameryki Południowej. Stąd wziął się termin "neoliberalizm", tak znienawidzony przez lewicę . Wracając do Anglii. Oprócz kryzysów globalnej gospodarki mieli wiele własnych problemów, w 1975 r. inflacja sięgnęła 27%. Kraj w dodatku został sparaliżowany przez związki zawodowe. Na ulicach były śmieci, ludzie nie mogli się dostać do zabarykadowanych szpitali, na ulicach działy się dantejskie sceny. Gospodarka była w ruinie. Produkcja przemysłowa spadła do takiego poziomu, jakby Brytyjczycy pracowali zaledwie 3 dni w tygodniu. Władzę objęła w 1979 r. Margaret Thatcher, kandydatka Partii Konserwatywnej, żelazna dama, baba z jajami, która postanowiła zrobić porządek. Jej główne reformy to: -Pozbawienie przywilejów "baronów związkowych", a w zasadzie to oddanie związków zawodowych w ręce pracowników. Od teraz to pracownicy podejmowali demokratycznie decyzję o strajku, czy wyborze lidera związku, zakazano blokowania niepikietujących zakładów, zniesiono obowiązek przynależności do związku zawodowego -Prywatyzacja ogromnej ilości państwowych przedsiębiorstw. Była to prywatyzacja uczciwa (nie taka jak w Polsce), współwłaścicielami firm stawali się często sami pracownicy dzięki możliwości nabycia akcji poszczególnych przedsiębiorstw. Nierentowne przedsiębiorstwa, których nie udało się odratować, zostały bez zwłoki zamknięte -Radykalne cięcia świadczeń socjalnych, nawet mleko w szkołach poszło pod młotek -Radykalne zmniejszenie wydatków rządowych -Obniżki podatków, kiedy obejmowała urząd w 1979 r. najwyższa stawka podatku dochodowego wynosiła 83 od zarobionego dochodu, i nawet 98% od „niewypracowanego”. Do momentu gdy opuszczała biuro w 1990, stopa zeszła do 40%. Oczywiście podobnie jak za Reagana w USA obniżone podatki nie tylko przysłużyły się rozwojowi gospodarczemu, ale wywołały efekt "krzywej Laffera", czyli ich wpływ do budżetu były większe, w samym budżecie zamiast deficytu pojawiła się nadwyżka -Sukcesywna walka z inflacją, funt ponownie stał się jedną z najmocniejszych i najważniejszych walut na świecie. Chociaż tu nie obyło się bez komplikacji, jak nieudane wejście (i w konsekwencji wyjście) funta do ERM, co wykorzystała grupka spekulantów na czele z Goerge'em Sorosem, który na tej akcji zarobił bagatela miliard dolarów, stąd zyskał sobie pseudonim "człowiek, który złamał Bank Anglii" . No ale w zasadzie nie ulegnięcie europejskiej integracji wyszło na dłuższą metę funtowi na dobre. Efekty polityki Thatcher to ogromny wzrost gospodarczy i podniesienie poziomu życia w UK. Thatcher była w zasadzie nikim innym jak bohaterką ludzi pracowitych i przedsiębiorczych, których uwolniła spod okupacji związków zawodowych, socjalistów, biurokratów i tym podobnego rodzaju pasożytów. Dodajmy że brytyjskie związki zawodowe skompromitowały się na tyle, że nawet Tony Blair pomimo bycia przywódcą Partii Pracy wywalił ich z partii, sam charakter partii zmienił się na bardziej wolnorynkowy, inaczej nigdy nie mogliby dojść do władzy. Dlatego nawet do dziś tej kraj jest tak lubiany (także przez polskich) przedsiębiorców: http://www.forbes.pl/najlepszy-system-podatkowy-dla-biznesu-w-wielkiej-brytanii,artykuly,138999,1,1.html http://www.bankier.pl/wiadomosc/Polacy-chetnie-zakladaja-firmy-w-Wielkiej-Brytanii-Co-po-Brexicie-7413692.html Szkoda tylko rozdęcia systemu świadczeń socjalnych, przez ponowne rządy lewicy i w efekcie takich patologii, jak islamizacja, mocny wzrost liczby samotnych matek, epidemia otyłości i mocne nakręcenie długu publicznego: http://pl.tradingeconomics.com/united-kingdom/government-debt-to-gdp Ale przynajmniej w tym roku przyjęli zakaz zamykania budżetu z deficytem i trochę zaczęli przycinać socjal.
  8. http://tvn24bis.pl/ze-swiata,75/szwajcarzy-odrzucili-propozycje-pensji-dla-kazdego-w-referendum,649803.html Wczoraj w Szwajcarii odbyło się głosowanie w sprawie wprowadzenia zasady, czy się stoi, czy się leży 2,5 franków miesięcznie się należy (czyli jakieś 10 tys. zł). Jak wynika z wstępnych danych, 76,9% głosujących powiedziało NIE. Wynik bardzo zbliżony do referendum z 2014, gdzie 77% Szwajcarów odrzuciło propozycję wprowadzenia płacy minimalnej: http://swiat.newsweek.pl/referendum-w-szwajcarii-nie-ustawowej-placy-minimalnej-na-poziomie-4-tys-frankow-newsweek-pl,artykuly,286341,1.html Podobnie jak dotychczasowe referenda w sprawie wejścia do UE, gdzie regularnie 80% głosujących mówi NIE. Mamy zatem po raz kolejny odpowiedź na pytanie, dlaczego Szwajcarzy są tacy bogaci? Bo przeszło 80% społeczeństwo ma świadomość ekonomiczną i zamiast dać się ponieść socjalistycznym bajkom, trzymają się dalej swojej kapitalistycznej gospodarki. Dzięki niskim podatkom (najwyższa stawka PIT to 11,5%, CIT 8,5%, z możliwością wynegocjowania mniej, VAT 8% plus niewygórowany podatek kantonowy), niskim wydatkom rządowym, bardzo przyjaznemu prawu dla prowadzenia biznesu i tajemnicy bankowej udało się wypracować niemały dobrobyt przy praktycznym braku bezrobocia i problemów z ubóstwem. Zamiast zasiłku dla bezrobotnych funkcjonuje tu obligatoryjne dla każdego pracownika ubezpieczenie od utraty pracy, na poziomie 70% dotychczasowego dochodu, które można otrzymywać do 2 lat po stracie pracy, jeśli przepracowało się (i płaciło składkę ubezpieczeniową) przez co co najmniej 12 miesięcy i jest się zainteresowanym podjęciem nowej pracy. Służba zdrowia oparta jest na (przymusowych) prywatnych ubezpieczeniach, składkę opłaca tylko pracownik (pracodawca nie jest zobligowany). No cóż, można by rzecz tyle: tak działa wolny rynek . A niegdyś był to mały, biedny kraj, z którego śmiali się nawet Polacy (stare polskie powiedzenie: "głupi jak Szwajcar", rzekoma głupota Szwajcarów, to miał być skutek braku dostępu do morskiego powierza). Polecam również artykuł na temat historii Szwajcarii: http://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/sekret-bogactwa-szwajcarii/ Szwajcaria była jednym z najbogatszych krajów świata, jeszcze przed I wojną światową, tyle w kwestii mitu, że to tylko brak udziału w wojnach był przyczyną ich sukcesu. Z ostatnich, dobrych wieści, z tego kraju to również zwycięstwo w wyborach na jesieni 2015, Szwajcarskiej Partii Ludowej: http://wiadomosci.radiozet.pl/Wiadomosci/Swiat/Prawica-wygrywa-wybory-w-Szwajcarii-00012962 Czyli ta sama partia, która organizowała referendum w sprawie zwiększenia rezerw w złocie (to akurat niestety minimalnie nie przeszło), jest też partią anty w stosunku do uchodźców, anty do Unii Europejskiej, a także za kontynuowaniem tradycji w dostępie do posiadania broni palnej. Zatem można spokojnie powiedzieć, że Szwajcaria obok pobliskiego Liechtensteinu pozostaje niemal ostatnią ostoją wolności i normalności w Europie.
  9. Na początek trochę biografii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Mieczys%C5%82aw_Wilczek Mieczysław Wilczek (1932-2014) - polski chemik, przedsiębiorca i wynalazca, wdrążył m.in. na polski rynek, proszek do prania Ixi 65. Był dyrektorem fabryki kosmetyków "Violla" w Gliwicach, jak i zastępcą dyrektora Zjednoczeniu Przemysłu Chemii Gospodarczej „Pollena”. Po konflikcie z władzami rzucił państwową posadę w 1969 r. i przeniósł się na wieś, gdzie kupił gospodarstwo rolne. Założył fermę perliczek i laboratorium biochemiczne, w którym produkował kremy na bazie tłuszczu z żółtka jaj. Niestety jak to bywało w PRL-u, gdzie nie lubiło się prywaciarzy, odebrano mu koncesję, nie pomogło nawet bycie członkiem PZPR. Jednak od 1973 r. pod Stanisławowem zaczął prowadzić fabrykę produkcji koncentratów paszowych z odpadów porzeźnianych. W krótkim czasie zbudował kilka zakładów przetwórstwa mięsnego stając się jednym z najbogatszych ludzi w Polsce. W 1988 r. dostał od Mieczysława Rakowskiego ofertę obsady ministra przemysłu. Ofertę tę przyjął, obiecując zniesienie barier dla polskich przedsiębiorców, nie kryjąc jednocześnie swojej niechęci do urzędników, co możemy zobaczyć na filmie poniżej: Wilczek słowa dotrzymał. Wprowadził w życie ustawę o działalności gospodarczej, zwaną potocznie "Ustawą Wilczka", będącą jedną z najbardziej liberalnych ustaw na świecie, opierają na prostej zasadzie, "wszystko co nie jest zakazane przez inne ustawy jest legalne". Ustawa była krótka i bardzo prosta (5 stron, 54 artykuły, 11 koncesji). Jej główny kształt definiowały właściwie dwa artykuły: Do tego wszystkiego Rakowski zniósł kartki na żywność, urynkowiono ceny, przyjęto ustawę komercjalizacji państwowych przedsiębiorstw, a nawet przyjęto ustawy kominowe nakładające na państwowe przedsiębiorstwa kary za nadmierne wynagrodzenia dla kadry. Praktycznie wprowadzono w Polsce wolny rynek pełną parą. Efekty? Ludzie zamiast "umierać na ulicach" jak się zawsze straszy, zaczęli się dorabiać, powstało całe multum straganów, kawiarni, lodziarni etc. W raptem 11 miesięcy powstało około 2 mln małych i średnich przedsiębiorstw i około 6 mln miejsc pracy: http://www.bankier.pl/wiadomosc/Ustawa-Wilczka-niedoscigniony-wzor-sprzed-25-lat-3009722.html Jak pamiętają niektóre starsze osoby, mityczni prywaciarze, którzy mają nas zjeść żywcem na wolnym rynku płacili więcej niż przedsiębiorstwa państwowe, zwyczajnie potrzebując pracowników. Jak rozmawiałem kiedyś z jednym Panem, prowadzącym działalność w tamtych czasach, to była prawdziwa bajka. Nie dość, że firmę można było założyć prostą rejestracją w urzędzie przez podanie nazwiska i adresu, to jeszcze prawie nie było podatków dla biznesu. Prosty, niewygórowany podatek obrotowy i jeszcze ewentualnie jakiś popiwek przy większych dochodach. Żadnego VAT-u, CIT-u, kas fiskalnych, dziwacznych licencji i pozwoleń. Dzięki temu na samym początku lat 90-tych Polska radziła sobie najlepiej ze wszystkich krajów postsocjalistycznych. No ale niestety, po tym jak pewien elektryk pokonał mocarstwo atomowe skokiem przez płot, zaszły w kraju pewne zmiany, dzięki takim ludziom jak Mazowiecki, Balcerowicz czy Bielecki. Ustawa Wilczka była wielokrotnie "nowelizowana", czyli praktycznie została doszczętnie zaorana. Zamiast 11 koncesji mamy więc dziś ich ponad 300, i jeszcze więcej innych licencji i regulacji. Za komuny potrzebne było 160 tys. urzędników, w "wolnej Polsce" potrzeba już ich 500 tys. Wprowadzono CIT (1991 r.), i to nie taki fajny 19% jak teraz, z początku było to 40%, potem VAT (1993 r.), z tego co mi wiadomo w wyjątkowo chamskiej formule, rozwalającej drobny biznes. Zaczęła się budowa kapitalizmu kompradorskiego, kredyty tylko dla wybranych, manipulowanie stopami procentowymi, co skończyło niejednym samobójstwem przez niemożliwość spłacenia długów (zwłaszcza przez rolników). Chronienie wybranych biznesmenów (patrz Art-B, Kulczyk, Solorz zakładający Polsat za pieniądze z FOZZ, Walter zakładający TVN również z pieniędzy z FOZZ itp.). Mieliśmy gigantyczne afery jak afera FOZZ, Telegraf, Art-B, przekręty przy prywatyzacjach np. za Emila Wąsacza, itd. Wszystko pod przykrywką budowy "solidaryzmu społecznego", "społecznej gospodarki rynkowej", która została uznana za jedyny słuszny system nawet w konstytucji RP: http://www.arslege.pl/zasada-spolecznej-gospodarki-rynkowej/k15/a5251/ Efekty takiej "prospołecznej" polityki chyba najlepiej zobrazuje poziom bezrobocia: http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/bezrobocie-rejestrowane/stopa-bezrobocia-w-latach-1990-2016,4,1.html W 1990 r. wynosiło ono jeszcze 0,3% W 1994 r. już 16,7% W 2003 pobiło rekord 20,6%. Oczywiście to tylko statystyki.... realne bezrobocie jest zawsze większe niż w statystykach. Taki to był cud gospodarczy zaserwowany przez plan Sorosa, yym, znaczy tego..... Balcerowicza.
  10. Jak czasem przeglądam sobie dyskusje lewaków i korwinistów w necie (nie powiem, niezła rozrywka, beka fhooy ) to zauważyłem, że dosyć często z czerwonej strony barykady pada: "jak wam się nie podoba Polska, to sobie załóżcie własne państwo". Co prawda nie jestem korwinistą, ale jestem w stanie na to odpowiedź: takie państwo już istnieje i ma się bardzo dobrze, właściwie to jego mieszkańcy to najbogatsi i jedni z najszczęśliwszych ludzi na świecie. Tym państwem jest Księstwo Liechtensteinu, które jest, że się tak wyrażę najbardziej "korwinowskim" krajem na świecie: https://pl.wikipedia.org/wiki/Liechtenstein http://joemonster.org/art/32945 http://www.eurodesk.pl/europraca/liechtenstein-tylko-dla-wybranych Po pierwsze jest to jedyne istniejące państwo na świecie, które powstało w sposób całkowicie pokojowy, po prostu przez kupienie ziemi przez ród Liechtensteinów. Po drugie to minipaństewko leżące między Szwajcarią i Austrią, to monarchia konstytucyjna, co prawda z cechami monarchii parlamentarnej, ale właściwie po referendum z 2003 r. stało się praktycznie monarchią absolutną, książę Jan Adam II, może powoływać i odwoływać parlament, do jego obowiązków należy także mianowanie sędziów Sądu Najwyższego, bez jego zgody niemożliwa jest zmiana Konstytucji. Jednak jednocześnie monarcha może zostać odwołany na drodze referendum, a każda gmina ma prawo do secesji. Do tego oczywiście nigdy nie doszło, mieszkańcy Liechtensteinu wiedzieli co robią, książę jest bardzo lubiany, dba o swoim poddanych, nawet urządza imprezki w swoim pałacu, na które każdy jest zaproszony w dniu jego urodzin. Wraz z monarchią w Liechtensteinie w parzę idzie koszerny kapitalizm, przez wielkie K, gospodarka jest liberalna przez wielkie L. Proste prawo + jedne z najniższych podatków na świecie: PIT - 4% CIT - 12,5% VAT - 8% Podatek państwowy - 8 różnych progów podatkowych, maksymalna stawka to 8% I jeszcze niewygórowany podatek gminny, wysokość zależna od regionu Z czego podatku dochodowego prawie się nie płaci, dzięki kwocie wolnej od podatku wynoszącej bagatela 24 tys. franków szwajcarskich, czy jakieś 96 tys. zł. Dodam że niezapłacenie podatku w tym kraju nie jest traktowane jako przestępstwo, tylko wykroczenie. Kraj jest niesamowicie uprzemysłowiony, w rolnictwie pracuje jedynie 0,8% mieszkańców, 60% w usługach, reszta w przemyśle. Praktycznie nie ma tam bezrobocia. W statystykach wynosi ono 2,5%; ale i to typowe bezrobocie frykcyjne, związane ze zmianą miejsca zamieszkania, zmianą pracy itd. Na 36 tys. mieszkańców (wszystkich łącznie z dziećmi i starcami) przypada 30 tys. zarejestrowanych miejsc pracy. Więc praktycznie liczba miejsc pracy pokrywa się z liczbą obywateli zdolnych do pracy. Z kolei liczba zarejestrowanych firm to około 80 tys, ponad dwa razy więcej niż mieszkańców, urok raju podatkowego xD. Nie obowiązuje żadna stawka płacy minimalnej. Można legalnie zatrudniać ludzi od 15 roku życia. A jak zarobki? W ramach kapitalistycznego wyzysku, średnie zarobki to 5,9 tys. franków miesięcznie, czyli około 23,6 tys. zł miesięcznie. Co gorsza brak płacy minimalnej sprawia że najniższe zarobki, w najmniej płatnych zawodach, latają w granicach "zaledwie" 3,7 do 5 tys. franków, czyli około 14,8 tys. do 20 tys. zł miesięcznie (strach się bać ). Liechtenstein wydaje znacznie mniej od innych państw europejskich na opiekę społeczną. W Europie przeznacza się na ten cel około 50% budżetu, tutaj około 20%. Nie ma zasiłku dla bezrobotnych, jego rolę pełni przymusowe ubezpieczenie od utraty pracy, składką 0,5% wynagrodzenia. W razie straty pracy ubezpieczony dostaje 80% wysokości poprzedniej pensji, pod warunkiem że płacił składki przez co najmniej 12 miesięcy, i jest gotowy podjąć każdą pracę znalezioną przez Urząd Pracy. Długość otrzymywanego z tego tytułu świadczenia jest uzależniona od wieku i okresu płacenia składek. Statystyki przestępstw: W 2014 r. liczba osób osadzonych w więzieniach została zliczona przez Eurostat na... 19 osób. W latach 2000-2002 liczba morderstw w Liechtensteinie spadła z "zawrotnej" liczby jednego do zera. Poza Liechtensteinem na świecie istnieją jeszcze dwa księstwa, są to: Księstwo Monako i Księstwo Andory. Funkcjonują dosyć podobnie do Liechtensteinu, również to raje podatkowe z wysokim poziom życia. Problemem opinii publicznej jest to, że takie małe kurwidołki zazwyczaj nie są brane w większości statystyk. Np. pod względem PKB na mieszkańca, dwa pierwsze miejsca na świecie: Monako - 187,6 tys. dolarów, Liechtenstein - 157 tys dla porównania: Katar - 97,5 tys. dolarów Szwajcaria - 85,3 tys. Wielka Brytania - 44 tys. Polska - 14 tys. (z czym do ludzi? :P) Chciałem wrzucić linka z wikipedii, co do powyższych danych, ale już jakiś psi cycek to edytował, i nie ma wszystkich krajów, więc niech będzie link poniżej: http://www.listnbest.com/25-richest-countries-europe-wealthiest-european-countries/ Trochę mniej aktualne dane, ale widać przewagę Monako i Liechtensteinu nad resztą. Na koniec polecam analizę Liechtensteinu z hoppeańskiego punktu widzenia (koncepcja "Europy tysiąca Liechtensteinów" według Hansa-Hermanna Hoppe'go, o której pisałem na blogu omawiając libertarianizm): http://mises.pl/blog/2013/07/02/young-wolnosc-i-dobrobyt-w-liechtensteinie-analiza-hoppeanska/ I wywiad z samym księciem Liechtensteinu: http://mises.pl/blog/2014/05/21/jan-adam-ii-liechtenstein-panstwo-przetrwa-iii-tysiaclecie/ Gada jak koszerny libertarianin . Głupek prawda? Zamiast nakładać na ludzi ogromne podatki, wciągać społeczeństwo w długi nie do spłacenia, ściągać na siłę hordy muzułmanów, wprowadzać gender do szkół i przedszkoli i wprowadzić kraj do UE, ten pozwala ludziom normalnie żyć i się bogacić. Jest tak staroświecki, że nawet nie wie, że teraz w modzie jest co najmniej 100%-200% PKB długu publicznego, znaczy tego jawnego, bo dług ukryty (łącznie z zobowiązaniami na przyszłe emerytury to średnio w Europie jakieś 400-500% PKB): http://www.spolkigieldowe.bdo.pl/biuletyn/67/bankowosc-i-finanse/czy-swiat-zbankrutuje.html
  11. Co to jest libertarianizm? Mówiąc najprościej jest to najdalej idący w swoich założeniach nurt liberalny, poważnie i realnie traktujący założenie, że „moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”. Libertarianizm opiera się na dwóch aksjomatach: Aksjomat samoposiadania – jest to zasada etyczna, zakładająca że człowiek jest jedynym właścicielem samego siebie, nie należy do nikogo, nie jest niczym niewolnikiem, ma prawo do decydowania o własnej osobie i własnym życiu. Z samoposiadania wywodzi się również prawo do posiadania własności prywatnej, czyli prawo do zachowania i dowolnego dysponowania owocami swojej pracy Aksjomat nieagresji – to z kolei jest zasada etyczna wedle której niedopuszczalne jest stosowanie agresji wobec drugiego człowieka. Za akt agresji uważa się wszelkie naruszenie wolności i własności drugiej osoby, jak kradzież, oszustwo, pobicie, gwałt, czy zabójstwo. Użycie przemocy dopuszczalne jest jedynie w obronie własnej, proporcjonalnie do skali przemocy zastosowanej przez inicjatora agresji. Aksjomat nieagresji w skrócie nazywa się NAP-em (od ang. non aggression principle). No i w zasadzie to tyle, wszelkie poglądy libertarian to pochodna powyższych aksjomatów. Niektórzy zgrabnie definiują libertarianizm jako „pogląd według którego nie jesteś niczyją własnością”. Anarchokapitalizm, minarchizm, obiektywizm – czyli główne libertariańskie nurty Omówienie powyższych nurtów zacznę niejako od końca. Filozofię obiektywistyczną opisywałem już dokładanie w ostatnim wpisie o Ayn Rand, która to rzecz jasna była jej twórczynią i najważniejszą przedstawicielką. Co prawda Ayn Rand nie była stricte libertarianką, jednak jej poglądy są w większości wyjątkowo zbieżne z libertarianizmem, zwłaszcza co do praw jednostkowych i zasady nieagresji. Jako jedna z pierwszych ludzi na świecie postanowiła pójść o krok dalej względem klasycznych liberałów, w pewnym sensie była więc prekursorką libertarianizmu. Jak pamiętamy w wymiarze politycznym obiektywizm stawia na kapitalizm, jako jedyny moralnie uzasadniony system, oparty na niezbywalnych prawach człowieka, takich jak prawo do wolności i własności prywatnej. Każdy człowiek ma prawo dbać o własny interes oraz musi respektować to prawo u innych osób. Ludzie na wolnym rynku dokonują wymiany „wartość za wartość”, a wszelka przemoc, przymus, kradzież, oszustwo i tym podobne łamanie praw jednostki są niedopuszczalne. Jedyną rolą rządu jest stanie na straży tych praw, sam musi również im podlegać. Z tego względu niedopuszczalny jest przymus opodatkowania, jako że jest to złamanie prawa do własności. Zamiast tego państwo minimalne finansowane byłoby przez dobrowolne opłacane ubezpieczenia, tylko ubezpieczona osoba mogłaby dochodzić swoich spraw w sądzie, być chroniona przez policję itd.. Z racji tego, że całe społeczeństwo funkcjonowałoby na zasadzie zawierania dobrowolnych umów, opłacenie takiego ubezpieczenia byłoby w zasadzie koniecznością, aczkolwiek koszty z tego tytułu byłyby znacznie mniejsze niż poziom przymusowego opodatkowania. Minarchizm – to dość rozległe pojęcie, swego rodzaju zbiór poglądów na temat funkcjonowania państwa „ultra minimalnego”, czyli państwa ograniczonego do takich funkcji jak wojsko, policja i sądownictwo. Koncepcja jak widać bardzo zbliżona, wręcz identyczna jak minimalny rząd obiektywistyczny, podobnie przedstawia się tu kwestia zastąpienia przymusowych podatków, na rzecz dobrowolnych ubezpieczeń, czy innych podobnych tego typu opłat. Należy odróżniać minarchizm od leseferyzmu i klasycznego liberalizmu. W leseferyzmie państwo minimum jest opłacane z niskich, acz przymusowych podatków. Minarchizm odrzuca również całkowicie państwowy monopol na emisję pieniądza. Termin minarchizm został ukuty przez Samuela Edwarda Konkina, jego bardzo znanym przedstawicielem był również Robert Nozick, autor słynnej książki: „Anarchia Państwo Utopia”. Generalnie minarchizm to skrzydło libertarian polemizujących z anarchokapitalizmem (o którym zaraz napiszę). W pewnym sensie do minarchistów można zaliczyć także Ayn Rand, Ludwiga von Misesa, czy Friedricha von Hayeka. Anarchokapitalizm – najbardziej konsekwentny i zarazem najbardziej kontrowersyjny nurt libertariański. Jego omówienie zacznę od mocnego, acz trafnego cytatu Murraya Rothbarda: Murray Rothbard, „O nową wolność. Manifest libertariański”. Państwo (nie mylić z krajem) to organizacja posiadająca monopol na stanowienie i egzekwowanie prawa na danym terenie (tzw. monopol na przemoc). Według anarchokapitalistów jej funkcjonowanie regularnie łamie aksjomaty inicjując przemoc i łamiąc podstawowe prawa obywateli, nakładając przymusowe podatki, naruszając ich wolność na wiele różnych sposobów, a niekiedy nawet wciągając ich w brutalne wojny. W dodatku świadczone przez państwo usługi są wyjątkowe drogie (podatki kosztują nas znacznie więcej wykupywanie tychże usług na wolnym rynku) i do tego wątpliwej jakości. Tyczy się to nie tylko służby zdrowia, opieki społecznej czy edukacji ale również i wymiaru sprawiedliwości, w policji, prokuraturze, wojsku i sądownictwie królują: korupcja, kolesiostwo i rozmaite patologie. Proste sprawy sądowe potrafią się ciągnąć niezrozumiale długo, człowiek często nie uzyskuje sprawiedliwości. Państwo zamiast tworzyć dobre prawo, nieustanie tworzy prawne absurdy i nieskończenie rosnącą biurokrację. Jednocześnie chociaż państwo ma chronić obywatela przed agresją wewnętrzną (przestępczością) i zewnętrzną (zbrojną napaścią), nieustanie tego obywatela rozbraja, odbierając w duże mierze prawo do posiadania broni, a nawet często zwyczajnego prawa do obrony własnej, tym samym kompletnie sobie zaprzeczając. Co tragiczniejsze, każde państwo, chociażby minimalne, ma wyraźną tendencję do rozrastania się aż po niewydolne i ogromnie zadłużone państwo „opiekuńcze”, czego najwyraźniej nie przewidzieli klasyczni liberałowie (leseferyści), nie mając pomysłu jak zatrzymać ten proces. Samo więc istnienie scentralizowanej władzy jest tu problemem. Wiara że państwo się samoograniczy jest równie płonna jak wiara w to, że wilk może pilnować stada owiec, i nawet konstytucja nie jest w stanie tego zmienić (bo zawsze władza może ją zmienić, a poza tym nie ma wystarczająco silnego mechanizmu, zmuszającego klasę rządzącą do jej należnego przestrzegania). Ustrój demokratyczny również nie spełnia tu swojej roli. Anarchokapitalizm (inaczej anarchia prywatnej własności; ład naturalny), jak sama nazwa wskazuje, pochodzi od słów „anarchia” i „kapitalizm”. Jest to swoisty kapitalizm „bezpaństwowy”, czyli model wolnego społeczeństwa, działającego na zasadzie dobrowolnych umów międzyludzkich. „Akap” różni się od lewicowej wersji anarchii, czyli anarchokomunizmu, tym że istnieje w nim prawo do własności prywatnej, nie odrzuca się również z zasady hierarchii społecznej, która jest tu zależna od własnych osiągnięć, a nie jak w przypadku etatyzmu osiągana często poprzez uprzywilejowanie wybranych grup przez państwo. OK, tylko jak takie wolne społeczeństwo ma funkcjonować, bez rządu dbającego o bezpieczeństwo, itd.? Brzmi jak totalny chaos, prawda? Problem w zrozumieniu polega na tym, że jak słusznie zauważył Jesus Huerta de Soto, ludzie błędnie utożsamiają „państwo” z usługami jakie te państwo świadczy. Jednym zdaniem: anarchokapitalizm to zastąpienie monopolu państwowego w tym zakresie działaniem prywatnych przedsiębiorstw, konkurującymi ze sobą na rynku, jak jest to w wielu innych dziedzinach. W końcu wolna konkurencja zawsze zapewnia lepsze usługi niż monopol, prawda? Skoro sektor prywatny o niebo lepiej radzi sobie z wytwarzaniem butów czy mebli, niż robiłby to sektor państwowy, dlaczego nie miałby też lepiej zadbać o świadczenie usług z zakresu bezpieczeństwa? Anarchokapitaliści bynajmniej nie są jakąś grupą psycholi, o obłąkanych wizjach, wśród zwolenników tego nurtu odnaleźć można wiele nieprzeciętnie inteligentnych ludzi jak ekonomiści Austriackiej Szkoły Ekonomii, czyli wspomniany wcześniej Jesus Huerta de Soto, a także Murray Rothbard, Hans-Hermann Hoppe, David Friedman (syn Miltona Friedmana), Walter Block, Robert P. Murphy, genialny inwestor giełdowy (i także ekonomista ASE) Doug Casey, Linda i Morris Tannehillowie. Z polskiego podwórka są to chociażby Maciej Miąsik, czyli słynny programista, twórca m. in. polskiej gry „Wiedźmin”, Jacek Sierpiński – polski informatyk i blogger, swego czasu członek Mensy Polskiej, przez około 10 lat anarchokapitalistą był także kielecki bard „Kelthuz”, ale ostatnio zmienił zdanie na rzecz rządu minimalnego według koncepcji Ayn Rand. Sama koncepcja anarchokapitalizmu doczekała się licznej literatury, są to przede wszystkim: „Produkcja bezpieczeństwa”, Gustave de Molinari „O nową wolność. Manifest libertariański”, Murray Rothbard „Rynek i wolność”, Linda i Morris Tannehillowie „Demokracja. Bóg, który zawiódł”, Hans-Hermann Hoppe „The Machinery Of Freedom”, David Friedman Anarchokapitalizm w praktyce opiera się następujących filarach: Prywatni właściciele terenów Prywatne agencje ochrony (PAO) i ewentualnie prywatne firmy wojskowe (wojska najemne) Sądy arbitrażowe Policentryczny system prawa Kiedy mowa o anarchokapitalizmie, ludziom niemal automatycznie przychodzi na myśl miejsce, gdzie latają po ulicach grupy rozmaitych rzezimieszków z karabinami maszynowi, terroryzującymi lokalnych mieszkańców. Zapewne nie jeden z was również o tym pomyślał, nieprawdaż? Ja myślę, jednak że nikt nie chciałby mieszkać w takim miejscu…. ano właśnie . Po całkowitym zniesieniu sektora publicznego, każdy teren, czy to osiedle, czy ulica posiadałby swojego właściciela, podobnie zresztą jak w czasach monarchii król/cesarz/książę był właścicielem królestwo/cesarstwa/księstwa, z tymże był to właściciel całego kraju, a tu mamy do czynienia z wieloma właścicielami, konkurującymi między sobą o względy lokalnych mieszkańców (o monarchii zresztą więcej napiszę w dalszej części tekstu). Niekoniecznie również właścicielem pojedynczego terenu (ulicy, osiedla, drogi itd.) byłaby jedna osoba, i raczej nierealne by było, żeby jeden człowiek udźwignął związane z tym koszty. Prawdopodobnie właścicielem byłaby grupa osób, swego rodzaju spółka, powołana przez osoby, którą są w stanie nią zarządzać. I taki prywatny właściciel terenu zmuszony byłby do zadbania o bezpieczeństwo na swoim terenie, inaczej nikt nie chciałby się tam osiedlać, tym bardziej zakładać firmy, czy nawet kupić ziemię/nieruchomość. W tym celu wynająłby specjalnych ochroniarzy, którzy po pierwsze musieliby zadbać o bezpieczeństwo na ulicach, a po drugie być uprzejmi dla mieszkańców, w odróżnieniu od policjantów, w dzisiejszym systemie. Sami właściciele zarabialiby dzięki opłatom z tytułu czynszu opłacanego przez osiedlających się ludzi, co byłoby dla nich (mieszkańców) zdecydowanie niższym kosztem, niż dzisiejsze podatki. Im bezpieczniejszy teren, tym więcej chętnych do osiedlenia mieszkańców, większa wartość gruntów, czyli większy zysk dla właściciela terenu. A dla tych którzy teraz snują wizje w głowie typu: „a jeśli taki właściciel ogrodzi teren drutem kolczastym albo zablokuje ulicę, że nie będzie się dało przejechać?” mam pewną informację. Mianowicie takimi prywatnymi terenami są obecne sklepy, ale żaden z ich właścicieli nie blokuje wejścia, ani nie każe sobie płacić za wejście do sklepu, ponieważ nikt by do tego sklepu nie wszedł i nic nie kupił. Prywatna ochrona w sklepach to za to częsty widok, prawda? Prywatna własność ulic i reszty infrastruktury to nie nowość, w Starożytnym Rzymie de facto wszystkie drogi były prywatne, kolej u swojego zarania w XIX wieku była w 100% w rękach prywatnych, właściciele kolei zachęcali ludzi do osiedlania się i starali się pobudzić rozwój gospodarczy na tych terenach, żeby zwiększyć zyski spółek oraz podnieść wartość ich ziemi i kapitału. W dodatku na początku wieku XX powołali do życia tzw. policję kolejową, czyli prywatną formację policyjną, która w kwestii ochrony przed napadami i kradzieżami, osiągała lepsze rezultaty niż policja państwowa. Oczywiście to wszystko jest niewystarczające do zapewnienia bezpieczeństwa społeczeństwu, bo przecież przestępstwa to nie tylko napady na ulicach. Tylko kto mówi, że jedynie prywatny właściciel terenu ma prawo do ochrony? Każdy człowiek chce chronić samego siebie i swoich bliskich, jak i swojego majątku przed kradzieżą. Sprawę bezpieczeństwa załatwiłby także powszechny dostęp do broni palnej. Wszelkie badania przeprowadzane w tej kwestii, wykazywały jednoznacznie, że im bardziej dozbrojone społeczeństwo, tym większe bezpieczeństwo i mniej przestępstw. To nie broń zabija, a morderca, którzy już dziś może łatwo nabyć nóż, siekierę, piłę, czy także pistolet, na czarnym rynku. W 99% przypadków wystarcza samo pokazanie broni, żeby przestępca odstąpił od czynu. Ale że człowiek sam wszystkiego nie zrobi, warto też sięgnąć po usługi specjalistów. Tymi specjalistami byłyby prywatne agencje ochrony. W jaki sposób mogłyby działać? To proste, skoro można mieć ubezpieczenie zdrowotne, czy ubezpieczyć samochód, to dlaczego nie można by mieć ubezpieczenia od bycia ofiarą napadu, kradzieży, gwałtu itd.? Czyli klient podpisuje stosowną umowę z wybraną agencją, jeśli zostanie np. pobity albo okradziony, agencja wypłaci mu odszkodowanie, jeśli zginie, odszkodowanie dostanie jego rodzina. PAO ma więc motywację do chronienia obywatela i to większą niż dzisiejsza policja, której pracownicy mają z góry ustalone ustawowe płace, bez względu na swoją skuteczność. Zamiast monopolu, mamy więc wolną konkurencję i rywalizację o klienta. Co więcej o ile władza państwowa zawsze dąży do rozbrojenia obywateli, o tyle PAO miałyby motywację żeby wręcz zachęcać obywatela do posiadania broni, uczenia się jak się bronić itd. Taki klient mógłby liczyć na zniżkę, podobnie jak dobry kierowca, unikający wypadków, może liczyć na tańsze ubezpieczenie samochodu. Ale zaraz, ktoś mógłby teraz zaprotestować! Przecież jak będzie wiele takich prywatnych agencji to mogą zacząć ze sobą walczyć. Jeśli ukradną mi rower, to nawet jeśli agencja, z którą mam zawartą umowę znajdzie złodzieja to on również ma swoją agencję ochrony i nie ma zamiaru go oddać. I co wtedy? Krwawa strzelanina? Czy takie społeczeństwo nie zamieniłoby się w jeden wielki plac przemocy? Przede wszystkim, należy zwrócić uwagę, że przemocowe rozwiązanie jest niezwykle kosztowne i niebezpieczne, wiążę się zarówno ze stratami materialnymi, stratami w ludziach, a nawet wiążę się z ryzykiem straty własnego życia. W dodatku to ogromna utrata reputacji i zaufania innych ludzi. A zyski? Małe i w dodatku niepewne. Opłaca się stracić trzech dobrych pracowników agencji, duże pieniądze i ponieść ryzyko zemsty za być może odzyskanie roweru klienta (bo nie ma pewności czy będzie się stroną wygraną)? Nie! Możemy sobie wyobrazić szefa takiej agencji, który ciągle traci pracowników w walkach (a nowi nie chcą się zatrudniać z obawy o swoje życie), ponosi duże koszty w zamian za małe zyski i jest ciągle zasypywany przez pozwy sądowe i listy z pogróżkami, a klienci nie chcą korzystać z jego usług bo to psuje im reputację w społeczeństwie. Taki biznesmen nie tylko by zbankrutował, ale zwyczajnie długo by nie pożył. Zamiast tego o wiele taniej i bezpieczniej jest załatwić sprawę polubownie, czyli oddać sprawę pod arbitraż. I tu wchodzi temat sądów arbitrażowych. A więc dwie strony konfliktu prawnego oddają sprawę pod sąd, który rozstrzygnie kto ma rację i wyda wyrok (a koszty rozprawy poniesie przegrany). Jeśli pozwany nie stawiłby się na rozprawę, sąd i tak wydałby wyrok, tyle że bez jego udziału, więc za rozprawę stawić się warto. Sądy również działałby jako przedsiębiorstwa rywalizujące o klientów, wiec miałyby ekonomiczną motywację do wydawania możliwie najbardziej sprawiedliwych wyroków, dbania o reputację (wywalając skorumpowanych sędziów itd.), bo tylko przed takimi sądami ludzie nie baliby się dochodzić swoich racji. No i taki sąd stawiałby na cięcie kosztów, więc sprawy toczyłyby się sprawnie, bez nadmiernej biurokracji. Być może to kogoś zdziwi, ale taki system prywatnego sądownictwa, opartego o arbitraż naprawdę istniał i działał bardzo dobrze. Były to tzw. sądy kupieckie w Anglii, działające od średniowiecza, aż do 1920 r. Rozstrzygały one konflikty prawne pomiędzy handlarzami. Jeśli skazany nie dostosowywał się do wyroku takiego sądu, zostawał poddawany ostracyzmowi i bojkotowi ze strony innych handlarzy, co oznaczało dla niego rychły upadek. Dzisiaj w dobie Internetu, dysponujemy jeszcze silniejszymi możliwościami takiego ostracyzmu, i to byłby skuteczny sposób na honorowanie wyroków, wszak w społeczeństwie opartym całkowicie o dobrowolne umowy, oznaczałoby to całkowitą degradację. No dobrze, ale pozostaje jeszcze pytanie o jakie prawo byłyby opierane wyroki takich sądów? I kto by je tworzył, gdyby nie było rządu? Cóż, prawo tworzone przez państwo to prawo stanowione, nie jest to bynajmniej mechanizm idealny, właśnie taki rodzaj prawa jest źródłem przywilejów władzy i wybranych grup w społeczeństwie, biurokracji, dojenia obywatela z wysokich podatków itd. Czy istnieje alternatywa? Oczywiście, jest nią prawo zwyczajowe, czyli prawo, które nie jest tworzone przez żadną instytucję publiczną, tylko przez społeczeństwo, w procesach oddolnych. Słynne prawo rzymskie, z którego rozwiązań czerpie wiele współczesnych systemów prawnych na początku swojego istnienia opierało się na prawie zwyczajowym, podobnie było z prawem precedensowym (common law) w danych krajach anglosaskich, czy z prawem tworzonym przez brehonów (profesjonalni prawnicy w wczesnośredniowiecznej Irlandii). Ok, a jak takie prawo jako „produkt” wolnego rynku miałoby powstawać w anarchokapitalizmie? Źródłem prawa bez wątpienia jest potrzeba poczucia bezpieczeństwa obywateli. Tak więc prywatna agencja ochrony, musiałby również zadbać o ochronę prawną, czyli mieć podpisaną umowę z wybranym sądem arbitrażowym, pod który trafiałby jej klient w razie potrzeby rozwiązania sporu prawnego. Sąd jako przedsiębiorca zajmowałby się badaniem rynku, jakie rodzaje prawa są najbardziej pożądane wśród obywateli żeby przyciągać do siebie klientów. W takim systemie każdy człowiek mógłby więc wybrać pod jaki kodeks prawny chciałby podlegać. Na tym właśnie polegałby policentryczny system prawa, czyli kilka konkurujących ze sobą systemów prawnych. I tak np. katolicy mogliby wybrać prawo kanoniczne, ateista mógłby podpisać się np. pod tradycyjną rzymską paremią prawną, itp. Kiedy dwie osoby podlegające pod ten sam system prawny trafią przed oblicze sądu, nie byłoby problemu, ale co kiedy jedna osoba podlega pod system A, a druga pod system B? To samo co w przypadku gdy poszkodowany jest obywatelem Polski, a oskarżony obywatelem Niemiec. Czyli wyrok wydaje sąd polski, a przez sąd niemiecki jest on honorowany. Jak pisze Murray Rothbard w „Manifeście libertariańskim”, choć żyjemy w stanie „międzynarodowej anarchii”, to rozstrzyganie prywatnych sporów między obywatelami dwóch różnych państw nie nastręcza niemal żadnych trudności. Ano właśnie, każde państwo ma swoje prawo, nie istnieje też żaden rząd światowy ani Sąd Najwyższy Świata i bynajmniej nie są nam do niczego potrzebne. Wracając zatem do przykładu, poszkodowany mógłby liczyć na rozwiązanie sprawy zgodnie z systemem prawnym A. Jednak jeśli druga strona nie zgodziła by się z wyrokiem oddając sprawę pod sąd, wydającym wyroki zgodnie z system B, mielibyśmy konflikt pomiędzy dwoma sądami. Taki sam konflikt jak pomiędzy dwiema PAO. Co teraz? Sprawa trafiłaby pod sąd arbitrażowy wyższej instancji. Byłby to odpowiednik dzisiejszego Sądu Najwyższego, z tymże nie byłby to jeden sąd a jeden z wielu konkurujących ze sobą na rynku sądów apelacyjnych. I wyroki takich sądów byłyby niejako końcowym produktem prawa, starając się przyciągać do siebie klientów tworzyliby możliwie najlepsze i najbardziej sprawiedliwe prawo, najbliższe prawu naturalnemu, chroniące tak podstawowe wartości jak prawo do życia, do wolności, własności prywatnej i obrony przed przemocą, kradzieżą, przymusem itd. Takie prawo to byłby wypisz, wymaluj odpowiednik prawa międzynarodowego, w obecnym systemie, w którego powstaniu ogromną rolę zresztą odegrało prawo zwyczajowe, jego źródła to nic innego jak dobrowolnie zawarte umowy, w tym wypadku umowy międzynarodowe. Na koniec mała ciekawostka: w procesach norymberskich skazano wielu hitlerowskich zbrodniarzy, chociaż działali oni zgodnie z prawem III Rzeszy, uznano że prawo do życia jest ważniejsze, niż prawo ustanowione przez władze III Rzeszy. Czyli uznano wyższość prawa naturalnego nad prawem stanowionym, i słusznie. Kończąc wątek systemów prawnych należy jeszcze poruszyć kwestię jakie kary obowiązywałyby za przestępstwa? A więzienia to skąd, skoro nie ma podatków? Przede wszystkim zdajmy sobie sprawę że system współczesnego więziennictwa jest bezdennie głupi. Rzekoma „izolacja” przestępcy to trzymanie go przez kila lat w miejscu, z którego wyjdzie jako ktoś jeszcze gorszy, bardziej agresywny i skory do recydywy (wyrok na koncie nie ułatwia robienia kariery). Poziom bezpieczeństwa bynajmniej od tego nie wzrasta, jedynie co rośnie to koszty tego niewydajnego systemu. A co gorsze żadna z ofiar nie doczekuje się sensownej rekompensaty (albo jest ona bardzo mała). Właściwy system powinien polegać na rekompensowaniu krzywd ofierze przestępstwa. Świetnie opisują to Linda i Morris Tannehillowie w książce „Rynek i wolność”. Mówiąc bardzo obrazowo: załóżmy, że jakiś zwyrol uciął komuś nogę. Powinien więc teraz sfinansować mu tytanową protezę, i zapłacić za straty moralne i psychiczne. Jeżeli nie posiada na to środków, musi na nie przymusowo odpracować. To skutecznie ukróciłoby działania recydywistów, złodziei którzy ukryli łup przed policją i tylko czekają aż uda im się wyjść z więzienia, itd. I właśnie taki system byłby sprawiedliwy, zadośćuczynienie i odpracowywanie swoich win. Gwałciciel powinien opłacić ofierze leczenie i psychoterapię i koszty związane z niemożliwością pracowania przez pewien czas, itd. itd. Żeby uniknąć fałszywych oskarżeń, również osoby fałszywie pomówione powinny otrzymywać zadośćuczynienie, np. przez jeśli ktoś stracił przez to pracę, osoba fałszywie oskarżająca wypłaca mu taką sumę, jaką zarobiłby przez czas, kiedy pozostawał bez pracy. Jeśli sprawca nie ma takich, środków, musi to w całości odpracować. Z kolei jedyną słuszną karą dla morderców powinna być kara śmierci, kto nie respektuje prawa do życia u innych ludzi, ten sam się go pozbawia. No i na koniec pozostaje jeszcze kwestia obrony przed napaścią innych krajów. Przede wszystkim założenie typu „rządy muszą istnieć żeby nie było wojen” jest samo w sobie błędne, bo to właśnie rządy prowadzą do wojen. Zwykli ludzie nie chcą wojny, bo to dla nich śmiertelne zagrożenie, grozi utratą życia swojego i swoich bliskich, kalectwem i ogromnymi stratami finansowymi. Tymczasem rządzący sami nie nadstawiają karków, tylko zmuszają do tego podległe im społeczeństwo. Najlepiej chyba obrazuje to cytat Hermanna Göringa (przywódca Luftwaffe w czasie II wojny światowej, nazistowski zbrodniarz wojenny): „Oczywiście, zwykli ludzie nie chcą wojny, (…) ale w końcu to przywódcy kraju określają politykę i zawsze łatwo jest pociągnąć za sobą ludzi, niezależnie, czy jest to demokracja, faszystowska dyktatura, parlament czy dyktatura komunistyczna. (…) Mając głos czy go nie mając, ludzie zawsze mogą być podporządkowani przywódcom. To łatwe. Jedyne, co trzeba zrobić, to powtarzać ludziom w kółko, że są atakowani, oraz potępić pacyfistów za brak patriotyzmu i narażanie kraju na niebezpieczeństwo. To działa w każdym kraju.” Dobra, ale załóżmy że mówimy o sytuacji, gdzie „akap” istnieje tylko w jednym kraju. Czy inne państwa nie mogłyby tego terenu napaść? Cóż, żadne z państw nie miałoby raczej ku temu motywacji, jako że byłaby to oaza wolnego handlu. Historia pokazuje, że nie napada się tego z kim się handluje, a bariery handlowe zawsze zaogniały konflikty między państwami. Rozważmy jednak sytuację, „co by było gdyby”. Po pierwsze to mit, że tylko państwowa armia może nam zapewnić bezpieczeństwo. W 1939 r. zbyt wiele to nie dało, w dodatku marny poziom uzbrojenia społeczeństwa spowodował, że chociażby takie Powstanie Warszawskie nie miało cienia szans powodzenia, również zbrodni na Wołyniu by nie było, gdyby mieszkańcy wsi byliby uzbrojeni itd., przykładów można by mnożyć. W tej chwili nasza armia liczy około 100 tys. żołnierzy, przemysł zbrojeniowy stoi na niskim poziomie, porównując to z innymi krajami, nie jeden z nich mógłby nas spokojnie podbić, za takie „bezpieczeństwo” to ja dziękuję. Rząd to tylko grupa polityków, aktualnie sprawujących władzę. Oni nie posiadają żadnych własnych środków. Oczywistym jest zatem że to nie rząd nas chroni, tylko odwrotnie, to rząd drenuje społeczeństwo z zasobów i zmusza go do bronienia jego interesów. Każdy element sektora zbrojeniowego powstaje na skutek pracy i przedsiębiorczości zwykłych ludzi. Jak więc wyglądałaby obrona terytorialna w „wolnym społeczeństwie”? Działania wojenne byłby niewątpliwą stratą zarówno dla prywatnych właścicieli terenów (bombardowania, zniszczenia obniżają wartość gruntów itd.), prywatnych agencji ochrony (gigantyczne odszkodowania dla pokrzywdzonych) i zwykłych ludzi (zagrożenie życia, majątku itd.). Wszyscy mieliby więc motywację żeby się bronić. Czyli staraliby się posiadać własne uzbrojenie plus mieć ubezpieczenie w PAO także obejmujące agresję zewnętrzną. Poszczególne PAO (część z nich, lub nawet większość) mogłaby inwestować także w sprzęt militarny. Wolny rynek zapewnia również najlepszą alokację zasobów, dostosowanie się do danej sytuacji, podczas gdy w innym państwie jak to zawsze bywa, w czasie wojny pojawiają się problemy jak inflacja, braki żywności, środków pierwszej potrzeby itd. Wolny rynek to również szybki wzrost gospodarczy, a więc także szybki rozwój przemysłu zbrojeniowego, jak i nowoczesnych technologii. Dodatkowo brak centralnego ośrodka władzy, znacznie opóźnia ryzyko kapitulacji. Agresor musiałby podbić praktycznie cały teren, i jeszcze zbudować państwo od podstaw przy wrogim nastawieniu lokalnych mieszkańców. Koszty takiej operacji byłby wręcz kosmiczne, jej wykonanie niesamowicie trudne. Polecam do poczytania szerszy tekst na ten temat: http://mises.pl/blog/2015/04/16/danneskjold-prywatna-obronnosc-oparta-na-ubezpieczeniach-a-efekt-gapowicza/ Polemika z anarchokapitalizmem to głównie zarzut że kilka agencji ochrony (PAO) mogły zawiązać jedną dużą agencję a następnie stworzyć własne państwo, czyli akap byłby nietrwały. Tak twierdzą minarchiści, według nich państwo i tak powstanie więc lepiej od razu pogłówkować jak stworzyć fajne państwo, które będzie lepsze niż państwo w obecnym systemie. Jednak jak zauważyli Tannehillowie, w akapie będzie szybki przepływ informacji, to niemal niemożliwe aby taka jedna agencja zgromadziła tak ogromny potencjał militarny aby przejąć kontrolę aby nikt tego zawczasu nie zauważył (żadne media, ani inne agencje itp.). Poważny zarzut co do anarchokapitalizmu wysnuwają także obiektywiści. Ten zarzut brzmi: przemoc nie jest dobrem rynkowym, przemoc musi zostać z rynku wyeliminowana, rząd musi więc mieć monopol na stanowienie i egzekwowanie prawa. I to że przemoc nie jest dobrem rynkowym to jak najbardziej jest prawda. Ale nie należy zapominać że rynek tworzą wszyscy ludzie, mieszkający na danym terenie, także przedstawiciele rządu. Więc nadanie rządowi monopolu na przemoc nie alienuje przemocy z rynku. Trzeba tu odróżniać przemoc agresywną i przemoc odwetową. Rząd jako monopolista może stosować tylko przemoc agresywną, (poprzez wyprzedzające usuwanie konkurencyjnych agencji obronnych i arbitrażowych). Z kolei agencje ochrony poddane kontroli rynkowej (potrzeba zaufania i satysfakcji klientów) mogą jak najbardziej eliminować przemoc agresywną poprzez możliwość zastosowania przemocy odwetowej. Przemoc (agresywna) nie jest dobrem rynkowym ale obrona przed przemocą już tak, podobnie jak choroba nie jest dobrem rynkowym, ale jej leczenie już tak. Mimo wszystko odpowiedź, która ze stron mają rację nie jest taka prosta. To wszystko wymaga głębokiej analizy, do tego trzeba mieć niezłą głowę. Zalecałbym ostrożność z wyrokowaniem. Historyczne przykłady społeczeństw wolnościowych Podstawowym zarzutem wobec libertarianizmu jest słynne: „takiego systemu nie było nigdzie na świecie”. Jest to wyjątkowe durne podejście. Myśląc w ten sposób nigdy nie wyszlibyśmy z jaskini. Nie odszylibyśmy także od niewolnictwa, bo ktoś w tamtych latach mógłby powiedzieć, że skoro wszędzie na świecie jest niewolnictwo, tak musi być i już. Tymczasem powyższy zarzut, nawet nie jest całkiem poprawny. Co prawda nigdzie nie było nigdy anarchokapitalizmu, czy minarchizmu, ale jednak przykłady społeczeństw quasi-libertariańskich są klarowniejsze nikt mogłoby się wydawać. O to najbardziej znane z nich: 1. Celtycka Irlandia – 1000 lat bez państwa (to nie żart): Irlandia w okresie od mniej więcej VII do XVII wieku funkcjonowała praktycznie bez istnienia państwa, nie posiadała władzy ustawodawczej ani sądowniczej ani żadnego państwowego wymiaru sprawiedliwości, czy przymusowego poboru podatków. Rolę państw pełniły tzw. tuath, określane też mianem państw w stanie embrionalnym. Zwykle ich ilość zamykała się w przedziale 80-100 (dla 25 tys. Irlandczyków). Wszyscy „wolni” obywatele, którzy posiadali ziemię, wykonywali jakiś zawód lub też byli rzemieślnikami, mieli prawo zostać członkami tuath. Członkowie każdego tuath zbierali się raz do roku i uzgadniali wspólną politykę, decydowali o wypowiedzeniu wojny lub zawarciu pokoju z innymi tuath oraz wybierali lub usuwali „króla”. Na czele tuath stał król, który początkowo pełnił funkcję najwyższego kapłana. Poza tym przewodził radzie tuath, reprezentował tuath na zewnątrz a także dowodził wojskiem. Nowy król wybierany był przez tuath spośród członków rodziny królewskiej; całkowicie podlegał prawu i mógł być sądzony. Po wprowadzeniu chrześcijaństwa królowie nadal pełnili funkcje religijne. Tuath był instytucją dobrowolną. Każdy wolny Irlandczyk mógł sam wybrać, do którego z nich chce należeć. Często zdarzało się, że przedstawiciele jednego rodu należeli do różnych tuath. Terytorium tuath stanowiły ziemie jego członków. Społeczeństwo podzielone było na dwie klasy: wolnych i nie-wolnych. Do wolnych należeli królowie, właściciele ziemi oraz przedstawiciele dochodowych zawodów (artyści, rzemieślnicy itp.). Nie-wolni to nieposiadający własności i niewolnicy. Podział ten jednak nie był stały, nie-wolny mógł się stać wolny, przechodzenie między klasami wolnych i nie-wolnych zależało jedynie od posiadanego majątku. Tylko przestępcy nie mogli poprawić swojej pozycji społecznej. Każdy Irlandczyk posiadał określoną rangę, zależną od ilości posiadanej własności i liczby klientów. Od rangi zależała cena honorowa czyli wartość, którą trzeba było zapłacić, jeżeli naruszono honor lub prawa danej jednostki. Przez naruszenie honoru rozumiano: złamanie kontraktu, zadanie obrażeń fizycznych, naruszenie praw własności, naruszenie dobrego imienia. Rozbudowany był także system prywatnej własności. Właścicieli nie miały jedynie szczyty gór i lasy. W przypadku potrzeby osobistej można było jednak naruszyć prawo własności – na przykład złowić rybę w czyimś stawie. Istniała również współwłasność. Jednym z jej przykładów może być młyn wodny, którego współwłaścicielem był zwykle właściciel rzeki. W wczesnośredniowiecznej Irlandii nie było też legislatury państwowej (prawa stanowionego), zamiast tego dobrze funkcjonowało prawo zwyczajowe. Prawo było produktem brehonów - profesjonalnych prawników. Urząd brehona był dziedziczny i pod względem statusu społecznego ustępował jedynie królowi. Istniało kilka regionalnych brehońskich szkół prawa, z których każda tworzyła własne kodeksy. Brehoni nie mieli żadnych związków z poszczególnymi tuatha ani koneksji z ich królami. Byli całkiem zwykłymi obywatelami, a ich działalność miała zasięg ogólnokrajowy. Z ich usług korzystały zwaśnione strony w całej Irlandii. Co więcej – i co bardzo istotne – inaczej niż w systemie prywatnych prawników rzymskich, brehoni stanowili cały wymiar sprawiedliwości; poza nimi nie było w starożytnej Irlandii innych sędziów ani żadnych „powszechnych” sądów. W przypadku sporu sądowego każda strona procesu musiała zapewnić sobie poręczycieli, którzy zapewniali honorowanie wyroku. Musieli oni posiadać wysoką rangę i cenę honorową. Istniały trzy rodzaje poręczycielstwa: wspomaganie pokrzywdzonego – wówczas po wyroku winny stawał się dłużnikiem pokrzywdzonego, poręczyciele zaś odpowiadali za spłatę długu; odpowiadanie swoją wolnością za spłatę długu (mógł później domagać się rekompensaty od winnego); uiszczenie kary nałożonej na winnego – winny był zobowiązany zapłacić mu później swoją cenę honorową. Celtycka Irlandia zwłaszcza już w okresie wczesnego średniowiecza stanowiła jedno z najbardziej rozwiniętych cywilizacyjnie ówczesnych społeczeństw w Europie. Upadła dopiero na skutek wieloletniej inwazji angielskiej. Warto również zauważyć że Anglicy musieli poświęcić wiele wieków na podbicie Irlandii właśnie dlatego, że ta nie posiadała z góry ustanowionej struktury władzy, musieli nie tylko podbić terytorium ale także zbudować państwo od początku, na przekór ogromnego oporu zamieszkałej tam społeczności. 2. Średniowieczna Islandia – 300 lat wolności Islandzka Wolna Wspólnota istniejąca między X a XIII wiekiem (założona głównie przez uciekinierów z Norwegii) to kraj, którego system konstytucyjny miał charakter policentryczny – nie istniał w nim scentralizowany aparat wykonawczy i w całości opierał się na prywatnych mechanizmach tworzenia, stosowania i egzekwowania prawa. Kraj ten nie miał na czele żadnego króla czy innego władcy. Jedynym urzędnikiem publicznym był tzw. godi (naczelnik). Pełnił on funkcje sakralne jako właściciel świątyni, jak również oferował usługi prawne swoim klientom. Każdy obywatel Islandii był zobowiązany wybrać sobie własnego godi. Godord (status naczelnika) był dobrem wymienialnym – można było go sprzedawać, wymieniać itd., ale kupno godordu nie wiązało się jeszcze automatycznie ze zdobyciem władzy. Należało przekonać do siebie klientów. Każdy godi zasiadał w parlamencie islandzkim – althingu. W związku z tym status posła był, jako związany z godordem, przedmiotem obrotu handlowego. Althing zbierał się raz do roku na dwa tygodnie. Nie miał własnego budżetu i nie zatrudniał pracowników poza logsogumadrem – zatrudnianym na trzy lata mówcą, który przewodniczył althingowi, zapamiętywał prawo, udzielał porad prawnych, a także raz w czasie kadencji recytował cały zbiór prawa Islandii. Jeżeli nie wyrecytował jakiegoś przepisu i nikt nie zaprotestował, dany przepis tracił moc prawną. Prawo karne przewidywało tylko dwa rodzaje kar, odszkodowania i banicje. Nie istniał publiczny aparat ścigania, a wyroki sądów arbitrażowych wykonywali sami zainteresowani. W przypadku sporu prawnego organizowano doraźny sąd, który składał się z arbitrów przedstawianych przez każdą ze stron. Jeżeli sąd nie był w stanie wydać wyroku, sprawę kierowano do wyższej instancji, czasem aż do poziomu ogólnokrajowego. Winny naruszenia prawa był zobowiązany do zapłaty ustalonego odszkodowania. Odszkodowanie za zabicie zwykłego człowieka było równowartością zarobków, na zdobycie których przeciętny Islandczyk potrzebował od 12 do 50 lat. Trzeba było zapłacić za każdą ofiarę, również zabitą w czasie „wojny”. Jeśli zabójca od razu poinformował kogoś o swoim czynie, mógł liczyć na usprawiedliwienie i niższy wyrok. Nie istniała władza wykonawcza. Wyroki egzekwowali sami pokrzywdzeni. Gdy pokrzywdzony nie był w stanie tego uczynić, miał możliwość odsprzedaży swojego prawa do odszkodowania komuś o większych możliwościach działania. W czasie procesu i egzekucji wyroku strony były wspierane przez swoje koalicje. Koalicje takie powstawały łatwo, ponieważ ich członkowie liczyli, że w przypadku zabójstwa będą mieli udział w wergeld – odszkodowaniu. Jeżeli oskarżony nie był w stanie zapłacić wysokiego odszkodowania, z pomocą przychodzili mu zazwyczaj członkowie koalicji. Odszkodowanie można było również odpracować jako tymczasowy niewolnik. Jeśli jednak oskarżony w ogóle nie uiścił zasądzonej kary, można było wytoczyć mu kolejny proces, w którym sąd skazywał go na banicję. Banita miał kilka tygodni na opuszczenie wyspy, w przeciwnym razie pokrzywdzony (lub nabywca praw do odszkodowania) mógł go zabić. Zakazana była pomoc banicie. Jeżeli ktoś to robił, sam mógł być skazany. 3. Anglosasi We względnie wolnym społeczeństwie żyli również wczesnośredniowieczni Anglosasi. Głównym źródłem poszanowania prawa było pokrewieństwo. Częściowo w oparciu o nie funkcjonowały tzw. tithing – instytucje zajmujące się ochroną swoich członków jak również rozwiązywaniem sporów między nimi. Jedną z głównych funkcji było ściganie złodziei. Przynależność do tithingu była dobrowolna, jednak jeżeli ktoś nie należał do żadnego, był banitą. Jednocześnie tithingi niechętnie przyjmowały osoby o złej reputacji. Było to silnym impulsem do przestrzegania prawa. Grupa tithingów tworzyła wyższą jednostkę prawną – tzw. hundred. Na poziomie hundredu toczyły się procesy, których sędziowie wywodzili się z poszczególnych tithingów. Sprawy między członkami różnych hundredów rozstrzygał sąd shire. Dla spraw między obywatelami różnych shire istniał sąd wyższego stopnia. Prawo chroniło szczególnie osobę i własność jednostki. Uznawało za nielegalne czyny obejmowane dziś prawem karnym. Wyroki wydawane były przez komitet sędziów. Jeżeli któraś ze stron nie chciała przyjąć wyroku, była wykluczana ze wspólnoty. By otrzymać zasądzoną należność od sprawcy, potrzebna była pomoc wspólnoty, jednak w zamian trzeba było wspierać innych jej członków. Z reguły wymierzano kary pieniężne. Jeżeli oskarżony nie był w stanie zapłacić, termin zapłaty mógł być odroczony o rok. W takiej sytuacji mógł on też odpracować karę jako niewolnik pokrzywdzonego. Istniały trzy rodzaje odszkodowań: wer, czyli cena zależna od rangi jednostki (podobna do irlandzkiej ceny honorowej), bot – rekompensata za szkodę, zależna od cen rynkowych lub ustalonych stawek, i wite – zapłata uiszczana władcy, gdy musiał interweniować na życzenie którejś ze stron. Król nie wydawał wyroku, mógł jedynie wspierać wybraną stronę. Rolą króla była ochrona życia i własności poddanych w zamian za lojalność. Poddaństwo nie było sztywne. Można było zmienić swoją przynależność, jeżeli król okazywał się mierny. Pozycja króla szybko wzrastała w czasie ciągłych wojen między poszczególnymi królestwami. Do ostatecznej unifikacji i centralizacji władzy doszło w wyniku najazdów duńskich. 4. ”Dziki” Zachód „Dziki zachód” to popularny termin określający zachodnie tereny USA na przełomie XIX i XX wieku. W westernach zazwyczaj to miejsce było przedstawiane jako szalejące bezprawie i niekończące się zmagania Indian, kowbojów, taperów i osadników. Tymczasem rzeczywistość znacznie odbiegała od literackiej, a następnie filmowej fikcji. Przykładowo taki kowboj (z angielskiego cowboy - czyli dosłownie "chłopiec od krów") był nikim innym jak pasterzem bydła (czasem także hodował konie), w filmach za to najczęściej jest przedstawiany jako bohater, symbol wartości i sprawiedliwości. Również najwięksi bandyci Dzikiego Zachodu zostali mocno podkoloryzowani, taki Billy the Kid, któremu przypisywano ponad 20 zabójstw, prawdopodobnie zabił około 4 osób, nie był też tak dobrym strzelcem jak przedstawiona go na rycinach. Ogólnie poziom przestępczości nie był aż taki wysoki jak to zostało to przedstawione w westernach. W miastach: Abilene, Ellsworth, Wichita, Dodge City, and Caldwell, czyli największych miastach kowbojskich tamtych czasów, w latach 1870 do 1875 miało miejsce zaledwie 45 zabójstw, czyli 1,5 zabójstwa w sezonie. W Abilene, które uchodziło za najdziksze z tych miast, nikt nie zginął w latach 1869 i 1870. W najgorszym roku w miejscowości Tombstone, tam gdzie miała miejsca sławna strzelanina O.K. Corral, zginęło 5 osób. Przytoczone liczby oznaczają współczynnik zabójstw wynoszący około 1 w przeliczeniu na 100 tysięcy mieszkańców. Dla porównania, dane obecne: USA – 5,0, Polska – 1,28, Finlandia – 2,17, Szwajcaria – 1.01, Europa – 5,4, Świat – 7,6. Do roku 1900 nie było napadów na banki w żadnym z większych miast stanów Colorado, Wyoming, Montana, obu stanach Dakota, Kansas, Nebraska, Oregon, Washington, Idaho, Nevada, Utah, New Mexico, a jedynie kilka napadów w stanach California i Arizona. W ciągu czterech dekad 1859-1900 w 15 stanach miało miejsce w ogóle zaledwie kilka napadów na banki. Dziś rocznie w Polsce ma miejsce więcej napadów na banki niż na Dziki Zachodzie przez całe dekady. Sam Buffalo Bill na starość przyznał, że kłamał na temat swoich brutalnych czynów, by sprzedać więcej powieści. W bitwach z Indianami został ranny dokładnie raz, a nie, jak twierdził, 137 razy. Jak zatem w rzeczywistości funkcjonowało wolnościowe społeczeństwo Dzikiego Zachodu? Jedną ze specyficznych form instytucjonalnych wytworzonych przez amerykańskich pionierów były związki działkowe. Związki te powstawały, aby zapewnić ochronę oraz prawo własności, jak też usprawnić mechanizm obrotu ziemią. Pojedynczy związek miał swoich własnych urzędników oraz konstytucję, a zajmował się głównie rozstrzyganiem sporów między członkami i prowadzeniem rejestrów praw własności. Każdy członek był zobowiązany do przestrzegania określonych reguł – w przeciwnym razie groziło wykluczenie ze związku, choć często stosowano również sankcje siłowe. Na Środkowym Zachodzie powstawały liczne związki hodowców bydła, których celem była ochrona stad. W ich ramach zatrudniano detektywów oraz rewolwerowców. Związki te były z reguły niewielkie. Nieliczne większe ugrupowania powstawały poprzez kontrakty rządowe. Trzecią formą instytucjonalną były dystrykty górnicze. Każda z osad górniczych tworzyła własny system zasad, zebranych w kodeksy prawne. Do obsługi dystryktu zatrudniano urzędników, wśród nich archiwistę, odpowiedzialnego za przechowywanie jego oficjalnych rejestrów. Spory między górnikami rozstrzygały sądy górnicze, lecz w przypadku niezadowolenia z wyroku odpowiednio duża część górników mogła oddzielić się i utworzyć własny okręg sądowy. Wiele więcej przykład społeczeństw libertariańskich można znaleźć poniżej: http://libertarianin.org/spoleczenstwa-wolnosciowe/ Anarchia, monarchia, demokracja i Europa Tysiąca Liechtensteinów Hans-Hermann Hoppe, niemiecki libertarianin, anarchokapitalista, anarchokonserwatysta i ekonomista Austriackiej Szkoły Ekonomii, w swojej słynnej książce „Demokracja. Bóg który zawiódł” zawarł myśl, którą można by w skrócie przedstawić tak: anarchokapitalizm > monarchia > demokracja. Czyli według niego odejście od monarchii na rzecz demokracji, które nastąpiło głównie po I wojnie światowej nie było krokiem ku wolności, a wręcz przeciwnie, to rozwój demokratycznego republikanizmu niejako narzuconego Europie przez Stany Zjednoczone zaowocował poszerzającym się socjalizmem i licznymi problemami gospodarczymi, społecznymi i kulturowymi. Pod wieloma względami monarchia jest lepszym systemem od demokracji, jednak jeszcze lepszy byłby ład naturalny (anarchokapitalizm). Skupmy się jednak wpierw nad argumentami Hoppe’go dotyczącymi wyższości monarchii nad demokracją. Zacznijmy od tego, że monarcha (król) jest właścicielem swojego królestwa i całego majątku rządu. Monarchia to swego rodzaju prywatny rząd, a demokracja to rząd publiczny. Żeby zrozumieć wyższość monarchii nad demokracją trzeba najpierw zrozumieć pojęcie preferencji czasowej. Jest to termin ekonomiczny, określający miarę tego, w jakim stopniu aktualna satysfakcja jest bardziej pożądana od takiej samej satysfakcji w przyszłości. Im wyższa preferencja czasowa, tym większa chęć natychmiastowej konsumpcji. Niższa preferencja czasowa, oznacza z kolei, gotowość do powstrzymania się od konsumpcji bieżących dóbr na rzecz wyższej konsumpcji w przyszłości. Paradoksalnie to, że król jest właścicielem całego majątku królestwa sprawia że ma on mniejszą preferencję czasową niż władca demokratyczny oraz większą motywację do poszanowania własności prywatnej obywateli. Może co prawda dokonywać konfiskaty majątków poddanych, jednak z uwagi, że konfiskowane zasoby i przywilej monopolu na przyszłą konfiskatę stanowią indywidualną własność są one dodawane do prywatnego majątku władcy i traktowane tak, jakby były jego częścią, a przywilej monopolu na przyszłą konfiskatę jest przypisany do tego majątku jako tytuł, co natychmiast podnosi jego teraźniejszą wartość („kapitalizacja” renty monopolowej). Najważniejsze jest to, że jako prywatny właściciel rządowego majątku władca ma prawo przekazywania swojego majątku spadkobiercy. Może sprzedać, wynająć lub oddać część albo całość majątku, do którego przypisany jest przywilej (i zachować zapłatę za sprzedane lub wynajęte dobra); może osobiście mianować i odwoływać zarządców i pracowników zatrudnionych w jego majątku. Zakładając, że władca kieruje się interesem własnym, należy się spodziewać, iż będzie on dążył do pomnażania swojego bogactwa, a więc obecnej wartości majątku oraz bieżących dochodów. Nie będzie on zwiększał bieżących dochodów kosztem nadmiernego spadku wartości swoich aktywów. Ponadto ze względu na to, że działania związane z uzyskiwaniem bieżącego dochodu zawsze mają wpływ na obecną wartość aktywów (która jest odbiciem wartości wszystkich przyszłych oczekiwanych dochodów z aktywów pomniejszonych o stopę preferencji czasowej), własność prywatna ze swojej istoty wymaga kalkulacji ekonomicznej, co sprzyja dalekowzroczności. Jeśli nic nie zostanie wyprodukowane, to nie będzie czego konfiskować, a jeśli wszystko zostanie skonfiskowane, to przyszła produkcja zostanie całkowicie zatrzymana. Dlatego prywatny właściciel rządu (król) będzie unikał nakładania na swoich poddanych takich podatków, które spowodowałyby zmniejszenie potencjału przyszłych dochodów do tego stopnia, że spadłaby na przykład obecna wartość jego majątku (królestwa). Przeciwnie; w celu zachowania, a nawet podniesienia, wartości osobistego majątku król będzie się stale powstrzymywał od nadmiernego opodatkowywania poddanych, ponieważ im niższe będą podatki, tym większa produktywność podatników, a im większa będzie produktywność mieszkańców królestwa tym większej wartości nabierze pasożytniczy monopol władcy. Oczywiście król będzie wykorzystywał swój monopolistyczny przywilej. Nie zrezygnuje z podatków. Jednakże jako prywatny właściciel rządu będzie dążył do pozyskiwania, w sposób pasożytniczy środków pochodzących z rozwijającej się, coraz produktywniejszej i coraz lepiej funkcjonującej gospodarki pozarządowej, ponieważ dzięki temu zawsze i nie wkładając własnego wysiłku będzie mógł powiększyć własne bogactwo i pomyślność. Stawki podatków będą więc niskie. W interesie władcy jest również wykorzystywanie monopolu prawa (sądów) i porządku (policji) do egzekwowania ustalonego prawa prywatnej własności. Będzie dążył do tego, żeby wszystkich oprócz jego samego (a więc ludzi niezatrudnionych w rządzie i wszelkich transakcji między nimi) obowiązywała zasada, że każda własność i dochód są uzyskiwane w wyniku produkcji lub umowy. Przypadki łamania tej zasady przez prywatne osoby uzna za przestępstwo podlegające karze. Im mniej będzie prywatnych przestępstw, tym większe będzie prywatne bogactwo i tym większa wartość monopolu władcy na opodatkowanie i konfiskatę. Władca nie ograniczy się do czerpania środków na swoje wydatki wyłącznie z podatków. Będzie też podejmował przedsięwzięcia produkcyjne i część swojego majątku przeznaczy na produkcję „normalnych” dóbr i usług w celu osiągnięcia „normalnego” (rynkowego) dochodu ze sprzedaży. To wszystko łącznie wyjaśnia dlaczego w monarchiach podatki zawsze były bardzo niskie, rządy przemyślane, biurokracja niewielka a prawo chroniło własność prywatną. Król zachowuje się niczym przedsiębiorca dbający o rozwój swojej firmy (którą jest królestwo). I tak przykładowo: W czasach monarchii władza publiczna nie zabierała więcej niż 5 do 8% dochodu narodowego. Do samego wybuchu I wojny światowej wydatki państwa stanowiły zazwyczaj nie więcej niż 10% PKB. W latach 20-tych i 30-tych XX wieku, wzrosły w większości państw do 20-30%, a w połowie lat 70-tych 50% PKB. Aż do końca XIX wieku liczba osób zatrudnionych w rządzie nie przekraczała 3% siły roboczej. Ministrowie królewscy i parlamentarzyści na ogół nie otrzymywali pensji z publicznych funduszy, lecz utrzymywali się z własnych dochodów. W latach 70-tych zatrudnienie w sektorze publicznym wzrosło już do 15%. W przeciwieństwie do umiaru w polityce wewnętrznej i zagranicznej monarchii, rządy demokratyczne (będące własnością publiczną) charakteryzują się coraz wyraźniejszym brakiem umiaru. Władca demokratyczny może używać aparatu rządu dla realizacji własnych celów, ale nie jest jego właścicielem. Nie może sprzedać zasobów rządu i przywłaszczyć sobie uzyskanych w ten sposób pieniędzy. Nie może też przekazać własności rządowej swoim spadkobiercom. Jest on tylko właścicielem bieżącego korzystania z zasobów rządu, a nie ich wartości kapitałowej. Nawet gdyby chciał postępować inaczej, nie może tego uczynić, ponieważ zasoby rządu, jako własność publiczna, nie mogą być sprzedane, a bez cen rynkowych kalkulacja ekonomiczna jest niemożliwa. W związku z tym należy oczekiwać, że nieuchronnym rezultatem publicznej własności rządu będzie stała konsumpcja kapitału. Prezydent czy premier (tymczasowy opiekun rządu albo jego powiernik) w przeciwieństwie do króla nie będzie dążył do utrzymania lub powiększenia majątku rządowego, lecz będzie się starał zużyć go jak najszybciej i jak najwięcej, ponieważ tego, czego nie skonsumuje teraz, nie będzie mógł skonsumować już nigdy. Władca demokratyczny (w odróżnieniu od króla) nie ma interesu w tym, żeby nie doprowadzić swojego kraju do ruiny. Dlaczego miałby się powstrzymywać od zwiększania konfiskat, jeśli z owoców polityki umiaru - zwiększenia wartości kapitału należącego do majątku rządu, nie może skorzystać osobiście, podczas gdy na polityce będącej przeciwieństwem polityki umiaru, a więc na podwyższaniu podatków i zwiększaniu bieżących dochodów może skorzystać? Dla prezydenta/premiera, inaczej niż dla króla, umiar nie ma żadnych zalet. To wszystko tłumaczy, dlaczego w demokracji nieustannie rosną wydatki rządowe, a co za tym idzie podatki. Zwolennicy demokracji niestety łudzą się co do tego że jak rząd okaże się słaby, odejdzie od władzy po paru latach i już będzie wszystko dobrze. Tyle że do władzy dochodzi kolejna grupa ludzi podlegająca tym samym bodźcom ekonomicznym co poprzednicy. Każdy kolejny rząd zostawia po sobie rozdęty sektor publiczny, wysokie podatki, ogromny dług publiczny i deficyt w budżecie. A każdy następny rząd jeszcze zwiększa wydatki, podnosi podatki i kombinuje jak zrobić to, żeby ludzie się nie buntowali, stąd mamy podatki pośrednie, nakręcanie inflacji, zaciąganie krajowego długu przez emisję obligacji skarbowych, i długu zagranicznego poprzez pożyczki międzynarodowe (zamiatanie problemu pod dywan i zostawienie go przyszłym rządom), wyborców się przekupuje za ich własne pieniądze oferując rzekomo „darmowe” usługi służby zdrowia, edukacji, opieki społecznej itd. Demokracja to zatem nic innego jak stopniowo postępujący socjalizm. „Demokracja” pochodzi od greckich słów „demos kratos”, oznaczających „władzę ludu”. „Republika” to z kolei słowo pochodzące z rzymskiego „res publica” czyli „rzecz publiczna”. Nie dziwi zatem że wszelkiej maści socjaliści od zawsze mieli o demokracji co najmniej „nie negatywne” zdanie. Karol Marks rzekł swego czasu: „Pierwszym krokiem rewolucji robotniczej jest wydźwignięcie proletariatu w klasę panującą, wywalczenie demokracji”; a także: „Dajcie ludziom demokrację, a do socjalizmu dojdą sami”. Róża Luksemburg twierdziła że „nie ma prawdziwego socjalizmu bez demokracji, podobnie jak nie ma prawdziwej demokracji bez socjalizmu”; Włodzimierz Lenin: „my socjaldemokraci zawsze stajemy w obronie demokracji”; Lew Trocki: „Gospodarka centralnie planowana potrzebuje demokracji”. „Republikanami” tytułowali się komuniści obalający monarchię w czasie rewolucji w Portugalii w 1910, jak i obalający monarchię w Hiszpanii w latach 30-tych XX wieku. Jedni i drudzy z hasłami „demokracji, wolności i równości” zaprowadzili w swych krajach czerwony terror, mordując księży, ludzi religijnych i „posiadaczy”, już nawet przyłapanie na modlitwie czy używaniu pieniądza można było przypłacić życiem. Nie wspominając już o kompletnym zniszczeniu gospodarki, niosącym masową biedę i głód. Zostali następnie powtrzymani kolejno przez Salazara i gen. Franco (ale to temat na inny felieton). Zwróćmy również uwagę na nazwy państw socjalistycznych: Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, Chińska Republika Ludowa, Demokratyczna Kampucza (Kambodża pod rządami Pol Pota), Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna (dzisiejsza Korea Północna). W czasach monarchii wojny były krótkie, praktycznie jednodniowe potyczki pomiędzy wojskami jednego i drugiego króla. A wiele wojen udało się uniknąć przez porozumienie między władcami czy np. mariaż królewski. W czasach demokratycznych, gdzie władcy nie ponoszą osobistych kosztów wojny nie ma już tak lekko, czego wyjątkowy krwawym przykładem była II wojna światowa, jak i wiele innych konfliktów zbrojnych XX wieku. Dopiero wynalezienie bomb atomowych najwyraźniej trochę przeraziło rządzących, hamując ich wojenny zapał, ale kto wie jaka będzie przyszłość tego świata? Dobra, wracając do tematu, Hans-Hermann Hoppe uważa że monarchia jest lepsza od demokracji, ale to wciąż nie jest idealny system. Oczywiście idealny system nie istnieje i zapewne nigdy nie powstanie, ale jeszcze lepszym systemem byłby anarchokapitalizm, z powodów o których pisałem już wcześniej. Jednak z czysto pragmatycznego podejścia (trudno jest wprowadzić taki akap) Hoppe proponuje koncepcję „Tysiąca Liechtensteinów”. A więc doprowadzenie na drodze secesji do maksymalnej decentralizacji władzy w Europie i na świecie. Dziś to właśnie nie duże państwa, a malutkie mini-państewka gwarantują mieszkańcom wolność, niskie podatki, proste i sprawiedliwe prawo oraz wysoki poziom życia, zwłaszcza te, których ustroje nadal w dużym stopniu są oparte na monarchii, jak Księstwo Liechtensteinu, Księstwo Monako czy Księstwo Andory. W takim Monako PKB na mieszkańca wynosi aż 187,6 tys. dolarów, w Liechtensteinie 157 tys. (dwa pierwsze miejsca na świecie), dla porównania w Katarze wynosi on 97,5 tys., a w Szwajcarii 85,3 tys. Niedoskonałości monarchii polega niewątpliwie na tym, że nadal mamy do czynienia z centralną władzą, która prowadzi do pewnych nadużyć (chociaż mniejszych niż w demokracji). Decentralizacja w dużym stopniu zmniejsza ten problem, w końcu łatwiej się wyprowadzić z małego księstwa niż z wielkiego królestwa czy cesarstwa. Monarcha ma więc większą motywację do zachęcania do osiedlania się na jego terenie, możliwie że podatki zostałby zastąpione np. opłatą typu czynsz. Według Hoppe’go anarchokapitalizm w praktyce to właściwie nic innego, jak taki „tysiąc Liechtensteinów”. Oczywiście niekoniecznie tysiąc i niekoniecznie „lichtensztajnów”, ale w każdym razie decentralizacja władzy daje zadowalające efekty. I bynajmniej patrząc na historię, nie byłoby to nic nowego. W drugiej połowie XVII wieku Niemcy składały się z 234 księstw, 51 wolnych miast i 1500 niepodległych majątków rycerskich. Na początku XIX wieku liczba tych niezależnych podmiotów zmniejszyła się do niecałych 50, a w 1871 doprowadzono do całkowitego zjednoczenia (nic zatem dziwnego, że po zjednoczeniu zaczęła się budowa „państwa opiekuńczego”). Szwajcaria aż do końca XIX wieku to był właściwie związek mini-państw (kantonów). Do dziś zresztą Szwajcaria jest mocno zdecentralizowana (każdy kanton ma swoją konstytucję, parlament, lokalne sądy, prokuraturę i policję), podobnie jak Liechtenstein, gdzie każda gmina ma prawo do secesji. Łączenie idei libertarianizmu i monarchii czasami bywa również nazywane anarchomonarchizmem. Zwolennikiem tego nurtu jest chociażby John Ronald Reuel Tolkien, cały świat „Władcy Pierścieni” to właśnie wyraz poglądów tego pisarza.
  12. Alissa Zinowjewna Rosenbaum, znana bardziej jako Ayn Rand – amerykańska pisarka i filozof, pochodząca z rodziny rosyjskich Żydów, twórczyni filozofii obiektywizmu. O tej nieprzeciętnej kobiecie i przede wszystkim o jej równie nieprzeciętnej filozofii będzie dzisiejszy wpis. Ayn Rand urodziła się 2 lutego 1905 w Petersburgu, jej ojciec był zamożnym aptekarzem. Od małej dziewczynki Rand interesowała się literaturą światową, już w wieku 9 lat postanowiła, że będzie pisarką. Jednak jej dzieciństwo nie należało do różowych. W 1917 r. w Rosji wybuchła rewolucja bolszewicka. Po dojściu do władzy bolszewików apteka jej ojca została znacjonalizowana, a majątek jej rodziny skonfiskowany. Już wówczas Rand postanowiła, że musi jak najszybciej opuścić Rosję, to tłumaczy również jej konsekwentną w swoim życiu pogardę dla komunizmu, a także dla wszelkiego rodzaju kolektywizmu. W 1921 r. rozpoczęła studia na uniwersytecie w Piotrogrodzie wybierając historię jako główny przedmiot i filozofię jako dodatkowy. Naukę skończyła w 1924 r., w tymże roku zaczęła studiować scenopisarstwo. W 1925 r. udało się jej uzyskać pozwolenie na krótką wizytę u rodziny w Stanach Zjednoczonych. Po wyjeździe do USA, pozostała w kraju aż do swojej śmierci w 1982 r. Przez większość życia mieszkała w Nowym Jorku, chociaż przebywała również w Hollywood, starając się zrobić karierę jako scenopisarka, publikując sztuki teatralne i scenariusze. W 1932 r. scenariusz Red Pawn sprzedała Universal Studios. Sztuka jej autorstwa „The Night of January 16th” doczekała się inscenizacji w Hollywood i na Broadwayu. Z kolei jej pierwsza powieść „We the Living” z początku odrzucana przez wydawnictwa, doczekała się publikacji w 1936 r. W 1938 r. napisała opowiadanie „Hymn”, które było jej pierwszą znaną książką. Prawdziwą sławę przyniósł jej bestseller „Źródło” wydany w 1943 r. Jej kolejne książki (jak chociażby „Atlas zbuntowany”) sprzedawały się w niemałym nakładzie zarówno w USA, jak i w wielu innych krajach, Ayn Rand stała się pisarką o światowej sławie, a jej filozofia nie tylko zyskała wielu sympatyków, ale była też na swój sposób prekursorska, stanowi ważny kamień milowy dla wielu wolnościowych idei w XX wieku, jak chociażby libertarianizm (o czym więcej trochę później). Jej książki można podzielić na dwie kategorie: 1. Fabularne – książki opisujące fikcyjnych bohaterów z rozbudowaną fabułą. Niemal wszystkie mają ten sam motyw przewodni, czyli walkę silnych i twórczych jednostek z resztą ludźmi, którzy ich nie doceniają. Do książek tych zaliczają się chociażby: „Hymn” – opowiadanie o silnie kolektywistycznym świecie, gdzie główny bohater ośmiela się pójść drogą indywidualizmu „Źródło” – powieść, gdzie nieprzeciętnie uzdolniony architekt, Howard Roark podąża samotną drogą, buntując się wobec obowiązujących reguł i poglądów „Atlas zbuntowany” – powieść przedstawiająca swego rodzaju „strajk umysłu”, bunt twórczych jednostek, wynalazców, przedsiębiorców, przemysłowców, artystów wobec postępujących państwowych regulacji przynoszących coraz większy kryzys ekonomiczny i społeczny 2. Książki opisujące jej poglądy i filozofię w sposób bezpośredni, a są nimi m.in.: „Cnota egoizmu. Nowa koncepcja egoizmu” – zbiór esejów autorki przedstawiających dokładny opis filozofii obiektywistycznej, książka napisana wspólnie z Nathanielem Brandenem „Kapitalizm. Nieznany ideał” – tu Ayn Rand opisuje dlaczego to kapitalizm jest jedynym moralnym ustrojem polityczno-gospodarczym, o mitach dotyczących kapitalizmu i dlaczego ten system jest tak bardzo niedoceniany. Autorami niektórych rozdziałów są także Nathaniel Branden, Alan Greenspan i Robert Hessen „Powrót człowieka pierwotnego: rewolucja antyprzemysłowa” – w tej książce mamy do czynienia z ostrą krytyką „nowej lewicy”, która ciągnie cywilizację ku upadkowi Filozofia obiektywistyczna (filozofia obiektywizmu, randyzm) Obiektywizm jako filozofia opiera się na czterech filarach: Metafizyka – obiektywna rzeczywistość Epistemologia – rozum (racjonalizm) Etyka – własny interes (egoizm) Polityka – kapitalizm W celu rozwinięcia powyższych oddajmy głos samej Ayn Rand: W skrócie można ująć to tak: Obiektywna rzeczywistość istnieje, bez względu na to jakie są nasze subiektywne odczucia, obawy, czy wątpliwości. Koza nie jest krową, ani „być może krową”, ani trochę kozą a trochę krową, koza jest kozą. „A jest A. Każda rzecz jest tym czym jest.” Narzędziem do poznawania obiektywnej rzeczywistości jest rozum. Tylko racjonalne myślenie i rozumowanie logiczne można doprowadzić nas do poznania prawdy. Zgodnie z zasadami etyki obiektywistycznej każdy człowiek powinien kierować się własnym interesem (racjonalnym egoizmem). Rand uznawała, że ponieważ każdy by przetrwać musi dbać o siebie, to doktryna twierdząca, że troszczenie się o siebie jest złem oznacza, że złem jest ludzka chęć przeżycia. Według Rand na tym właśnie polega doktryna altruizmu, którą należy odrzucić, podobnie jak żądanie poświęcania innych dla siebie. Zatem egoizm idący w parze z racjonalizmem (racjonalny egoizm) jest uosobieniem moralności, niezbędnym do przetrwania człowieka. W wymiarze polityczno-gospodarczym i społecznym systemem opartym o etykę obiektywizmu jest kapitalizm. Stanowi on system, w którym odrzuca się przemoc i przymus na rzecz dobrowolnej wymiany między ludźmi: wartość za wartość, a nie wartość za brak wartości. Racjonalny egoizm a etyka absolutna Filozofia obiektywistyczna nieustannie bywa krytykowana za rzekome propagowanie bezwzględności, machiawelizmu, czy wręcz okrucieństwa na rzecz dbania o własny interes. Nic jednak bardziej mylnego. Randyzm nie tylko nie wypiera się moralności, ale jest filozofią, w której moralność pełni rolę kluczową, potępiając jednocześnie relatywizm moralny. Głównym celem jaki postawiła przed sobą Ayn Rand było stworzenie etyki absolutnej. Żeby rozjaśnić to zagadnienie musimy najpierw zastanowić się czym jest moralność i dlaczego nam jest ona potrzebna. Jak twierdziła Rand, moralność to nie żaden koncert życzeń, jak wydaje się wielu filozofom i etykom, którzy próbują przedstawić jej swoją wersję. Takie podejście zwyczajnie nie ma żadnego sensu, każdy może wpisać coś swojego, bez logicznego uzasadnienia, ot jego filozofia i już. Wówczas etyka (czyli dział filozofii, zajmujący się badaniem moralności i tworzeniem systemu wartości) staje się dziedziną kapryśną, w której można wymyślić wszystko, takie podejście do etyki jest więc zwyczajnie irracjonalne. Jak pisze Ayn Rand w „Cnocie egoizmu” żaden filozof nie dał racjonalnej, obiektywnie sprawdzonej odpowiedzi na pytanie, dlaczego człowiek potrzebuje systemu wartości. Tak długo, jak pytanie to pozostawało bez odpowiedzi, żaden racjonalny, naukowy, obiektywny kodeks etyczny nie dawał się odkryć ani zdefiniować. Najstarszy z filozofów, czyli Arystoteles, nie uznawał etyki za naukę ścisłą; oparł swój system etyczny na obserwacji tego, co szlachetni ludzie jego czasów wybierali i jak postępowali. Arystoteles pozostawił jednak bez odpowiedzi problemy: dlaczego ci ludzie tak postępowali i dlaczego on sam oceniał ich jako szlachetnych i mądrych. Mistycy z kolei od zawsze uznawali arbitralnie niewytłumaczalną wolę Boga za wzór dobra i traktowali to jako uprawomocnienie ich systemu etycznego. Neomistycy (tak Ayn Rand nazywała kolektywistów) koncepcję tę zastąpili „dobrem społeczeństwa”, wpadając w ten sposób w pułapkę obiegowej definicji, takiej jak „wzorem dobra jest to, co dobre jest dla społeczeństwa”. Oznaczało to jednak zawsze odejście od moralności, bo przecież za „dobro społeczeństwa” można by uznać niemal wszystko, odbywało się to zawsze kosztem jednostki, czego wyrazem były chociażby III Rzesza Niemiecka czy ZSRR. Jak w takim razie Ayn Rand postanowiła odpowiedzieć na pytanie pozostawiane wcześniej bez odpowiedzi: czym powinien być system wartości i do czego jest on nam potrzebny? Żeby odpowiedzieć na to pytanie należy wpierw zdefiniować „wartość”. Wartość jest tym, do czego się dąży, co się zdobywa i/lub pragnie utrzymać. Jakie więc są właściwe cele, które człowiek powinien realizować? Jakie są wartości, których przestrzegania wymaga jego życie? To są problemy, które rozwiązuje dziedzina etyki. I dlatego właśnie, człowiek potrzebuje kodeksu etycznego. Etyka to nie jest mistyczna fantazja ani konwencja społeczna, ani też nie jest to zbędny, subiektywny luksus, który można włączyć lub wyłączyć w każdym nagłym wypadku (potrzebie). Etyka jest obiektywną, metafizyczną koniecznością ludzkiego trwania. Krótko mówiąc moralność jest nam potrzebna do przetrwania. Wzór wartości w etyce absolutnej, to wzór, według którego ocenia się, co jest dobre, a co złe lub to, co potrzebne, aby człowiek trwał jako człowiek. A ponieważ to rozum jest podstawowym narzędziem przetrwania człowieka, to, co odpowiednie dla życia istoty racjonalnej, jest dobrem, a to, co mu zaprzecza, przeciwstawia się lub je unicestwia, jest złem. Powyższy cytat z „Cnoty egoizmu” wyraźnie pokazuje, że Ayn Rand nie tylko nie popierała czysto machiawelistycznego egoizmu, ale również jednoznacznie go potępiała. Takie postępowanie jest godne zwierząt, a nie ludzi, istot racjonalnych. Co więcej jak widzimy powyżej z prostej logiki wynika że tacy grabieżcy i agresorzy nie są w stanie przetrwać samodzielnie, do przetrwania potrzebują ofiar. Tymi ofiarami są ludzie racjonalni, którzy, są w stanie przetrwać dzięki myśleniu oraz pracy, produkcji dóbr i usług. Dlatego za „dobre” należy uznać to co naprawdę jest potrzebne do przetrwania, a więc działanie we własnym interesie poprzez racjonalne myślenie i produktywną pracę, czyli racjonalny egoizm. Każdy człowiek by przetrwać musi dbać o siebie, a więc doktryna twierdząca, że troszczenie się o siebie jest złem oznacza, że złem jest ludzka chęć przeżycia. Taką doktryną jest altruizm, dlatego Rand jednoznacznie potępiła ją moralnie. Niektórzy mogliby tu teraz zaprotestować przeciwko takiemu uznawaniu pojęć. Przecież od zawsze uczono nas że egoizm jest zły moralnie, a altruizm dobry. Jednak w tym nauczaniu popełnia się pewien błąd. Termin „egoizm” pochodzi od łacińskiego słowa „ego”, czyli „ja”. Egoizm jest niczym innym jak dbaniem o samego siebie, co jest niejako podstawą egzystencji, podstawowym czynnikiem przetrwania. Egoizm jako taki jest neutralny moralnie, działanie we własnym interesie może być zarówno negatywne, jak i neutralne, a nawet pozytywne dla innych ludzi. Jeżeli jest neutralne lub pozytywne, nie ma w tym działaniu niczego złego. Jedyne co może tu być złe moralnie to odebranie innej osobie prawa do dbania o własne szczęście. Racjonalny egoizm jest zatem niczym innym jak pewną moralną konsekwencją w myśleniu. Złodziej bez wątpienia działa we własnym interesie. Jednak brak moralnego potępienia dla kradzieży oznacza brak uznania prawa do własności prywatnej, co nie leży w interesie żadnego racjonalnego człowieka. Brak potępienia dla morderstwa, to brak prawa do życia. Każdy zatem komu życie miłe, kto jest za cywilizacją życia i szczęścia, a nie za cywilizacją śmierci i zniszczenia powinien zatem podpisać się pod kodeksem moralnym, który zakłada że człowiek ma prawo do własnego szczęścia i do niego dążyć. Problemem i źródłem wszelkiego zła i zniszczenia nie jest egoizm tylko odrzucenie myślenia, czyli irracjonalizm. Oczywiście zawsze znajdą się jednostki, które będą grabić, zabijać i niszczyć czy to dla własnych korzyści, czy ze zwykłego irracjonalizmu, dlatego człowiek musi mieć prawo do bronienia się przed nimi, czyli prawo do ochronienia własnego życia oraz życia osób mu bliskich, prawo do ochrony własnego majątku, prawo do działania na rzecz własnego szczęścia, jednym zdaniem: prawo do dbania o własny interes. Czterech jeźdźców apokalipsy: irracjonalizm, altruizm, mistycyzm i kolektywizm Dzięki rozumowi człowiek jest w stanie poznać co jest dla niego dobre, dlatego podstawą działania jest myślenie racjonalne. Niektórzy mogliby tu podnieść larum o zbytnią fetyszyzację racjonalizmu, w końcu człowiek nie jest aż tak racjonalną istotą żeby wiedzieć wszystko, czy poznać absolutną prawdę. Jednak jak słusznie zauważyła Ayn Rand, uznanie że to racjonalne myślenie i patrzenie na świat przez pryzmat logiki jest złe lub błędne oznaczałoby, że to ludzi racjonalnych należy potępiać, a na piedestał wystawić neurotyków, psychotyków, psychopatów i generalnie wszystkich ludzi irracjonalnych czy wręcz psychicznie chorych, i to ich zachowania brać za wzór. Byłoby to po prostu wprost niewyobrażalny absurd. A jest A, białe jest białe, a czarne jest czarne. Rand bardzo dosadnie krytykowała takie dopatrywanie się we wszystkim „odcieniów szarości”, także w kwestiach moralnych. Według niej to zwykłe tchórzostwo, brak podjęcia chociażby próby dochodzenia do prawdy i moralne bankructwo. Owszem człowiek ma ograniczone możliwości umysłowe, ale lepiej pomylić się parę razy na drodze do poznawania prawdy, niż nigdy nie wejść na tę ścieżkę. Logiczne rozumowanie zawsze znacznie bardziej przybliży nas do prawdy, niż całkowite zaprzestanie myślenia. To jak wybór między walką o przetrwanie a pewną śmiercią. Zgodnie z etyką obiektywizmu człowiek jest celem samym w sobie, a nie środkiem do spełniania celów innych ludzi. Dlatego według Rand należy odrzucić wszelkie idee i doktryny oparte na samopoświęceniu oraz wymaganiu poświęcania się od innych. Czyli doktryny oparte na altruizmie. Na tapetę poszły głównie mistycyzm i kolektywizm. W mistycyzmie człowiek nie jest celem samym w sobie. Jest tylko pionkiem na boskiej szachownicy, środkiem do celu, do wypełnienia bliżej nieokreślonego „boskiego planu”. To tłumaczy wszystkie wojny religijne, wyprawy krzyżowe czy działanie Świętej Inkwizycji. Ludzie zabijający czy torturujący innych ludzi w imię religii, nie uważają że robią coś złego, sądzą, że wypełniają boską wolę (chociaż znają ją tylko z przekazu duchownych). W ten sposób wyzbywają własnej odpowiedzialności moralnej. Nie respektują prawa jednostek do ich szczęścia. Wszak człowiek nie jest tu celem samym w sobie, jest tylko środkiem do „wyższego celu” i powinien się poświęcić. Oprócz przymusowego nawracania a nawet zabijania „niewiernych” problem jest również idea samopoświęcenia i samobiczowania, obarczona np. grzechem pierworodnym, człowiek jest winny już z samego faktu że się urodził. Nie ma również prawa dążyć do własnego szczęścia, takie coś jest wręcz „grzechem”. W kolektywizmie (czyli takich doktrynach jak komunizm, socjalizm, nacjonalizm, feminizm, rasizm, nazizm) z kolei zamiast Boga wstawiono „dobro społeczeństwa”. I znowu człowiek nie jest celem samym w sobie, ma moralny obowiązek poświęcać się dla „dobra społeczeństwa”. Problem w tym, że to dobro społeczeństwa jest niedefiniowalne. Trudno żeby społeczeństwo było szczęśliwe, jeśli składa się z samych jednostek, poświęcających swoje szczęście. To społeczeństwo, w którym nikt nie jest szczęśliwy, poza tymi którzy wyznaczają odgórnie kierunki działań, czyli władzy. Nic zatem dziwnego, że kolektywizm występował niemal w każdym systemie totalitarnym jak komunizm czy nazizm. Kiedy neguje się prawo jednostki do jej dążenia do osobistego szczęścia kończy się wszelka moralność i wszelkie szczęście. Zostaje tylko ból, cierpienie i zniszczenie. Człowiek nie będąc celem samym w sobie, staje się wręcz przedmiotem, środkiem do innych celów. Dlatego tak istotne jest podkreślenie, że człowiek ma prawo do działania we własnym interesie i nie ma obowiązku poświęcać się dla innych, ani też nie ma prawa wymagać poświęcenia od innych. „Atlas zbuntowany”, przysięga którą musiał złożyć każdy kto przyłączył się do strajku Johna Galta Pomiędzy ludźmi racjonalnymi nie ma konfliktów interesu Według Ayn Rand nie istnieją konflikty interesów pomiędzy ludźmi racjonalnymi. Dzieje się tak dlatego, że racjonalista akceptuje obiektywną rzeczywistość. Załóżmy dla przykładu że dwoje ludzi stara się o tę samą pracę. Z pozoru wygląda to na konflikt, gdzie korzyść jednego człowieka zostanie osiągnięta za cenę poświęcenia drugiego. Jednak jeśli spojrzymy na sprawę racjonalnie, konfliktu nie ma. Nie możemy przecież założyć, że interesy ludzkie są poświęcane zawsze wtedy, gdy nie spełnia się pragnienia. Sam fakt, ze człowiek czegoś pragnie, nie dowodzi ani że przedmiot jego pragnienia jest dobry, ani tez że realizacja tego pragnienia jest dla niego korzystna. W wyborze celów człowiek racjonalny kieruje się myśleniem (procesem rozumowym), a nie uczuciami czy pragnieniami. Nie uważa pragnień za nieredukowalne czynniki pierwotne, za to, co dane i do czego trzeba dążyć wszelkimi siłami. Człowiek racjonalny widzi swoje interesy w perspektywie całego życia i odpowiednio wybiera cele. Żadna chwila nie jest dla niego wyjęta z kontekstu całości jego życia, co pozwala na niedopuszczanie do konfliktów miedzy interesami zamierzonymi na krótką i na długa metę. Człowiek racjonalny nie jest również roszczeniowy, nie uważa że coś mu się należy. Wie że sam musi na to zapracować swoim wysiłkiem. W kontaktach z innymi ludźmi jest niczym kupiec, oddaje wartość za wartość. Zatem wracając do przykładu z początku, jeśli człowiek, który nie dostanie tej pracy jest osobą racjonalną zaakceptuje ten fakt nie czując się pokrzywdzony. Dobrze zdaje sobie sprawę, że gdyby w ogóle nie istniała firma, gdzie potrzebują pracownika, pracy nie dostałby ani on, ani jego konkurent. Zdaje sobie również sprawę, że coś musiało zaważyć na decyzji pracodawcy, np. drugi kandydat ma od niego lepsze kwalifikacje. To dla niego informacja co powinien zmienić w sobie, żeby przy kolejnej próbie odnieść lepszy rezultat. Wie również o tym, że współzawodnictwo o pracę jest normalne, gdyby zawsze był tylko jeden kandydat, każda firma prędzej czy później musiałaby zbankrutować i żadnej pracy by wtedy nie dostał. Relacje z ludźmi, pomoc, miłość, przyjaźń a filozofia obiektywistyczna Człowiek ma prawo do osobistego szczęścia oraz dążenia do niego. Nie jest nic winien drugiemu człowiekowi, ma prawo dokonywać z ludźmi wymiany „wartość za wartość” i odmawiać jeśli uzna taką wymianę za niekorzystną dla siebie. Jedyne do czego nie ma prawa, to odbieranie prawa do szczęścia innym ludziom. No i wszystko fajnie, ale ktoś mógłby teraz zapytać: A co z osobami bliskimi? Gdzie tu miłość i troska? A co z pomocą dla ludzi którzy potrzebują pomocy? Zacznijmy od miłości i osób najbliższych. Na wstępnie należy podkreślić ważną rzecz: Ayn Rand negowała istnienie miłości bezwarunkowej. Według niej oznaczałoby to „obojętność wobec tego, co najbardziej cenimy”. Prawdziwa miłość natomiast jest "wyrazem i potwierdzeniem poczucia własnej godności, odpowiedzią na własne wartości w osobie innego. Doznajemy całkowicie osobistej, egoistycznej radości wskutek samego istnienia osoby, którą kochamy". Innymi słowy, miłość to nic innego jak własna, egoistyczna przyjemność z faktu istnienia ukochanej osoby, podziw dla niej i poczucie szczęścia z faktu, że znalazło się kogoś takiego, kto jest odpowiedzią na nasze własne wartości. fragment z książki „Hymn” A co troską? Z dbaniem o ukochaną osobę? Przede wszystkim według Rand nie jest to poświęcenie, ponieważ ta osoba nie jest nam obojętna, dbając o nią, dbamy równocześnie o własne szczęście. W jednym z wywiadów Ayn Rand podała taki przykład: Jeżeli żona kupuje lekarstwo dla chorego męża zamiast wydać pieniądze na pójście do nocnego klubu, nie poświęca się, ponieważ mąż dla niej jest wartością. Ale jeśli twój mąż zginie, aby ocalić męża lub żonę sąsiadów, to byłby altruizm. W „Cnocie egoizmu” autorka podaje jeszcze bardziej wymowny przykład: Mąż wydaje dużą sumę pieniędzy na leczenie chorej na raka żony. Jeśli uznalibyśmy to za poświęcenie i altruizm, musielibyśmy dojść do wniosku, że mężowi jest obojętne czy żona przeżyje, skoro zrobił to tylko dla niej, a nie także dla siebie. Trudno mówić o miłości, kiedy ktoś ma gdzieś czy „ukochana” osoba żyje, prawda? Mało tego, kierując się etyką altruizmu, doszlibyśmy do dość makabrycznego wniosku, że mąż powinien pozwolić umrzeć żonie, a pieniądze przeznaczyć na leczenie obcych mu ludzi. Wtedy to dosłownie poświęciłby własne szczęście na rzecz innych ludzi. I takich przykładów można mnożyć, to co wydaje się być altruizmem, jest nim często tylko pozornie. Matka kupująca jedzenie dziecku, zamiast kapelusza dla siebie, ceni życia dziecka wyżej niż ten kapelusz. Człowiek, który umiera w obronie ukochanej osoby, dokonuje wyboru pt: „nie chcę żyć w świecie bez tej osoby”. Wojownik o wolność, tracąc życie w walce z totalitaryzmem nie dokonuje aktu samopoświęcenia, tylko nie godzi się żyć jak niewolnik. A co z pomaganiem obcym ludziom? No cóż, z punktu widzenia obiektywizmu, jest OK, pod warunkiem, że robi się to dobrowolnie oraz nie poświęca się siebie samego. Jak zwróciła uwagę Ayn Rand w rozdziale „Etyka sytuacji krytycznych” w książce „Cnota egoizmu” przy rozważaniach na temat egoizmu i altruizmu ludzie często podają przykłady typu: „a co jak ktoś tonie?”, „czy należy ratować ludzi z pożaru?”, „czy powinno się narażać własne życie ratując innych?”. Już samo podawanie ekstremalnych przykładów w odniesieniu do codzienności, świadczy o błędnym rozumowaniu. Nie można działania stosowanego w przypadkach 1 na 100 tys. przyrównywać jako wzór postępowania do pozostałych 99 999. W ten sposób traktuje się człowieka niczym zwierzę ofiarne, jakby żył tylko po to aby nieustannie się poświęcać dla innych. Dla ilustracji zagadnienia Ayn Rand przyjęła kazus ratowania tonącej osoby. Jeśli to osoba obca, to moralnie słuszne będzie ratowanie go jedynie wtedy, gdy zagrożenie własnego życia jest minimalne; jeśli niebezpieczeństwo jest duże, to czyn taki byłby niemoralny; tylko brak szacunku dla samego siebie pozwalałby nie cenić własnego życia wyżej niż życie przypadkowego nieznajomego. (I na odwrót - ktoś, kto tonie, nie może oczekiwać, ze jakiś nieznajomy narazi dla jego ratowania swe życie — tonący winien pamiętać, że własne życie jest dla nieznajomego więcej warte niż jego). Z kolei jeśli tonąca osoba nie jest nieznajoma, to to ryzyko, które należy podjąć, jest większe, proporcjonalnie do wartości tej osoby dla siebie. Jeśli to osoba, bez której nie wyobrażamy sobie życia, to nawet narażenie własnego życia staje się egoistyczne, ratując kogoś, kto jest nam niezbędny do szczęścia. Z kolei jeśli np. mąż potrafiący bardzo dobrze pływać pozwolił utonąć żonie, przez to, że sparaliżował go strach, po czym zaczął mieć ogromne wyrzuty sumienia i cierpieć z powodu żałoby, trudno zarzucić mu egoizm. Jego błędem było danie ponieść się irracjonalnemu lękowi, który uniemożliwił mu uratowanie tak ważnej dla niego osoby, czyli uniemożliwił mu zadbanie o osobiste szczęście. Podobnie sprawa ma się z przyjaciółmi i innymi bliskimi osobami. Wracając do pomaganie obcym. Jeśli przykładowo nasz sąsiad stracił pracę i został bez środków do życia, czyli mamy sytuację krytyczną, wskazane jest mu pomóc. Ale pamiętajmy, że to sytuacja krytyczna, a nie codzienna. Przecież to, że dawaliśmy mu przez jakiś czas wsparcie finansowe, nie oznacza że od teraz już do końca życia będziemy go utrzymywać. Tak samo, to że uratowaliśmy kogoś obcego od utonięcia, nie oznacza że od teraz przez resztę życia będziemy ciągle zajmować się ratowaniem ludzi w takich sytuacjach. Aby czyn szlachetny mógł nosić znamiona czynu szlachetnego, musi być swoistym wyjątkiem od reguły, a nie moralnym obowiązkiem. Jeśli chodzi o życie osobiste samej Ayn Rand: wyszła ona za mąż za aktora Franka O’Connora w 1929 r. (czyli mając około 24 lat) i pozostała w związku z nim aż do śmierci. Miała również przez pewien czas romans z młodszym od niej o 25 lat Nathanielem Brandenem, o czym od początku wiedzieli, jak i akceptowali zarówno mąż Ayn Rand, jak i żona Nathaniela, czyli Barbara Branden, która zresztą była również przyjaciółką Ayn Rand. Niestety nie znam bliższych szczegółów, jak to wszystko się obywało, ciekawskim polecam więc skorzystanie z wujka Google :). Psychologia przyjemności Wspominamy wcześniej Nathaniel Branden, poza byciem obiektywistą i kochankiem Ayn Rand był również psychoterapeutą i pisarzem, pisał głównie o kwestii poczucia własnej wartości. Jego esej pt. „Psychologia przyjemności” znalazł się również jako rozdział w „Cnocie egoizmu”. Jednocześnie sama Ayn Rand przedstawiała praktycznie identyczne poglądy w swoich różnych dziełach, jak chociażby w „Atlasie zbuntowanym”. Przejdźmy zatem do rzeczy. Zacznijmy od tego że Brandem zdefiniował przyjemność jako: „metafizyczną przyprawę życia, nagrodę za skuteczne działanie lub jego konsekwencję, podobnie jak ból jest oznaka porażki, destrukcji, śmierci”. Czyli uczucie przyjemności jest swoistą wskazówką, nagrodą za prawidłowe działanie, tak jak ból jest oznaką porażki i destrukcji. W stanach zadowolenia człowiek doświadcza wartości życia, widzi, że jest ono warte wysiłków i walki. Aby żyć, człowiek musi poprzez swe działania realizować wartości. Przyjemność i zadowolenie są zarówno emocjonalną nagrodą za skuteczny czyn, jak i pobudką do jego ponowienia. W doświadczeniu przyjemności zawarte jest poczucie: „Panuję nad swoja egzystencją”, podobnie jak w doświadczeniu bólu zawiera się uczucie: „Jestem bezradny”. Przyjemność emocjonalnie pociąga za sobą poczucie skuteczności, podobnie jak ból emocjonalnie pociąga za sobą poczucie niemocy. Jeżeli człowiek zbłądzi w wyborze wartości, to mechanizm emocjonalny pomyłki tej nie skoryguje: nie przysługuje mu własna wola. Jeśli wartości tworzą taki porządek, że człowiek pragnie rzeczy, które realnie prowadzą do jego destrukcji, to mechanizm emocjonalny nie uratuje go przed nią, a wprost przeciwnie: będzie do niej popychał, działając przeciwko rzeczywistym faktom, przeciwko życiu, na szkodę danej osoby. Emocjonalny mechanizm człowieka jest niczym komputer: można go zaprogramować, ale niepodobna zmienić jego natury; dlatego, jeśli błędnie go „zaprogramujemy”, to najbardziej autodestrukcyjne pragnienia z konieczności będą występowały z taką sama emocjonalną intensywnością jak pragnienia chroniące życie. I teraz najważniejsza sprawa: Branden wyróżnił tu dwa rodzaje postępowania: działanie człowieka racjonalnego oraz działanie neurotyka. Neurotyk występuje tu, nie w znaczeniu ściśle psychologicznym, ale jako metafora człowieka irracjonalnego, mającego problemy z emocjami i poczuciem własnej wartości. Człowiek racjonalny odnajduje przyjemność w poczuciu kontroli nad rzeczywistością i twórczym działaniu. Z kolei neurotyk czerpie przyjemność z destrukcji, autodestrukcji lub z ucieczki od rzeczywistości, uciekając np. w rozmaite nałogi jak alkohol, narkotyki, kompulsywny seks, czy nawet zwykłe nałogowe siedzenie przed telewizorem. Główne obszary mogące być dla człowieka źródłem zadowolenia z życia to: praca, stosunki międzyludzkie, odpoczynek, sztuka, seks. Człowiek racjonalny traktuje pracę jako twórcze działanie, z którego jest dumny, czuje ciągły zapał do poszerzania wiedzy i umiejętności. Czuje również podziw nie tylko dla swoich osiągnięć, ale również innych ludzi, stąd bierze się docenianie sztuki. Dla neurotyka natomiast wszelka praca i działanie to zło konieczne. Niektórzy odnajdują również przyjemność w destrukcji, a nie twórczym działaniu. Racjonalista stara otaczać się ludźmi, którzy podzielają jego system wartości, inteligentnych, mających szacunek do siebie. Neurotyk otacza się ludźmi podobnymi do niego, również nie mających szacunku do siebie i innych albo też osobami, których uważa za gorszych od siebie, po to aby się wywyższać i nimi gardzić. Człowiek racjonalny zakochuje się w osobie, która uosabia jego najgłębsze wartości, i jej pożąda seksualnie. Neurotyk wybiera partnera, do którego czuje pogardę, aby móc się wywyższać lub też nie ma żadnych wymagań, siebie stawia znacznie niżej. Paradoksalnie więc ci którzy nazywają „poszukiwaczami przyjemności” (hedoniści itp.) nie potrafią odczuwać prawdziwego szczęścia, przez to, że całą przyjemność upatrują w ucieczce od rzeczywistości i własnego umysłu. Tymczasem radość z życia jest niczym innym jak nagrodą za szacunek do siebie. Kapitalizm – nieznany ideał W wymiarze polityczno-gospodarczym i społecznym ziszczeniem randyzmu jest kapitalizm, a więc system oparty na prywatnej własności środków produkcji oraz na swobodnym ich obrocie w ramach wolnego rynku. Swoje prokapitalistyczne poglądy Ayn Rand opisała głównie w książce „Kapitalizm. Nieznany ideał”, ale także w mniejszym lub większym stopniu w innych swoich dziełach jak np. „Atlas zbuntowany”, „Hymn”, „Cnota egoizmu”, czy „Powrót człowieka pierwotnego”. Co jest niezwykle istotne Ayn Rand popierała kapitalizm, nie ze względu na to, że jest to najbardziej wydajny ekonomicznie system, ale dlatego, że to system najbardziej moralny. Z tego względu uważam, że twórczość Ayn Rand stanowi bardzo ważny punkt w bibliotece wolnościowca. O ile np. Ludwig von Mises i Friedrich August von Hayek uzasadniali poglądy wolnorynkowe z punktu widzenia ekonomii, Murray Rothbard poruszał kwestie zarówno ekonomiczne, jak i polityczne, to Ayn Rand uzupełnia temat od strony filozoficzno-moralnej. Według Rand kapitalizm jest moralny, ponieważ to jedyny system oparty na prawach jednostkowych. Każdy człowiek ma prawo dbać o własny interes oraz musi respektować to prawo u innych osób. Ludzie na wolnym rynku dokonują wymiany „wartość za wartość”, towar za towar, zapłata za towar lub usługę, zapłata za wykonaną pracę itd. Każdy ma prawo dysponować własną osobą wedle uznania, dopóki nie narusza wolności drugiego człowieka, nikt nie jest tu panem ani niewolnikiem. Każdy ma prawo do posiadania owoców swojej pracy, czyli własności prywatnej i dowolnie dysponować własnym majątkiem. Nie dopuszczalne są tu kradzież, przemoc i przymus. I właśnie ochrona takich niezbywalnych praw człowieka to jedyne funkcje do jakich powinien ograniczyć się rząd. Jednocześnie, aby taki rząd był moralny, również jego przedstawiciele nie mogą tych praw łamać. Z tego względu rząd nie może np. pobierać przymusowych podatków, co jest łamaniem prawa obywatela do własności prywatnej. Zamiast tego, takie państwo minimum mogłoby być finansowane np. na drodze dobrowolnych ubezpieczeń. Czyli tylko osoba ubezpieczona mogłaby z skorzystać z usług policji i sądów, dochodząc swoich praw w sądzie, kiedy druga strona nie wywiązała się z kontraktu. Ponieważ takie wolne społeczeństwo opierałoby się na zawieraniu dobrowolnych umów społecznych, takie ubezpieczenia stałyby się niezwykle ważne, trudno zatem przypuszczać aby zabrakło chętnych na ich korzystanie. Tym samym Ayn Rand była chyba pierwszą osobą w historii głoszącą coś na kształt minarchizmu, chociaż akurat to pojęcie weszło w życie w nieco późniejszym okresie. Rand polemizowała również tym samym, z poglądami anarchokapitalistycznymi, reprezentowanymi chociażby przez Murraya Rothbarda, negującymi „monopol na przemoc”. Swoją drogą jej polemika z anarchokapitalizmem była moim zdaniem trochę słaba, nie rozpisywała się zbytnio na ten temat, w dodatku „Wąwóz Galta” w „Atlasie zbuntowanym” to właściwie był „akap”. No ale temat pozwolę sobie zostawić na zupełnie inny wpis, gdzie omówię libertarianizm i jego różne nurty (anarchokapitalizm, minarchizm itd.) jak również nurty zbliżone, leseferyzm, niektóre nurty monarchiczne itp. Dodam na koniec, słówko o ekonomii. Ayn Rand nie była ekonomistką, więc i o ekonomii pisała niewiele. Ale jej poglądy opiewały na bardzo logicznym podejściu do ekonomii, np. zauważała, że konsumpcja nie może przekraczać produkcji, była również zwolenniczką oparciu pieniądza o standard złota. Więc poglądy dość zbliżone do przedstawicieli Austriackiej Szkoły Ekonomii. Ayn Rand była zresztą bliską przyjaciółką Henry’ego Hazlitta (autora słynnej „Ekonomii w jednej lekcji”), znała również osobiście i bardzo szanowała Ludwiga von Misesa. Przez pewien czas była również w dobrych relacjach z Murrayem Rothbardem, ale później państwo się „znielubieli” ze względu na skrytykowanie przez Rand wiary chrześcijańskiej żony Rothbarda. Tak to w życiu bywa
  13. Prawo popytu i podaży – podstawowe i najważniejsze prawo ekonomiczne, którego uczą już w gimnazjach na lekcjach WOS-u. Jednak ponieważ w edukacji stawia się na bezrefleksyjne nauczanie regułkowe, tak naprawdę wielu ludzi kompletnie nie rozumie działania tego mechanizmu. Świadczy o tym chociażby powszechne niezrozumienie dla szkodliwości płacy minimalnej, powielanie staro keynesowskich mitów typu „konsumpcja napędza gospodarkę”, czy brak wiedzy na temat przyczyn kryzysów gospodarczych. Zacznijmy od tego że ludzie często właściwie nie rozumują czym w ogóle jest popyt, a czym podaż. Stąd np. powtarzanie jak w mantrze „popyt kreuje podaż”. Ludzie nawet nie wiedzą że to założenie Keynesa, czyli ekonomisty, którego poglądy padły już dobre 40 lat temu. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie, o czym pisał już Jean-Baptiste Say na początku XIX wieku formułując prawo rynków Saya. To podaż stwarza swój własny popyt. Dziwne? Ludzie którzy tego nie rozumieją mylą popyt z potrzebą, przytaczając przykłady typu, „żeby produkować telewizory, wpierw ktoś musi chcieć je kupić”. Tymczasem ludzkie potrzeby istnieją zawsze, ale to nie jest popyt. Bo popyt to jest ilość dobra, jaką kupujący są skłonni kupić za daną cenę. A podaż to liczba dobra jaką sprzedawcy są skłonni za daną cenę zaoferować. Taka ilość dobra wpierw musi powstać. Dlatego wpierw musi zaistnieć proces produkcji. Popyt i podaż to dwie strony tego samego medalu w procesie wymiany. Np. jak ktoś wymienia worek ziemniaków za worek buraków, to dla jednej osoby buraki są popytem, a ziemniaki podażą, natomiast dla drugiej strony jest na odwrót, to ziemniaki są popytem, a buraki podażą. Żeby więc mógł powstać popyt buraków, wpierw musiała powstać podaż ziemniaków. Jeśli pierwsza osoba nie wyhodowały ziemniaków, nie miałaby nic na wymienienie się. W ten sposób produkcja stwarza popyt. W małych miastach produkcja jest mała, więc i możliwości tworzenia popytu są małe, dlatego te obszary są biedniejsze od miast większych, co najlepiej obrazuje działanie prawo rynków Saya. Popyt i podaż w gospodarce dążą do wyrównania, ustalając cenę równowagi rynkowej. Można to graficznie zobrazować w postacie krzywej popytu i podaży: Gdy popyt jest większy od podaży cena równowagi idzie w górę, gdy to podaż jest większa, cena spada. Gdy mamy wolny rynek, mamy równowagę i najlepszą możliwie alokację zasobów, najszybszy rozwój gospodarki itd. Tymczasem interwencja państwa prowadzi do różnorodnych patologii. Przykładem takiej patologii jest sztuczne pobudzanie konsumpcji przez państwo, czyli wzrost konsumpcji bez uprzedniego wzrostu produkcji. Pan ekonomista w TV wyznający bożka inflacji (za co banksterka i finansjera sowicie go wynagradza) tłumaczy widzom, że popyt wewnętrzny nakręci gospodarkę. Jeszcze lepiej powiedzieć „zagregowany popyt wewnętrzny”. Tak brzmi bardziej mądrze. Co prawda widz nie wie co to jest, ale brzmi to tak naukowo i fajnie. Tymczasem wzrost konsumpcji, przy braku wzrostu produkcji jedyne co nakręca to inflacja. Wzrasta popyt na dobra konsumpcyjne, ale i ich podaż nie wzrosła. Przewaga popytu nad podażą skutkuje wzrostem ceny równowagi rynkowej tych dóbr. Najbardziej ekstremalnym przykładem jest drukowanie pieniędzy na masową skalę. Wówczas wzrost podaży pieniądza, przy braku wzrostu popytu na pieniądz powoduje spadek jego siły nabywczej, jest warty mniej względem innych towarów na rynku. W dodatku pobudzenie konsumpcji, w pierwszej chwili wydające się fajne, skutkuje nieuchronnie kosmicznym wzrostem cen. Historycznymi przykładami takich anomalii były np. Niemcy po I wojnie światowej, Węgry po II wojnie światowej, czy niedawno Zimbabwe. Kolejną patologią jest zjawisko tzw. nadpopytu. Dzieje się tak na skutek ustanowienia przez rząd tzw. ceny maksymalnej. Oczywiście jeśli cena maksymalna jest ustalona powyżej ceny rynkowej, nie wywołuje to żadnego efektu. Ale jeśli rząd ustanowi ją poniżej ceny równowagi, występuje nadpopyt. A więc sytuacja, w której nadmiar popytu nie może się zrównoważyć z podażą. Niskie ceny, poniżej rynkowego poziomu to strata dla sprzedawców, ale pomimo iż mają masę klientów, nie mogą podwyższyć cen, gdyż prawo tego zabrania. W efekcie nie opłaca im się produkcja dóbr. Efektem są puste półki w sklepach i gigantyczne kolejki klientów. Obrazek znany we wszystkich gospodarkach socjalistycznych, czy to PRL, ZSRR czy Wenezuela. Kolejnym przykładem systemowej patologii jest zjawisko nadpodaży. To z kolei efekt ustanowienia ceny minimalnej. Na rynku towarów zdarza się to rzadko. Z ceną minimalną mamy natomiast często do czynienia na rynku pracy. Jest nią płaca minimalna. Płaca to nic innego jak cena pracy, ustalają ją na rynku siły popytu na pracę (czyli zainteresowanie na pracę zgłaszana przez przedsiębiorców) i podaży pracy, czyli liczba potencjalnych pracowników na dane stanowisko. Jeżeli rząd ustanowi płacę minimalną poniżej rynkowego poziomu, nie wywoła to żadnego efektu (ani pozytywnego ani negatywnego). Jeśli jednak płacę minimalną ustali się powyżej poziomu rynkowego wystąpi zjawisko nadpodaży siły roboczej, czyli krótko mówiąc bezrobocie. Więc płaca minimalna albo niczego nie zmienia albo tworzy bezrobocie i obniża realne płace (podaż przewyższa popyt). Największymi ofiarami płacy minimalnej są więc osoby, których miała ona rzekomo chronić. Osoby, których praca jest mniej warta niż płaca minimalna, nie znajdują zatrudnienia. W małych miastach gdzie różnica między płacą minimalną a płacami rynkowymi jest większa niż w dużych miasta wzrost bezrobocia będzie większy. Głównymi ofiarami płacy minimalnej są też przede wszystkim osoby młode (do 25 roku życia). Dlatego poziom bezrobocia u tych osób jest największy. Tego oczywiście zwolennicy płacy minimalnej nie są w stanie zrozumieć. Zostaje więc straszenie że „prywaciarz” który dziś płaci komuś 1425 netto, czyli po uwzględni klina podatkowego 2350 zł , czyli już dziś dobrowolnie płacący o prawie 1000 zł więcej niż płaca minimalna do ręki (1350 zł) będzie płaci grosze. Ostatnio biedronka ogłosiła wzrost najniższych wynagrodzeń do 2250 zł brutto, uwzględniając łączny koszt, to ponad 2700 zł. Czyli według zwolenników płacy minimalnej, pracodawca dobrowolnie płacący o 1300 zł więcej niż płaca minimalna netto, będzie płacił 800 zł, logiczne prawda? . Ewentualnie można wkleić statystyki Eurostatu, gdzie rozwinięty gospodarczo kraj z wysoką płacą minimalną ma tylko 6% bezrobocia (20-30% bezrobocia młodych ludzi przemilczeć). Kolejnym przykładem patologii jest zaniżanie stop procentowych. Bank centralny robi to w celu zwiększania podaży pieniądza. Z tymże stopa procentowa to też jest cena. Konkretnie jest to cena jaką trzeba zapłacić za pożyczony kapitał. W warunkach normalnych (czyli wolnorynkowych) wysokość stopy procentowej wyznacza równowaga pomiędzy popytem na kapitał pożyczkowy a podażą zaoszczędzonego kapitału w gospodarce. Wszystko zależy od tzw. preferencji czasowej, czyli miary tego na ile ludzie są nastawieni na bieżącą konsumpcję, a na ile są skłonni oszczędzać. W sytuacji gdy bank centralny ustala stopę procentową poniżej naturalnej stopy procentowej (czyli jej rynkowego poziomu) pojawia się nadmierny popyt na kapitał pożyczkowy. Skutkuje to nadmiarem nierentownych inwestycji, niewspółmiernych do ilości zasobów w gospodarce. To z czasem kończy się kryzysem gospodarczym. Oczywiście kwestia kryzysu jest trochę bardziej skomplikowana. Do nierentownych inwestycji dochodzi także ze względu na błędnie oszacowanie przyszłej konsumpcji ze względu na obniżenie się stopy procentowej, która spadła nie ze względu na wzrost oszczędności, ale została sztucznie zaniżona przez bank centralny. Oszczędności nie wzrosły, a więc konsumpcja nie została przełożona w czasie. Bank centralny po pewnym czasie musi zmniejszyć wzrost podaży pieniądza (że uniknąć groźby spirali inflacyjnej), stopy procentowe idą więc w górę. Wielu przedsiębiorców zostaje więc z masą niemożliwych do zrealizowania inwestycji, a w dodatku wzrosły raty kredytów. Tak zaczyna się kryzys, do którego by nie doszło gdy to rynek, a nie bank centralny ustalał wysokość stóp procentowych. Dlaczego więc wolny rynek jest nam potrzebny? Dlatego że w tym systemie występuje rynkowa równowaga, dobre decyzje wypierają złe. Nie ma takich patologii jak zbyt wysokie i rosnące ceny, zbyt niskie płace, bezrobocie, czy kryzysy gospodarcze. Zamiast tego wzrost gospodarczy, rozwój produkcji, akumulacja kapitału, co skutkuje ciągłym obniżaniem się kosztów produkcji, spadkiem cen i ciągłym zwiększaniem się produktywności pracy, czyli rosnącymi pensjami. Wszystko to przekłada się na ciągłe poprawianie się warunków życia i poprawie stopy życiowej.
  14. Ponieważ ostatnio na forum trochę się narobiło gorących dyskusji o ekonomii, o tym kto ma rację a kto jest bardziej zmanipulowany i przez kogo, postanowiłem założyć jeden konkretny temat o tym jakie są i skąd się biorą mity ekonomiczne. Kto chętny zapraszam do dyskusji, kogo temat nie interesuje, nie musi się udzielać, wolna wola. Ok, do rzeczy. Źródłem mitów bez wątpienia są grupy interesów, na czele z politykami, bankierami i grupą najbogatszych biznesmenów (silna grupa lobbująca). Główną rzeczą, do której próbuje się przekonać społeczeństwo jest to, że rosnące wydatki rządowe są dobre. Ponieważ państwo nie posiada żadnych własnych dochodów i utrzymuje się z podatków, aby pokryć swoje rosnące wydatki, podatki ciągle muszą iść w górę. Przekonuje się więc że podatki są dobre, idą na "darmową" służbę zdrowia i edukację, świadczenie socjalne, i różnego rodzaju „gruszki na wierzbie”. Stosuje się również sugestię, jakoby w celu wyrównywania szans bogaci płacili większe podatki, co jest oczywistą bzdurą. System opiera się głównie na podatkach pośrednich, a te obciążają głównie biedniejszych (bo to oni przeznaczają większą część swojego dochodu na konsumpcję), dodatkowo wielkie firmy rozliczają się w rajach podatkowych, podawałem już w temacie o płacy minimalnej, jak np. taki Google czy Amazon płaci ledwie 0,01% podatku. Przy tym cały system podatkowy jest tak sprytnie skonstruowany że ludzie nawet nie wiedzą ile płacą podatków, a państwo ściąga nawet ponad 2/3 dochodów (jak to się odbywa pisałem już w innych tematach). Ale i to nie wystarcza, rząd zamyka więc budżet z deficytem i zaciąga dług publiczny. Ale to również okazuje się za mało dla potrzymania państwa „opiekuńczego”. Ciągle więc zwiększa się podaż pieniądza, na którego monopol ma bank centralny (w Polsce to NBP, w USA FED itd.). Rząd żeruje więc na pracy zwykłych obywateli, przekonując że robi to dla naszego dobra. Tymczasem rosnące wydatki publiczne coraz bardziej obciążają podatnika, do tego hamują inwestycje w sektorze prywatnym (efekt wypychania), a inflacja obniża realne płace poprzez wzrost cen na rynku. Dla podtrzymania systemu stosuje się mechanizm, który nazywam „zamiataniem problemu rosnących wydatków rządowych pod dywan”. Podstawą tego mechanizmu jest ciągłe zwiększanie podaży pieniądza. Pozwala to nie tylko na pokrywanie rosnących wydatków rządowych ale również sztucznie poprawia bilans handlowy poprzez osłabienie importu i wzmocnienie eksportu , co jeszcze się pogłębia nakładając cła importowe na zagraniczne towary. W ten sposób chroni się krajowe firmy i miejsca pracy. Do tego tani pieniądz oznacza spadek stóp procentowych, tanie kredyty, a więc podejmowanie licznych inwestycji przez przedsiębiorców i inwestorów. Wskaźniki również wyglądają ładnie, zwłaszcza PKB, na który składają się: wydatki rządowe + inwestycje netto + konsumpcja + eksport – import. A więc wzrost wydatków rządowych, eksportu i konsumpcji (kosztem produkcji) oraz osłabienie importu powodują że PKB idzie w górę. Nie oznacza to jednak że sytuacja gospodarcza jest taka różowa. Wzrost cen zarówno produktów krajowych jak i zagranicznych sprawia że godzina pracy jest warta mniej, a więc płace realne są mniejsze. Bezrobocie też jest większe niż byłoby to na wolnym rynku ze względu na wysokie koszty pracy i państwowe regulacje. Miejsca pracy zostają zachowane, ale jest to zachowanie mniej wydajnych miejsc pracy kosztem powstawania nowych, bardziej produktywnych, a co za tym idzie lepiej płatnych miejsc pracy. Sytuacja gospodarcza wygląda na dobrą, lecz jest ona gorsza niż byłaby na wolnym rynku. W dodatku taki sztucznie podtrzymywany dobrobyt (czyli boom) nie może trwać w nieskończoność. Dzieje się tak dlatego, że wzrost cen na rynku nie następuje równomiernie, w sektorze dóbr kapitałowych ceny rosną szybciej niż w sektorze dóbr konsumpcyjnych. Oznacza to powstawanie baniek spekulacyjnych, a więc np. rosną ceny akcji danej spółki, pomimo iż dana firma jakoś szczególnie nie rozszerzyła produkcji, nie rozwinęła się, mamy czysto spekulacyjny wzrost. Do tego ponieważ ekspansja kredytowa rozwinęła się nie na skutek wzrostu oszczędności (czyli przesunięcia konsumpcji w czasie) tylko na skutek sztucznego zaniżenie stóp procentowych (przez ekspansję monetarną) wiele inwestycji okazuje się z czasem kompetentnie nietrafionych. Przychodzi taki moment że liczba dóbr konsumpcyjnych w gospodarce zmniejsza się na tyle, że pojawia się tzw. ruch przeciwstawny. A więc teraz to ceny dóbr konsumpcyjnych rosną szybciej niż ceny dóbr kapitałowych. Banki wówczas zostają zmuszone do zaprzestania zwiększania podaży pieniądza, inaczej skończyłoby się to całkowitym załamaniem się systemu monetarnego. Tak więc teraz stopy procentowe idą w górę, pękają bańki spekulacyjne, na giełdzie spadki, nietrafione inwestycje skutkują masą niespłaconych kredytów, które w dodatku stają się wyżej oprocentowane, wiele firm poda więc w kłopoty finansowe, a banki mają problem ze ściągnięciem zobowiązań. To jest właśnie recesja, która prowadzi do kryzysu finansowego, czyli depresji. Przykładami są oczywiście np. kryzys w USA w 2008, w 1973 r. czy 1929 r., kryzys w strefie euro, kryzys japoński z 1990 r., kryzys bankowy w Szwecji w 1992 r., kryzys tequila w Meksyku w 1994 r. i wiele, wiele innych. O ile jeszcze w warunkach normalnych recesja skończyłaby się w ciągu kliku miesięcy, (przedsiębiorcy podjęliby się restrukturyzacji w swoich firmach obniżając płace, zmniejszać zatrudnienie i obniżając ceny, część z nich ogłosiłoby bankructwo, a wierzyciele, czyli banki podjęliby się upłynnienia masy upadłościowej) o tyle w warunkach państwowego interwencjonizmu kryzys przeciąga się nawet na kila lat. Sztywne ustawodawco pracy i związki zawodowe uniemożliwiają obniżanie wynagrodzeń i zwalnianie pracowników, ceny spadają przez bardzo krótki czas (bank centralny zaczyna „walczyć z deflacją”) a rząd obciąża podatników pompując gigantyczne środki w upadające sektory, a więc głownie tych którzy przyczynili się do kryzysu, czyli banki i firmy które nabrały najwięcej kredytów. Nie oznacza to że ratowanie gospodarki przez państwo jakoś szczególnie działa, płace realne i tak spadają, bezrobocie rośnie, a ożywienie gospodarcze zostaje przesunięte w czasie i to znacznie. Zaczyna się więc propaganda pt. „to kryzys kapitalizmu”, „kapitalizm nie działa”, związki zawodowe rozpoczynają fazę strajków, prezesi (zarabiający po 8 tys. na miesiąc) wykrzykują hasła typu „nadchodzi wiosna ludów”, „nie będziemy płacić za wasz kryzys”. Ponieważ „kapitalizm nie działa” nietrudno namówić społeczeństwo że państwowa interwencja jest słuszna, więc bawimy się dalej, do następnego kryzysu. Państwo „opiekuńcze” jest więc niczym innym jak odkładaniem nieuniknionej recesji w czasie i ciągłym zadłużaniem społeczeństwa poprzez dług publiczny (a niech się przyszłe pokolenia martwią). Dodam że faza ekspansji i boomu potrafi trwać naprawdę długo, całymi latami. I stąd właśnie ustrój państwa opiekuńczego wydaje się być takim atrakcyjnym systemem. W celu podtrzymania wyżej przedstawionego mechanizmu rozpowszechnia się takie ekonomiczne mity jak: 1. Konsumpcja napędza gospodarkę – oczywista bzdura, podstawa skompromitowanego keynesizmu, który upadł w latach 70-tych XX wieku. Konsumpcja jest celem gospodarki, ale może nastąpić tylko na skutek wcześniejszej produkcji, bo zwyczajnie nie da się konsumować dóbr które jeszcze nie zostały wyprodukowane. Większa konsumpcja to nic innego jak większy zużywanie istniejącego kapitału. Gospodarkę może pobudzić tylko rozszerzenia produkcji. Tak samo trudno żeby Pan Kowalski stał się bogatszy od tego że zaczął więcej wydawać zamiast zaoszczędzić i zainwestować części kapitału, tak samo ani dodruk pieniądza ani podniesienie płacy minimalnej, ani redystrybucja dochodów nie powoduje że gospodarka zaczyna się rozwijać. Żadne nowo bogactwo nie powstaje, następuje tylko przesunięcie środków przeznaczonych na zwiększenie produkcji na pobudzenie bieżącej konsumpcji. 2. Deflacja jest zła – a to ciekawe, bo deflacja występuje nieustannie w sektorze elektroniki, sprzętu RTV czy przemyśle chemicznym. Jakoś te branże nie upadają, a nawet pięknie się rozwijają. Spadek cen następował przez cały okres rewolucji przemysłowej, od połowy XVIII w. do I wojny światowej. I to właśnie było podstawą znaczne podnoszenia się poziomu życia, płace rosły, ceny spadały, czyli płace realne stawały się coraz wyższe, przedsiębiorcy również nie byli poszkodowani, korzystając z ciągle obniżających się kosztów produkcji. 3. Oszczędności to zło i marnotrawco – pieniądze bezczynnie kiszą się na kontach, czyżby? Za co w takim razie bank płaci klientowi odsetki? W końcu banki to nie instytucje charytatywne. Oszczędności się nie kiszą tylko są przeznaczane na kredytowanie, czyli na inwestycje. Poza tym oszczędzanie to nic innego jak przesunięcie się konsumpcji w czasie, a więc przedsiębiorcy otrzymują ważny sygnał aby zmniejszyć inwestycje w sektor dóbr konsumpcyjnych, a zwiększyć w sektor dóbr produkcyjnych, podjąć bardziej długo falowe inwestycje. Wzrost oszczędności powoduje również zmniejszenie się preferencji czasowej w społeczeństwie (miary tego, w jakim stopniu aktualna satysfakcja jest bardziej pożądana od takiej samej satysfakcji w przyszłości) co obniża stopy procentowe i raty kredytów. Ponieważ następuje to na skutek faktycznego wzrostu oszczędności, a nie sztucznej ekspansji, takie inwestycje jak najbardziej mają duża szansę powodzenia 4. Wolny handel jest niekorzystny, grozi napływem importu, osłabieniem gospodarki i wzrostem bezrobocia. – wolny handel jest bardzo korzystny dzięki przewadze komparatywnej. A więc w danym kraju produkuje się i eksportuje to co się opłaca a importuje to czego nie opłacałoby się produkować. Wymiana jest korzystna dla obu stron. Np. sprzedajemy produkty rolne i meble, a kupujemy owoce cytrusowe czy ropę naftową. Sam import nie jest żadnym zagrożeniem dla gospodarki. Jeśli Polak wyda pieniądze za produkty zagraniczne to cudzoziemiec trzyma polskie złotówki, które może wydać tylko na polskie produkty, import i eksport dążą więc do wyrównania. Do tego dostęp do tańszych towarów zagranicznych oznacza że społeczeństwo jest bogatsze, za godzinę pracy można kupić więcej, więc płace realne są większe. Dzięki tańszym produktom z zagranicy powstają oszczędności, które są inwestowane na dalszy rozwój. Co więcej dostęp do tańszych dóbr z zagranicy to również dostęp do tańszych czynników produkcji, takich jak surowce energetyczne, metale, czy nowoczesne urządzenia. To także dostęp do tańszej żywności, swoistego „paliwa” dla robotników, przedsiębiorców, słowem wszystkich 5. Postęp technologiczny zwiększa bezrobocie – od początku rewolucji przemysłowej nastąpił ogromny postęp technologiczny, jednocześnie liczba ludności na świecie wzrosła ponad siedmiokrotnie, więc gdyby to było prawda, już prawie wszyscy byliby bezrobotni. Kiedy przedsiębiorca korzysta z nowego rozwiązania technicznego faktycznie zmniejsza zatrudnienie. Jednocześnie jednak dzięki obniżeniu się kosztów produkcji ma nowe środki, które może przeznaczyć na rozwój firmy dzięki czemu nowe miejsca pracy powstaną lub na własną konsumpcję, w ten sposób pośrednio stwarzając miejsca pracy w innych branżach. Jeśli odłoży pieniądze jako oszczędności, zostaną one zainwestowane (patrz punkt 3) także stwarzając nowe miejsca pracy. Do tego obniżenie się kosztów produkcji zwiększa podaż dóbr, obniżając ich ceny na rynku. To zwiększa popyt na te dobra, branże się rozwijają i zwiększają zatrudnienie. A nawet jeśli konsumenci nie zgłoszą większego popytu na dany produkt, jako że jego cena jest niższa, zostaje im w kieszeniach więcej pieniędzy, które gdzie i jak nie zostałby wydane stworzą kolejne miejsca pracy. Tyle ode mnie, sorki za przydługawy post, starałem się skracać w miarę możliwości. Zachęcam do dyskusji
  15. Dzisiejszy wpis jest zwieńczeniem pewnej mojej trylogii na blogu dotyczącym przewagi kapitalizmu nad socjalizmem. Nie znaczy to oczywiście że nie będę więcej pisał o ekonomii, tylko nakreślam że ten felieton jest ważnym uzupełnieniem dwóch pozostałych gdzie omawiałem słuszność praw ekonomii oraz przykłady powodzenie gospodarki wolnorynkowej na konkretnych przykładach. Teraz będzie omówiona jeszcze bardziej praktyczna strona tematu, czyli jak konkretnie działają mechanizmy rynkowe i dlaczego socjalizm i etatyzm przynoszą biedę a kapitalizm podnoszenie poziomu życia. Nie obędzie się również bez obalania mitów i bezwzględnego obnażania manipulacji przedstawianych przez pewne grupy. Jak powstaje bogactwo? Żeby dobrze omówić temat trzeba najpierw zrozumieć jak w ogóle wygląda proces produkcji, czyli tworzenia nowego bogactwa. Tak więc stworzyć nowe bogactwo (lub powiększyć już istniejące) można na trzy sposoby: Pierwotne zawłaszczenie surowca i jego przetworzenie – czyli krótko mówiąc wykorzystanie jakiegoś zasobu przyrody, którego wcześniej nikt nie posiadał ani nie dostrzegł w nim wartości i przekształcenie go w coś wartościowego. I tak np. Rockefeller odkrył że to coś, co wcześniej uznawano za brudną maź, czyli ropa naftowa jest bardzo przydatnym surowcem energetycznym, wpierw służącym do oświetlenia (lamy naftowe) później jako paliwo dla rozwijającej się branży motoryzacyjnej. Takie jest zresztą uzasadnienie moralności własności prywatnej jako owoców swojej pracy. Czyli np. glina jest zasobem niczyim, ale już rzeźba jest własnością rzeźbiarza, ponieważ dzięki swojej pracy stworzył coś nowego, zmienił naturę surowca Wyprodukowanie dóbr przy pomocy własnej pracy i wcześniej przejętych zasobów, np. zrobienie stołu. Mówiąc inaczej jest to przemiana mniej wartościowych przedmiotów w bardziej wartościowe Pozyskanie dóbr na mocy dobrowolnego kontraktu zawartego z wcześniejszym ich posiadaczem lub wytwórcą. Jest to wymiana wartości za wartość, przekazanie poszczególnych zasobów z rąk tych, którzy cenią je mniej, w ręce tych, którzy cenią je bardziej. Na takich właśnie wymianach polega rynek. Zawsze mamy dwie strony, producenta i konsumenta, pracodawcę i pracownika, pożyczkodawcą i pożyczkobiorcę itd. To właśnie podział pracy i wolna wymiana pozwala na najlepszą i najbardziej wydajną alokacje zasobów. Dzięki temu piekarz nie musi posiadać krowy ani umieć jej doić żeby napić się mleka. Wystarczy że potrafi piec, wtedy może dokonać wymiany z rolnikiem chleb za mleko. Taka dobrowolna wymiana jest zawsze korzystna dla obu stron. Właśnie dlatego wolny rynek zapewnia najlepszą alokację zasobów i jest korzystny dla całego społeczeństwa, każdy jego członek ma dostęp do wszystkich tworzonych dóbr i usług, ograniczają go tylko własne możliwości zarobkowe. Dla ułatwienia procesu wymian wprowadza się środek płatniczy, czyli pieniądz, dzięki temu nawet jeśli rolnik nie chce chleba może dojść do wymiany, piekarz sprzeda chleb i zarobione pieniądza da rolnikowi w zamian za mleko. Zauważmy że to co wyżej wymieniłem to uczciwe metody wytwarzania, zwiększania i zdobywania bogactwa. Natomiast nieuczciwą metodą zdobywania bogactwa jest bez wątpienia odbieranie dóbr, owoców cudzej pracy przy użyciu przymusu i przemocy, czyli krótko mówiąc kradzież. Kradzieżą jest również oszustwo, nie dotrzymanie dobrowolnie zawartej umowy. Również w przypadku przymuszenia kogoś do niewolniczej pracy można mówić o kradzieży, dlatego że jest to w zasadzie odebranie owoców nieswojej pracy, zamiast dokonania dobrowolnej wymiany, oczywiście negatywnym zjawiskiem jest tu również przymus, jak właśnie przymus pracy. Równie nieuczciwą formą bogacenia się jest zakazanie komuś działania i w ten sposób pozbywania się konkurencji. Zauważmy również te wyżej omówione nieuczciwe metody bogacenie się służą wybranym jednostkom kosztem innych i nie przyczyniają do wzrostu ogólnego poziomu dobrobytu, a wręcz mu szkodzą. Kradzież to bezprawne przekazanie dóbr z jednych rąk do drugich od osoby tworzącej bogactwo uczciwie, do osoby postępującej nieuczciwie, która niczego dobrego nie tworzy. Przymus i zakazy zmuszają do podejmowania niewydajnej pracy kosztem tej, która byłaby wydajniejsza, pozbawiając nie tylko ofiarę ale także całe społeczeństwo potencjalnych dóbr, który by powstały gdyby nie było tego przymusu i zakazów. Zwróćmy też uwagę że kiedy takie nieuczciwe działanie podejmuje osoba prywatna np. złodziej, terrorysta, szantażysta, oszust wszyscy są zgodni że trzeba temu przeciwdziałać, taką osobę trzeba ukarać, a z taką przemocą lub oszustwem trzeba walczyć, chronić się przed nią. Ale wystarczy że takie działanie podejmuje rząd i nagle wszystko ukazuje się być ok, odbieranie dochodów i majątków jest już legalne i uprawnione kiedy nazwie się je „opodatkowaniem”, państwo może wydawać nakazy i zakazy w gospodarce, a także ustanawiać własne monopole uniemożliwiając powstanie konkurencji jeśli tylko uzna to za obowiązujące „prawo”. Politycy mogą nie dotrzymywać obietnic, urzędnicy wprowadzać ludzi w błąd i nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności. I tu jest właśnie meritum problemu. Trzy wymienione wcześniej uczciwe metody tworzenia bogactwo są w zasadzie jedynymi metodami tworzącymi dobrobyt, natomiast te nieuczciwe ten proces zakłócają, pozwalają się bogacić tylko wybranym jednostkom. Stąd właśnie przewaga wolnego rynku nad socjalizmem i etatyzmem. Ochrona prywatnej własności, swoboda działalności, podział pracy i możliwość wolnej wymiany handlowej pozwalają na najwydajniejszą alokację zasobów i najszybsze możliwe tworzenie dobrobytu. Proces ten może zaburzyć jedynie przemoc, przymus, kradzież i oszustwo. Więc jeśli taka instytucja jak państwo ma istnieć, to jej działanie powinno się ograniczyć do ochrony własności prywatnej, zwalczania przemocy i dotrzymywania dobrowolnie zawieranych umów. Niestety państwo również w tej roli nie wypada zbyt dobrze. Terytorialny monopol w stanowieniu i egzekwowaniu prawa prowadzi do nadużyć, stąd mamy tyle patologii, korupcji, kumoterstwo w policji, służbach, czy sądownictwie, nie wspominając już o tworzeniu absurdów prawnych. Jak to pisał Hans Herman Hoppe państwo nie tworzy prawa i porządku, tylko je niszczy. Murray Rothbard pokusił się nawet o nazwanie państwa „zorganizowanym bandytyzmem”. Tu jednak musiałbym wejść w mocno libertariańskie rozważania, omówić alternatywne systemy względem centralnego rządu i demokracji takie jak anarchokapitalizm, minarchizm, rząd minimalny i wolne społeczeństwo według Ayn Rand, rząd prywatny (monarchię), czy Hoppe’ańską koncepcję „Europy tysiąca Liechtensteinów”, alternatywy wobec prawa stanowionego, a więc prawo zwyczajowe, prawo prywatne, precedensowe (common law) itd. Jednak są to bardzo skomplikowane kwestie, temat na zupełnie inny felieton, który zresztą pewnie kiedyś napiszę . Póki co dla porządku przyjmijmy że przez wolny rynek rozumiemy system, gdzie państwo nie ingeruje w gospodarkę, jeśli już państwo istnieje, jego jedyną rolą jest zwalczanie złodziejstwa i przemocy zarówno wewnątrz (ochrona obywateli przed przestępcami) i na zewnątrz (ochrona przed zbrojną napaścią). Zauważmy jednocześnie że w sytuacji gdy państwo zaczyna ingerować w gospodarkę każdy obywatel staje się przestępcą, ściga się go również za działania, które nie są związane z przemocą, zakazuje mu się działalności, która nie jest szkodliwa i nie łamie zasad poszanowania własności prywatnej czy dobrowolnych umów społecznych. Traktuje się go również jak niewolnika, który musi oddać sporą część swoich dochodów na rzecz państwa. Socjalizm, to się nie może udać Jak wiemy z historii wszędzie, gdzie funkcjonował ten system, kończyło się to katastrofą. Pierwszymi przykładami z brzegu jest upadek ZSRR, masowe emigrowanie do RFN z NRD co skutkowało powstaniem Muru Berlińskiego, czy obraz współczesnej Korei Północnej gdzie ludzie z głodu zjadają trawę, liście czy korę z drzew a dzieci bawią się na pustych ulicach, wszak widok samochodu w tym kraju to niezwykła rzadkość. Dlaczego socjalizm zawodzi? Przede wszystkim pokutuje brak prywatnej własności środków produkcji, bo jeszcze prywatna własność dóbr konsumpcyjnych w socjalizmie jest dopuszczalna (chociaż i to było niekiedy konfiskowane przez władze w ZSRR powodując masową śmierć głodową). Jednak już sam brak własności prywatnej czynników produkcji prowadzi do upadku gospodarki, dlatego iż jeśli nie ma prywatnej własności nie można tymi środkami produkcji handlować, z tego względu nie można określić ich cen rynkowych, a bez cen niemożliwy jest rachunek kosztów. To wszystko sprawia że niemożliwa staje się racjonalna alokacja zasobów. Ponieważ zarówno środki produkcji, jak i wytworzone za ich pomocą dobra nie stanowią własności prywatnej (tylko własność całego kolektywu) producenci nie mają żadnej ekonomicznej motywacji do zwiększania ilości czy poprawy jakości dóbr. Brak zachęty w postaci zysku powoduje że nie opłaca się ani dobrze pracować, ani być przedsiębiorczym i kreatywnym ani dobrze inwestować, nie ma wychodzenia naprzeciw potrzebom konsumentów. Gospodarka jest centralnie planowana przez władzę, która nie jest w stanie z przyczyn wcześniej wymienionych przeprowadzić rachunku ekonomicznego co do alokacji zasobów, a więc wszelkie planowanie mija się z celem. Do tego dochodzi jeszcze przerost biurokracji i ogromne koszty utrzymania niewydolnego państwa. Państwo opiekuńcze – kosztowne złudzenie „Socjalizm się nie sprawdza, kapitalizmu nie lubię” tak tli się w głowie niejednego lewicowca, a nierzadko i prawicowca i co tu począć? Ano poszukajmy trzeciej drogi, oddajmy środki produkcji w ręce prywatne, pozwólmy na prowadzenie prywatnej działalności, istnienie banków i rynków finansowych. Ale jednocześnie niech państwo mocno ingeruje w gospodarkę w celu „wyrównywania szans” i „zapewnienia bezpieczeństwa socjalnego”. Niech służba zdrowia i edukacja będą darmowe, a każdy ma zapewniony minimalny poziom życia na sensownym poziomie. Żeby utrzymać system wprowadźmy wysokie podatki, wyższe dla bogatych i wszystko będzie dobrze. Tak mniej więcej prezentuje się etatyzm. Dobry to plan? Nie, nie jest dobry z wielu różnych powodów: Jest to system oparty na niemoralnych i nielogicznych przesłankach, kara się ludzi za pracowitość, przedsiębiorczość, oszczędność, chęć podjęcia ryzyka i twórcze myślenie. Nieustannie przeprowadza się transfer bogactwa od ludzi lepiej produkujących i lepiej zaspakajających potrzeby konsumentów do gorzej produkujących lub w ogóle nieprodukujących Jest to system niewydolny ekonomiczne, gospodarka rozwija się znacznie wolniej niż byłoby to na wolnym rynku. Państwo w tym systemie generuje coraz większe koszty (przyrost liczby urzędników, koszty ściągalności podatków, nowe budynki, urzędy, instytucje publiczne, nierentowne inwestycje publiczne), jednocześnie hamując zwrot z inwestycji kapitału. Ciągle rosną wydatki publiczne, co wymusza ciągle podwyższanie podatków, dodruk pieniądza podnoszący inflację (która obniża realne płace i poziom życia poprzez zwiększanie cen) oraz zmniejszenie inwestycji w sektorze prywatnym poprzez tzw. efekt wypychania. Rodzą się nowe problemy społeczne, takie jak bezrobocie (skutek hamowania przedsiębiorczości, zwiększanie kosztów pracy przez państwo), niższe płace realne (przez grabież podatkową, spowalnianie przyrostu podaży dóbr i akumulacji kapitału oraz inflację), nierzadko wzrost przestępczości i patologii społecznych Występują liczne nadużycia władzy, np. odbieranie dzieci rodzicom z błahych powodów, karanie za poglądy, łamanie wolności słowa Następuje niszczenie wartości, kultury, zabijanie w ludziach indywidualności, społeczeństwo staje się coraz bardziej zmanipulowane i zindoktrynowane System zawiera w sobie liczne pułapki i manipulacje, np. oficjalnie darmowa służba zdrowia i edukacja są o wiele droższe niż gdyby te sfery pozostały w rękach prywatnych. Sądzi się też np. bogaci płacą wyższe podatki niż biedniejsi, co jest nieprawdą, ponieważ największe wpływy do budżetu idą z podatków pośrednich, a te obciążają głównie ludzi biedniejszych ponieważ to oni przeznaczają większą część swojego dochodu na konsumpcję. Do tego duże firmy, dzięki wsparciu prawników, korupcji, lobbingowi i znajomości w świecie polityków często unikają wielu regulacji prawnych oraz płacenia podatków Nieodłącznym elementem etatyzmu są cykle koniunkturalne. Instytucja banku centralnego i pieniądz fiducjarny sprzyjają ekspansji monetarnej (ciągły wzrost podaży pieniądza), rząd w ten sposób pokrywa swoje wydatki z renty inflacyjnej. Jednak to prowadzi do inflacji, ciągłego wzrostu cen, a zaniżone stopy procentowe powodują nadmiar ryzykownych i nietrafionych inwestycji (efekt tanich kredytów) oraz tworzeniu się baniek spekulacyjnych na rynkach finansowych. Ostatecznie dochodzi do sytuacji gdy bank centralny nie może już zwiększać podaży pieniądza, bo groziło by to załamaniu się sytemu monetarnemu, a więc stopy procentowe idą w górę. Pojawia się recesja, pękają bańki spekulacyjne, a przedsiębiorcy zostają zmuszeni do likwidacji nietrafionych inwestycji. Dla gospodarki i społeczeństwa to sytuacja kryzysowa, rozwój gospodarczy zostaje zahamowany, spadają realne płace, wiele firm upada, rośnie bezrobocie, rynki finansowe notują duże spadki, banki mają problemy z uregulowaniem zobowiązań (niepłaconych kredytów). Co gorsza państwo w takiej sytuacji podejmuje interwencję, która zamiast naprawić sytuację, tylko ją wydłuża. W normalnych warunkach, przedsiębiorcy zlikwidowaliby błędne inwestycje, podjęliby niezbędną restrukturyzację w swoich firmach, płace nominalne spadały by w sektorach nadmiernie rozdętych wcześniejszą ekspansją kredytową, jednak jednocześnie spadłby również ceny, więc płace realne nie zmniejszyły się jakoś szczególnie dotkliwie. Nastąpiłyby konieczne zwolnienia, ale gospodarka w krótkim czasie ponownie by odbiła, więc miejsca pracy zaczęłyby powstawać na nowo. Przedsiębiorcy którzy nie mogą spłacić swoich zobowiązań ogłosiliby bankructwo swoich firm, a wierzyciele (jak banki) podjęliby się upłynnienia masy upadłościowej. Taki proces dostosowawczy trwałby maksymalnie kilka miesięcy, a gospodarka ponownie mogłaby się rozwijać. Tymczasem interwencja państwa cały ten proces zaburza. Sztywne ustawodawco pracy i przywileje związkowe uniemożliwiają pracodawcom podjąć niezbędne działania, takie jak obniżki wynagrodzeń i zwolnienia pracowników. Ceny nie mogą spadać, gdyż jak tylko pojawi się deflacja, bank centralny ponownie zaczyna zwiększać podaż pieniądza, niby dla naszego dobra. Co więcej rząd decyduje się dotować upadające firmy i banki. Na to idą ogromne wydatki publiczne, którymi oczywiście obciążeni zostają podatnicy. W efekcie gospodarka nie ulega naprawieniu, wiele firm i tak upada, ich dotowanie przypomina lanie wody do dziurawego wiadra, bezrobocie i tak rośnie, a płace realne i tak są niższe. Jedyna różnica jest taka, że cały proces naprawczy trwa nie kilka miesięcy ale nawet kilka lat. Państwo opiekuńcze jest nie do utrzymania w dłuższej perspektywie. Koszty utrzymania takiego państwa ciągle rosną, dług publiczny rośnie, podatki idą w górę, podaż pieniądza ciągle wzrasta. Ale przychodzi taki moment że nie można już podnosić podatków, nikt już nie chce pożyczać, a instytucje takie jak MFW nalegają na spłatę zobowiązań, dodrukowywać pieniądza również nie można kontynuować w nieskończoność. Następuje więc zmierzch państwa opiekuńczego. W wersji optymistycznej po prostu następuje odejście od sytemu państwa socjalnego i przeprowadza się liberalne reformy, tak jest obecnie w Niemczech i Wielkiej Brytanii, gdzie przyjęto ustawę zakazującą zamykanie budżetu z deficytem i rozpoczęto cięcia socjalne. W pewnym sensie jest zatoczenie koła w historii, ponieważ w tych krajach liberalne reformy były przeprowadzane przez Erharda w Niemczech i Thatcher w Wielkiej Brytanii (o pisałem w ostatnim tekście) z dużym powodzeniem. Szkoda że tym razem nie szykuje się jednak na jakieś poważniejsze i konkretniejsze reformy. Liberalne reformy wraz ze schyłkiem państwa opiekuńczego z powodzeniem były już nie raz przeprowadzane także w Szwecji, chociażby za Carlssona i Bildta w 1992 r. którzy naprawili gospodarkę po wcześniejszym totalnym krachu sprezentowanym przez socjaldemokratów, czy za Reinfeldta, którego wolnorynkowe reformy pozwoliły Szwecji przejść przez kryzys 2008 r. bez większego szwanku. Ale o Szwecji powiem trochę więcej parę akapitów niżej, gdzie omówię ich historię gospodarczą. W wersji pesymistycznej, czyli tam gdzie nie nastąpi opamiętanie, politycy idą w zaparte następuje totalne załamanie gospodarki. I tak stało się ostatnimi czasy w takich krajach jak Grecja, Hiszpania, Portugalia, Włochy, czy Irlandia. Dodam jeszcze że państwo opiekuńcze ma swoje mechanizmy „zamiatania problemów pod dywan”, dzięki czemu iluzja dobrobytu trwa w najlepsze przez całe lata, jednak jest niczym innym jak odkładaniem w czasie nieuniknionej recesji. To jest właśnie głównym powodem skąd w ludziach tyle wiary w ten system. Politycy mogą rozdawać socjal, obiecywać „gruszki na wierzbie” a przyszłymi problemami mogą się przejmować już przyszłe rządy. Takimi mechanizmami „zamiatania problemów pod dywan” są: zaciąganie długu publicznego (krajowego przez emisję obligacji i zagranicznego przez pożyczki zagraniczne), zamykanie budżetu z deficytem, ekspansja monetarna (zwiększanie podaży pieniądza, obniżanie stóp procentowych i wskaźnika rezerw obowiązkowych) czy chociażby osłabianie importu poprzez cła i także inflację (osłabianie własnej waluty), które pozornie ma chronić rodzimą gospodarkę, to owszem pozwala poprawić bilans handlowy i „zachować miejsca pracy”, ale miejsca pracy mniej wydajne, kosztem wydajniejszych i lepiej płatnych które nie powstaną, po za tym słabsza waluta i słabszy import oznaczają że godzina pracy jest warta mniej na arenie międzynarodowej, więc płace są realnie niższe a społeczeństwo jest biedniejsze. „Przekleństwo” postępu technologicznego, importu i oszczędności, czyli mit zbitej szyby po raz kolejny W swoim pierwszym tekście na blogu opisywałem „mit zbitej szyby” przedstawiony przez wybitnego francuskiego ekonomistą Fredericka Bastiata . Dla przypomnienia: jest to opis sytuacji, w której ludzie uznają że zbita szyba jest dobra dla lokalnej gospodarki, ponieważ jest to zarobek dla szklarza, który zarobione pieniądze wyda dalej i gospodarka będzie się rozkręcać. Błąd logiczny polega na patrzeniu jedynie na zarobek dla szklarza, nie bierze się jednak pod uwagę że te same pieniądze które poszły na nową szybę, poszłyby na coś innego, np. na nowy garnitur. A więc zysk szklarza to jednocześnie strata dla krawca. Tak więc gospodarka nie zyskała, żadne nowe bogactwo nie powstało, przeciwnie, jednego dobra ubyło. Trudno wręcz uwierzyć, ale poglądy typu: lepiej niszczyć dobra niż je tworzyć są o wiele mocniej zagnieżdżone w ludzkich głowach niż mogłoby się wydawać. Bo czym innym jest straszenie postępem technologicznym, który rzekomo zwiększa bezrobocie? Jeśli by tak było, to należałoby zlikwidować wszystkie nowoczesne urządzenie i powrócić do pracy gołymi rękami. Wtedy na pewno nie byłoby bezrobocia prawda? . Jak to powiedział Janusz Korwin Mikke trzeba niszczyć krzesła, żeby stolarze „zachowali miejsca pracy”. Do tego właśnie sprowadza się oskarżanie o powstawanie bezrobocia (które tworzy państwo) postępu technologicznego, jak również importu (o tym trochę później). Tak jak pisałem w tekście „Co widać i czego nie widać” zwiększanie bezrobocia poprzez konstruowanie nowych maszyn jest zwyczajnie niemożliwe, gdyż od początków rewolucji przemysłowej postęp technologiczny rozwinął się w ogromnym stopniu i jednocześnie liczba ludności wzrosła ponad siedmiokrotnie. Z prostej matematyki wynika że gdyby to rozwój techniki był problemem bezrobocie już dawno sięgnęłoby jakiś niebotycznych rozmiarów, +90%. Gdzie zatem błąd w myśleniu? W tym że patrzymy jedynie na zlikwidowane miejsca pracy, nie zwracając uwagi na nowe, lepsze, wydajniejsze i lepiej płatne miejsca pracy, które powstają właśnie dzięki postępowi technologicznemu i gospodarczemu. Przede wszystkim nowe maszyny i technologie obniżają koszty produkcji. Przedsiębiorca, który zainwestował w nowe rozwiązania techniczne, w pierwszej chwili faktycznie zmniejsza zatrudnienie. Jednak zarabia też więcej pieniędzy. Nowe środki może przeznaczyć na rozwój swojego przedsiębiorstwa, i wtedy nowe miejsca pracy powstają. Ale może też po prostu wydawać więcej na konsumpcję, w ten sposób pośrednio stwarzając miejsca pracy w innych sektorach, bo ktoś przecież produkty, które zdecyduje się kupować musi tworzyć. Jeżeli natomiast odłoży nowe pieniądze jako oszczędności, zostaną one następnie zainwestowane i znowu kolejne miejsca pracy powstaną (o tym dlaczego zawsze oszczędności = inwestycje napiszę trochę później). Jeśli wyda hajs na zagraniczne produkty, kapitał i tak powróci do kraju, gdyż eksport i import dążą do wyrównania (więcej o tym trochę później). To jeszcze nie wszystko, ponieważ koszty produkcji danego dobra spadły, wzrasta jego podaż na rynku, co przekłada się na jego niższą cenę. Ponieważ te dobra stają się tańsze, wzrasta na niego popyt, a więc dana branża się rozwija i zwiększa zatrudnienie. A nawet jeśli ludzie nie zwiększą zapotrzebowania na te produkty, ich niższa cena przyniesie konsumentom nowe oszczędności, które następnie zostaną wydane na coś innego (i znowu powstają miejsca pracy w innych sektorach). I właśnie tak powstaje dobrobyt, coraz niższe koszty produkcji, coraz więcej, coraz lepszych i coraz tańszych dóbr na rynku, płace realne rosną, powstają nowe miejsca pracy i to coraz lepiej płatne (wzrasta krańcowa produktywność pracy). Nie zapominajmy również że chociaż stare zawody „odchodzą do lamusa” (jak np. bednarz czy zdun), to powstają zupełnie nowe, wcześniej nieznane. W końcu nie byłoby pracowników biurowych, gdyby ktoś nie wynalazł komputera, ani kierowców, gdyby nie było samochodów. A co z tym importem? Jest atakowany jak postęp techniczny z podobną argumentacją. Czyli jak to bardzo źle jak napływają do nas towary z zagranicy, niższym kosztem. To jest naprawdę straszne, a przecież powinniśmy tłuc szyby i rozwalać krzesła, żeby szklarze i stolarze zachowali miejsca pracy . No właśnie zły import, zły, pogarsza bilans handlowy, tworzy bezrobocie i niszczy naszą lokalną gospodarkę, którą trzeba chronić cłami i osłabianiem własnej waluty. Dziwne że pomysłodawcy tego typu rozwiązań nie wpadli no pomysł, że trzeba zwiększać przestępczość, ile etatów by powstało w policji, walczmy z bezrobociem . Co ciekawe importem straszą ci, którzy jednocześnie twierdzą że w celu rozwoju gospodarczego trzeba pobudzać konsumpcję. Ciekawe, bo import to nic innego jak właśnie konsumpcja dóbr zagranicznych. Dlaczego straszenie importem jest bezzasadne? Zacznę od tego, że pieniądze wydane na zagraniczny produkt i tak wracają do kraju. Jeśli np. Polak kupi produkt niemiecki to teraz Niemiec posiada polskie złotówki, z którymi co może zrobić? Ano, jedyne co może zrobić to wydać je na polskie produkty. Oczywiście może też dokonać przewalutowania, ale to sprawia że i tak jakiś cudzoziemiec trzyma polskie złotówki, koniec końców i tak wrócą do Polski. Żadne pieniądze więc z kraju nie „uciekają”. Importem płaci się ze eksport i odwrotnie. Przypomnę również pewne aprioryczne założenie ekonomiczne o którym pisałem w wpisie „Dlaczego prawa ekonomii działają”, a mianowicie: produkcja musi poprzedzać konsumpcję, bo zwyczajnie nie da się konsumować dóbr które jeszcze nie zostały wyprodukowane. A więc żeby wzrósł import, najpierw musi zwiększyć się krajowa produkcja i eksport, bo przecież żeby społeczeństwo zaczęło masowo kupować towary z zagranicy, musi mieć najpierw na to środki, musi się wzbogacić. Wzrost importu to nic innego jak sygnał że ludzie w kraju stają się coraz bogatsi, nie zagraża to również eksportowi, wprost przeciwnie. Dostęp do tańszych dóbr zagranicznych oznacza że za godzinę naszej pracy możemy kupić więcej, a więc oznacza to że płace realne są wyższe, społeczeństwo jest bogatsze. Mało tego, dostęp do tańszych towarów równa się oszczędnościom, środkom na nowe inwestycje i dalszy rozwój gospodarczy. Wolny handel jest korzystny dla obu stron. Kupujemy to czego nie opłaca się u nas produkować i zaoszczędzony czas i kapitał inwestujemy w produkcję tych towarów, które opłaca się produkować i sprzedawać na eksport dzięki niższym kosztom produkcji, jest to tzw. przewaga komparatywna. Np. sprzedajemy produkty rolne, a kupujemy paliwo czy owoce cytrusowe. Dlatego kraje które dużo eksportują, jednocześnie dużo importują, np. Niemcy, Chiny, Szwajcaria, USA, Francja czy Japonia. Do tego wszystkiego dostęp do tańszych towarów zagranicznych to również dostęp do tańszych środków produkcji. Możemy taniej nabywać surowce energetyczne, metale, nowe narzędzia i maszyny, które następnie zostaną wykorzystane w procesie produkcji. Zyskujemy także tańszą żywność, a więc tańsze „paliwo” dla pracowników. Krótko mówiąc wzrost importu osłabi tylko część firm, tych mniej konkurencyjnych i mniej wydajnych, natomiast jest bardzo korzystny dla firm dynamicznie się rozwijających, w najlepszym stopniu przetwarzających kapitał. No i co istotne jest bardzo korzystny dla konsumentów, za godzinę pracy można kupić więcej, płace realne są wyższe, społeczeństwo jest bogatsze. Mocna waluta to wyższe płace realne, napływ kapitału do kraju, szybszy rozwój gospodarczy, wolny handel (brak ceł) to nic innego jak wspomniany wcześnie podział pracy, pozwalający na najlepszą alokację zasobów, umożliwiający na korzystanie z dobrodziejstw przewagi komparatywnej. Zwróćmy uwagę że gdyby zwolennicy protekcjonizmu handlowego mieli rację, to nie tylko poszczególne państwa ale także miasta powinny ograniczać handel między sobą, nakładając cła i tym podobne obciążenia. Więcej, każdy konsument powinien zrezygnować z kupowania produktów od innych i wszystkie potrzebne dobra produkować sam. Czyli samemu uprawiać rolę i hodować bydło, wybudować samemu dom, szyć wszystkie ubrania, każde narzędzie zrobić samemu, nawet samochód czy traktor zbudować od zera własnymi rękami. Czy opłacałoby się to bardziej niż wykonywać pracę którą potrafi, a następnie potrzebne produkty zakupić od innych? Oj chyba nie bardzo . Skąd więc ciągle obecne poglądy że protekcjonizm jest dobry a wolny handel to samo zuo i straszenie importem? Ano stąd, że państwo notując coraz wyższe wydatki rządowe, zaczyna je pokrywać zwiększając podaż pieniądza, waluta się osłabia, spada import, który jest jeszcze dodatkowo osłabiany poprzez cła, dzięki czemu zachowane zostają miejsca pracy i wydaje się że gospodarka jest w dobrej kondycji. Ale jest to zachowanie mniej wydajnych miejsc pracy, kosztem powstawania tych bardziej wydajnych oraz kosztem zubożenia społeczeństwa (za godzinę pracy można kupić mniej). W dodatku takie ekonomiczne „czary mary” z osłabieniem waluty i importu jest zwykłym „zamieceniem pod dywan” problemów z deficytem w budżecie i ciągle rosnącymi wydatkami publicznymi. To nic innego jak odkładanie nieuniknionej recesji w czasie, która im dłużej będzie odkładana, z tym większą siłą uderzy. Ale to już nie jest problem obecnie rządzącej partii, tylko przyszłych rządów, taka sztuka demokracji. A co tymi oszczędnościami? Ok, postęp technologiczny, tańsze dobra z zagranicy, obniżanie się kosztów produkcji, to wszystko daje nowe oszczędności. Są środki na nowe inwestycje, więc produkcja wre, miejsca pracy powstają, płace realne idą w górę bo z jednej strony rośnie krańcowa wydajność pracy a z drugiej przyrost podaży dóbr obniża ich ceny, rośnie dobrobyt i supcio. Ale czy oszczędności tak po prostu nie mogą sobie leżeć nieruszone, i czy aby na pewno będą inwestowane, zamiast kisić się bezczynnie na kontach i lokatach? W zasadzie to w tej sprawie wszystko już omówiłem w tekście „Co widać i czego nie widać”. Za prawdę powiadam Ci, że gdyby oszczędności nie pracowały to żaden bank nie płaciłby Ci od nich odsetek, w końcu bank to nie instytucja charytatywna, która płaci Ci za to tylko, że trzymasz w nim forsę. Bank te środki, przeznacza na kredytowanie, a więc owszem środki są inwestowane. Kredytobiorca biorąc na siebie ryzyko podejmuje inwestycję, a pożyczkę spłaca bankowi. Ponieważ oprocentowanie kredytów jest wyższe niż depozytów, bank zarabia na tej różnicy (czyli na tzw., marży), częścią tego zysku podzieli się Tobą w postaci odsetek od twoich oszczędności. Dostajesz dużo mniej, bo w końcu nie podjąłeś ryzyka jak kredytobiorca, ani bank który musi prawidłowo oceniać czy pożyczkobiorca będzie w stanie spłacić zobowiązanie. Ale oszczędności = inwestycje, nie tylko ze względu na politykę bankową, w końcu oszczędności można trzymać gdzieś indziej. Jednak wtedy również wzrost oszczędności pobudza inwestycje. Wzrost oszczędności prowadzi do obniżenie się preferencji czasowej (miary tego, w jakim stopniu aktualna satysfakcja jest bardziej pożądana od takiej samej satysfakcji w przyszłości), a to obniża stopy procentowe, czyli kredyty stają się tańsze. Do tego jako że oszczędzanie to nic innego jak odłożenie konsumpcji w czasie, przedsiębiorcy otrzymują sygnał że społeczeństwo zdecydowało się zmniejszyć konsumpcję i więcej oszczędzać. Postanawiają więc (przedsiębiorcy) zmniejszyć inwestycje w dobra konsumpcyjne a zwiększyć w dobra kapitałowe, inwestycje bardziej długofalowe, co pozwoli rozszerzyć produkcję. I oczywiście taka sytuacja jest korzystna, na tym właśnie polega rozwój, część kapitału zostaje odłożona i zainwestowana. Nie należy tego mylić z sytuację kiedy stopy procentowe spadły tylko na skutek zwiększenia podaży pieniądza przez bank centralny, a nie przez obniżenie się preferencji czasowej i wzrost oszczędności. Wówczas wiele inwestycji długoterminowych okazuje się być nietrafiona, a nadmiar inwestycji w sektor dóbr kapitałowych tworzy bańki spekulacyjne, co nieuchronnie doprowadzi do kryzysu finansowego. Więcej na ten temat mówi austriacka teoria cyklu koniunkturalnego. Płaca minimalna, socjal, „darmowa” służba zdrowia i edukacja – nie łykamy kitów Naczelnym argumentem za państwem „opiekuńczych” jest rzekome „pomaganie” biedniejszym, wyrównywanie nierówności społecznych i zapewnienie dostępu do darmowej edukacji i służby zdrowia. Zacznę od płacy minimalnej, za który chyba najczęściej się „krzyżuje” wolnorynkowców. Podobno ten „cudowny” wynalazek ma chronić zwykłych pracowników przed wyzyskiem bogatych biznesmenów. Przede wszystkim to ja nie wiem o jaki „wyzysk” chodzi? Takie poglądy jak „kapitaliści wyzyskują klasę robotniczą” to już obalał Eugen von Böhm-Bawerk dobre 150 lat temu. Przedsiębiorca oferuje pracę, którą można podjąć dobrowolnie, pracownik jednocześnie nie musi martwić się ryzkiem rynkowym, które bierze na siebie pracodawca, dzięki temu zarabia mniej ale bezpiecznej. Jest to prosta wymiana rynkowa. Przedsiębiorca przede wszystkim służy konsumentom, którzy mogą korzystać z dóbr i usług, nie musząc ich samemu tworzyć, to wspominany przeze mnie wcześniej podział pracy. Przedsiębiorca wzbogaca się wtedy i tylko wtedy jeśli w coraz większym stopniu przyczynia się do zaspakajania potrzeb społeczeństwa. Im więcej przedsiębiorczości tym lepiej dla wszystkich, rozszerzenie produkcji sprawia że mamy coraz większy i łatwiejszy dostęp do nowych dóbr na rynku. Im większa ich podaż, tym niższe ich ceny, a więc płace realne rosną. Rosną także dlatego że rośnie krańcowa produktywność pracy (krańcowa, czyli produktywność najmniej wydajnych pracowników), np. przez rozwój nowszych technologii, to co już kiedyś pisałem, pracownik piszący na komputerze jest znacznie wydajniejszy, niż kiedy pisze na maszynie do pisania. Co jest istotne, to jest to, że wyzysk nie jest opłacalny, dlatego niewolnictwo zawsze, wszędzie upadało. Człowiek z dostępem do maszyn, urządzeń, zyskuje znacznie więcej niż mając na usługi grupę niewolników, bo maszyny pracują przecież znacznie wydajniej niż ludzie. Więc pracownik raz że nie jest niewolnikiem, bo pracuje dobrowolnie, a dwa jego płaca realna na wolnym rynku rośnie, bo sam pracodawca jest zainteresowany w inwestowanie w jego produktywność, od tego zależy jego (pracodawcy) zysk. Ciągle postępująca produkcja zwiększa podaż dóbr, więc ceny spadają, co także sprawie że realne płace ciągle rosną. A co się dzieje gdy wprowadzamy płacę minimalną? Osoby o najmniejszych kwalifikacjach nie znajdują zatrudnienia, pracodawcy „wyceniają” ich pracę niżej niż każe ustawa i tak powstaje bezrobocie. Przypomnę krzywą popytu i podaży: W tym wypadku ceną jest płaca (cena pracy), podażą liczba osób, które chcą w danym okresie pracować za określoną stawkę płacy, a popytem zapotrzebowanie na pracę zgłaszane przez pracodawców. Wystarczy że rząd ustanowi płacę minimalną powyżej płacy rynkowej (ceny równowagi) tworzy się nadpodaż pracy, czyli nadpodaż osób chętnych do podjęcia pracy w danej branży za daną płacę, to są właśnie bezrobotni. Do tego weźmy pod uwagę klin podatkowy, żeby pracodawca mógł zatrudnić pracownika na etat za płacę minimalną 1750 zł brutto, musi wydać na niego 2112,95 zł, pracownik dostanie do ręki 1286,16 zł odjąć podatki pośrednie, resztę zakosi państwo. Że już nie wspomnę o tym, że ciągłe zwiększanie przez państwo podaży pieniądza, zwiększa inflację, ceny rosną, płace realne spadają, tak państwo „dba” o płace pracowników. Co do pomocy społecznej, służby zdrowia, edukacji. Przede wszystkim zwróćmy uwagę na koszty utrzymania państwa: http://tomaszcukiernik.pl/o-mnie/wyjasnienie-licznika/ W 2008 r. przeciętny Polak płacił na utrzymanie państwa 1200 zł miesięcznie W 2009 było to już 1300 zł W 2010 - 1400 zł W 2011 - 1500 zł W 2012 - 1600 zł To dane dotyczące wszystkich Polaków (bezrobotnych, dzieci itd. też) A Polaka pracującego państwo kosztowało: W 2008 - 2750 zł (miesięcznie) W 2009 - 2950 zł W 2010 - 3200 zł W 2011 - 3590 zł W 2012 - 3770 zł Gdyby nie było wydatków publicznych, w 2012 r. każdy pracujący Polak byłby bogatszy średnio o prawie 3800 zł miesięcznie (wyższe zarobki i niższe ceny)! To tak jakby pracownik zarabiający średnią krajową, czyli ponad 2600 zł netto, zarabiał 6400 zł miesięcznie. Czy takie dodatkowe środki wystarczyłyby na prywatne ubezpieczenie zdrowotne, prywatną edukację dla dzieci, ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków czy np. od bezrobocia i na odkładanie czegoś na starość oceńcie sami. Co do osób potrzebujących, przede wszystkim byłoby ich mniej, wielu bezrobotnych znalazłoby pracę itd. Natomiast środków na pomoc byłoby więcej, bo ludzie więcej by zarabiali. Więcej pieniędzy to większa pomoc chociażby od własnej rodziny. Pomoc charytatywna mocno by się rozwinęła, co już było na przełomie XIX i XX wieku. Przypomnę tylko, że jeszcze 100 lat temu, w Wielkiej Brytanii, USA czy Australii, dzięki działaniu tzw. stowarzyszeń braterskich, dzienna płaca mogła wystarczyć na ubezpieczenie zdrowotne dla całej rodziny na cały rok. Państwo „opiekuńcze” też działa jako ubezpieczyciel, tyle że jest monopolistą, brak konkurencji oznacza że dąży do zwiększania kosztów przy niskiej jakości usług, do tego dokłada się fakt że państwowy monopolista, zysk czerpie z podatków, w ogóle nie zależy on od satysfakcji klientów, wszystko pieczętuje ustawa. Stąd kolejki do lekarzy, a pieniądze na pomoc społeczną czy emerytury idą w większym stopniu na budynki i pensje dla urzędników niż faktycznie uprawnionych i potrzebujących. Do tego państwo to taki ubezpieczyciel bez umowy, najpierw skasuje z kasy przez podatki, a potem „może” pomoże. Żeby coś dostać najpierw musisz zapłacić więcej, bo jeszcze trzeba opłacić pośrednika (urzędnika), a same koszty ściągalności podatków sprawiają że na każde pobrane 100 euro, potrzeba dodatkowego 2,45 euro. Krótka historia gospodarcza Szwecji Dla zwolenników „modelu skandynawskiego” krótka historia: Do połowy XIX wieku Szwecja była raczej biednym krajem. Daleko idące reformy wolnorynkowe w latach 60. XIX w. pozwoliły Szwecji na czerpanie korzyści z rozprzestrzeniającej się rewolucji przemysłowej. Pod koniec XIX wieku i na początku XX Szwecja widziała już, jak jej gospodarka dynamicznie się uprzemysławiała napędzana przez wielu szwedzkich wynalazców i przedsiębiorców. W tym czasie Szwedzi wprowadzili bowiem w życie nadzwyczajnie dużo nowych, innowacyjnych pomysłów, między innymi: dynamit Alfreda Nobla, łożyska wahliwe kulkowe Svena Wingquista (który wykorzystał to do stworzenia SKF); zawór słoneczny stworzony przez Gustava Dahléna (który dzięki temu stworzył firmę gazu przemysłowego — AGA); lodówkę absorbcyjną wynalezioną przez Baltazara von Platena (została potem użyta przez Electrolux). Ponadto, powstały niezliczone inne przedsiębiorstwa: wytwórcy samochodów — Volvo i Saab; firma telekomunikacyjna — Ericsson. W rzeczywistości, poza paroma wyjątkami, prawie wszystkie duże szwedzkie firmy rozpoczęły swoją działalność pod koniec XIX w. i na początku XX w. W 1932 r. socjaldemokraci doszli do władzy w obliczu wielkiego kryzysu. W rezultacie, podobnie jak FDR w Ameryce i Adolf Hitler w Niemczech, rozpoczęli poszerzanie władzy rządu nad gospodarką. Do 1932 r. wydatki rządowe w Szwecji były utrzymywane poniżej 10 proc. PKB, ale socjaldemokraci, pod przywództwem Pera Albina Hanssona, chcieli to zmienić i stworzyć ze Szwecji folkhem („dom ludu”) — termin, który szwedzcy socjaldemokraci zapożyczyli od włoskich faszystów. Nawet we wczesnych latach 50. XX w. Szwecja ciągle była jedną z najbardziej wolnorynkowych gospodarek na świecie, a wydatki rządowe w stosunku do PKB były niższe niż amerykańskie. Dopiero między 1950 a 1976 r. Szwecja doświadczyła rozrostu rządowych wydatków, które w stosunku do PKB wzrosły z 20 proc. w 1950 r. do ponad 50 proc. w 1975 r, co było bezprecedensowym wydarzeniem na tle świata w okresie pokoju. Praktycznie każdego roku podatki rosły, łącznie z powiększaniem się państwa opiekuńczego — nagłego wzrostu liczby publicznych urzędników i ciągle większego poziomu transferów budżetowych. Podczas 20 pierwszych lat nieustająca ekspansja rządu nie wywołała niekorzystnych skutków, Szwecja skorzystała na gwałtownym światowym wzroście, choć zaczęła spadać w porównaniach — wzrost wahał się na poziomie przeciętnej innych krajów. Zmieniło się to w latach 70., gdy Olof Palme z lewicowej Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej został premierem. Palme przyśpieszył socjalistyczne przemiany w Szwecji, nastąpił szybki wzrost regulacji szkodzących przedsiębiorstwom i gwałtowny wzrost podatku od płac. Wzrost tych podatków, razem ze wzrostem płac żądanym przez związki zawodowe, uczyniły szwedzkie przedsiębiorstwa wysoko niekonkurencyjnymi na światowych rynkach. Palme postanowił to rozwiązać poprzez dewaluację szwedzkiej korony. Wynikiem był nagły wzrost cen, który doprowadził do ponownych dewaluacji. Niezadowolenie społeczne, wywołane globalnym spowolnieniem, podwyżkami podatków, większą liczbą regulacji i rosnącą inflacją umożliwiło centroprawicy dojście do władzy w 1976 r., przerywając 44-letnie rządy socjaldemokratów. Centroprawicowe partie nie chciały jednak przeprowadzić bardziej radykalnych wolnorynkowych reform i sytuacja gospodarcza pogarszała się, wliczając w to cykl inflacji-dewaluacji. Natychmiast przeprowadzili 16-procentową dewaluację, która, jak deklarowali, miała być ostatnia. Każdy rząd zarzekał się tak przed każdą z poprzednich dewaluacji, wliczając w to 10-procentową dewaluację, którą centroprawicowy rząd przeprowadził rok wcześniej. Oczekiwania inflacyjne, a więc i związkowe żądania dotyczące płac, pozostawały bardzo wysokie. W 1985 r. rząd zdecydował się na deregulację kredytów bankowych. Podczas gdy ta reforma była niezbędna, aby poprawić alokację kapitału, to miała fatalne skutki uboczne. Po opodatkowaniu i uwzględnieniu inflacji, realne oprocentowanie było faktycznie ujemne. Spowodowało to ogromną ekspansję kredytową, która przyczyniła się do jeszcze poważniejszego wzrostu cen towarów konsumpcyjnych, a także wykreowała ogromna bańkę na rynku nieruchomości i giełdzie. Biorąc pod uwagę, iż kurs wymiany pozostawał stały, szwedzka konkurencyjność szybko została podkopana. Po tym jak Palme został zabity przez nieznanego zamachowca w lutym 1986 r., premierem został pragmatyczny Ingvar Carlsson. Zaniepokojony tym, że szwedzkie tempo wzrostu było relatywnie niskie, rząd Carlssona wdrożył szereg wolnorynkowych reform. Wśród nich pojawiło się zaprzestanie kontrolowania waluty w 1989 r. i reforma podatkowa, która znacznie zmniejszała marginalne stawki podatkowe (chociaż zmniejszyli liczbę ulg, łącznie z ulgami kredytowymi). Reformy te jednak nie uchroniły szwedzkiej gospodarki od kryzysu. Gdy gospodarka zaczęła znacznie zwalniać w 1990 r. po serii reform oszczędnościowych, inflacja cen dóbr konsumpcyjnych zwolniła. Dzięki połączeniu utrzymujących się wysokich stóp nominalnych, zmniejszonego opodatkowania zysków z kapitału (a z tym — obniżenie ulg kredytowych) i spadającej inflacji, realne stopy procentowe zaczęły rosnąć, a to pomogło w zakończeniu bańki spekulacyjnej na rynkach aktywów. Ponadto nastąpił nagły szok wywołany wahaniami cen ropy, gdy Saddam Husajn najechał Kuwejt, czemu towarzyszyło spowolnienie gospodarcze u kluczowych partnerów handlowych takich jak Stany Zjednoczone, Finlandia i Wielka Brytania. Rezultatem tego była recesja pod koniec 1990 roku. W końcu system stałych kursów wymiany upadł w listopadzie 1992 r. Dramatyczny wzrost stóp procentowych i głęboka recesja w tym samym czasie spowodowały ogromną liczbę nieściągalnych pożyczek, a to spowodowało, że prawie wszystkie ważne banki zbankrutowały (wyjątkiem był Handelsbanken, znany z ostrożności). Dopiero po tym, jak szwedzki rząd zobowiązał się do ratowania banków, niezależnie od potrzebnych pieniędzy, powszechne załamanie bankowe zostało zażegnane. Ostatecznie, szwedzka recesja była największą od czasów wielkiego kryzysu — PKB w 1993 r. było niższe o 5 proc. niż w 1990 r., zatrudnienie spadło o ponad 10 proc., a deficyt budżetowy wzrósł do ponad 10 proc. PKB. Szwecja spadła w światowym rankingu dochodu — pomiędzy 15. a 20. miejsce — i już swojej dawnej pozycji nie odzyskała. Po tym mocnym spowolnieniu gospodarczym Szwecja zaczęła radzić sobie o wiele lepiej — i to z wielu powodów. Spadek wartości korony pod koniec 1992 r. o 20 proc. był silnym bodźcem do zwiększenia eksportu, a wraz z mocno obniżonymi stopami procentowymi pomogło to w rozpoczęciu koniunkturalnego ożywienia pod koniec 1993 r. Co więcej, szereg wolnorynkowych reform wdrożonych przez Ingvara Carlssona i konserwatystę Carla Bildta (który był premierem od 1991 do 1994 r.) pomogły zwiększyć potencjał szwedzkiej gospodarki. Poza wspominanymi wcześniej obniżkami krańcowych stawek podatkowych i zniesionym systemem kontroli kursu waluty, zderegulowano pożyczki bankowe i znacząco obniżono inflację. Co więcej, sprywatyzowano kilka państwowych przedsiębiorstw i zniesiono regulacje w kilku kluczowych sektorach, w tym w handlu detalicznym, sektorze telekomunikacyjnym i przemyśle lotniczym. Dzięki tym zjawiskom oraz polepszającej się koniunkturze udało się zmniejszyć ogromne obciążenie, jakim były wydatki rządowe. Wszystko to pomogło Szwecji relatywnie polepszyć sytuację gospodarczą w odniesieniu do stagnacji w latach 70. i 80. i głębokiej recesji we wczesnych latach 90. To względne ozdrowienie zostało podchwycone przez socjaldemokratów i ich sympatyków ze Szwecji oraz spoza niej, którzy twierdzą, że to szwedzki model wysokich podatków i dużego państwa opiekuńczego doprowadził do tej sytuacji. Jednak w późniejszym okresie Szwecja ponownie skręciła w stronę socjaldemokracji, osłabiając potencjał swojej gospodarki. Do czasu aż w 2006 r. premierem został Fredrik Reinfeldt, wprowadzając szereg liberalnych reform: obniżono podatek od dochodów osobistych (w tym od najniższych dochodów ‒ z 30,7% do 17,1%), część podatku od wynagrodzeń obciążającego pracodawcę, podatek od dochodów przedsiębiorstw (z 28% do 26,3%), podatek od nieruchomości oraz zniesiono podatek od majątku (podatek spadkowy wycofano w 2005 r.). Dzięki rozsądnej polityce wydatkowej w latach 2006-2008 udało się wygospodarować całkiem pokaźną nadwyżkę budżetową, co z kolei przyczyniło się do zmniejszenia długu publicznego (rządowego) z 45,7% PKB w 2006 r. do 38,3% PKB w 2008 r. Dzięki temu Szwecji udało się przejść przez kryzys 2008 bez większego szwanku. Niestety ostatnimi czasy kraj ten ponownie skręcił na lewo. Więcej na temat pod linkami: http://mises.pl/blog/2014/01/14/karlsson-szwedzki-mit/ http://mises.pl/blog/2010/10/02/chrupczalski-nowe-oblicze-szwecji/
  16. Szwecja dla wielu jest prawdziwym kazusem powodzenia państwa opiekuńczego, a nawet więcej, tam rzekomo udał się socjalizm. Nie wyszło w ZSRR, NRD, czy Korei Północnej, a tam akurat socjalizm zadziałał. Problem w tym, że piewcy takich poglądów kompletnie nie wiedzą nic na temat ani historii ani gospodarki tego kraju. Tymczasem Szwecja do połowy XIX wieku była małym, biednym krajem. Dopiero wolnorynkowe reformy od lat 60-tych XIX wieku uczyniły z tego kraju prawdziwą potęgę gospodarczą, pozwalając czerpać garściami z postępującej rewolucji przemysłowej. Szwecja podążając drogą kapitalistyczną miała najwyższy na mieszkańca wzrost przychodów na świecie pomiędzy latami 1870 a 1950, w którym to czasie stała się jednym z najbogatszych krajów na świecie, ustępując jedynie takich potęgom jak Wielka Brytania, USA, Szwajcaria i Dania (swoją drogą również bardzo kapitalistyczne kraje). W tym okresie w Szwecji wprowadzono niezliczoną liczbę innowacji, dzięki pracy szwedzkich przedsiębiorców i wynalazców, jak np. dynamit Alfreda Nobla, łożyska wahliwe kulkowe Svena Wingquista (który wykorzystał to do stworzenia SKF); zawór słoneczny stworzony przez Gustava Dahléna (który dzięki temu stworzył firmę gazu przemysłowego — AGA); lodówkę absorbcyjną wynalezioną przez Baltazara von Platena (została potem użyta przez Electrolux). Znaczna większość dużych, liczących się firm, do dziś obecnych na rynku powstała właśnie w tamtym okresie. Ale jak w ogóle do tego wszystkiego doszło? Kluczową postacią okazuje się niejaki Johan August Gripenstedt, minister finansów, w latach 1856-1866. Był on wielkim zwolennikiem Frederica Bastiata, wybitnego francuskiego ekonomisty i liberała. Do kluczowych reform Gripenstedta, należały m. in. szereg deregulacji w gospodarce, reforma bankowości, obstająca za tworzeniem się prywatnych banków, aż do 1903 r. Bank Szwecji (bank centralny) nie miał nawet monopolu na emisję pieniądza oraz wprowadzenie wolnego handlu, w ramach Uchwały Wolnego Handlu z 1864. Szwecja stała się wtedy członkiem międzynarodowego systemu wolnego handlu, który powstał na wzór traktatu Cobden pomiędzy Wielką Brytanią a Francją w 1860 roku. Poluzował klauzule Ustawy Towarowej. Dokonano cięć akcyzy na ponad 200 artykułów. Ograniczenia zakupu gruntów również stały się mniej surowe. Kobiety mogły prowadzić działalność na równych prawach z mężczyznanami. Stopniowo usuwano ustawodawstwo, które ustanawiło limity w pewnych sektorach. Ustawodawstwo rządzące manufakturami stopniowo stało się nieużywanym. Choć ograniczenia co do produkcji surówki zostały zniesione już w 1835, to w 1846 całe ustawodawstwo górnicze poszło tą samą drogą. Gripenstedt pod wieloma względami został uosobieniem szwedzkiej deregulacji i liberalizacji w połowie XIX wieku. Wolność handlu, pisał w 1851 roku „jest jednym z warunków, na których spoczywa cały postęp ludzkości”. Zniesiono również obowiązkowe paszporty. Szwedzki skręt na lewo, teoretycznie zaczął się już w 1932 r. po dojściu do władzy socjaldemokratów, jednak do samego końca lat 50-tych Szwecja była jednym z najbardziej wolnorynkowych państw na świecie, mając wydatki rządowe mniejsze niż USA. Dlatego biorąc pod uwagę brak udziału w II wojnie światowej, tuż po wojnie kraj ten był absolutną potęgą na tle innych europejskich państw. Jednak w latach 1950-76 nastąpił już znaczny rozrost państwa opiekuńczego, ogromny wzrost wydatków rządowych, co za tym idzie podatków oraz inflacji. Wywołało to powszechne niezadowolenia społeczne, na skutek powiększającej się biedy, do władzy doszła więc w 1976 r. centroprawica. Jednak nowo wybrana władza nie zdobyła się na niezbędne reformy gospodarcze, mało tego polityka taniego pieniądza (osłabianie szwedzkiej korony) była kontynuowana, nakręcając inflację (bardzo mocno wzrosły wówczas ceny dóbr konsumpcyjnych) oraz ogromną bańkę na rynku nieruchomości. Lata 70-te i 80-te dla Szwecji to była praktycznie stagnacja gospodarcza. Dopiero wolnorynkowe reformy dokonane przez Ingvara Carlssona (premiera Szwecji w latach 1986-1990) i Carla Bildta (premiera w latach 1991-1994) przywróciły porządek. Nie był to jednak łatwy do rządzenia okres. W 1992 r. w końcu doszło do pęknięcia bańki spekulacyjnej nakręcanej latami przez ekspansje monetarną i kredytową. Skończyło się to największym kryzysem w Szwecji od czasu wielkiego kryzysu z 1929 r., był to tzw. kryzys bankowy, prawie wszystkie banki stanęły na granicy bankructwa, wzrosło bezrobocie i deficyt budżetowy. Jednak takie reformy jak zmniejszenie krańcowych stawek podatkowych, zniesienie systemu kontroli kursu waluty, zderegulowanie pożyczek bankowych, deregulacje w prawie gospodarczym, sprywatyzowanie kilku dużych państwowych przedsiębiorstw, a przede wszystkim radykalne obniżenie wydatków rządowych i inflacji, pozwoliły nie tylko na wyjście z kryzysu. Szwecja w latach 90-tych radziła sobie lepiej niż w latach 70-tych i 80-tych. I tak właśnie narodził się mit rzekomego powodzenia państwa opiekuńczego, chociaż to częściowe odejście od tego systemu przyniosło wiele pozytywnych skutków. Co ciekawe wolnorynkowy zryw w Szwecji ponownie wystąpił stosunkowo niedawno. Po ponownych rządach socjaldemokratów w latach 1996-2006, w roku 2006 premierem został niejaki Fredrik Reinfeldt. Kolejny polityk przystępujący do demontaży państwa opiekuńczego z pozytywnymi rezultatami. Za jego rządów (lata 2006-2014) obniżono podatek od dochodów osobistych (w tym od najniższych dochodów ‒ z 30,7% do 17,1%), część podatku od wynagrodzeń obciążającego pracodawcę, podatek od dochodów przedsiębiorstw (z 28% do 26,3%), podatek od nieruchomości oraz zniesiono podatek od majątku (podatek spadkowy wycofano w 2005 r.). Dzięki rozsądnej polityce wydatkowej w latach 2006-2008 udało się wygospodarować całkiem pokaźną nadwyżkę budżetową, co z kolei przyczyniło się do zmniejszenia długu publicznego z 45,7% PKB w 2006 r. do 38,3% PKB w 2008 r. Dzięki temu Szwecja była jednym z nielicznych krajów, które przeszły bez szwanku kryzys z 2008 r. Co jest zabawne w tym czasie, w polskim internecie, jak tylko ktoś zanegował socjalizm i państwo opiekuńcze zaraz odezwał się jakiś lewicowiec, że w Szwecji to mają socjalizm i wszystko działa, nawet nie wiedząc kto jest tam premierem i jaką prowadzi politykę. Kraj, w którym nie ma podatku od majątku, podatku od spadku i darowizn, ustawowej płacy minimalnej, gdzie firmy płacą ZUS tylko jeśli mają przychód, a cała papierologia związana z prowadzeniem działalności to wypełnianie kartki A4 raz na kwartał, gdzie małe firmy nie płacą VAT-u jest "socjalistyczny" i już. Nie wolno z tym dyskutować, tam "socjalizm działa" i nie ma rozmowy. Niestety szwedzkie społeczeństwo po latach indoktrynacji dokonywanej przez lewicę jest już tak ogłupiałe że zamiast docenić Reinfeldta, który uzdrowił gospodarkę poddało go wali krytyki. Obniżanie podatków było "niesprawiedliwe", no jak tak można. W wyborach 2014 partie prześcigały się tym, która zaoferuje wyższe podatki . No i wygrała Szwedzka Socjaldemokratyczna Partia Robotnicza, bawimy się ponownie. Jak dodać do tego powszechne poparcie dla multi-kulti z tego kraju raczej za wiele dobrego już nie będzie.
  17. Zanim na dobre zacznę swój wywód na temat ekonomii zadam Ci proste pytanie. Co byś powiedział/a gdyby ktoś powiedział Ci że 2+2=5? Pewnie pomyślał/a byś że ten człowiek żartuje albo jest kompletnym debilem, który nie skończył nawet podstawówki. Albo inaczej, oglądasz telewizję a tam mówią Ci że od dziś 2+2 to nie 4 tylko 5? Pewnie w pierwszej chwili pomyślałbyś że dziś Prima Aprilis albo żart z jakiegoś innego powodu. Pytanie zatem skąd aż taką oczywistością jest że 2+2=4 i nie ma bata że jest inaczej? Otóż dlatego że matematyka jest nauką aprioryczną a nie empiryczną. A więc wyniku działania 2+2 nie można empirycznie podważyć jak jest w przypadku nauk przyrodniczych jak biologia, chemia czy fizyka. Nie ma czegoś takiego, że ktoś zrobił eksperyment z którego wyszło że 2+2 nagle stało się 5. Prawa matematyczne są aprioryczne, czyli takie których ważność można stwierdzić niezależnie od wyników późniejszych doświadczeń, od „a priori – łac. „z góry”, „uprzedzając fakty”, „z założenia”. Ktoś jednak mógłby uznać że to tylko kwestia semantyki, jednak to że twierdzenia matematyczne oddają autentyczny obraz rzeczywistości można zobrazować prostym przykładem: Siedzą sobie dwa gołębie na dachu, po chwili przylatują kolejne dwa, czy istnieje jakakolwiek możliwość że (przy założeniu że poza przyfrunięciem gołębi nic innego się nie wydarzy) teraz na dachu nie siedzą cztery gołębie? Odpowiedź jest oczywista i brzmi nie, nie ma takiej możliwości. Czy jeśli to wydarzenie zdarzy się tysiąc razy musimy oglądać to za każdym razem? Nie, za każdym razem będzie to samo i już teraz wiemy że z dwóch gołębi na dachu zrobi się cztery. Do czego zmierzam? Do tego że matematyka to nie jedyna z nauk apriorycznych, do nich należą także logika oraz prakseologia. I właśnie nad tym drugim pojęciem mam zamiar głównie pochylić się w tym felietonie. Prakseologia jest dedukcyjną dziedziną badań naukowych dotyczących wszelkiego celowego ludzkiego działania. I to właśnie na prakseologii opiera się metodologia Austriackiej Szkoły Ekonomii, koncepcję tę jako pierwszy rozwinął wybitny austriacki ekonomista Ludwig von Mises w swoim legendarnym dziele „Ludzkie Działanie”, gdzie przedstawił ekonomię jako dziedzinę prakseologii, czyli de facto uznał ekonomię za naukę aprioryczną. Zanim przejdę do tego, dlaczego ekonomia jest nauką aprioryczną i jakie są te aprioryczne założenia ekonomiczne dodam skąd w ogóle pomysł na ten artykuł. Otóż jako propagator wolnego rynku i ASE często spotykam się z zarzutami, jakobym proponował coś nierealnego i szkodliwego. Kiedy odwołuję się do praw ekonomii, nierzadko słyszę mało merytoryczne „argumenty” typu „naczytałeś się Korwina i gadasz głupoty”, bardzo często spotykam się też z „argumentami” sprzecznymi jak np. „czegoś takiego nigdzie nie było na świecie, to utopia” i „takie coś już było w XIX wieku i było złe” albo „jesteś zapewne gimbusem, dorośniesz i pójdziesz pracować u prywaciarza za 5 zł/h to Cię wyleczy” i „mówisz tak bo pewnie jest bogaty i nie znasz życia”, oczywiście pada też mityczny „model skandynawski” i argumenty typu „są bogaci bo mają wysokie podatki i wysoki socjal”. Wiadomo przecież że ich kapitalistyczna historia gospodarcza nie ma żadnego znaczenia, ani złoża surowców, ani to że nadal mają stosunkowo dużą swobodę działalności gospodarczej (zwłaszcza w porównaniu z Polską). Są bogate dzięki, a nie pomimo podatków, a socjal mają wysoki nie dlatego że ich stać, tylko są bogate dzięki wysokiemu socjalowi. Tak jak Pan Józek nie wydaje dużo kasy na cele charytatywne bo dużo zarabia, tylko dużo zarabia, ponieważ wydaje dużo na cele charytatywne, logiczne prawda? . A to że te kraje obecnie rozwijają się wolniej niż w czasach gospodarki rynkowej to przecież taki nieistotny szczególik . Wyobraźmy sobie że w miejsce dyskusji o ekonomii wstawiamy dyskusję o matematyce. Wtedy moje dyskusje wyglądały mnie więcej tak: Ja: 2+2=4 Rozmówca: Nieprawda, bo np. w Szwecji 2+2=5 Ja: Co za bzdura, wyniki działań matematycznych wszędzie są takie same Rozmówca: Byłem w Szwecji i widziałem że 2+2=5 Ja: Nie uwzględniłeś w równaniu jednego elementu, 2+2+1=5, ale 2+2 to nadal 4 Rozmówca: Naczytałeś się Korwina i opowiadasz pierdoły Ja: Czy jak siedzą dwa gołębie na dachu i przyfruną kolejne dwa to będzie ich cztery czy pięć? Rozmówca: Pójdziesz pracować do prywaciarza 5 zł za godzinę to przestaniesz gadać głupoty Prawda że brzmi zabawnie? Ale wystarczy już tego śmieszkowania, przejdźmy zatem do konkretów. Aprioryczne założenia w ekonomii Na wstępnie dla porządku przypomnę że aprioryczną dziedziną nauki jest także logika. I tak na przykład logicznym i apriorycznym stwierdzeniem będzie zdanie: „Przedmiot, który jest całkowicie czerwony, nie jest całkowicie zielony.”, albo: ”Jeśli Polska znajduje się w Europie, to Polacy są Europejczykami”. Proste prawda? Ten drugi przykład przy okazji wprowadza kolejne ważne pojęcie, którym jest logiczna implikacja, czyli krótko mówiąc relacja pomiędzy teoriami, sytuacja, kiedy coś wynika z czegoś. I tak w tym przypadku, skoro Polska leży w Europie, to urodzeni w Polsce są również urodzonymi w Europie, są Polakami są więc i Europejczykami. Wprowadziłem to pojęcie w tym miejscu nie bez powodu. A powodem jest dokładniejszą przedstawienie czym jest prakseologia, czyli nauka o celowym ludzkim działaniu i czym odróżnia się od psychologii. Otóż psychologia zajmuje się teoriami wyjaśniającymi, dlaczego ludzie wybierają określone cele, lub jak ludzie będą działać w danych okolicznościach. Prakseologia natomiast zajmuje się logicznymi implikacjami faktu, że ludzie mają określone cele oraz że działają, żeby je osiągnąć. Przedmiotem prakseologii jest ludzkie działanie, a nie zdarzenia psychologiczne, które prowadzą do działania. Przedmiotem psychologii są wewnętrzne procesy, które powodują lub mogą powodować określone działanie. Przedmiotem prakseologii jest działanie jako takie. Z powodu tej różnicy, może być całkowicie odpowiednim dla psychologów stosować eksperymentalne testowanie hipotez (czyli badanie empiryczne), ale kompletnie błędnym jest dla ekonomistów kopiowanie tychże metod. Jak pisze Mises w „Ludzkim Działaniu”: „Zarówno morderca, którego do zbrodni popycha podświadomy impuls (id), jak i neurotyk, którego nienormalne zachowanie wydaje się niewprawnemu obserwatorowi po prostu bezsensowne, działają. Obaj, tak jak wszyscy, realizują pewne cele. Dzięki psychoanalizie wiemy, że zachowania neurotyków i psychopatów również mają pewien sens, że oni też w swych działaniach zmierzają do określonych celów, chociaż – uważając siebie za normalnych i zdrowych – oceniamy, że w wyborze swoich celów kierowali się bezsensownym rozumowaniem, a dobierane przez nich metody osiągania tych celów są sprzeczne z zamierzeniami. Określenie „nieświadomy” w prakseologii oraz terminy „podświadomy” i „nieświadomy” w psychoanalizie należą do dwóch różnych systemów myślenia i obszarów badań. Prakseologia zawdzięcza psychoanalizie nie mniej niż inne nauki. Tym ważniejsze jest więc, by pamiętać o granicy dzielącej prakseologię od psychoanalizy.” OK, skoro wiemy już czym prakseologia odróżnia się od psychologii i to że jest nauką aprioryczną, a ekonomia powinna być taktowana jako dziedzina prakseologii przejdźmy do tym samym do przykładów apriorycznych założeń w ekonomii: 1. Działanie ludzkie polega na celowym dążeniu do osiągnięcia pożądanych celów za pomocą ograniczonych środków. Nikt nie może celowo nie działać. Czy człowiek może podjąć działanie które nie zmierza do żadnego celu? Nawet coś tak prozaicznego jak podrapanie się po nosie czemuś służy, w tym wypadku pozbyciu się uczucia swędzenia. Wszystko co robimy do czegoś zmierza, bez celu w ogóle nie podjęlibyśmy działania. Czasami mówimy o „bezcelowym” działaniu, ale to tylko potoczne określenie na działanie, które owszem zmierza do pewnego celu, ale uważamy że nie uda się go osiągnąć. A czy środki na drodze do celu są ograniczone? Cóż, być może jeśli ktoś mieszka w Raju ten problem go nie dotyczy, ale póki mówimy o człowieku żyjącym na planecie Ziemia, choćby był najbogatszym człowiekiem na świecie, jego zasoby i tym samym środki do działania będę ograniczone. 2. Każde działanie ma na celu poprawę subiektywnego stanu jednostki. Kluczowym jest tu słowo „subiektywnego”. Nawet masochista dążąc do bólu i upokorzenia robi to dlatego, że właśnie to daje mu satysfakcję i przyjemne doznania. 3. Większa ilość określonego dobra jest ceniona wyżej niż mniejsza ilość tego samego dobra. Gdyby piekarnia wystawiła dwa identyczne bochenki chleba za 4 zł, a obok jeden (taki sam jak dwa pozostałe) również za 4 zł, trudno oczekiwać żeby jakikolwiek klient wziął jeden bochenek zamiast dwóch. Jeśli by to zrobił (np. przez nieuwagę) wszyscy zgodnie uznalibyśmy że „przepłacił”, czyli wymienił mniejszą wartość (4 zł za które można dostać dwa bochenki) za większą wartość (jeden bochenek). Widać więc jak na dłoni, w jaki sposób ludzie oceniają wartość. 4. Ludzie wolą satysfakcję osiągniętą wcześniej od satysfakcji osiągniętej później. Gdyby było inaczej, oprocentowanie kredytów nie byłoby większe niż oprocentowanie depozytów, a bankowość nie mogłaby istnieć (brak możliwości zarobku na marży). Nie należy jednak próbować podważać tego faktu, tym że są ludzie którzy są skłonni oszczędzać i inwestować. W takim wypadku człowiek spodziewa się że to przyniesie mu większą satysfakcję w przyszłości i liczy się z koniecznością odmówienia sobie satysfakcji tu i teraz, ale gdyby to tylko było możliwe wolałby ją osiągnąć tak wcześnie jak to tylko jest osiągalne. Każdy wolałby osiągnąć zwrot z inwestycji po 2 miesiącach niż po 2 latach. Tu jednak pragnę zaznaczyć jedną ważną rzecz. Satysfakcja jest terminem ściśle subiektywnym, nie zawsze musi odnosić się do zarobku, ponieważ ludzie cenią różne wartości a nie tylko pieniądze. Stąd też Austriacy odrzucili koncepcję homo oeconomicus (prezentowaną przez klasycznych liberałów), czyli człowieka dążącego zawsze do maksymalizacji swoich zysków i dokonywania wyborów ze względu na wartość ekonomiczną. Zamiast tego ASE stawia na indywidualizm i subiektywizm metodologiczny. Człowiek w wymienionym przeze mnie przykładzie w pewnych rzadkich okolicznościach może woleć osiągnąć wynik finansowy później niż wcześniej, jeśli w danej sytuacji bardziej zależy mu na czymś innym, np. chce ukryć swój majątek. Nie zmienia to jednak faktu że swoją subiektywną satysfakcję chce osiągnąć możliwie jak najszybciej. 5. Produkcja musi poprzedzać konsumpcję. Raczej ciężko zużywać dobra, których jeszcze nikt nie wyprodukował. 6. To, co jest konsumowane obecnie, nie może być skonsumowane ponownie w przyszłości. Za dobrze by było 7. Jeśli cena jakiegoś dobra spadnie, to ludzie będą je kupować w takiej samej lub większej ilości niż dotychczas. Po obniżce cen towar zacznie schodzić lepiej albo i nie, ciężko aby teraz zaczął schodzić gorzej niż po wcześniejszej, wyższej cenie. 8. Ustalenie cen poniżej cen równowagi rynkowej spowoduje braki na rynku. Starsi czytelnicy za pewne pamiętają puste pułki w sklepach w PRL-u. 9. Bez prywatnej własności środków produkcji nie istnieją ceny środków produkcji, a jeśli nie istnieją ceny środków produkcji, to niemożliwy jest rachunek kosztów. I jak tu coś wycenić, jak wszystko jest wspólne, czyli niczyje? 10. Podatki stanowią przymusową daninę nałożoną na producentów i właścicieli bogactw i zmniejszają produkcję i ilość bogactw. Obecnie podatki płaci się w formie gotówkowej, jednak nie zmienia to faktu, że to de facto część kapitału zdeponowanego w walucie. Równie dobrze można by pobrać np. część zbiorów rolnikowi. 11. Konflikt interpersonalny jest możliwy wtedy i tylko wtedy, gdy dobra występują w niedostatku. Gdyby zasoby było nieograniczone nie byłoby o co rywalizować, każdy miałby 100% tego czego potrzebuje. Oczywiście to zdanie odnosi się tylko do ekonomii, a nie do konfliktów interpersonalnych z innych powodów niż rywalizacja o dobra. 12. Żadna rzecz nie może być wyłączną własnością więcej niż jednej osoby naraz. Wtedy mówilibyśmy o współwłasności, wyłączna własność może należeć tylko do jednej osoby. 13. Własność i tytuły własności mają różny status i zwiększenie liczby tytułów własności bez proporcjonalnego zwiększenia ogólnego stanu posiadania nie pomnaża bogactwa społeczeństwa, lecz prowadzi do redystrybucji istniejącego bogactwa. Jeśli ogólny poziom bogactwa nie wzrośnie to nie ma mowy o pomnażaniu, a jedynie o redystrybucji dotychczasowego poziomu bogactwa. I co z tego wszystkiego wynika? Dostrzegając tego typu logiczne implikacje wynikające z aksjomatu ludzkiego działania (tak wiem że to zdanie brzmi zajebiście ) jak w przykładach powyżej możemy spokojnie ustalić prawa ekonomii, zweryfikować które teorie ekonomiczne należy uznać za słuszne, a które odrzucić. Jeśli wiemy w jaki sposób ludzie podejmują działania, jak oceniają wartość itd. możemy zrozumieć takie kwestie jak: prawo popytu i podaży, wolna wymiana handlowa, rola pieniądza w gospodarce, pojęcie preferencji czasowej czy przewagi komparatywnej. Przykładowo są tacy „ekonomiści” którzy twierdzą że gospodarkę można rozruszać pobudzając konsumpcję, jednego takiego Pana nazwiskiem Keynes swego czasu traktowano przez wiele lat wręcz jak zbawiciela, piewcę najsłuszniejszych poglądów. A więc pobudzamy konsumpcję, wydrukujmy ludziom hajs albo podnieśmy płace ustawą (np. poprzez znaczną podwyżkę płacy minimalnej), ludzie zaczną więcej wydawać, sprzedawcy na tym zarobią, wszystko zacznie się „rozkręcać”, ale fajnie, nie? Otóż niefajnie. Jak już było wspominane produkcja musi poprzedzać konsumpcję. Same pobudzenie konsumpcji to nic innego jak większe zużycie bieżącego kapitału, bez zwiększenia produkcji nowe bogactwo nie powstanie. To tak jakby człowiek, zwykły Kowalski zwiększyłby wydatki na bieżącą konsumpcję, czy stałby się od tego bogatszy? Raczej ciężko zacząć mieć więcej pieniędzy, więcej wydając na konsumpcję, nie inwestycje. Natomiast gdyby wyhamował trochę z wydatkami i część zaoszczędzonych pieniędzy zainwestował, jak najbardziej stałby się bogatszy i wtedy dopiero, owszem mógłby zwiększyć wydatki na konsumpcję, byłoby go na to stać. I to jest meritum problemu, konsumpcja jest celem gospodarki, a nie środkiem do jej rozkręcania. Aby konsumpcja wzrosła, trzeba najpierw rozszerzyć produkcję, do tego potrzeba zaoszczędzonego kapitału przeznaczonego następnie na inwestycje. Zauważmy przy okazji, że dużo łatwiej jest zrozumieć sprawy ekonomiczne patrząc w skali mikro, a jakoś tak ciężko ludziom przekuć to w głowie na skalę makro. To samo tyczy się przewagi wolnego handlu nad protekcjonizmem. Wyobraźmy sobie człowieka, który postanowił szyć własne ubrania. Jednak po podliczeniu kosztów okazało się że to wytwarzanie ubrań na własną rękę wychodzi drożej niż kupowanie ich w sklepie. Co zatem powinien zrobić? Najbardziej racjonalną decyzją jest zaprzestanie szycia, kupowanie ubrań w sklepie, a czas przeznaczony na szycie przeznaczyć na coś bardziej opłacalnego. Dokładnie ten sam schemat działa w handlu międzynarodowym. Np. w jednym kraju źle stoi rolnictwo, za to są bardzo dobre warunki dla rozwoju przemysłu chemicznego. Opłaca się im zatem eksportować produkty chemiczne, a produkty rolne importować z kraju gdzie to rolnictwo jest bardziej opłacalne, proste prawda? Wymiana jest opłacalna dla obu stron. Teraz zatem przechodzimy do tematu dlaczego wolny rynek jest fajny. Otóż jest to nic innego jak system w którym nieustannie dokonuje się takich wolnych wymian, wartość za wartość. Mam dobro A, potrzebuję dobra B, ty masz dobro B, a potrzebujesz dobra A, więc dokonujemy wymiany i obydwoje jesteśmy happy. Tu ważna rzecz: takim dobrem może być wszystko, dobro materialne, usługa, także pieniądz czy praca. Zawsze są dwie strony: usługodawca i usługobiorca, pracodawca i pracobiorca (pracownik), sprzedawca i konsument, pożyczkodawca i pożyczkobiorca. Póki wymiana jest dobrowolna, prawo popytu i podaży oraz zjawisko konkurencji (a więc rywalizacja o ograniczone dobra) sprawiają że wszystko działa prawidłowo. Piekarz nie musi wydoić krowy żeby napić się mleka, może sprzedać chleb, a następnie zarobione pieniądze wydać na mleko (a rolnik może kupić chleb zamiast piec go samemu), każdy robi to co umie i dokonywać wymian z pozostałymi uczestnikami rynku, to tzw. podział pracy. Więcej zarabiają Ci, których działania w największym stopniu przyczyniają się do zaspakajania potrzeb społeczeństwa. Zysk kreuje motywację do działania, dzięki ryzyku straty rynek podlega procesowi samoregulacji, zyskują Ci, którzy „robią dobrze”, tracą Ci, którzy popełniają błędy, dzięki temu kapitał trafia tam gdzie trzeba, tam gdzie kierują go preferencje konsumentów. Wbrew temu co propagują marksiści, przedsiębiorcy to nie krwawi wyzyskiwacze, a inwestorzy, którzy dorabiają się na podjętym ryzyku, które opłaci się wtedy, gdy dany przedsiębiorca wprowadzi pożądane przez społeczeństwo dobra i usługi, to właśnie nie kto inny jak konsumenci rządzą na rynku. Pracownicy nie muszą przejmować się ryzykiem (te na siebie bierze pracodawca) dlatego ich wynagrodzenie jest mniejsze, wynoszące tyle ile wynosi wartość ich pracy. Warunkują ją krańcowa produktywność pracy oraz gra popytu i podaży na rynku pracy. Jeśli idzie o produktywność, pojęcie to można bardzo łatwo wytłumaczyć prostym przykładem: mamy dwóch pracowników, jeden pracuje na staromodnej maszynie do pisania, drugi na komputerze dobrej jakości z bardzo nowoczesnym oprogramowaniem. Który będzie bardziej produktywny? Odpowiedź jest chyba aż zbyt oczywista. I tego nie potrafią zrozumieć przeciwnicy kapitalizmu. Wraz z rozwojem gospodarczym, rosną i dochody wszystkich obywateli, obniżanie się kosztów produkcji, nowe budynki, technologie, edukacja, szkolenia zwiększają produktywność pracy, a tym samym płace. Do tego im więcej dóbr na rynku, tym łatwiejszy do nich dostęp, kiedyś telefon komórkowy był luksusem, teraz mają je nawet 7-latki. W ten sposób również społeczeństwo się wzbogaca. I to jest też bardzo ważne, ludzie są tyleż zamożni ileż wynoszą ich płace realne, a nie nominalne. Bo nominalnie możesz zarabiać i milion złotych, ale jak chleb będzie kosztował 100 tys. to za pensję możesz kupić co najwyżej 10 bochenków. Tak naprawdę liczy się to ile możesz kupić za np. godzinę swojej pracy, to jest realna wysokość dochodu. Jeśli idzie o popyt i podaż na rynku pracy, tu sprawa jest prosta. Większe bezrobocie = nadwyżce pracobiorców czyli niższe płace, mniejsze = nadwyżce pracodawców = wyższe prace. Poza pracownikami i przedsiębiorcami, na rynku są jeszcze inwestorzy nie prowadzący działalności gospodarczej, jak np. inwestujący na giełdzie. To nie są ludzie, którzy jak to mówią złośliwi, zarabiają na przelewaniu pieniędzy z konta na konto zamiast „normalnie” pracować ale ludzie którzy podejmują decyzje inwestycyjne, decydują gdzie ulokować kapitał. Jeśli ich decyzje są słuszne (kapitał przenosi się z branży nierentownych do rentownych) i korzystne dla gospodarki osiągają zyski, błędne decyzje przynoszą im straty, tu również działa mechanizm motywacji ekonomicznej i mechanizmy samoregulacji (rynek „oczyszcza się” z błędnych posunięć, premiuje natomiast te właściwe). Oczywiście są również inne rodzaje inwestycji, np. w nieruchomości, tu również działają podobne zasady. Dlaczego interwencja państwa w gospodarkę szkodzi? 1. Kłania się przewaga rentowności sektora prywatnego i publicznego Zysk właściciela prywatnej działalności zależy od preferencji konsumentów, a wszelkie koszty pokrywa z własnej kieszeni. Więc dąży do tworzenia jak najlepszych i jak najtańszych produktów (czując na plecach oddech konkurencji) i obniżania kosztów produkcji. Tymczasem urzędnicy państwowi mają te problemy z bańki, pensje przypieczętowane ustawą, a wszelkie koszty pokryją pieniądze podatników. 2. Monopol państwowy to największe zło w gospodarce Na rynku prywatnym może rozwinąć się monopol tylko i wyłącznie w sytuacji totalnego „zakasowania” konkurencji, czyli zaoferowania najlepszych i najtańszych towarów, czy usług lub odkrycie nowego surowca, tudzież opracowanie nowej technologii. To samo w sobie nie jest takie złe dla konsumentów, ba może nawet być bardzo korzystne. I tak np. Standard Oil, giga potentat naftowy, firma założona przez samego Johna D. Rockefellera pod koniec XIX wieku totalnie zdominowała rynek amerykański (95% rynku). Jednak to właśnie dzięki tej firmie ludzie zyskali dostęp do nowego i niedrogiego oświetlenia, jakimi były lampy naftowe. Warto też zauważyć, że takie monopole na rynku prywatnym nie utrzymują się zbyt długo, ponieważ konkurencja nie śpi. I tak wraz z wynalezieniem żarówki przez Thomasa Edisona, lampy naftowe zostały momentalnie wyparte z rynku (Rockefeller nadal zarabiał na ropie naftowej ale musiał całkowicie zmienić model biznesowy przerzucając się na właśnie rozwijający się rynek motoryzacji). Jak historia długa i szeroka wielkie firmy prędzej czy później zostawały wypierane przez mniejsze firmy, których było po prostu więcej, no i technologia idzie ciągle naprzód, a preferencje konsumentów się zmieniają. Tymczasem jednak monopol państwowy odróżnia się tym, że jego zysk w ogóle nie zależy od preferencji konsumentów, konkurencję wycina się ustawami, zbankrutować też nie może nawet jak jest skrajnie nierentowny. 3. Państwowa interwencja kosztuje Pracownik pracuje, przedsiębiorca inwestuje, tymczasem urzędnik nie tworzy nowego bogactwa, generuje więc koszty. Jednak pensje urzędników to nie wszystko, potrzeba budynków dla instytucji publicznych, ton papierów, dokumentów. Kiedy prawo i podatki są skomplikowane (welcome to Poland) również i przedsiębiorca musi płacić za faktury, zatrudniać księgowych i płacić kary, które Urząd Skarbowy lubi rozdawać jak drogówka mandaty. Miliardy idą na samo utrzymanie państwa. Oczywiście zwolennicy wielkiego państwa mają rozwiązanie: podatki! Bogatsi zapłacą więcej no i na wszystko znajdzie się hajs. Abstrahując już od kwestii moralnych, bo podatek jest niczym innym jak przymusowym odbieraniem dochodów, a podatek progresywny to karanie ludzi, którzy efektywniej działają na rynku (kara za pracę, ryzyko podjętej inwestycji itd.) kłania się czysta kalkulacja ekonomiczna. Raz: krzywa Laffera, wzrost podatków motywuje do ich unikania, więc niekoniecznie wpływy do budżetu wzrosną, przykładowo w Polsce podwyżka akcyzy od wyrobów tytoniowych i spirytusowych w 2014 r. zmniejszyła wpływy do budżetu, a obniżka CIT z 27% do 19% za rządów SLD zwiększyła wpływy z tytułu tego podatku. Dwa: krzywa zysku i ryzyka. Im większe ryzyko tym większy potencjalny zysk. Jednak w sytuacji kiedy znaczną część zysku trzeba oddać państwu, nie opłaca się już podejmować ryzyka i inwestować w tej branży, w której obowiązuje ten podatek. Do tego obojętnie czy podatek wynosi 1% czy 75% koszty ściągalności są równie duże. A więc podsumowując podatek progresywny: wyhamowuje inwestycje, przynosi nikłe wpływy do budżetu i jednocześnie generuje wysokie koszty ściągalności, trudno uznać to coś opłacalnego dla gospodarki i społeczeństwa. 4. Państwowa interwencja uderza w prawo popytu i podaży Jak widać z powyższego wykresu cenę dobra ustala gra popytu i podaży na rynku. W sytuacji kiedy rząd ingeruje w ten proces wszystko zaczyna się sypać. Prosty przykład: rząd ustala maksymalne ceny towarów (na szczęście we współczesnym świecie to już rzadkość), jeśli ceny zostaną ustalone poniżej ceny równowagi rynkowej, mamy zjawisko nadpopytu. Towary zostają szybko wykupywane, a producentom, którzy nie mogą legalnie podnieść cen przestaje się opłacać ich produkować. Mamy więc puste półki w sklepach i długie kolejki. Sytuacja znana z PRL-u i obecnie w Wenezueli, takie uroki socjalizmu. Teraz przykład nadpodaży. Rząd ustanawia płacę minimalną powyżej płacy rynkowej (płaca to nic innego jak cena pracy) i mamy nadpodaż siły roboczej (podaż pracowników większa niż popyt na pracę zgłaszany przez pracodawców), czyli nic innego jak bezrobocie. Tradycyjnie spodziewam się gromów, jak zawsze gdy poruszam ten temat . Jako maść na ból dupy podam że według danych Ministerstwa finansów z 2011 r. płacę minimalną zarabia 4% wszystkich zatrudnionych w Polsce, a więc 96% Polaków zarabia powyżej płacy minimalnej, tyle jeśli idzie o straszenie typu, „zniesiemy płacę minimalną to prywaciarz będzie płacił po 500 zł”. Ustawowej płacy minimalnej nie ma wciąż w niektórych krajach (Szwajcaria, Austria, Liechtenstein, Dania, Norwegia, Finlandia, Włochy) i jakoś takie cuda się nie dzieją, zarobki niezgorsze, wyższe niż w Polsce. Zamiast tego ustala się tam np. minimalne stawki na podstawie układów zbiorowych zawartych pomiędzy związkami zawodowymi a pracodawcami. Dzięki temu uwzględnia się daną branżę czy region zamieszkania, a płace minimalne są bliższe najniższym płacom rynkowym i nie tworzą bezrobocia w biedniejszych regionach i mniej płatnych zawodach (gdzie płace rynkowe są niższe, więc efekt naruszenia krzywej popytu i podaży jest znacznie bardzie widoczny). Pozostaje pytanie za 100 punktów, jak to jest że już 1286,16 zł płacy minimalnej do ręki uderza w wchodzących na rynek pracy (czyli tych których wartość płacy jest najniższa) i tworzy się bezrobocie? Otóż tu kłania się kolejne przekleństwo państwowej interwencji jakim jest znaczne zawyżanie kosztów pracy. W Polsce dzięki klinowi podatkowemu na pracownika który dostanie 1286,16 zł do ręki, pracodawca musi zapłacić 2112,95 zł. Państwo zabiera całe 826,79 zł? No coś ty! Państwo zabiera dużo więcej, są w końcu jeszcze podatki pośrednie: połowa ceny paliwa to VAT i akcyza, w papierosach jakieś 80%, wódce 65%, w wielu produktach jest VAT 23%, no i jeszcze dochodzi akcyza za wszelką energię, typu prąd czy gaz. Taka ciekawostka: Polacy są na 6 miejscu wśród cudzoziemców najczęściej zakładających firmy w takich krajach jak Wielka Brytania, Niemcy czy Holandia. Dlaczego polscy przedsiębiorcy wolą zakładać firmy zagranicą niż u nas? Może dlatego że w Anglii prowadząc działalność zapłacisz 60 zł ZUS-u (angielskiego odpowiednika of course) a w Polsce 1200 zł, w Niemczech za sprzedaż towaru o cenie 526,32 zł zapłacisz VAT 100 zł, a w Polsce 121,05 zł (swoją drogą to ciekawe że w Niemczech VAT wynosi 19% a u nas 23% ale różnica stawki VAT 4% oznacza już 21% różnicy VAT-u naliczonego, widać jeden z cudów Tuska). W Wielkiej Brytanii VAT zapłacisz jeśli firma ma roczny obrót co najmniej 472 795 zł, a w Polsce już 150 000 zł, ale nie martw się od 2016 r. to się u nas zmieni…. i będzie 50 000 zł Było pytanie za 100 punktów, to teraz pytanie za 1000 punktów. Czemu w niektórych krajach płaca minimalna jest wyższa a bezrobocie jednak niższe niż w Polsce? Ponieważ są to kraje znacznie bardziej rozwinięte, wyższa krańcowa produktywność pracy zwiększa płace rynkowe. Skoro płaca minimalna nie jest ustala wyżej niż płace rynkowe ogólna stopa bezrobocia szczególnie się nie zwiększa, nadal jednak tworzy bezrobocie w biedniejszych miastach i mniej opłacanych zawodach. W statystykach tego nie widać na pierwszy rzut oka, a policy mogą się pochwalić jak to ich ustawa „chroni” najbiedniejszych. 5. Kiedy państwo kontroluje pieniądz wszyscy mamy przesrane Rynek to wymiana towar za towar, jednak taka wymiana barterowa nie jest zbyt opłacalna. Potrzeba jakiegoś uniwersalnego towaru wymiany, który każdy chętnie by przyjął, taką właśnie rolę spełnia pieniądz w gospodarce. Czyli np. chcesz mieć buraki a masz ziemianki, nie musisz szukać kogoś kto ma buraki i jednocześnie potrzebuje ziemniaków, tylko możesz sprzedać swoje ziemniaki a za uzyskane pieniądze kupisz buraki. Różne towary na przestrzeni lat pełniły rolę takiego środka wymiany, za funkcję pieniądza robiły np. sól, zboże, czy krowy. Najlepsze jednak m. in. z powodu dużej wytrzymałości i łatwości przetopienia w tej roli okazywały się kruszce, ze wskazaniem na złoto. Dlatego też pierwsze nazwy walut pochodziły od jednostek wagi, np. funt od 1 funta złota. Ponieważ noszenie wszędzie ze sobą złota byłoby niewygodne, wymyślono więc pieniądz papierowy. Pierwsze banknoty i czeki to były po prostu kwity na daną ilość złota, które leżało zmagazynowane w pierwszych instytucjach działając na kształt dzisiejszych banków. I tu przechodzimy do meritum, w takim systemie bank nie można dodrukować pieniędzy, nie da się dodrukować złota, a drukowanie kwitu bez pokrycia w złocie jest nielegalnym fałszerstwem. Banki również działając jako normalne przedsiębiorstwa muszą także prowadzić racjonalną politykę kredytową, inaczej zbankrutują. W dzisiejszych czasach jednak to państwowy bank centralny ma monopol na emisję pieniądza fiducjarnego (pustego pieniądza już bez pokrycia w złocie) i jest pożyczkodawcą ostatniej instancji. Tak więc banki nie biorą odpowiedzialności za swoje działanie, o wszystkim decyduje bank centralny który decyduje o podaży pieniądza, a tym samym stopach procentowych. I to właśnie ekspansywna polityka monetarna (która umożliwia władzy pokrycie swoich wydatków) prowadzi do kryzysów finansowych. Ekspansja powoduje inflację (spadek wartości pieniądza, a tym samym oszczędności społeczeństwa), sztucznie zaniża stopy procentowe oraz tworzy bańki spekulacyjne co prowadzi do nagromadzenia nietrafionych inwestycji a w efekcie do recesji. Szerzej temat ujmuje tzw. austriacka teoria cyklu koniunkturalnego. Na zakończenie lista literatury która przyczyniła się do powstania tego felietonu: Ludwig von Mises „Ludzkie Działanie – traktat o ekonomii” Hans Hermann Hoppe „Demokracja – Bóg, który zawiódł” Henry Hazlitt „Ekonomia w jednej lekcji” Murray Rothbard „Złoto, banki ludzie – krótka historia pieniądza" oraz Internety: http://mises.pl/blog/2006/02/05/murphy-psychologia-a-prakseologia/ http://gazetapraca.pl/gazetapraca/1,90443,11056479,Minimalne_wynagrodzenie__im_wyzsza_pensja_minimalna.html http://polskabieda.com/?opcja=info&nr=0
  18. Co prawda jako libertarianin i Austriak (w sensie zwolennik Austriackiej Szkoły Ekonomii, nie Austriak z pochodzenia) popieram prakseologię jako metodologię badań ekonomicznych i uważam że nie można samą statystyką i badaniem historii udowodnić lub obalić ekonomiczną prawidłowość. Ale warto mimo wszystko spojrzeć jak to wygląda w praktyce, to dobry kontrargument na zarzuty typu „jesteś teoretykiem, a życie to real”. Pozwolę sobie więc dziś w celach czysto informacyjnych przekazać liczne, zebrane przeze mnie wraz z solidnymi źródłami przykłady powodzeń rozwiązań wolnorynkowych na przestrzeni wielu lat. „Propagandę” czas zacząć. Przykład pierwszy: XIX wiek – epoka zachodniego dobrobytu Zaczynam z grubej rury podając mocno kontrowersyjny przykład. Otóż po pierwsze ta epoka, którą się dziś straszy to epoka największego skoku cywilizacyjnego jaki wydział świat. Powstały w niej praktycznie wszystkie największe wynalazki znane człowiekowi: kuchenka gazowa, parowóz i kolej, szybowiec, gaśnica, rower, rewolwer, silnik spalinowy i elektryczny, soczewka, cement, aparat fotograficzny, zapałki, maszyna do pisania, karabin maszynowy, kosiarka, elektryczność, żarówka, mikrofon, czajnik, aspiryna, telefon, rentgen, samochód, samolot, czy radio. Po drugie na przykładach Wielkiej Brytanii i USA gdzie panował najbardziej „dziki kapitalizm” jaki ludzkość poznała, wbrew socjalistycznej propagandzie nastąpiło znaczne podniesienie się standardu życia wszystkich obywateli. Na początek taki suchy fakt, bardzo często pomijany w opinii publicznej: pierwsze związki zawodowe w Wielkiej Brytanii, powstałe przed działaniami Bismarca, Disraeliego czy Marksa popierały leseferyzm, jako że to był to system, na którym robotnicy zyskiwali jako pracownicy w postaci lepszych zarobków i poprawiających się warunków pracy oraz jako konsumenci w postaci dostępności tanich i coraz bardziej różnorodnych produktów do nabycia. [Źródło: Murray Rothbard, „O nową wolność. Manifest Libertariański”]. Nie wiedziałeś o tym? No patrz, a tak było przez cały wiek XVIII i większość wieku XIX. Ale idźmy dalej: W XIX wieku Wielka Brytania dzięki liberalizmowi gospodarczemu przeżywała niebywały rozwój: wzrost gospodarczy był szybki. Zdecydowanie wzrósł standard życia przeciętnego obywatela wraz z nim rosła liczba ludności. Wielka Brytania zaś rosła w siłę i znaczenie w otaczającym ją świecie. Wszystko to działo się przy zmniejszających się wydatkach rządowych liczonych udziałem w dochodzie narodowym: od blisko jednej czwartej dochodu narodowego na początku wieku dziewiętnastego do około jednej dziesiątej w jubileuszowym roku królowej Wiktorii, 1897, kiedy Wielka Brytania znalazła się u szczytu swej potęgi i chwały. Do eksplozji gospodarczej doprowadziła polityka silnego pieniądza, niskich podatków, wolnego handlu oraz minimalnego poziomu wydatków (wydatki publiczne brutto Wielkiej Brytanii jako procent PKB spadły z 27,1% w 1811 roku do 7,3% w 1891 roku) i regulacji rządowych przyniosła bogactwo i wzrost poziomu życia. Na przykład od 1832 roku w Anglii bez specjalnych zezwoleń wolno było zakładać firmy, a od 1844 roku wymagana była tylko rejestracja, przebiegająca w sposób automatyczny. Minister finansów William Gladstone zmniejszał systematycznie podatki od dochodu z początkowych 4% w 1861 roku do 1,7% w 1866 roku. Mimo zmniejszenia stopy podatkowej dochody państwa z podatków były zwykle większe (krzywa Laffera) niż się spodziewano. Pomimo trzech lat nieurodzaju w rolnictwie, cała gospodarka rosła na tyle szybko, że w 1864 roku uzyskano nadwyżkę dochodów o 3,7 miliona funtów, co pozwoliło na kolejną obniżkę stopy podatkowej w następnych latach. Ostatni rok Gladstone’a jako kanclerza skarbu w 1866 roku przyniósł nadwyżkę 2 milionów funtów, za rządów Gladstone, w ciągu pięciu lat osiągnięto nadwyżkę budżetową równą 17 milionów, pomimo obniżenia podatków o 12 milionów funtów. Tempo bogacenia się Brytyjczyków w XIX wieku było wysokie i wcześniej niespotykane: przeciętna stopa wzrostu w wysokości 2% rocznie, utrzymywana w Wielkiej Brytanii od 1780 do 1914 roku uczyniła z tego małego kraju światowe mocarstwo. W ślad za rozwojem gospodarczym poszedł bowiem niezmiernie ważny rozwój polityczny i moralno-kulturalny, włącznie z rozkwitem indywidualnych możliwości, sztuki i działalności charytatywnej. Należy dodać, że w latach 1815-85 produkcja, w zależności od towaru wzrosła od 10 do 50 razy. Na rynkach takich produktów jak węgiel, stal, wełna czy bawełna, Wielka Brytania całkowicie zdominowała świat. Niewielka populacja niewielkiej wyspy wytwarzała bogactwo i zapieniała poziom życia, o jakich poprzednie generacje nie mogły nawet śnić. Po raz pierwszy w historii świata robotnicy i najemni pracownicy rolni mieli do swej dyspozycji towary i usługi, którymi niewiele wcześniej cieszyć się mogli tylko najbogatsi. Dochód narodowy Wielkiej Brytanii wzrósł w XIX wieku siedmiokrotnie. Co więcej, indeks cen towarów konsumpcyjnych spadł w tym okresie o 57%. Produkcja na głowę, wyrażona w cenach stałych, wzrosła z 12,9 funta w 1801 roku do 52,5 funta w 1901 roku, co oznacza czterokrotny wzrost. W ostatnich 25 latach XIX wieku produkcja na głowę podwoiła się. Było to możliwe dzięki ogromnym inwestycjom. W 1870 roku Anglia wytwarzała 32% światowej produkcji przemysłowej. Jak to przekładało się na życie „zwykłych obywateli”? W drugiej połowie XIX wieku płace gwałtownie wzrosły a ceny stopniowo spadały (deflacja). Realny dochód na głowę wzrósł niemal dwukrotnie. Poziom życia robotników w drugiej połowie XIX wieku wzrósł o 100%. Szybki rozwój gospodarczy powodował proporcjonalnie szybszy wzrost dochodów rodzin o niższych dochodach niż rodzin o wyższych dochodach, szczególnie że te pierwsze nie płaciły podatku dochodowego. Niskie cła, spadające ceny detaliczne i rosnące płace sprawiały, że ludzie coraz lepiej się odżywiali. Według Michaela Novaka “gospodarka rynkowa doprowadziła do bezprecedensowego wzrostu rzeczywistych dochodów ludzi ubogich”. Autor pisze, że “w Wielkiej Brytanii płace realne podwoiły się między rokiem 1800 a 1850 i powtórnie, między 1850 a 1900. Ponieważ w tym czasie nastąpił czterokrotny wzrost liczby ludności, całkowity wzrost w ciągu jednego stulecia wyniósł 1600%”! Dzięki XIX-wiecznemu liberalizmowi gospodarczemu “to, co kiedyś było luksusem dostępnym dla nielicznych, stało się elementem codziennej rzeczywistości posiadanym prawie przez wszystkich”. Dawid Friedman twierdzi, że “podczas XIX wieku warunki życia klas pracujących polepszyły się: śmiertelność spadła; oszczędności pracowników wzrosły; konsumpcja przez robotników takich luksusów jak herbata i cukier wzrosła; godziny pracy zmniejszyły się.” Średnie bezrobocie w Wielkiej Brytanii i USA w latach 1881-1920 wynosiło 4,6%. Źródło powyższych informacji: http://tomaszcukiernik.pl/artykuly/artykuly-historyczne/xix-wieczny-kapitalizm-w-wielkiej-brytanii/ A teraz czas na XIX-wieczne Stany Zjednoczone: Między 1865 a 1915 rokiem liczba ludności w USA rosła średnio o ponad 2% rocznie – przez co populacja zwiększyła się z 35 milionów w 1865 r. do 101 milionów w 1915 r. Jednocześnie jeszcze szybciej rosła siła robocza - z 12 do 40 milionów. Źródeł tego wzrostu było kilka. Wymienić tu należy przede wszystkim bardzo wysoką dzietność, szacuje się, że wskaźnik urodzeń przekraczał 40 na 1000 osób w latach 70. XIX w.; później spadał, lecz ciągle przed I wojną światową wynosił około 30 na 1000 osób – w Polsce jest obecnie około 10 urodzeń na 1000 osób, spadającą śmiertelność i napływ imigrantów (napływ netto imigrantów ocenia się w tym czasie na około 20 mln osób. Ludzie żyli także coraz dłużej. Według danych dla Massachusetts (gdzie istnieją wiarygodne szacunki) w 1855 r. oczekiwana długość życia przy urodzeniu wynosiła 40 lat. U progu I wojny światowej było tu już więcej niż 50 lat. Lata 1865-1914 były dla amerykańskiej gospodarki bardzo pomyślne. Wedle szacunkowych danych Produkt Narodowy Brutto rósł w tych latach średnio o ponad 4%, przez co w interesującym nas okresie wzrósł mniej więcej ośmiokrotnie. Jeśli ten wynik skorygujemy o wzrost ludności, to okaże się, że PNB per capita rósł średnio o około 2% rocznie, dzięki czemu przed wybuchem I wojny światowej odczyt tego wskaźnika był mniej więcej 3 razy wyższy niż po wojnie secesyjnej. Wzrost gospodarczy szedł przez długi czas w parze ze spadającymi cenami. Ta deflacja przybierała w niektórych dekadach dość wysokie wartości. Na przykład w latach 70. XIX w. indeks cen konsumpcyjnych spadł o prawie 30%. Nie przeszkodziło to jednak w żaden sposób w rozwoju gospodarki – ta dekada odznaczała się wyjątkowo wysokim wzrostem realnego PNB per capita – średnio prawie 3% rocznie. W przeciągu 50 lat (druga poła XIX wieku), które są obiektem naszego zainteresowania realne płace wzrosły ponad dwukrotnie, co oznacza, że średnio rocznie zwiększały się o prawie 1,5%. Choć taka wartość może wydawać się niezbyt imponująca, to warto zauważyć, że przez kolejne 100 lat realne płace rosły znacznie wolniej, tj. średnio ok. 0,8% rocznie. Widzimy zatem, że okres dzikiego kapitalizmu w USA z tego punktu widzenia wydaje się wyjątkowo korzystny dla robotników. To nie wszystko – nie dość, że płace były coraz wyższe, to pensje otrzymywano za coraz mniej godzin pracy. Nie dysponujemy jedną ciągłą serią danych na ten temat dla całego okresu, który nas interesuje, ale różne szacunki, wskazują, że o ile w latach 1860-1870 tydzień pracy mógł wynosić od 61 do 66 godzin pracy, to w 1914 r. było to od 50 do 55 godzin. Możemy więc powiedzieć, że pomiędzy wojną secesyjną a I wojną światową płace wzrosły dwukrotnie, podczas gdy czas pracy skrócił się o jedną szóstą. Co znamienne, redukcja czasu pracy była wynikiem konkurencji o pracowników, a nie legislacji. Pierwsze w pełni obowiązujące restrykcje dotyczące czasu pracy pojawiły się w Massachusetts w latach 70. XIX w. Dotyczyły one jednak jedynie kobiet i ustalały maksymalny dzienny czas ich pracy na 10 godzin (przy sześciodniowym tygodniu pracy oznaczało to 60 godzin tygodniowo). W następnych latach kolejne stany wprowadzały podobne regulacje dotyczące głównie kobiet i dzieci, jednak w 1910 roku te restrykcje obejmowały ciągle jedynie 7% siły roboczej – nie można więc wyjaśnić tak znacznego skrócenia tygodnia pracy działaniami polityków. Źródło powyższego: http://mises.pl/blog/2015/01/27/benedyk-dziki-kapitalizm-w-stanach-zjednoczonych/ Przykład drugi: Opieka zdrowotna niemal całkowicie w rękach prywatnych jeszcze na początku XX wieku w USA, Wielkiej Brytanii i Australii W późnym dziewiętnastym i wczesnym dwudziestym wieku, jednym z podstawowych źródeł opieki zdrowotnej i ubezpieczeń zdrowotnych dla biedoty robotniczej w Wielkiej Brytanii, Australii i Stanach Zjednoczonych było stowarzyszenie braterskie. Stowarzyszenia braterskie („stowarzyszenia przyjaciół” w Wielkiej Brytanii i Australii) były dobrowolnymi organizacjami pomocy wzajemnej. Jeszcze tak niedawno, jak w 1920, ponad jedna czwarta wszystkich dorosłych Amerykan była członkami stowarzyszeń braterskich. (W Wielkiej Brytanii i Australii ta liczba była jeszcze wyższa). Zasady kierujące stowarzyszeniami były proste. Grupa ludzi z klasy robotniczej formowała zrzeszenie (albo dołączała do lokalnej gałęzi, albo „loży” albo istniejącego zrzeszenia) i wpłacała comiesięczne opłaty do kasy; poszczególni członkowie mogli później czerpać z zebranych środków w razie potrzeby. Stowarzyszenia służyły więc jako rodzaj samopomocowej firmy ubezpieczeniowej. Lekarz otrzymywał z góry regularną pensję, zamiast pobierania opłat za wizytę; członkowie płacili coroczną opłatę i korzystali z usług lekarza, gdy zachodziła taka potrzeba. Jeśli usługi medyczne nie spełniały wymagań, potrącano karę z pensji lekarza, a kontrakt mógł nie zostać odnowiony. Członkowie lóż podobno zasmakowali w stopniu kontroli, jaki ten system dawał klientom. A tendencja, by zbyt często korzystać z usług lekarza była utrzymywana w ryzach przez „samokontrolę” stowarzyszeń; członkowie loży, którzy chcieli uniknąć przyszłych wzrostów składek byli zmotywowani, by pilnować, czy inni członkowie nie naginają systemu. Szczególnie imponujący był niski koszt tych usług. Na przełomie wieków, średni koszt „praktyki lożowej” dla pojedynczego członka mieścił się między jednym a dwoma dolarami rocznie. Dzienna płaca mogła opłacić opiekę zdrowotną na rok. Źródło: http://liberalis.pl/2007/09/22/roderick-t-long-jak-panstwo-rozwiazalo-kryzys-sluzby-zdrowia/ oraz można o tym także poczytać w książkach: David Boaz, „Libertarianizm” Tom Palmer, „Państwo opiekuńcze – kosztowne złudzenie.” Przykład trzeci: Reformy Ludwiga Erharda w powojennych Niemczech Ludwig Erhard jako minister gospodarki w latach 1949-1963 i kanclerz RFN w latach 1963-1966 przeprowadził szereg reform dzięki którym Niemcy Zachodnie stały się prawdziwą potęgą gospodarczą, czego skutki zresztą widać do czasów dzisiejszych. Jego głównie reformy to: Reforma pieniężna – zdławienie hiperinflacji poprzez redukcję podaży pieniądza o 93%, zastąpienie marki Rzeszy (RM) na markę niemiecką (DM) Zniesienie kartek na żywność, uwolnienie cen Uwolnienie płac, osłabienie roli związków zawodowych Ograniczenie wydatków rządowych W efekcie ceny zaczęły spadać, równocześnie spadło bezrobocie i wzrosły płace. „Cud gospodarczy” zwany (Wirtschaftswunder) rozwiązał też problem bezrobocia wśród milionów przesiedleńców oraz uciekinierów z NRD. Erhard prowadził politykę ograniczania wydatków budżetowych, co skutkowało nadwyżką budżetową. Równocześnie dzięki otwarciu się rynków bardzo szybko rósł eksport. Niemcy w pierwszym dziesięcioleciu po wprowadzeniu reformy rozwijały się w tempie 7% rocznie. Marka niemiecka stała się jedną z najstabilniejszych walut na świecie. Nurt reprezentowany przez Erharda zwany był ordoliberalizmem. Źródła: http://blogpress.pl/node/5531 https://pl.wikipedia.org/wiki/Wirtschaftswunder Przykład czwarty: reformy Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii Jak pisałem na samym początku dzięki rewolucji przemysłowej i XIX-wiecznemu kapitalizmowi Wielka Brytania stała się największą potęgą gospodarczą na świecie. XX wiek nie był już jednak dla niej tak łaskawy, po I wojnie światowej jej pozycja wyraźnie osłabła, po II wojnie światowej również nie było lepiej. W latach 70-tych kiedy ostatecznie upadła dominująca wówczas doktryna keynesizmu angielska gospodarka była w opłakanym stanie. Kraj był praktycznie całkowicie sparaliżowany przez falę strajków kierowanych przez związki zawodowe. Produkcja przemysłowa spadła do takiego poziomu, jakby Brytyjczycy pracowali zaledwie 3 dni w tygodniu. Najbardziej uciążliwe okazały się protesty kierowców ciężarówek, którzy domagali się podwyżki o 25%! Związki zawodowe czuły się niezwykle silne. Organizowano wtórne pikiety tzw. secondary pickets, które polegały na tym, że blokowano dostępy do zakładów, które nie chciały protestować. Powstał wielki ruch protestacyjny, który skupiał ludzi pracujących w służbach publicznych od grabarzy po pracowników pogotowia. Dochodziło do dantejskich scen a ulice były pełne śmieci na skutek strajku służb porządkowych. Czara goryczy przelała się gdy pewien członek związku zawodowego NUPE (National Union of Public Employees), zablokował wejście do szpitala, aby uniemożliwić przyjmowanie pacjentów i wycedził do kamer co sądzi o losie chorych - „niech sobie umierają!”. (ach ta empatia socjalistów). I wtedy ogarnąć sytuację postanowiła nowo wybrana Pani premier Margaret Thatcher. Stanowisko pełniła w latach 1979-1990. Gabinet Pani Thatecher zajął się reformą związków zawodowych, która polegała na osłabieniu dominującej pozycji „baronów związkowych” i oddaniu tych struktur w ręce „zwykłych pracowników”. Zakazano blokowania niepikietujących zakładów pracy i ograniczono przymus należenie do związków (closed shop). Pozostałe reformy: Radykalne ograniczenie wydatków rządowych Uwolnienie kursu funta, walka z inflacją Prywatyzacja wielu państwowych przedsiębiorstw Liczne deregulacje, uwolnienie przedsiębiorczości Mocne cięcia świadczeń socjalnych Reformy przyniosły pozytywne długofalowe skutki, Wielka Brytania ponownie odzyskała swoją świetność, stając się jednym z najbogatszych państw w Europie na świecie Źródła: http://www.mojeopinie.pl/jak_margaret_thatcher_wygrala_ze_zwiazkami_zawodowymi,3,1242385849 http://histmag.org/Margaret-Thatcher-tajfun-reform-7896;1 Przykład piąty: Szwajcarii droga do bogactwa Jeszcze jakieś 200 lat temu Szwajcaria była biednym, małym krajem. W dodatku Szwajcarzy uchodzili za wyjątkowo głupich ludzi, nawet Polacy się z nich śmiali, twierdząc że przyczyną ich głupoty jest brak morskiego powietrza. Dzisiaj Szwajcarzy są najbogatsi na świecie. Statystyczny obywatel ma majątek wart prawie pół miliona dolarów, czyli ok. 1,5 miliona złotych. Droga do bogactwa wiodła przez nic innego jak kapitalizm pełną gębą, a konkretnie: -Brak prawa patentowego przez wiele lat – aż do 1888 r. kiedy wprowadziła tylko możliwość patentowania wynalazków, które można było przedstawić w postaci „mechanicznych modeli”). Celowo nie wprowadzono patentów na chemiczne i farmaceutyczne technologie, ponieważ Szwajcarzy wówczas masowo kopiowali je z Niemiec, które były w nich światowym liderem. Bezpośrednim powodem wprowadzenia prawa patentowego, w 1907 r., była zresztą groźba sankcji handlowych właśnie ze strony Niemiec -Wolny handel - Na przykład w 1875 r. przeciętne cło na produkty przemysłowe wynosiło w Szwajcarii zaledwie 4-6% podczas gdy w USA sięgało 40-50%. Groźba importu tańszych i lepszych produktów z zagranicy mobilizowała producentów do ciągłego poprawiania jakości i obniżania cen. -Wolne granice - Obecnie władze szacują, że 22%. mieszkańców Szwajcarii urodziło się za granicą. To najwyższy odsetek na świecie, prawie dwukrotnie wyższy niż w USA. A jeszcze w 1860 r. tylko 5% . Szwajcarów stanowili emigranci. W 1910 r. odsetek ten wynosił już 15%. Dlaczego to takie istotne? Otóż wśród emigrantów było mnóstwo przedsiębiorców. Na przykład Henri Nestlé, założyciel słynnego koncernu spożywczego Nestlé, był Niemcem. Z kolei współzałożycielem znanego koncernu produkującego luksusowe zegarki, Patek Philippe & Co, był polski emigrant Antoni Patek, który w 1839 r. rozpoczął produkcję czasomierzy w Genewie. -Decentralizacja władzy – podział na 26 kantonów i 2890 gmin, z bardzo szeroką autonomią, każdy kanton ma lokalny parlament, własną konstytucję, lokalne sądy, policję, prokuraturę, a jeszcze do połowy XIX wieku kantony były samodzielnymi mini-państwami, z własnymi armiami i własną walutą -Tajemnica bankowa -Mocna Waluta, frank Szwajcarii, który aż do 2000 r. był oparty na złocie (od czego odeszło większość państw już po I wojnie światowej), -Swoboda działalności gospodarczej, niskie podatki, rywalizacja między kantonami w polityce podatkowej -Neutralność, brak angażowania się w wojny i konflikty zbrojne Źródło: http://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/sekret-bogactwa-szwajcarii/ Przykład Szósty: Liechtenstein, najbardziej liberalny kraj na świecie Liechtenstein to mały kraj, nie bierze się go więc pod uwagę w różnych statystykach, ale to właśnie on jest najbardziej wolnościowym miejscem na ziemi. Kwestie prawne i gospodarcze są mocno zbliżone do Szwajcarii (podobne stawki podatkowe etc.) więc żeby nie powtarzać pewnych rzeczy dodam że od Szwajcarii różni głównie tym że to jedyny kraj na świecie powstały całkowicie pokojowo, przez zakup ziemi przez rodzinę Liechtensteinów, niezapłacenie podatku nie jest tu przestępstwem, a tylko wykroczeniem, a każda gmina ma prawo do secesji. Źródło i przy okazji świetna analiza: http://www.legitymizm.org/wolnosc-dobrobyt-liechtenstein Przykład Siódmy: Chile pod rządami Augusto Pinocheta Najpierw dla porównania dzieło poprzednika u władzy. Wystarczyły trzy lata rządów prezydenta-komunisty Salvadora Allende (1970-73), by doprowadzić gospodarkę do ruiny: “Allende obejmował kraj z 23-procentową inflacją. Dzięki “reformom” socjalistycznym w ciągu kilku miesięcy zamieniła się ona w hiperinflację 750%. W bogatym (niegdyś) Chile pojawił się głód. Słynny był tzw. Marsz Pustych Garnków, gdy głodni mieszkańcy Santiago wyszli na ulice, tłukąc pustymi garnkami o bruk stolicy”. Deficyt budżetowy wynosił 27% produktu krajowego. Gratulujemy! Teraz czas na dzieło Pinosia: Prowadzony przez młodych wolnorynkowych ekonomistów (kierujących się głównie poglądami Miltona Friedmana) rząd Pinocheta sprywatyzował niemal całą gospodarkę – począwszy od spółdzielni rolniczych po fabryki, skończywszy na systemie emerytalnym. Życzliwie odnosił się do zagranicznych inwestycji oraz wyeliminował protekcjonistyczne bariery handlowe, zmuszając tym samym chilijski biznes do konkurowania na równej stopie z importem, lub w przeciwnym razie zaniechania mało wydajnej działalności. Reformy były spójne i drastyczne. Zlikwidowały "okopaną" protekcjonizmem handlowym i subsydiami grupę, której potęga polityczna jak i ekonomiczna wywodziła się właśnie z tych źródeł. Od wprowadzenia reform rynkowych, w środku lat 70., gospodarka rosła w tempie 7% rocznie, zwiększając dochód per capita 16-milionowego Chile do ponad 10 000 dolarów – czyniąc tym samym obywateli tego kraju najzamożniejszymi w Ameryce Płd. Obecnie poniżej progu ubóstwa żyje 13,3% ludności Chile; w Brazylii jest to odpowiednio 31%, a w Boliwii 62%. W tym tempie rozwoju, i z tymi warunkami demograficznymi Chile stało się najzamożniejszym krajem Ameryki Łacińskiej. Oczywiście jako że generał Pinochet był dyktatorem jego osoba pozostaje mocno kontrowersyjna. Aczkolwiek prawda jest taka że przeszło połowę z około 3 tys. ofiar reżimu stanowili komunistyczni zbrodniarze, a sam Pinochet bądź co bądź uratował być może nawet miliony ludzi, którzy mogli paść z głodu jak w ZSRR gdyby Allende dalej sobie budował komunizm. Tymczasem Ameryka Południowa doczekała się o wielu krwawszych dyktatorów, o których jakoś cichutko w mediach. Np. argentyński dyktator Jorge Rafael Videla, miał na sumieniu 20 tys. ofiar, w tym wyjątkowo brutalne porwania, tortury i morderstwa dokonywane na młodzieży licealnej w tzw. Nocy ołówków czy Alfredo Stroessner, paragwajski dyktator pod którego rządzami zamordowano tysiące ludzi, a jego tajna policja polityczna była szkolona przez byłych hitlerowskich zbrodniarzy, którym udzielił azylu, wśród nich był sam dr Mengele. Dlaczego więc to właśnie Pinocheta lewica obrała sobie jako okrutnika numer jeden? Dlatego że w porównaniu z innymi dyktatorami dokonał największej według socjalistów zbrodni, czyli wprowadzenia kapitalizmu i uczynieniu swojego kraju bogatym. Źródła: http://tomaszcukiernik.pl/artykuly/artykuly-historyczne/chile-za-rzadow-pinocheta/ https://pl.wikipedia.org/wiki/Chilijski_cud Przykład Ósmy: Singapur, w 50 lat z kraju trzeciego świata do potęgi gospodarczej Od odzyskania niepodległości przez Singapur w 1963 r., w tej niegdyś małej angielskie kolonii PKB na mieszkańca zwiększył się osiemdziesięciokrotnie i obecnie wskaźnik jest wyższy niż w Wielkiej Brytanii. Od czterech dekad Singapur odnotowuje nieprzerwanie wzrost gospodarczy. W rankingu konkurencyjności World Economic Forum na lata 2013-2014 Singapur znalazł się na drugim miejscu (dla porównania Polska jest na 42. pozycji). Bezrobocie zamyka się w granicach 3%, korupcja prawie nie istnieje, a 17,1% mieszkańców stanowią milionerzy, co daje największy odsetek milionerów na świecie przebijając Szwajcarię a nawet Katar i Kuwejt. Co prawda gospodarka Singapuru jest nieco skomplikowana, państwo ingeruje np. w politykę mieszkaniową. Jednak podstawą sukcesu jest bardzo liberalna gospodarka. Firmę można założyć tu w 15 minut, dywidendy są zwolnione od podatków. Nowe firmy (start-upy) mogą się także cieszyć zwolnieniem z opłat na maksymalnie 3 lata, jeśli ich zysk w tym okresie nie przekroczy 100 tys. dol. Identyczne ulgi dotyczą osób zarabiających najmniej – do 20 tys. dol. rocznie. VAT wynosi zaś 7% a stawki podatku dochodowego wahają się od 0%, 3,5% do max 20%. Kraj cieszy się też najlepszą i najtańszą służbą zdrowia (leczenie dwa razy tańsze niż w Skandynawii), która jest w największym w tej chwili stopniu w rękach prywatnych na świecie. Źródła: http://forsal.pl/artykuly/731102,singapur-pkb-na-mieszkanca-wzrost-gospodarczy-2013.html http://www.luxlux.pl/artykul/tu-zyje-najwiecej-milionerow-22377 http://www.spidersweb.pl/2014/11/sukces-singapuru.html http://www.obserwatorfinansowy.pl/forma/rotator/singapur-ma-najlepsze-i-najtansze-leczenie/ Przykład dziewiąty: Nowa Zelandia, powrót króla (kapitalizmu) W 1950 roku Nowa Zelandia plasowała się na liście jako jeden z najbogatszych krajów świata – z relatywnie wolną gospodarką oraz silną protekcją przedsiębiorczości i własności. Wtedy to, pod rosnącym wpływem idei państwa opiekuńczego, które kwitły w Brytanii, Stanach i większej części zachodniego świata – Nowa Zelandia wzięła ostry zakręt w lewo. Kolejne 20 lat przyniosło socjalizm – żniwo wielkiego rządu i ekonomicznego niepokoju. Nowozelandczycy poczuli się ofiarami wygórowanych ceł, masowych rolnych dotacji, olbrzymiego długu publicznego, chronicznych deficytów budżetowych, rosnącej inflacji, 66-cio procentowego podatku dochodowego oraz rozbudowanego państwa opiekuńczego. W tamtych latach rząd centralny był zaangażowany w praktycznie każdy aspekt życia ekonomicznego. Zmonopolizował on kolej, telekomunikację i biznes elektryczny. Jedyną rzeczą, która kwitła w latach 1975-83 było bezrobocie, podatki i wydatki rządu. W obliczu niekończącej się listy programów państwowych, niespełniających swojego zadania i zaglądającej w oczy ruiny ekonomicznej, w 1984 roku nowozelandzcy politycy zaangażowali się w coś, co Organizacja Ekonomicznej Kooperacji nazwała "najobszerniejszym programem liberalizacji ekonomicznej, kiedykolwiek przedsięwziętym w rozwiniętym kraju". Wszelkie dotacje rolnicze zostały wstrzymane w ciągu dwóch lat. Cła zostały obcięte o 2/3 prawie natychmiastowo i w miarę upływu czasu były ciągle zmniejszane. Dziś, przeciętna nowozelandzka stopa ceł wynosi 3,2% - co w rzeczywistości oznacza jednostronny wolny handel. W gruncie rzeczy, ponad 90% wszystkich importowanych towarów wkracza do kraju kompletnie wolnych od jakiegokolwiek kontyngentu, cła czy innych restrykcji. Podatki zostały gwałtownie obcięte. Górna granica wynosi obecnie 33%, czyli połowę tego co było w czasie, gdy motłoch wielkiego rządu znajdował się u władzy. Przeciętny podatek dochodowy wynosi obecnie 21,5%. W ogóle natomiast nie istnieje podatek od majątku i podatek obrotowy. Od 1984 roku rząd nowozelandzki zaangażował swoje wysiłki w masową prywatyzację sprzedając 22 państwowe przedsiębiorstwa. Największym sukcesem okazała się sprzedaż Telecom NZ. Przed prywatyzacją firma ta chełpiła się zatrudnieniem 26 500 pracowników, z których większość nie wykonywała żadnej pracy. Wyszczuplona, zmodernizowana i w prywatnych rękach firma ta zatrudnia obecnie 9 300 pracowników i po raz pierwszy współzawodniczy z takimi firmami jak MCI i Bell South (telefony komórkowe). W 1984 roku siła robocza w sektorze publicznym sięgała 88 000 zatrudnionych. W 1996 roku, po najbardziej radykalnej redukcji rządu liczba ta spadła poniżej 36 000 (59% procentowa redukcja). Regulacje rządowe zostały również usunięte z krajowego systemu bankowego. Dziś, nawet zagraniczne banki są mile widziane. Amerykanie, którzy przyzwyczaili się do tego, że rząd gwarantuje im depozyt bankowy mogą poczuć się zszokowani na wieść, że w Nowej Zelandii rząd centralny nie narzuca żadnego ubezpieczenia depozytowego. W zamian za to banki zapewniają publiczne ujawnienie ich stanu finansowego oraz ubezpieczenie na otwartym rynku. Szczególnie uderzające jest to, co Nowozelandczycy zrobili, aby zmienić politykę pracy. William Eggers z Reason Foundation określa to jako "najbardziej agresywne i daleko idące deregulacje rynku pracy w świecie". Obowiązkowa przynależność związkowa została zniesiona, tak jak i monopole związkowe nad rynkami pracy. Pozbawieni szczególnych przywilejów, które kiedyś pozwalały im na szantaż ekonomiczny, dziś związkowcy posiadają taki sam status, jak każda inna prywatna, ochotnicza organizacja. W efekcie kraj nie dość że zaczął się dynamicznie rozwijać, stał się też najmniej skorumpowanym państwem na świecie. Źródło: http://www.kapitalizm.republika.pl/nowozrew.html Przykład dziesiąty: Saakaszwilii jego ultraliberalne reformy na Gruzji Do rewolucji róż w 2003 r. Gruzja była typowym postsowieckim państwem, skorumpowanym, biednym, słabym instytucjonalnie i mocno socjalistycznym. Po objęciu rządów przez Micheila Saakaszwilego Gruzja niewątpliwie przeszła najbardziej radykalne zmiany wśród republik postsowieckich. Zmiany po rewolucji róż w 2003 szybko uruchomiły wzrost gospodarczy. Najlepsze pod tym względem były lata 2005–2008, gdy wzrost wynosił ponad 8% PKB rocznie. Do kraju zaczęło napływać coraz więcej inwestycji zagranicznych. O ile w 2003 r. bezpośrednie inwestycje zagraniczne (FDI) wyniosły 340 mln dol., to w 2007 roku było to już przeszło 2 mld dol. Ale potem przyszedł rok 2008 – wojna z Rosją i początek kryzysu na świecie. W 2009 r. PKB spadł o 3,8%., ale dzięki wcześniej zrealizowanym reformom systemowym, już w 2010 r. było 6,3% plusie, a w 2011 już 7%. Reformami, które w Gruzji zakończyły się największym sukcesem, była deregulacja. Zostało zlikwidowanych prawie 800 licencji i zezwoleń – z około 930 do 140. Teraz firmę można założyć w 15 minut przez Internet. Nie są do tego potrzebne żadne dokumenty ani odwiedzanie jakiś urzędów. Nie ma też żadnych minimalnych wymagań kapitałowych. Zmniejszono liczbę podatków – teraz w Gruzji obowiązuje tylko pięć rodzajów podatków (wcześniej było ich 21): PIT, CIT, VAT, akcyza na alkohol, papierosy i paliwa oraz bardzo niski podatek od nieruchomości. Nie ma podatków ani składek socjalnych, które wcześniej wynosiły 20% płacy brutto. Obniżono także stawki podatków, które obowiązują. Podatek od dochodów osób prawnych został zmniejszony z 20% do 15% (mali przedsiębiorcy od 2011 roku będą płacić CIT w wysokości 3% 5%., a jak zapowiedział Nika Gilauri, premier Gruzji, firmy sektora IT będą w ogóle zwolnione z podatków, co ma przyciągnąć inwestycje zagraniczne w tej branży), a podatek od dochodów osób fizycznych, który teraz jest na poziomie 20%., ma zostać także zmniejszony do 18%. Podobnie VAT został zmniejszony z 20% do 18%. W wyniku tych obniżek w ostatnim okresie dochody publiczne, a tym samym wydatki publiczne w Gruzji drastycznie wzrosły z około 15% do około 35 % PKB. Wcześniej wysokie stawki podatków skutkowały niskimi wpływami dla państwa. Płace wzrosły niemal dwukrotnie. Przeprowadzono też radykalną prywatyzację państwowych przedsiębiorstw, sprywatyzowano praktycznie wszystko poza energetyką. Niemal całkowite sprywatyzowanie służby zdrowia i zliberalizowanie przemysłu farmaceutycznego spowodowało powstanie 100 nowych szpitali zaledwie w ciągu roku, a ceny leków spadły o 30%. Źródła: http://tomaszcukiernik.pl/artykuly/artykuly-wolnorynkowe/gruzja-%E2%80%93-kraj-bez-podatkow-socjalnych/ http://www.smashwords.com/books/view/428864 Przykład jedenasty: Indyjski Gurgaon Trzymajcie się foteli, bo przykłady podane wcześniej to przy tym mały pikuś. W 1979 roku władze indyjskiego stanu Haryana postanowiły zrobić pewien eksperyment. Dystrykt Faridabad został podzielony na dwie części. W pierwszej wokół miasta Faridabad władzę utrzymał rząd. Obszar ten miał dobrą infrastrukturę między innymi połączenie kolejowe ze stolicą New Delhi i żyzną ziemię. Natomiast druga część, Gurgaon została wydzielona z nieużytków i kamienistej ziemi. Nie było tam żadnej infrastruktury, czy połączeń kolejowych. W tym mieście postawiono praktycznie na całkowity wolny rynek, bez żadnego wpływu władz. W efekcie Gurgaon nie tylko znacznie przegonił Faridabad ale stał się ogólnie najbogatszym regionem w całych Indiach (również pod względem zarobków mieszkańców). W mieście Gurgaon praktycznie wszystko działa na zasadach wolnorynkowych. W rękach prywatnych znajdują się nawet: drogi, chodniki czy transport. W mieście funkcjonują setki prywatnych autobusów oraz taksówek, które można zamawiać przez Internet, zamiast miejskich przystanków na parkingach znajdują się monitory na których możemy znaleźć listę oczekujących samochodów z zapisanymi na nie pasażerami. Nie ma państwowej poczty, jej rolę pełnią prywatni kurierzy. Mieszkańcy mogą skorzystać z siedmiu wysokiej klasy prywatnych szpitali wraz z prywatnymi karetkami. W mieście nie funkcjonuje nawet państwowa policja, tylko tysiące prywatnych ochroniarzy, zapewniających bezpieczeństwo a nawet kierując ruchem ulicznym. Prawie jak w akapie, aż Rothbard się uśmiecha w grobie . Miasto stało się niesamowicie rozwinięte, tam gdzie wcześniej były nieużytki i kamienista ziemia wyrosły jak grzyby po deszczu: bogate apartamentowce, duże galerie handlowe, pięciogwiazdkowe hotele, wysokiej jakości szkoły, dwa duże stadiony, pola golfowe, luksusowe sklepy (Chanel, Louis Vuitton), salony Mercedesa i BMW oraz siedziby wielu międzynarodowych korporacji jak: Airtel, American Express, EXL, IBM, Microsoft, Sapient, DLF, Maruti Suzuki, Hero Honda, Infosys, Ericsson, Oracle, Bank of America, American Airlines, The Coca-Cola Company, Nokia, Motorola. Dzięki prywatnemu inwestorowi w 30 miesięcy wybudowano niesamowicie nowoczesne metro Rapid MetroRail Gurgaon. Źródła: http://moraine.salon24.pl/318419,europa-kladzie-sie-do-trumny http://www.nytimes.com/2011/06/09/world/asia/09gurgaon.html?_r=4&pagewanted=1 Przykład dwunasty: Ustawa Wilczka z 1988 r. I na koniec polski akcent. Dawno, dawno temu za tzw. komuny był w Polsce przez chwilę kapitalizm. Ustawa z dnia 23 grudnia 1988 r. o działalności gospodarczej – zwana powszechnie ustawą Wilczka – zliberalizowała życie gospodarcze w bezprecedensowy sposób i pozwoliła wzbogacić się milionom Polaków. Prosta ustawa mieściła się zaledwie na pięciu stronach maszynopisu i zawierała 54 artykuły, z czego tylko 25 dotyczy regulacji działalności gospodarczej, a reszta to przepisy przejściowe i zmieniające inne ustawy. Istotę ustawy właściwie oddawała dwa artykuły: Art. 1. Podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej jest wolne i dozwolone każdemu na równych prawach, z zachowaniem warunków określonych przepisami prawa. Art. 4. Podmioty gospodarcze mogą w ramach prowadzonej działalności gospodarczej dokonywać czynności oraz działania, które nie są przez prawo zabronione. Ponieważ nie było wówczas w Polsce ZUS-ów, VAT-ów, setek koncesji, licencji i pozwoleń, prowadzenie działalności gospodarczej było na tyle proste, że w efekcie powstało około 2 mln małych i średnich firm, stwarzając według szacunków Centrum Adama Smitha nawet 5-6 mln miejsc pracy. Niestety później ci, co „obalili komunizm” postanowili zrobić wszystko aby to kompletne zaorać. Źródło: http://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/gospodarke-mozna-uwolnic-jedna-ustawa-ale-nie-na-dlugo/ Takich przykładów istnieje wiele więcej, no ale już i tak wystarczająco się opisałem. A może któryś z czytelników dołoży coś od siebie? Zachęcam do komentowania
  19. Bez zbędnych ceregieli, jedziemy z konkretami: Manipulacja nr 1: Średnia krajowa = ściema krajowa Średnia wynagrodzenie w Polsce w 2015 r. wyniosło 4214 zł brutto ... żartował GUS . Dobra, wszyscy generalnie wiemy, że masa Polaków zarabia poniżej tej stawki. Skąd więc takie fajne statystyki? Wystarczy spojrzeć na to jak oni to liczą. A liczy się to tak: do wskaźnika wlicza się tylko osoby pracujące na umowie o pracę i to tylko w firmach zatrudniających co najmniej 10 osób. Czyli krótko mówiąc nie wlicza się osób zatrudnionych na umowie zlecenie i o dzieło, ani nawet osób na etacie, zatrudnionych w firmach zatrudniających 1-9 osób. Osoby których nie bierze się pod uwagę to blisko 66% wszystkich zatrudnionych, a są jeszcze osoby pracujące na czarno, czyli wskaźnik idzie się o kant dupy potłuc. W dodatku średnia arytmetyczna oznacza że jak np. jedna osoba zarabia 8 tys. a druga 2 tys. to średnio zarabiają po 5 tys. więc to w samo sobie jest nieprecyzyjne. Dużo więcej mówi już mediana płac. W 2014 r. wynosiła ona 3291,56 zł brutto, przy średniej 4107,72 zł. GUS publikuje średnią krajową co kwartał, a medianę .... co dwa lata. Manipulacja nr 2: Podatnik nie wie ile zapłaci podatku Przykład: Pracownik zarabia 2000 zł brutto, czyli 1459,48 zł "na rękę" .... tak ma przynajmniej na umowie o pracę. Tymczasem pracodawca musi za jego pracę zapłacić 2414,80 zł. Tak więc tyle tak naprawdę wynosi pensja pracownika. Jak niektórzy pewnie wiedzą, w ostatnim czasie mieliśmy z Markiem pewną sprzeczkę, która skończyła niepotrzebnie niemiłą wymianą słów i ostrzeżeniem nałożonym na moją skromną osobę . Niestety Marek nie do końca mnie zrozumiał w tej sprawie. Nie twierdzę, że wszyscy przedsiębiorcy są tacy biedni i nie mają za co płacić pensji pracownikom. Szkopuł w tym, że to pracownik płaci te podatki, a nie pracodawca. No bo zwróćmy uwagę jak to wygląda ze strony pracodawcy: Szukam sobie pracownika na stanowisko X, mogę dać 2414,80 zł, a ile z tego "do ręki" dostanie pracownik, to już nie leży w gestii pracodawcy. Czyli człowiek zarabiający 2414,80 zł dostaje 1459,48 zł, ponad 40% z własnej pensji oddaje na rzecz państwa. Ale na tym nie koniec podatków, są jeszcze podatki pośrednie, poukrywane w cenach za różne towary jako VAT i podatki akcyzowe. Np. cena paliwa to aż w połowie VAT + akcyza. Łącznego ciężaru opodatkowania nie da się precyzyjnie obliczyć, szacunki wahają się od 60% do nawet 80%, zależy jeszcze od stylu życia, chociażby osoby palące płacą więcej podatków, przez koszerną akcyzę i VAT, które stanowią aż 82% ceny papierosów. Jedno z najbardziej solidnych opracowań jakie znam to poniższy film: Tu wyliczono ciężar opodatkowania na około 67%. Manipulacja nr 3: Matematyka w służbie socjotechniki Taka prosta zagadka: Pracownik X zarabia sobie pensję Y, płaci z tego 50% podatku. O ile wyższa byłaby jego płaca, gdyby w ogóle nie istniał ciężar opodatkowania? Wiele osób odpowiedziałoby że o 50%, ale to nie jest prawda. No bo spójrzcie, np. pracownik zarabia 3000 zł, płaci z tego 50% czyli 1500 zł, i zostaje mu 1500 zł. Czy gdyby zarabiał o 50% więcej niż teraz, zarabiałby 3000 zł? Nie, 1500*50% = 750 zł. Zarabiałby więc 1500 + 750 = 2250 zł. Tymczasem żeby zarabiać 3000 zł, musiałby zarabiać o 1500 zł więcej (1500 + 1500 = 3000), czyli zarabiać o 100% więcej. A więc krótko mówiąc brak opodatkowania 50% sprawiłby że zarabiałby nie o 50%, tylko o 100% więcej. A teraz jak przyjmiemy modelowo, że cały ciężar opodatkowania w Polsce wynosi 67%, wychodzi że pracownik dostaje ledwie 33% własnej pensji. A więc gdyby nie ciężar opodatkowania zarabiałby aż trzy razy więcej. Tak więc brak opodatkowania 67% sprawiłby że zarabiałby nie o 67%, tylko o aż 300% więcej. Manipulacja nr 4: Inflacja, kosztuje Cię więcej niż myślisz Jak już było parę razy na forum mówione w dobie centralnej bankowości (banków centralnych), pieniądza fiducjarnego i rezerwy cząstkowej, ciągle zwiększa się podaż pieniądza, jego wartość więc spada, a ceny rosną. W ten sposób ciągle zadłużający się rząd pokrywa swoje wydatki kosztem społeczeństwa korzystając z renty inflacyjnej (obniża wartość pieniądza, w którym jest zadłużony). Jednak nawet osoby wiedzący o tym, że inflacja to nic innego jak ukryty podatek, mogliby machnąć na to rękę i stwierdzić: "inflacja waha się gdzieś w granicach 1-2%, jojtam, to nie tak dużo". Jednak tu już na wstępie popełnia się pewien błąd. Błędnie zakłada się że normalny (czyli rynkowy) poziom inflacji wynosi 0%, tymczasem rynkowo przeważnie mamy lekką deflację. Tak więc jeśli np. rynkowa inflacja wynosi -2%, a NBP zadbał o wysokość inflacji 2% (na plusie) to już jest o 4% więcej niż poziom rynkowy, a nie o 2%. Ale i teraz nawet naiwnie zakładamy że inflacja podawana w statystykach przez NBP ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Polecam świetny artykuł w tym temacie: http://independenttrader.pl/jaka-mamy-realna-inflacje-w-polsce.html Prawda że bardzo wymowne? Idźmy dalej: w ciągu zaledwie 10 lat podaż pieniądza w Polsce wzrosła o 183%. W dużym uproszczeniu, coś co kiedyś kosztowało 10 zł dziś kosztuje 28,30 zł. Tymczasem w statystykach NBP inflację liczy się tak: Zarówno w przypadku inflacji CPI oraz 4 miar inflacji podawanej przez NBP mamy do czynienia ze sztuczkami statystycznymi polegającymi na dobieraniu współczynników w taki sposób aby oficjalna inflacja nie była zbyt wysoka. Z inflacji wyłącza się np. ceny administrowane tj. czynsze mieszkaniowe, zaopatrzenie w wodę, kanalizację, wywóz nieczystości, zaopatrzenie w nośniki energii (gaz, energia elektryczna, ciepła woda, centralne ogrzewanie), transport mieszany, usługi pocztowe. Kolejna grupą podlegającą wyłącznie są tzw. ceny najbardziej zmienne tj. usługi administracji państwowej czy usługi prawne. Ostatecznie z wyliczeń inflacji wyłącza się także ceny żywności i energii. Dziękuję za uwagę kto czytał i oczywiście zachęcam do dyskusji
  20. Temat do dyskusji dla wszystkich, jednak dedykuję go Markowi . Tak wiem mistrzu, że nie chcesz brać udziału w dyskusjach dotyczących ekonomii i wolnego rynku, ale polecam chociaż przeczytać mój post, głównie dlatego że piję w nim do mechanizmu który sam dawno zauważyłeś. A mianowicie to że ludzie tym bardziej coś cenią im jest to rzadsze. Tak jak w starych tekstach na samczym runie, zwykłe kamienie są warte mało bo wala ich się wszędzie pełno, no a diament to co innego. Ma to przełożenie w relacjach damsko-męskich (samców alfa jest dużo mniej niż betów), i stanowi podstawę ekonomii. Dlatego że jedna i druga dziedzina dotyczą niczego innego jak ludzkiego działania. Nauka o celowym ludzkim działaniu czyli prakseologia, powinna być traktowana jako podstawa metodologii w badaniu praw ekonomii, bo rynek i gospodarkę tworzą przecież ludzie, ciągle podejmujący działania, zmierzające ku danym celom. Tak to widział Ludwig von Mises, i ja się z nim zgadzam. Ale zasadniczo o co się rozchodzi? Człowiek podejmując działanie, podejmuje je w jakimś celu, i zawsze ten cel ma służyć poprawie obecnej sytuacji, osiągnięcia satysfakcji czy zmniejszenia dyskomfortu. Czy człowiek osiągnie swój cel czy nie to już inna bajka, nikt nie zna przyszłości, więc de facto każde ludzkie działanie jest spekulacją. Ale cel jest zawsze ten sam, dążenie do szczęścia, przyjemności, unikanie bólu, cierpienia, dyskomfortu. Różni ludzie, cenią różne wartości, a więc wartość jest pojęciem czysto subiektywnym (stąd subiektywistyczna teoria wartości przedstawiania przez ekonomistów ASE). Ponieważ ludzie cenią w danym momencie dane wartości w różnym stopniu, możliwa jest wymiana. Tu wchodzi kolejna dziedzina ważna odnotowania, czyli katalaktyka, a więc nauka o dokonywaniu wymiany pomiędzy ludźmi na rynku. Termin ten również wychodzi z prakseologii. A więc tak, mamy rynek, gdzie ludzie pracują, produkują, inwestują i dokonują wymian wartość za wartość. Tylko jak to wszystko ogarnąć? Żeby usprawnić wymianę wprowadza się środek płatniczy, czyli pieniądz, towar, który cechuje się dużą zbywalnością, a więc jest czymś co każdy chętnie przyjmie i wie że może go wymienić na inne potrzebne dobra. Teraz należy się zastanowić, kiedy w ogóle może dojść do wymiany? Dojdzie do niej tylko w przypadku, kiedy jedna strona ceni posiadane dobro mniej niż dobro, którego nie posiada. Czyli np. to że ktoś ceni jabłko równie wysoko jak banana, nie wystarczy żeby chętnie wymienił jabłko na banana. Żeby do takiej wymiany doszło on musi teraz cenić jabłko mniej niż banana (a druga strona odwrotnie teraz bardziej potrzebne jej jest jabłko niż banan), wówczas "pozbywa się" jabłka w zamian zyskuje banana. Tak już mówiłem wprowadzenie środka płatniczego, wszystko ułatwia, ale schemat jest ten sam, człowiek sprzedaje jabłko bo pieniądze ceni w tej chwili bardziej niż to jabłko, a kupuje banana, bo od danej sumy pieniędzy wyżej ceni banana. Istnienie pieniądza pozwala na kształtowanie się cen rynkowych, które odzwierciedlają preferencje konsumentów, są wynikiem znanej chyba wszystkim gry popytu i podaży. Każdy przedsiębiorca dokonuje kalkulacji ekonomicznej, ustala ceny wychodząc na przeciw potrzebom społeczeństwa, starając się je odpłatnie zaspokoić. I teraz tak, jeśli produkcja przyspiesza na skutek obniżenia się jej kosztów (do czego prowadzą inwestycje np. w nowe technologie) dóbr na rynku jest więcej. A więc ich ceny idą w dół, ponieważ skoro jest ich na rynku więcej, stają się "mniej rzadkie", konsumenci cenią je mniej. Przedsiębiorca jednak nie traci, pomimo spadku cen, ponieważ dzięki niższych kosztom produkcji jest w stanie wprowadzić większą liczbę towarów w krótszym czasie. Przeciwnie, zyskuje rozwijając swoją działalność, przyciągając coraz większą liczbę klientów. Tymczasem jeśli rząd dodatkowo obciąża przedsiębiorców np. przez państwowe regulacje, czy wyższe podatki, koszty produkcji idą w górę, więc w tym samym czasie powstaje mniej dóbr na rynku. Ponieważ jest ich mniej, stają się rzadsze, więc ceny idą w górę. Dlatego naturalnym jest, że ceny w gospodarce rynkowej spadają, jeśli pozwolimy temu procesowi działać. Skoro ceny spadają, rosną tym samym płace realne, bo za tę samą stawkę można kupić więcej, godzina pracy staje się więcej warta. Skoro już o płacach mowa, są one niczym innym jak ceną za pracę. Więc ich poziom również ustala rynek i gra popytu i podaży. Pracodawca zatrudni pracownika np. za 3000 zł, tylko jeżeli obecnie 3 tys. zł ceni mniej niż pracę pracownika, która dzięki odpowiedniemu zainwestowaniu przyniesie w przyszłości zysk. A więc o płacy decydują, kwalifikacje pracownika, wydajność pracy oraz popyt na pracę. Ten ostatni jest wbrew pozorom bardzo duży, w warunkach gospodarki rynkowej. Ba to właśnie ludzka praca jest najrzadszym i najcenniejszym czynnikiem produkcji, dzieje się tak z co najmniej kilku powodów. Głównie dlatego, że praca jest jedynym zasobem potrzebnym na każdym etapie produkcji, a kapitał ludzki cechuje tzw. wyłączność. A więc człowiek nie może wykonywać pracy w dwóch miejscach jednocześnie, czyli np. jeśli pracuje 8 godzin w firmie A, nie może w dokładnym tym samym czasie pracować w firmie B. Koszt alternatywnego użycia zawsze dotyczy całego kapitału ludzkiego, ponieważ człowiek nie jest w stanie podzielić swojej wiedzy czy umiejętności na kilka równoczesnych zadań, tak jak można to uczynić z kapitałem rzeczowym czy finansowym. Pracodawcy muszą więc stale rywalizować o pracownika. Co ciekawe istnienie tej silnej rywalizacji dostrzegał nawet sam Karol Marks, wieszcząc upadek kapitalizmu, dlatego że ponieważ kapitaliści muszą rywalizować o siłę roboczą, będą musieli albo stale podnosić pensję robotnikom albo inwestować coraz więcej w nowe maszyny. Tak zresztą było w wieku XIX, płace szły w górę, a ceny w dół. Marks nie przewidział jednak że to wszystko jest również korzystne dla przedsiębiorców, ponieważ inwestycje w nowe rozwiązania technologiczne etc. sprawiają że sami zarabiają dzięki obniżaniu się kosztów produkcji, a na konieczności podwyższania płac nie tracą, ponieważ praca staje się coraz bardziej produktywna. Zyskują wszyscy. Dlatego im bardziej rozwinięty gospodarczo kraj, tym wyższy poziom życia, wyższe płace i relatywnie niższe ceny, niższe bezrobocie itd. Natomiast w sytuacji gdy w rynek płac wkracza państwo robi się nieciekawie. Klin podatkowy zawyża koszty pracy, więc popyt na pracę się obniża, restrykcyjne przepisy i biurokracja sprawiają że "konsumentów" (czyli pracodawców) robi się znacznie mniej, i znowu popyt na siłę roboczą nurkuje. Na domiar złego rząd wprowadza cenę minimalną, czyli (płacę minimalną), a więc "niesprzedany towar" nie może pójść za niższą cenę, więc zaczyna zalegać półki, czyli tak powstaje bezrobocie. I pracownik przestaje być rzadkim dobrem, staje się tanim towarem, którego robi się w nadmiarze. Jeśli rząd nakazuje pracodawcom, że można legalnie zatrudniać od kwoty np. 2112 zł (płaca minimalna + klin podatkowy) to pracodawca zatrudni pracownika którego praca faktycznie jest tyle warta (ale do ręki dostanie już tylko 1286 odjąć podatki pośrednie), natomiast osoby mniej wykwalifikowane już pracy nie znajdują, przynajmniej nie na etacie. Część pracodawców może również "dopłacić" do pracownika (jeśli nie znajdą lepiej wykwalifikowanego), przenosząc do funduszu płac środki przeznaczone na dalsze inwestycje (więc produktywność pracy, i przyszłe płace realne będą rosły wolniej) lub po prostu ponieść większe koszty produkcji, a więc podaż dóbr znowu będzie mniejsza, a to oznacza wzrost cen, czyli także niższe płace realne. Na rynek cen, a więc tym samym rynek płac realnych wpływ ma również polityka monetarna, w erze pieniądza fiducjarnego i centralnej bankowości, podaż pieniądza ciągle rośnie, a więc ceny zamiast spadać, rosną, obniżając realne płace.
  21. Na początek polecam zajrzeć tutaj: http://www.ey.com/Publication/vwLUAssets/Prawdziwa_historia_25-lecia_polskich_podatk%C3%B3w/$FILE/Prawdziwa_historia_25-lecia_polskich_podatkow.pdf Na stronie 6 można znaleźć dane dotyczące wpływów do budżetu z poszczególnych podatków w roku 2013 r. A kształtują się one tak: Wpływy z VAT - 46% Wpływy z podatków akcyzowych - 25% Wpływy z PIT - 17% Wpływy z CIT - 10% Pozostałe - 2% Jakie z tego można wyciągnąć wnioski? Po pierwsze aż 71% wszystkich podatków stanowią podatki pośrednie. Po drugie 88% wszystkich podatków płacą osoby fizyczne (podatki pośrednie + PIT) a tylko 10% osoby prawne, czyli prowadzące działalność gospodarczą. Jednak nie znaczy to też że ten CIT płacą jacyś bardzo bogaci biznesmeni. W Polsce aż 99,8% firm to sektor MSP (małych i średnich przedsiębiorstw). A 96% to mikrofirmy. Źródło: http://www.parp.gov.pl/raport-o-stanie-sektora-malych-srednich-przedsiebiorstw-w-polsce A więc i znaczna część płatników CIT to mikro i małe firmy. Z pozostałych 2% podatków mamy chociażby podatek od nieruchomości, czy od zysków kapitałowych, a ich też nie płacą tylko jacyś bogacze. Wystarczy mieć otworzoną lokatę i płacisz "podatek Belki". Tak czy inaczej zbierając to wszystko do kupy, dobre 98% wszystkich podatków płacą zwykli ludzie, nie zarabiający nie wiadomo ile. Tymczasem jak się powszechnie przyjęło jak tylko ktoś podda pomysł znacznej obniżki podatków i wprowadzenia wolnego rynku, zaraz słychać odzew, że to będzie korzystne "dla bogatych". Oj tak, naiwne wy kuce, myślicie że jak biznesmen będzie płacił niższe podatki, to da wam dobrowolnie podwyżkę, zamiast kupić nowe Audi za 400 tys., zwłaszcza właściciel małej pizzerii zarabiający 2,5 tys. na rękę . Dobra, ale już tak bez żartów. Pozostaje jeszcze pytanie czy ta garstka naprawdę wielkich firm (korporacji) płaci w ogóle jakieś konkretne podatki? W Polsce jak wiadomo nie bardzo, zwłaszcza korporacje międzynarodowe. A za granicą? Podobno grzecznie płacą bardzo wysokie stawki, tak przynajmniej twierdzi Marek. Hmm, trochę dziwne, czyli jak w jakimś kraju najwyższa stawka CIT wynosi 40%, to zarząd firmy, która notuje zysk np. 2 mld dolarów rocznie, grzecznie płaci 800 mln rocznie, zamiast zainwestować kilkadziesiąt tys. (strzelam na ślepo) na prawników, którzy odpowiednio doradzą jak ładnie rozliczać się w rajach podatkowych, czy skorzystać z optymalizacji podatkowej, z czym radzi sobie już nawet niejeden średniak, który nie ma nie wiadomo jakiego kapitału? Ale spójrzmy jak to wygląda za granicą. Np. Wielka Brytania: http://natemat.pl/62061,3-4-mld-zyskow-i-tylko-3-4-mln-podatkow-tak-google-placi-podatki-w-wielkiej-brytanii-rzad-wypowiada-wojne Google płaci 3 mln z 3 mld zysków, Amazon oddaje 9 mln z 23 mld. Ładnie ich "orżnęli" nie ma co. A może USA? Chyba nie bardzo: http://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/454969,apple-microsoft-ibm-nie-placa-podatkow-w-usa-ile-traci-fiskus-w-ameryce.html Niektóre korporacje nawet wsparcie z budżetu otrzymują, np.: http://forsal.pl/artykuly/766351,mcdonald-s-i-wal-mart-to-najwieksi-beneficjenci-pomocy-spolecznej-w-usa.html Itd. itd. No ale to że wielkie firmy nie płacą podatków to akurat bardzo dobrze. Dzięki temu zyskują konsumenci w postaci dostępu do nowych i tańszych dóbr. Złe jest to że mniejszych się łoi, całe sukinsyństwo korporacjonizmu polega na lobbingu i korupcji, przez co nie daje się dorabiać reszcie społeczeństwo. Niestety logika lewicowców jest tu taka, dojechać korporacjom (nie ważne że odbije się na konsumentach) zamiast odciążyć od podatków całą resztę. Czyli jak mamy epidemię, nie leczmy chorych, tylko zarażajmy zdrowych . Na koniec kwestia przerzucalności podatków, z pracodawcy na pracownika i z producenta na konsumenta, tu pozwolę sobie oddać głos Miltonowi Friedmanowi: Ale dodam ważną uwagę, często wykrzywianą przez początkujących wolnorynkowców. To nie jest tak że jak np. podatek dla przedsiębiorcy rośnie o 5% to automatycznie podnosi on ceny o 5%. Nie. To wszystko zależy od gry popytu i podaży, czyli wyższe podatki zwiększają koszty produkcji, to przekłada się na mniejszą podaż dóbr w danym okresie czasu, a więc siłą rzeczy ceny idą w górę. To nie arbitralna decyzja przedsiębiorcy, które postanawia przenieść koszty na konsumentów a jedynie kwestia kalkulacji ekonomicznej.
  22. Początek kryzysu z 1920 r. był dla amerykańskiej gospodarki jeszcze gorszy niż początek kryzysu z 1929 r. Produkcja spadła o 21%, PKB o 24%, a bezrobocie wzrosło z 4% do 12%. Jednak ten kryzys w porównaniu z innymi nie trwał zbyt długo, właściwie już po około roku gospodarka odbiła i zaczęła dynamiczny wzrost. Dlatego mało kto w ogóle o tym słyszał? Dlatego że ówczesny prezydent Warren Harding zrobił coś zupełnie sprzecznego z radami ekonomistów "głównego nurtu". Zamiast podjąć interwencję, przyjąć "pakiet stymulacyjny", wpompowanie pieniądza do gospodarki postawił na zupełny brak interwencji w gospodarkę pozwalając działać wolnemu rynkowi. Jednocześnie zmniejszył wydatki rządowe o 65% i obniżył podatki (najwyższa stawka podatku 77% została obniżona do 25%). Polecam świetny wykład Thomasa E. Woodsa z Instytutu Misesa na ten temat: Jeśli komuś nie chce się oglądać polecam artykuł do poczytania: http://liberalis.pl/2009/12/17/robert-murphy-kryzys-o-ktorym-nie-slyszeliscie-1920-21-cz-2/