Skocz do zawartości
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
  • wpisy
    13
  • komentarzy
    97
  • wyświetleń
    1525

O blogu

Witam wszystkich czytelników. Jestem Gosia :) Co mnie podkusiło by poprowadzić tutaj bloga? W sumie to fakt, że lubię wylewać swoje myśli na "papier" i dzielić się swoimi przeżyciami, spostrzeżeniami z innymi. Swoja drogą już kiedyś prowadziłam czynnie photobloga i wtedy odkryłam, że takie uzewnętrznianie się jest bardzo oczyszczające i chyba po prostu lubię to robić. :) 

Tutaj jednak chciałabym bardziej skupić się na temacie samorozwoju, który ostatnimi czasy jest mi bardzo bliski. Chcę również opisać swoją przygodę z medytacją, pracą nad czakrami, przygodą z duchowością jak i też podzielić się jednymi z moich hobby jakimi jest fotografia i podróże. Opiszę też na pewno realia mieszkania w Anglii jak i również będę tu notować i gromadzić swoje postępy w treningach a co by bardziej się motywować. ;)

Po za tym dodam, że bardzo spodobało mi się to forum. Dzięki niemu wraca moja wiara w ludzkość i fakt, że są jednak na tym świecie ludzie, którzy myślą podobnie do mnie, mają podobne podejście do niektórych spraw przez co nie czuję się tutaj jak kosmitka (a zdarza mi się tak czuć - szczególnie w pracy :P) albo po prostu spotkałam innych kosmitów...

W każdym bądź razie Cieszę się, że tu trafiłam i na pewno trochę tu posiedzę, gdyż jest to skarbnica naprawdę przydatnej wiedzy i z pewnością wiele się tu jeszcze nauczę i dzięki temu forum dojdę do wielu mądrych wniosków zmieniając się tylko na lepsze. 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i zapraszam do czytania moich wypocin! (O ile nie będzie Was męczyło typowe babskie paplanie:P) 

Wpisy w tym blogu

 

"Nowy rok - Nowa Ja" ?

Witajcie!  Po długiej przerwie znowu wracam. Tak długo mnie nie było, że zdążył przyjść Nowy rok. hue hue   Pewnie myślicie więc, że będę pisać o swoich postanowieniach noworocznych?  Ano..może trochę.   Chociaż nigdy w tym dobra nie byłam.    Jak co roku coś się kończy, i coś zaczyna. W tamtym roku udało mi się domknąć sprawy rodzinne, które mnie męczyły chyba najbardziej. Jest więc swego rodzaju ulga, że w końcu sytuacja się unormowała i zostało postawione na jedną kartę. Było ciężko... ale dałam radę. Długo byłam w rozterce, jednak atmosfera między mną a moim rodzeństwem tak się zagęściła już przed samymi świętami... że aż w sumie sami mi dali powód i zapalnik do tego, by w końcu zakończyć te toksyczne relacje.  Także w Nowy Rok wchodzę jeszcze bardziej wyzwolona, pogodzona sama z sobą...i przede wszystkim z domkniętą sprawą, która męczyła mnie tyle lat. Jestem z siebie dumna niezmiernie. To dużo jak na jeden rok.  Czuję się silniejsza i bardziej niezależna. Mam jeszcze więcej motywacji do tego by osiągnąć swoje cele i by pozamykać w końcu inne sprawy. Prawko w połowie zdane. Daję sobie czas do lutego, max do marca, by zdać praktyczny. Nie ma zmiłuj - to jest jedna ze spraw, która jeszcze mnie męczy - dlatego załatwię to w pierwszej kolejności. Kurs angielskiego idzie sprawnie - jeden egzamin już zdany. W najbliższym czasie czekają mnie jeszcze dwa kolejne. Życzcie mi Good Luck.    W tym roku tyyyyyle planów podróżniczych, że głowa mała ( w sumie jak co roku...) Ciekawe więc co uda mi się zrealizować... Moje wstępne założenia to: Włochy, Szkocja, Walia, Mazury ( bo chcę Lubemu pokazać zarówno tę Krainę jezior jak też moją dalszą rodzinę ) i zamek Alnwick (tam gdzie był kręcony Harry Potter) No i oczywiście nie wykluczam spontanów.   Może jakiś "niespodziewany" wypad stopowy? Kto wie...   W ubiegłym roku udało mi się zrealizować w końcu Gdańsk i Polskie morze nad którym nigdy wcześniej nie byłam, jak też mój pierwszy zlot rodzinny... Zwiedziłam Niemcy i spotkałam się spontanicznie ze znajomymi harcerzami...  Udało mi się schudnąć w przeciągu roku ponad 13 kg! To dopiero wyczyn! Ale to nie znaczy, że spoczywam na laurach.  Cieszę się, że udało mi się wpoić w nawyk zdrowy tryb życia i regularne treningi.  Także... był to dobry rok. Ten też będzie. Może nawet lepszy?       A jak Wam minął rok 2018?        

Hippie

Hippie

 

Postępy.

Ahoj!  Minął tydzień od mojego ostatniego wpisu. Jak więc przebiega realizacja mojego postanowienia?  Myślę, że pomyślnie. Nastawienie od pierwszej lekcji zmieniło się na lepsze.  Lekcja była bardzo pozytywna więc oczekuję, że następne tez takie będą. Praca domowa odrobiona. Plan dnia też nieco inaczej rozłożony. Mniej siedzenia przy komputerze przy pierdołach. Przynajmniej pół godziny poświęcam na naukę słownictwa. Oglądam teraz tylko i wyłącznie seriale, filmy po angielsku z angielskimi napisami. Przy obiedzie zwykle lecą "Przyjaciele" albo brytyjski serial " Moja rodzinka". Ten drugi jest mi szczególnie pomocny, bo słychać tam typowy brytyjski akcent.    A jak się mają moje treningi? Również widzę progres. Przede wszystkim widzę po mięśniach brzucha, które się bardzo wzmocniły. Zwykle ćwiczę przed lustrem więc podczas treningu często przyglądam się ich pracy. Bardzo mnie cieszy widok lekkich zarysów ABS'a   Tak samo nogi, choć te zawsze były lekko umięśnione (głównie przez rower), tak teraz są bardziej zbite. Jak zwykle łydki były masywne tak teraz zaczynają być bardziej kształtne.  Ach! Popadam w samozachwyt.   Coraz intensywniej myślę też o Ju jitsu. Powoli zbieram się by zacząć treningi, jednak chciałabym wcześniej przygotować się do tego wytrzymałościowo. Dlatego też od teraz zaczynam intensywniejsze i treningi HIIT + bieganie .  Tak więc ostatecznie nie spoczywam na laurach. Energia i dobre nastawienie mnie nie opuszczają. Jest ok!     Tymczasem kończę - czas się zmęczyć i spocić.      Tym pozytywnym akcentem żegnam się z wami życząc Wam miłego dnia!         

Hippie

Hippie

 

"Głupi Musk!". Żelazne postanowienie Hippie

Ahoj! Żarty się skończyły. Wpadłam w dość głęboką strefę komfortu...czas z niej wyleźć!  Zaobserwowałam u siebie za dużo "pitu pitu" a za mało działania ostatnimi czasy. Tak jak też dużo zajmowania się głupotami, siedzeniem na forum, czytaniem książek samorozwojowych, sprawami przyziemnymi niskiej wagi, przyjemnościami (tj. gra na gitarze) a konkrety omijam szerszym łukiem. Czas to podkręcić i poprawić. Zwłaszcza, że mam szansę się wziąć za sprawę wyższej wagi a ja tego nie wykorzystałam w odpowiednim czasie... jeszcze w sumie nic straconego...ale... Do rzeczy: Jako, że to forum pomaga mi w jakimś stopniu w poprawieniu kondycji fizycznej i sylwetki tak teraz postanowiłam, że znowu się nim posłużę ale w temacie kursu języka angielskiego (ESOL). SKRU-PU-LATNIE. Nie ma zmiłuj!   Tydzień temu na ostatni gwizdek (czyli ok. godzinie 15:00) poszłam się zapisać na lekcję. Pani w recepcji dała mi formularz i test sprawdzający mój obecny poziom języka. Zaczęłam się wypytywać oczywiście jakby to wyglądało, o której godzinie i w jakie dni byłby by zajęcia. Pani odpowiedziała, że to zależy na jakim poziomie będę. Pierwszy etap to sprawdzenie mojego ęgielskiego. Trochę mnie zatkało jak powiedziała, że zajęcia zaczynają się zwykle o 18-tej ( o tej porze zwykle kończę pracę). Ja do niej mówię: " jakie więc są levele w poniedziałki i wtorki, gdyż obawiam się, że to są jedyne dni w które mogę uczęszczać na zajęcia. Ona: że entry 3 (czyli ten, na który ja siebie sama oceniam - odpowiednik średnio zaawansowanego) jest we wtorki i dzisiaj jest akurat pierwsza lekcja o 18-tej. Z pewnymi wątpliwościami i po dłuższym namyśle powiedziałam Pani angielskiej recepcjonistce, że spróbuję. Dostałam od niej formularz i  Pozwoliła mi go wziąć do domu by go wypełnić by po 1,5h wrócić na lekcję która miała zacząć się o tej 18-tej.  Byłą to szybka akcja, wróciłam do domu, zajęłam się wypełnianiem testu złożonego z pytań "abcd" i części pisemnej gdzie musiałam opisać co robię teraz, jak widzę swoją przyszłość jakie mam plany na przyszłość etc. Wszystko oczywiście po angielsku i bez wspomagania się czymkolwiek. Generalnie teścik przyjemny, tematy pisemne proste, spokojnie się rozpisałam w więcej niż 200 słowach. Wypełniłam ale od razu zaczęły mnie napływać różne negatywne myśli typu: " Mojemu Lubemu jeszcze nie dali certyfikatu, niezbyt są słowni...a co jeśli ja też będę miała z nimi problemy?" " nie wiem czy podołam, w długie tygodnie pracy będę wycieńczona". " cholera, jeszcze obiadu nie zrobiłam, już jest prawie 17-ta, a on głodny. a o 18-tej ten angielski, noż... wszystko kurcze na raz!" (  ) Ostatecznie tydzień temu nie poszłam na tę lekcję, a formularz leży na mojej toaletce przy laptopie.  Ale dzisiaj sobie nie odpuszczę. Oczywiście sytuację w recepcji/ na lekcji zamierzam ładnie wytłumaczyć i przeprosić. Tu nie widzę problemu i z tego co mój facet powiedział, oni raczej tez nie będą.  Większy problem widzę w moim słomianym zapale, nad którym muszę ewidentnie popracować.  Zależy mi na tym certyfikacie, bo będzie to pisemny dowód na moje umiejętności językowe. Jest to furtka do mojego rozwoju zawodowego a póki co mam z tym jakieś dziwne swoje lęki i wątpliwości. W dodatku czuję, że się za bardzo rozleniwiłam i wpadłam w tę brzydką strefę komfortu, dlatego muszę w pierwszej kolejności się za to wziąć. Muszę sobie zmienić nawyki w czasie wolnym od pracy i zmobilizować się do działania.  Zawsze jestem pierwsza do przyjemności ale jeśli chodzi o załatwianie spraw ważnych - w zależności od sytuacji i wagi bywa różnie...  Tak więc obwieszczam wszem i wobec przed samą sobą i przed świadkami w postaci Was, forumowiczów. Biorę się ostro za siebie! Mam dużo energii ale muszę się kopnąć porządnie w dupsko ! Jak się poddam to będę dupa wołowa.  Także Hippie Ty leniwcu, do dzieła!  godzina 18:00 sio na zajęcia bez marudzenia!      Oczywiście na dowód, że poszłam dzisiaj na lekcję, za jakiś czas (jak go znajdę)- zdam relację z mojej pierwszej lekcji no i oczywiście jak mi poszło.    A teraz spadam zająć się obiadem dla mojego samca i innymi przyziemnymi sprawami. Trzymajcie się!  Have a lovely day! 

Hippie

Hippie

 

Historia Hippie - czyli co mnie doprowadziło do tego miejsca w którym jestem.

Ahoj ludziska! Kope lat   Czas coś w końcu tu napisać. Tęskniliście? Bo ja tak. W końcu znalazłam tę chwilę wytchnienia i weny by zajrzeć na swojego bloga.  Trochę się u mnie podziało ostatnimi czasy, stąd też moja rzadsza obecność tutaj.    Tym razem chciałabym opowiedzieć o sobie, o tym co i jak ukształtował się mój światopogląd. Jak zmieniło się moje życie z upływem lat. Dlaczego interesuję się rozwojem osobistym. Dlaczego nie jestem feministką i pokrótce pragnę przedstawić swoją historię. To, że jestem w Wielkiej Brytanii od 4 lat już niektórzy z was wiedzą. Chciałabym skupić się na wcześniejszych okresach mojego życia - myślę, że przedstawienie mojego dzieciństwa dość wyraźnie pokaże, dlaczego mam takie a nie inne podejście do spraw międzyludzkich i damsko-męskich oraz przedstawię jakie są moje motywacje. Może tez moja historia, pomoże niektórym, zainspiruje do czegoś, da jakieś wskazówki. Może zmusi też do refleksji... Ostrzegam, że może to być dłuuuga książka w dodatku nieco chaotyczna.     Więc zacznijmy od wprowadzenia...kto ja jestem? Jestem 25-letnią dziewczyną, w udanym związku z mężczyzną, którego kocham. Jestem niepoprawną optymistką, w głębi duszy podróżniczką. Ciekawa świata i lubiąca czerpać z życia pełnymi garściami. Widzę przed sobą ogrom możliwości, choć jestem niektórych kwestiach niezdecydowana, tak jednak nie lubię się ograniczać i wybierać tylko jedną drogę. Mam mnóstwo planów i marzeń. W swoim tempie realizuję to co chcę. Moją główną motywacją jest być wolną i szczęśliwą.  Jest mało rzeczy których nie lubię. Natomiast tych co lubię jest tak dużo, że czasem ciężko mi wybrać czego tak naprawdę potrzebuję. Jestem typową enneagramową  >siódemką (dokładnie 7w6)< W skrócie jestem wiecznym dzieckiem, cieszę się z najmniejszych darów życia i jestem straszną marzycielką. Lubię próbować nowych rzeczy, stąd też mam dużo powierzchownych zainteresowań. Jestem ekstrawertyczką, jednak mam momenty, kiedy lubię się zatrzymać i poobserwować otoczenie, przeanalizować.  Nudzi mnie rutyna, choć wiem, że jest nieodłącznym elementem w życiu, dlatego staram się też momentami do tego przystosować. Jak bardzo mój charakter jest nieadekwatny do przeżyć z dzieciństwa... O tym poniżej.   Potrzebowałam mnóstwa czasu by zrozumieć siebie i swoje motywacje. Jak byłam nastolatką nie dawało mi to spokoju. Gubiłam się w swoich myślach, nie rozumiałam dlaczego jestem taka chaotyczna, niezdecydowana. Nie znałam kobiecej natury jak też nie wiedziałam jak zachowywać się wobec ludzi. Jak byłam mała, byłam dość nieśmiała. Im starsza - bardziej pewna siebie choć też zależy w jakich sytuacjach. Miałam problem z określeniem co jest dla mnie dobre.  Sprawiałam wrażenie osoby poważniejszej niż rówieśnicy. Szukałam swojej tożsamości i próbowałam jakoś zrozumieć swoje najbliższe otoczenie, które swoją drogą było źródłem moich problemów od najmłodszych lat. Dlatego w wieku 16 lat zaczęłam szukać poszlak. Pokrótce zaczęłam interesować się duchowością, medytacją...starałam się wychodzić jak najczęściej z domu, by uwolnić się od spraw rodzinnych. Wstąpiłam do harcerstwa, przebywałam dużo czasu z rówieśnikami.  W domu byłam zdana sama na siebie, mimo faktu, że mam czwórkę rodzeństwa (wszyscy starsi ode mnie, dzielą nas duże różnice wiekowe) czułam się samotna. Zamykałam się zwykle we własnym pokoju i uciekałam od rzeczywistości na różne sposoby. Miałam podejrzenia, że mam duże problemy ze sobą i miewałam stany depresyjne. Nie wiedziałam jak z tym walczyć. Jednak podświadomie mocno pragnęłam zmian. Wyobrażałam sobie wiele razy, że uwalniam się od tych problemów...Uśmiechałam się sama do siebie. I wmawiałam sobie " wyjdziesz tego gówna, na pewno!".   W szkole miałam problemy z nauką. Największy problem oczywiście z matematyką...  Moi rodzice mi nie pomagali, rodzeństwo też nie. Jak miałam 6 lat, wyprowadziła się najstarsza siostra, po paru latach kolejna, później brat poszedł do wojska i po tym tez od razu się wyprowadził. Najwięcej uwagi poświęcał mi mój drugi brat, to z nim kłóciłam się o komputer, to on bawił się ze mną w chowanego, robił mi psikusy...w skrócie normalna relacja siostra-brat, której myślę każdy dzieciak, nastolatek potrzebuje, ale też po jakimś czasie zabrała mi go choroba - schizofrenia. Od małego byłam przyzwyczajona do tego, że było dużo ludzi pod jednym dachem. Jednak gdy zaczęli się wyprowadzać jedno po drugim zaczęłam jako dziecko odczuwać pustkę. Choć wychowywałam się w dużej rodzinie, jakoś tak tego nie odczuwałam...Większość rodzeństwa była i jest w dalszym ciągu dla mnie obca... Okres kiedy powinnam mieć dużo kontaktu z rodzeństwem, z ciepłem rodzinnym, ja odczuwałam samotność. Na przestrzeni lat, jeśli tak przeanalizować relację z moim rodzeństwem...mogę stwierdzić, że jest skomplikowana. Od moich starszych sióstr zwykle słyszałam tylko krytykę, czułam, że chcą mi tylko matkować. Czułam...dalej w sumie czuję, że nie jesteśmy ani trochę sobie bliskie. Nie bez powodu zresztą mi matkowały. Po parunastu latach dowiedziałam się, że robiły to dlatego, że widziały, że moja matka nie zajmuje się mną prawie w ogóle. Widziały u mnie braki w wychowaniu. Jako, że wyprowadziły się szybko z domu, ja nie miałam z nimi za dużo styczności. Zaczęły układać swoje życie po swojemu, z dala od domu rodzinnego, dlatego wzorce i światopoglądy mają zupełnie inne niż ja. Gdybyśmy spędzały więcej czasu ze sobą, dzieliły ze sobą codzienność, sprawa wyglądałaby zdecydowanie inaczej - tak przynajmniej przypuszczam.  Nie bez powodu jednak moje rodzeństwo decydowało się szybko na wyprowadzkę...Tak jak i ja później. Największym problemem od czasów dzieciństwa była moja Matka. Już od najmłodszych lat słyszałam jej narzekania na Ojca. On harował jak wół, wyjeżdżał do Niemiec na parę miesięcy a jak wracał, pierwsze co zastawał w domu to naburmuszoną minę mojej Matki. Wychowywałam się w domu gdzie nie było czuć miłości matki. Tylko jej żądania kierowane do wszystkich a w szczególności do Ojca. Więcej żądała niż dawała od siebie. Od pewnego czasu swoje życie spędzała głownie przy komputerze grając w pasjansy i różne logiczne gierki ze strony gry.pl.  Mnie też przez pewne okresy brakowało ojca. Byłam generalnie córeczką Tatusia. Jak już w jednym wątku opisałam - gdy przyjeżdżał z Niemiec, potrafiłam na niego czekać godzinami przed blokiem. Przywoził mi mnóstwo zabawek, słodyczy. Wychodziłam do niego przed blok, pomagać mu przy aucie, lubiłam mu towarzyszyć przy załatwianiu spraw... Potrzebowałam jak każde dziecko bliskości i ciepła. Więcej otrzymywałam tego od Ojca, którego miałam mniej przy sobie niż od Matki, którą miałam na co dzień. Mój ojciec był znany w bloku z tego, że był złotym rączką i był pomocny. Każdemu służył radą i pomocą.  Jednak widząc jako dziecko reakcje mojej Matki byłam zdezorientowana, z czasem zaczęło to iść w złą stronę. Jako, że więcej czasu przebywałam z moją Mamą, łapałam od niej zachowania, słuchałam jej. Godzinami potrafiła narzekać na rodzinę mojego Ojca i na jego samego. Były kłótnie o wszystko, choć najczęściej o pieniądze. Mój Ojciec był jedynym żywicielem tak dużej rodziny, dlatego też nie przelewało nam się za bardzo. Będąc nastolatką, byłam zmotywowana do tego by pomóc rodzicom chociaż trochę odciążyć ich finansowo. Próbowałam zarabiać sama na siebie już w wieku 16-tu lat. Czułam poczucie winy prosząc moich rodziców o drobne na swoje potrzeby.  Moja matka zajmowała się domem, choć już po jakimś czasie zaniedbywała też i tę rolę. Robiła mi straszny mętlik w głowie, bo czasem rzeczywistość nie pokrywała się z tym co mówiła. Mówiła mi zupełnie coś odwrotnego niż widziałam. Jednak jak mi wpajała do znudzenia, to zaczęłam już w niektóre rzeczy wierzyć. Zaczęły się więc też kłótnie z Ojcem. W dodatku różne perypetie z moim bratem, któremu schizofrenia dawała się we znaki. Były momenty, że lubiłam rozmawiać z moją mamą, bo to też było jakieś spędzanie czasu z nią. Im więcej się z nią zgadzałam, tym milsza była dla mnie. Ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak bardzo ta relacja jest dla mnie zgubna. Nie byłam świadoma tego, że ona chce wychować swoją osobistą służącą i pomagierkę, sama odpoczywając, przy komputerze. Bo jak to zwykła mówić " wychowałam piątkę dzieci, jestem zmęczona, mam prawo do odpoczynku". W między czasie tworzyła sobie różne scenariusze, miała w głowie spiski, które rzekomo knuliśmy wszyscy przeciwko niej. Za wszelką cenę chciała nas, dzieci trzymać jak najdalej od ojca, wmawiając, że robi wszystko na przekór jej. Jednak jako, że jeszcze byłam młoda, nie wiedziałam co to wszystko znaczy.  To było swego rodzaju układanie puzzli.  Choć na początku błądziłam po omacku. Dopiero po latach analizowania sytuacji w domu uzmysłowiłam sobie, że mojej Matce nie da się pomóc. Dopiero niedawno doszłam do tego, że prawdopodobnie ma zaburzenie narcystyczne.  Jedyne co należy zrobić w takim przypadku to odseparować się. - co w sumie stopniowo zaczęło mieć miejsce gdy się wyprowadziłam z domu do UK.  Mojemu bratu, który zachorował na schizofrenię, nie udało się. Dalej jest pod jej negatywnym wpływem. Widać, że przygniata go ta negatywna aura, którą rozsiewa moja rodzicielka. Reszta rodzeństwa w tym ja - uciekliśmy. A mojemu Ojcu po jakimś czasie zaczęło wysiadać zdrowie. Był też bardziej przygnębiony, choć dalej potrafił się cieszyć i uśmiechać z najdrobniejszych rzeczy. Potrzebował spokoju, jednak go nie dostawał w domu. Zaczął chorować na raka. Po trzecim przerzucie na kręgosłup, opuścił nas. Rok śmierci mojego ojca - był to dla mnie przełomowy okres. Postanowiłam wyprowadzić się z domu rodzinnego. Nie chciałam żyć pod jednym dachem ze swoją matką. Chciałam jak najszybciej się usamodzielnić i żyć na swój rachunek. Nadarzyła się okazja wyprowadzki za granicę 2 miesiące po pogrzebie Ojca - w Polsce nie widziałam swojej przyszłości. W tym też czasie zaczęłam spotykać się ze swoim obecnym mężczyzną. Zaczęłam czuć, że mimo przykrych zdarzeń, mimo wszystko zaczyna mnie coś spotykać miłego. W końcu widziałam, że los się do mnie uśmiecha. Wtedy czułam, że spadł ze mnie ogromny ciężar. Czułam, że zaczynam być wolna. Aż do chwili obecnej.    Na podstawie swoich przeżyć, uznałam, że nie chce dla siebie więcej takiego życia. W przyszłości chcąc stworzyć rodzinę, chcę być dobrą, kochającą matką i kobietą, która będzie poświęcała jak najwięcej czasu swoim dzieciom. Chcę tworzyć miłą i ciepłą atmosferę wokół siebie. Być przeciwieństwem mojej matki. Brać pełną odpowiedzialność za swoje czyny i rozwijać się. Nie zatrzymywać się w miejscu i rozpamiętywać jak moja matka. Żyć i cieszyć się życiem. Chcę dzielić się tym szczęściem z moim lubym.   Nie mam do niej żalu, choć blizny jakieś zostały. Ona też mnie na swój sposób nauczyła życia. Pokazała mi tę ciemną jego stronę. Pokazała mi do czego doprowadza nienawiść do samego siebie i innych. Pokazała mi też że jak się jest skrajnym egoistą to krzywdzi się bliskich. Poczułam na własnej skórze jak to jest być ofiarą takiej osoby. Dlatego chcę obdarzać swojego mężczyznę ciepłem i być dla niego wsparciem. Nie utrapieniem. Nie bez powodu staram się zrozumieć też męską naturę. Nie chcę na siłę zmieniać mojego mężczyzny i patrzeć tylko na swoje potrzeby. Chcę być szczęśliwa, uśmiechać się. Śmiać się jak najwięcej. Uwalniać swoje wewnętrzne dziecko. Być wolna. Moje własne dzieciństwo jest dla mnie przestrogą. Nie chcę by moje dziecko w przyszłości czuło to samo co ja jak byłam mała. Nie ma nic gorszego dla dziecka niż samotność i uczucie odrzucenia.      Dlatego jestem bardzo wyczulona na to jak widzę, gdy matki zaniedbują swoją rolę. Jak kobiety zaczynają być agresywne, są dumne i pokazują ile w nich pychy. Nie dając dziecku ciepła i emocjonalnego wsparcia - krzywdzą je. Nie mogę zdzierżyć, że dzisiejsze kobiety większości mało od siebie dają w związkach. Najważniejsze jest dla nich zaspokojenie własnych zachcianek, najlepiej też bezboleśnie i bez wysiłku. Zrobiły się wygodnickie. Chcą mieć wszystko, bez żadnego wkładu od siebie. Smuci mnie to. Bardzo. Dlatego jestem zdeterminowana by z tym walczyć jak tylko się da, sama dając dobry przykład.   Udowodniłam sobie, że jednak mam wpływ na własne życie. Każdy ma. Trzeba tylko chcieć zmian. Trzeba umieć zrobić sobie rachunek sumienia, być z samym sobą szczerym.  Patrzę teraz na to co osiągnęłam i jestem z siebie niesamowicie dumna. Mam dokładnie to o czym marzyłam będąc nastolatką. To mi pokazało, jakim potężnym narzędziem jest umysł i jak zna się jego prawa, można naprawdę dużo... Cieszę się też, że jestem na tym forum i mogę podzielić się tym z innymi. Takie wylanie własnych myśli i przemyśleń jest dla mnie bardzo oczyszczające.  Tym pozytywnym akcentem kończę dzisiejsze wylewanie myśli.  Dziękuję Drogi czytelniku jeśli tu dotarłeś i przebrnąłeś przez tę ścianę tekstu.  Życzę wam wszystkiego co najlepsze, przesyłam dużo pozytywnej energii (tzn jej resztki, bo po treningu jestem wypompowana) - ale spokojnie, starczy dla każdego.     Dobrej nocy!             

Hippie

Hippie

 

Wena twórcza Hippie

Witajcie. Cicho tu było przez długi czas, bo nie miałam weny by cokolwiek tu naskrobać . Ale powoli zbiera się na większy wpis, jednak muszę znaleźć więcej czasu i wytchnienia by go skonstruować.  Dzisiaj będzie kwieciście i twórczo. W końcu wiosna przyszła pełną parą więc i na tym blogu niech zakwitnie  :  Oto pozwólcie, że przedstawię wam moje zdjęcia robione telefonem mojej siostry. Przedsmak tego, czym chce później się zajmować w wolnych chwilach jak dorwę w końcu swój aparat (a jestem coraz bliżej zrealizowania tego celu):     edit (27.05.2018): I jeszcze dwa zdjęcia do kolekcji z nowego telefonu, który dzisiaj postanowiłam przetestować w kwestii robienia nim zdjęć  ... Niestety nie ma tej głębi jaką chciałam uzyskać ( o ile by mi się w ogóle udało tym telefonem bez porządnego makro...:P) bo nim zdążyłam coś wykminić w ustawieniach tego telefonu,  główny obiekt tego zdjęcia mi czmychnął.   Miłego dnia wszystkim życzę. I dużo słońca!  Do następnego!

Hippie

Hippie

 

Stawiam na... naturę.

Dzień dobry!    Dzisiaj chciałabym poruszyć temat kosmetyków. Samców ten temat może rozczarować, bo będzie typowo babski  Przykro mi. Jeden wpis przeżyjecie.     Już od jakiegoś czasu krok po kroku zmieniam wyposażenie swojej szafki, kuferka z kosmetykami. Zaczynam zastępować je kosmetykami naturalnymi. Przeraża mnie ilość " chemii" którą teraz pakuje się do wszystkiego. Jestem temu przeciwna, stąd też zaczynam zmieniać swoje nawyki i eksperymentuję, wyszukuję bardziej ekologiczne i naturalne produkty. Najbardziej widzę tę zmianę na + patrząc na swoje włosy, dłonie i twarz. Wszystkie problemy jakie miewałam przez złe dobranie kosmetyków były u mnie najbardziej widoczne w tych częściach ciała. Zapytacie zapewne..."jakie są te kosmetyki naturalne"? Czym różnią się od tych wszystkich innych które goszczą w największych ilościach na półkach sklepowych? Tutaj, teraz, zaraz odpowiem na te pytania jak i też zaprezentuję moją listę mazideł i specyfików, które sama testuję i używam. Choć zaczęłam dopiero się wdrażać w temat, więc pewne luki w wiedzy mam, dlatego radzę nie sugerować się całkowicie tym, co tu piszę.  Jeśli masz jakieś spostrzeżenia w tym temacie - zapraszam do dyskusji!  Zacznę więc od definicji by nieco przybliżyć niektórym z was temat:   Kosmetyki naturalne - to kosmetyki, które zawierają tylko i wyłącznie naturalne składniki pochodzenia roślinnego, zwierzęcego jak i też mineralnego. Nie ma w nich żadnych składników syntetycznych a jak już są to w bardzo małej ilości. Takie kosmetyki zwykle charakteryzują się mniej intensywnym zapachem, czasem bezzapachowe a szampony ciut mniej się pienią, aczkolwiek zdarzają się wyjątki. Różnią się znacznie składem no i przede wszystkim by być pewnym, ze trzyma się w ręce naturalny kosmetyk trzeba poszukać na nim loga certyfikatu wydanego przez odpowiednią organizację. Ma się tym samym pewność, że nie jest się oszukanym. Jednak trzeba wiedzieć jakie dokładnie loga szukać:    Obok kosmetyków naturalnych goszczą również organiczne, które różnią się tym, że ich produkcja musi spełnić rygorystyczne wymogi. Wykorzystywane rośliny muszą być z upraw ekologicznych, nie szprycowanych sztucznymi nawozami i pestycydami.  Wiadomo, że szkodliwe składniki substancje czyli potocznie "chemia" goszczą teraz wszędzie: po kosmetyki, żywność, leki a nawet teraz owoce i warzywa (zwłaszcza te w marketach). Ale zagłębiając się w temat można chociaż trochę ograniczyć to i starać się zmieniać te nawyki...jeśli oczywiście zależy Tobie na zdrowiu i dobrym samopoczuciu. Lepiej w tę stronę niż dalej się szprycować taką samą ilością tych świństw jak zwykle, nie?    Trzeba trochę bardziej się namęczyć by znaleźć i dobrać sobie odpowiednie kosmetyki ale z drugiej strony... żyjemy w takich czasach, gdzie można robić zakupy online i zakupywać produkty nawet z najdalszych zakątków świata. Więc chyba nie jest aż tak źle.  Co do żywności... tutaj faktycznie trzeba bardziej się namęczyć, by  znaleźć chociażby jakieś gospodarstwo ze swojskim mięsem, jajkami i uprawami roślinnymi ale też nie jest to niemożliwe. Myślę, że jak się poświęci temu trochę czasu to też w sieci coś się znajdzie. Oczywiście by mieć pewność, że dana żywność jest eko też warto zwracać uwagę na certyfikaty.    No ale wracając do kosmetyków. Wiadomym faktem jest, że kosmetyki naturalne nazywane są tymi " z wyższej półki" więc też ich cena będzie troszkę wyższa. Gdy nie ma się pewności czy faktycznie ten kosmetyk nie zawiera niepożądanych substancji syntetycznych... warto zapoznać się z listą tychże składników podanych na tej stronie i porównać ze składem trzymanego w ręce specyfiku.  Trochę upierdliwe ale z czasem można już zapamiętać część tych nazw i automatycznie unikać. Podobno są już też aplikacje na telefon, które pomagają w wyszukiwaniu danych produktów ale nie wypowiem się gdyż nie używałam jeszcze.    Pierwsze kosmetyki tego typu na jakie się natknęłam to cała seria specyfików z Mydlarni u Franciszka . Pierwszy produkt jaki u nich zakupiłam będąc w Polsce na święta to masło shea z olejkiem z zielonej herbaty. Zakochałam się w zapachu jak i w tym, że pomaga mi w walce z suchymi dłońmi. Masło te można używać na niemal każdą część ciała w tym też doskonale sprawdzi się do smarowania włosów. Idealne dla włosów niskoporowatych, które są odporne na wchłanianie jakichkolwiek składników odżywczych.   Kolejnym kosmetykiem z mydlarni u Franciszka, który bardzo sobie chwalę jest ten oto dziwaczny kryształ:   Jest to ałun, który idealnie sprawdza się jako naturalny dezodorant. Bezzapachowy ale wysoce skuteczny. Zapobiega wrastaniu włosów po depilacji, łagodzi oparzenia słoneczne, odkaża miejsca ukąszeń owadów, zmniejsza problemy związane z wrastaniem paznokci, usuwa opryszczkę wargową. Efekty jego stosowania dostrzegłam już po 2 dniu. Jako, że zawsze miałam problem z nadmierną potliwością i podrażnioną skórą pod pachami - tak ałun nieźle sobie z tym poradził. Wystarczy lekko go namoczyć wodą albo zwilżyć skórę po czym przyłożyć i wsmarować kryształ w pożądane miejsce   Poniżej wszystkie moje kosmetyki, z których część używam codziennie : 1. Olej kokosowy - dodaję do peelingu z kawy podczas prysznicu/kąpieli. Czasem wsmarowuję również we włosy  2. Polecony przez @Sitriel Ocet jabłkowy. Naturalny z certyfikatem USDA - więc nie ma to tamto. Pomaga mi w pozbyciu się przebarwień i robi za tonik do twarzy  Jeszcze nie testowałam na spalenia po słońcu ale może tego lata będę miała okazję.   3. Regenerujący krem do twarzy na noc Vianek z ekstraktem z szyszek chmielu, olejem z pestek moreli, sojowym i masłem awokado. dość tłusty, o delikatnym, goryczkowym zapachu.  4. Wyżej wspomniany kryształ ałunu 5. Mydło w kostce z rozmarynem, oliwą z oliwek i pomarańczą - myję nim całe ciało   6. Szampon przeciwłupieżowy Lorient (z mydlarni u Franciszka) z pomarańczą, rozmarynem, orzechem brazylijskim, oliwą z oliwek i olejem makadamia. Miałam chwile problem z łupieżem. po 3 myciach tym szamponem udało mi się go pozbyć. Szampon generalnie kupiony z myślą o moim Lubym, który miał większy problem z łupieżem.  7. To to okrągłe coś to nic innego jak... limonka. Robi również za naturalny dezodorant, tyle że lekko zapachowy   8. Szampon z Żeń-szeniem z Hebal Care. Idealny do włosów cienkich przetłuszczających się od nasady i suchych przy końcach - sprawdza się idealnie! Włosy po tym łatwo się rozczesują, są bardziej elastyczne, mniej kołtuniaste. Tani i pewny!  9. Znowu Vianek - tym razem płyn micelarny do demakijażu. Dostałam w gratisie z kremem do twarzy. Przyjemny delikatny zapach i z łatwością usuwa makijaż nie podrażniając oczu.  10. W pudełeczku wyżej wspomniane masło shea - bardzo wydajne. mam jeszcze około 1cm pasek a używam codziennie od grudnia.  11. Kawa - mój naturalny peeling do ciała. Skóra po tym nieziemsko miękka i miła dotyku. Idealnie sprawdza się przeciwko celulitowi. Jedyne co upierdliwe w niej jest to spłukiwanie wanny po całym "zabiegu". Taki peeling robię przynajmniej 2 razy w tygodniu. 12. Drożdżowa maska do włosów receptury Babuszki Agafii - śmierdoli drożdżami ale łatwo się nakłada i również po tym włosy są gładkie, sztywne no i zauważyłam, że ciut szybciej rosną, do tego mniej wypadają. A i zapomniałam o paście do zębów! Ostatnio zakupiłam do przetestowania pastę receptury Babuszki Agafii: Nie zawiera fluoru i syntetycznych substancji. Mocny porzeczkowo mentolowy smak. Póki co jestem bardzo zadowolona.     Na mojej liście "kosmetyków do przetestowania" są produkty marki Alteya Organics którę są w 100% naturalne i z certyfikatem USDA, który cieszy się najlepszą opinią.    Tymczasem kończę i mam nadzieję, że ten wpis jest choć trochę pomocny.   Do następnego!    

Hippie

Hippie

 

Radosna twórczość Hippie

Witajcie! Jak tam u was?   U mnie jak nie było wiosny tak dalej nie ma. Do Anglii wróciły lekkie przymrozki a ja temu protestuje! Chcę wiosny. Chcę zrzucić ciężki płaszcz, zamienić zimowe buty na sandały i założyć w końcu zwiewne spódnice i i sukienki. Chce czuć na twarzy i we włosach lekki, przyjemny powiew letniego wiatru...czuć w powietrzu zapach kwitnącego bzu. Chcę ujrzeć więcej zieleni i kolorów. Żonkile przy drodze do pracy, w parku, przed domami...Chcę w końcu wyciągnąć ze schowka rower, jechać na piknik do parku i położyć się na rześkiej zielonej trawie, obserwując błękitne niebo . A najbardziej czego chcę? Mieć już swoją własną lustrzankę Canona w ręce i fotografować przyrodę, zatrzymać w kadrze piękne malownicze krajobrazy Anglii i piękną przyrodę otaczającą mnie z każdej strony. Ahhh... rozmarzyłam się   Jako, że nie ma tej wiosny za oknem, postanowiłam więc sama sobie trochę wiosny stworzyć w domu używając do tego szczypty weny twórczej, paru badyli, kartonika od pasty do zębów, cekinów i kleju na gorąco. Trzeba sobie jakoś radzić!  Swoją drogą, dopiero teraz do mnie dotarło, że Wielkanoc tuż tuż... więc nie omieszkam jak co roku powydziwiać z ozdóbkami i pisankami wielkanocnymi   Oto efekty mojego dzisiejszego wydziwiania : Innowacyjny sposób sadzenia kwiatków by hippie! + jakiś tydzień temu zamiast wyrzucić połowę pękniętej deski do krojenia, postanowiłam ją udekorować również w iście wiosennym akcencie: Czyli znalazłam inne zastosowanie dla widelców i zniszczonych desek bambusowych   Ostatnio zanurzając się w czeluści moich plików na komputerze, natknęłam się na zdjęcia swoich prac o których całkowicie zapomniałam. Aż urodziła się w mojej głowie myśl... a może wrócić do rysowania? Może czas odkurzyć ołówki i nieco poćwiczyć rysowanie/szkicowanie? Nauczyć się też trochę przy tym cierpliwości bo to jej brak zadecydował, że to rzuciłam... Ale teraz jak tak spojrzałam na te prace, stwierdziłam, że jednak coś mi wyszło i jednak czułam, i dalej czuję lekką satysfakcję, że to z mojej ręki te rysunki wyszły... Z resztą, sami oceńcie :  Oto rysunek przedstawiający mojego bratanka (już mi brakło konceptu/weny by dokończyć...)   A te poniżej postacie anime: Luffy - One piece   Erza - Fairy Tail   Rysowanie z jednej strony relaksuje, sprawia, że wchodzi się w swojego rodzaju trans ale z drugiej strony im bliżej końca tym bardziej się niecierpliwię, bo chcę jak najszybciej zobaczyć efekt końcowy... Czy ktoś z was, kto również maluje, rysuje, też tak ma? Jakieś wskazówki dla początkujących rysowników, ktoś, coś?  Chętnie wysłucham również rad w tej sprawie.     Tymczasem czas wyruszyć w objęcia Morfeusza. Dobranoc wszystkim i życzę wam byście i wy szybko poczuli tę wiosnę i dużo ciepła jak nie na zewnątrz, to chociaż w środku!   Do następnego!    

Hippie

Hippie

 

Don't worry... be hippie! :)

Ahoj!  Dawno mnie tu nie było. W końcu znalazłam wenę by coś tu naskrobać   Na wstępie jeszcze tylko dodam, że będzie z mojej strony mały bełkot i i miszmasz tematów, więc jeśli nie jesteś na to gotowy/a - radzę Ci zakończyć lekturę w tym miejscu.     U mnie się troszkę podziało od ostatniego wpisu. Wiec pozwólcie, że chociaż trochę nadrobię swoją nieobecność na tym blogu. Podziało się przede wszystkim w moim życiu zawodowym. W końcu po 3,5 roku pobytu w Anglii dostałam stały kontrakt! Może nie jest to moja wymarzona praca, ale póki co nie wybrzydzam. Ważne, że atmosfera w pracy jest w miarę przyjazna, pracuje tu stosunkowo mało samic ( ) więc pracuje się praktycznie bezkonfliktowo, praca nie jest ciężka, płaca przyzwoita... no i pracuję w dużej mierze z anglikami, więc szlifuję angielski, który i tak już jest całkiem niezły (ach ta moja skromność... ). Porównując z tym co było na początku...niebo a ziemia! Więc czegoż chcieć więcej? Dla niektórych to może i żaden sukces, mnie jednak ten fakt niezmiernie ucieszył i sprawił, że czuję teraz stabilniejszy grunt pod nogami. Przybliża mnie to również do realizacji moich planów i to mnie najbardziej raduje Nie zamierzam też tutaj jakoś bardzo długo zostać, bo na pewno w końcu będę chciała zmienić pracę na taką, która będzie mi dawać więcej satysfakcji. Ten "przystanek" jednak da mi możliwość ustabilizowania swojej sytuacji finansowej i zebrania wystarczającej sumy by porobić kursy (m.in językowy) i podwyższyć swoje kwalifikacje. Póki co mam wrażenie, że przez to w jakimś sensie wkroczyłam w strefę komfortu i stoję w miejscu ale wierzę, że w momencie gdy cierpliwie uzbieram daną sumę mobilizacja przyjdzie automatycznie i ruszę do przodu. Potrzebuję teraz w szczególności dużej ilości cierpliwości i wytrwałości. Jestem bardzo uczulona na nudę i "stanie dłużej w jednym miejscu". Jednak z drugiej strony nie mogę się doczekać aż zrealizuję swoje marzenia i to jest głęboko we mnie zakorzenione.   Następna rzecz, która mnie niezmiernie cieszy to to, że widzę progres w moich treningach. Oczywiście, nie próżnuję, ćwiczę regularnie w domu, od czasu do czasu zawitam na siłownię i przynajmniej raz w tygodniu trenuję z tą panią:    Choć zwykle omijałam taką formę ćwiczeń z daleka, bo nadzwyczajnie w świecie nie widziałam się w tym z powodu swojej koordynacji ruchowej (czy też raczej jej braku), tak jednak ta pani jakoś mnie przekonała. Czasem zdarza się, że jakieś ćwiczenia pomijam bo ciężko mi je wykonać, wtedy więc zastępuje je jakimiś innymi sprawdzonymi, również na daną partię.  Ogólnie te filmiki oceniam na jeden wielki plus i polecam każdemu, kto chce zacząć swoją przygodę z treningami tego typu. Następną aktywność na jaką powoli się nastawiam bo wiosna tuż tuż to... tripy rowerowe po okolicy. Już nie mogę się doczekać aż się ciut bardziej ociepli by móc wyciągnąć swój rower ze schowka i go "odkurzyć" ~*~ Jest też jedna kwestia którą chciałam dzisiaj w tym wpisie poruszyć (może nie tak optymistyczna jak wcześniejsza część wypocin) jednak czuję, że muszę to wylać na papier razem z tą goryczą, którą poczułam po raz kolejny...i zapewne nie ostatni, poznawszy już nie co realia dzisiejszego świata. Dzisiejsze spotkanie z moją znajomą z pracy utwierdziło mnie jeszcze bardziej w przekonaniu, że ciężko... bardzo ciężko jest w tych czasach dobrać sobie przyjaciół. Zwłaszcza gdy jest się typem obserwatora, ma się tendencję do zbytniego analizowania ludzkich zachowań, dostrzega się te wszystkie schematy jakie naprawdę rządzą światem i jest się dość wyczulonym na wszelkie przejawy bezczelności, nawet tej niewinnej i mało widocznej na pierwszy rzut oka, jak też braku empatii względem drugiej osoby... Eh... A może to ze mną coś jest nie tak? Może jednak łatwiej by było jakbym miała dalej klapki na oczach i cieszyła się z najbardziej powierzchownych relacji i nie analizowała tak? A może to ja jestem przeczulona na swoim punkcie i źle to wszystko odbieram? W takich chwilach zwykłam zadawać sobie takie pytania... Jak radzić sobie ze świadomością, że wyszło się z matrixa a ludzie którzy mnie otaczają dalej w nim siedzą? Bardzo ciężko jest mi znaleźć kogokolwiek kto jest w podobnym położeniu do mnie i złapać wspólny kontakt. Brakuje mi tutaj ludzi, z którymi mogę porozmawiać czasem na ciut głębsze tematy niż praca, sprawy miłosne czy też zwykłe plotkowanie o innych. Zauważyłam, że mało kto lubi zagłębiać się w siebie, rozmawiać na tematy psychologiczne, duchowe... Tutaj w Anglii na całą masę znajomych (głownie z pracy) znam tylko 2 osoby (w tym mój partner) z którymi mogę rozmawiać o wszystkim, przy tym móc się czegoś ciekawego dowiedzieć, nauczyć. W Polsce mam takich osób tylko 2 - ale jako, że teraz bywam dość rzadko w kraju, kontakt jest dość ograniczony. Wszystkie inne relacje z ludźmi (te bardziej powierzchowne) mnie nużą bo cały czas dostrzegam te same schematy zachowań...Nie mówię... może czasem można się z takimi ludźmi pośmiać, poimprezować... ale mnie to na dłuższą metę nie wystarcza a wręcz większość zachowań mnie irytuje i jedyne co chce zrobić to oddalić się jak najszybciej od tych osób i nie mieć z nimi nic wspólnego. Jednak to proste nie jest, gdyż takich ludzi wokół jest multum i chcąc nie chcąc muszę z nimi przebywać i współpracować pod jednym dachem firmy... A w momencie gdy ja zacznę się uzewnętrzniać, poruszać jakieś mniej przyziemne tematy... ludzie w tym momencie mają mnie za nudziarę i po prostu się odsuwają albo stwierdzają, że się czegoś "nawąchałam i pierdolę farmazony" Pytanie ode mnie więc... jak żyć? Wiem już po wielu doświadczeniach, że należy liczyć tylko na siebie, i też nie należy być zanadto bezinteresownym i pomocnym. A w tym drugim aspekcie szczególnie mam problem. Z natury lubię pomagać i uszczęśliwiać ludzi... niestety często jest to wykorzystywane aż za nadto. "Dasz palec, a wezmą całą rękę" - powiadają... Jednak zauważyłam, że mało jest ludzi, którzy potrafią się odwdzięczyć może nie tym samym ale chociaż jakimś innym miłym gestem. Dla mnie to jest wręcz oczywiste i niemal automatyczna reakcja gdy otrzymam od kogoś pomoc. Dlaczego inni tak nie mają? Dzisiaj spotkawszy się z ową znajomą nie dość, że poczułam się po raz kolejny jak tampon emocjonalny, nie mogąc nawet nic powiedzieć, bo nie dopuszczano mnie do słowa to też zauważyłam, że dość popularne teraz podczas spotkań jest olewanie rozmówcy poprzez czatowanie z inną osobą na fejsbuku albo siedzenie na instagramie i to w momencie kiedy ja zaczęłam opowiadać o sobie i swoich sprawach. Przypomniała mi się wówczas jedna z najgorszych imprez sylwestrowych tutaj w UK, gdzie pierwsze pytanie jakie mnie i mojemu partnerowi zadano to : "Jakie macie hasło do wifi?" Po czym połowa gości siedziała przez większą część imprezy na telefonach) . Wiec nie jest to odosobniony przypadek...   Nie byłoby problemu, gdybym była jakąś introwertyczką i umiała ładować baterie w samotności. W jakimś stopniu umiem, ale z drugiej strony też potrzebuję większego kontaktu z ludźmi, móc się wyszaleć i miło spędzić czas z innymi. Jednak widząc podejście i zachowania innych, dystansuję się coraz bardziej i czuję coraz większy niedosyt towarzystwa.  Jak sobie z tym poradzić?  Już od dłuższego czasu cały czas zadaje sobie te same pytania i dalej odpowiedzi nie znam.   Jednak dalej mam nadzieję, że w końcu przestanę mieć takie dylematy...Może to ja muszę jeszcze szerzej oczy i sama znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Potrzebuję po prostu więcej czasu.   Jednak mimo takich refleksji nie tracę nadziei i swojego optymizmu. Te dwie rzeczy są nieodłączną częścią mnie  Czasem po prostu muszę się oczyścić z tych złych myśli, które mi się kłębią za bardzo w mojej głowie. Jutro już mnie to dręczyć nie będzie. Po prostu Don't worry be Happy (or hippie)!   Jeśli więc drogi czytelniku dotarłeś do tego momentu... to bardzo Ci dziękuję, że poświęciłeś swój czas i jestem pełna podziwu, że udało Ci się przebrnąć przez tę ścianę tekstu pełnego bełkotu i żali. Następnym razem obiecuję, że będzie bardziej "hippie"   Tymaczasem życzę Wam miłego dnia, samych miłych doznań. Trzymajcie się! Do następnego!                    

Hippie

Hippie

 

Świat przez obiektyw by Hippie

Witajcie! Jak tam dzisiaj? U mnie nic szczególnego. Przez większość dnia w sumie leniuchowałam przed kompem, czytając forum, grając w Harry'ego Pottera Lego 1-4 (wciąga cholerstwo! :D), później wzięłam się za obowiązki typowej kobiety czyli gotowanie, pranie, sprzątanie a później znowu dałam sobie w kość podczas ok. godzinnego treningu. Dzisiaj było tak: plank: 1:40, 2:00 
brzuchy: 2x150
ćwiczenie na dolną partie brzucha (zaczyna się od 3:00) 3x12 
skłony boczne 3kg 3x15 na każdą stronę
wymachy nóg w tył 3x20 na każdą nogę
przysiady sumo 5kg 2x20
squaty: 60    A teraz siedzę tu i myślę się pochwalić jeszcze zdjęciami, które wyszły z mojej ręki w różnych okresach mojego życia. Moja przygoda z fotografią sięga czasów gimnazjum (czyli jakieś dobre ponad 10 lat). Choć tak jak wspomniałam w ostatnim wpisie, póki co się tym nie zajmuję bo nie mam odpowiedniego sprzętu nawet do nauki. Jedynie sporadycznie cyknę jakąś fotkę ale zwykle pożyczonym aparatem albo telefonem. Nie powiem... lubię taką formę spędzania wolnego czasu... czyli wyjść na spacer z aparatem w rękach i oddać się chwili, obudzić w sobie artystyczną duszę, wyrazić siebie poprzez zdjęcia. Gdy złapałam takiego bakcyla na początku, udało mi się zgromadzić trochę swoich prac na dysku swojego komputera (swoją drogą bardzo się ciesze też, że te pliki nie przepadły i dotarły tutaj razem ze mną do Anglii). Najaktywniejsza byłam w czasach gimnazjum i liceum, później nie miałam na to ani weny, ani czasu. Czasem w wolnej chwili udało mi się cyknąć jakąś fotkę podczas małych wypadów po Anglii. A tak po za tym nic. Teraz jednak znowu wraca zainteresowanie fotografią ale tym razem na poważnie. Chcę zrobić w tym kierunku znaczny krok i zamiast wiecznej amatorki poduczyć się bardziej profesjonalnej fotografii, niekoniecznie w celach zarobkowych (chociaż kto tam wie...:D) raczej jako hobby i po prostu jako przyjemne spędzanie wolnego czasu + jako artystyczna forma upamiętnienia danych chwil w swoim życiu. Po za tym lubię cieszyć oko dobrej jakości zdjęciami a tym bardziej buduje i satysfakcjonuje jeśli są to moje fotografie   Ale już dość gadania... Oto więc one. Moje amatorskie dzieła robione przeważnie cyfrówką (a te gorszej jakości oczywiście telefonem)  :  Z tej wysuszonej pomarańczy powyżej jestem chyba szczególnie dumna   No i to na razie tyle... Jest tego więcej ale to są zdjęcia, które w moim uznaniu wyszły mi najlepiej. Generalnie powyższe fotki nie są w żaden sposób poddawane obróbce, gdyż szczerze mówiąc - nie znam się na tym. Może jak zakupię aparat pomyślę też i o nauce photoshopowania Oczywiście jeśli macie jakieś spostrzeżenia, uwagi chętnie "wysłucham" . Konstruktywna krytyka i opinia osób, które są obeznane w temacie jest przeze mnie tutaj mile widziana.     A tymczasem was żegnam i życzę dobrej nocy jak zwykle dołączając "kołysankę" : Bywajcie!

Hippie

Hippie

 

O wszystkim i o niczym - czyli typowe babskie peplanie :)

Witajcie ponownie! Znów mogę cieszyć się wolnym od pracy. Tym razem do czwartku (juhuu!). Dzisiaj było troche lenistwa, obowiązków, znowu lenistwa a pod koniec srogi trening. Tym razem tylko/aż (niepotrzebne skreślić): - Plank 2x 1:45, - brzuszki 2x150  - skłony boczne z obciążeniem 3kg 3x15 - 17 minutowy trening interwałowy   Coraz częściej dostrzegam plusy w zmianie swojego trybu życia. Praktykuje regularnie zdrową dietę, treningi i medytację z afirmacjami. Ograniczyłam całkowicie cukier, nie słodzę herbaty ani kawy, piję codziennie smoothie z owocami i zielonymi warzywami, jem mniej ale częściej i mam generalnie dobre samopoczucie. Choć zawsze uchodziłam za niepoprawną optymistkę, tak teraz ten stan bardziej się pogłębił. Jestem też bardziej spokojna i opanowana, już panuję nad swoimi lękami i emocjami, które nachodzą mnie rzadziej i mam mniejszy chaos w głowie. No i schudłam. Znacznie.    Ale doskwiera mi troszkę rutyna w której żyję. Musiałam oddać swoje auto na złom i jestem przez to trochę uziemiona - mierzi mnie to strasznie, tak jakby ktoś mi nogę uciął. A że mam duszę podróżniczki i moja ciekawość nigdy nie jest wystarczająco zaspokojona, rwie mnie do tego by pozwiedzać. Nosz, i musiało to się nasilić akurat teraz...:P Mój problem tkwi w tym, że nie za bardzo mam teraz z kim, bo ja w kwestii wolnego mijam się z moim Lubym...a samej mi tak smutno, pusto i mam pewne obawy co do podróżowania samej bo nigdy tego nie robiłam.  Znajomi (których swoją drogą mam tu niewielu) też pracują na zmiany, które nie pokrywają się z moją... więc może faktycznie w ostateczności jak mnie będzie to za bardzo dręczyło wyruszę sama na jakąś wycieczkę po Anglii busem albo pociągiem...ach! cała ja! Moja głowa jak zwykle pełna planów i marzeń, które tylko czekają aż je zrealizuję .   A powiem Wam, że jest tu co zwiedzać.  Anglia już od samego początku mojego pobytu tutaj mnie zachwyciła swoim klimatem i architekturą. Malownicze miasteczka z ciasnymi uliczkami, dużo zieleni, zadbane trawniki i pedantycznie przycięte żywopłoty, piękne stare kościoły, stare ruiny... to trzeba zobaczyć i poczuć.  Warte zobaczenia jest Cambridge, Londyn, wschodnie wybrzeże - to miejsca w których byłam niejednokrotnie i polecam obowiązkowo...A ja dalej w swoich  planach mam Stonehenge, Kornwalię i tamtejszy park " The lost Garden of Heligan", Alnwick Castle (tam kręcili większość scen z Harry'ego Pottera!) No i w tym roku może też w końcu uda zaliczyć mi się Szkocję.     Chciałabym też w końcu zakupić sobie jakiś aparat lustrzankę i nauczyć się robić bardziej profeszjonalne zdjęcia przy okazji móc upamiętnić swoje podróże.  Aparat teraz posiadam ale niestety jakość zdjęć pozostawia wiele do życzenia + mam zabrudzony od środka obiektyw co automatycznie go dyskwalifikuje... Nie powiem, jest to następna rzecz, którą lubię robić i wierze, że uda mi się to zrealizować.  Jak byłam w Polsce robiło się dużo zdjęć cyfrówką podczas samotnych spacerów po mieście/parkach. Szczególnie upodobałam sobie zdjęcia architektoniczne, krajobrazowe i kwiatów  poniżej próbki mojej amatorskiej twórczości:  Szału nie ma i ktoś kto ma wprawne oko do fotografii dostrzeże, że z mojej strony jest to kompletna amatorszczyzna. Generalnie nie jestem tez zwolenniczką photoshopowania zdjęć ale myślę, że jak już będę w posiadaniu lepszego aparatu i złapie większego bakcyla to też poduczę się w obróbce zdjęć. Póki co - dalej sfera marzeń i planów.     A tymczasem będę szykować się do Krainy Morfeusza tym samym życząc Wam dobrej nocy. Trzymajcie się i łapcie pozytywną nutkę na "dobranoc" :    

Hippie

Hippie

 

Treningowo do przodu! :)

Siema Wam! Miałam wczoraj napisać ale już nie miałam weny (wyczerpała się po wcześniejszym wpisie:D) Dlatego napiszę dzisiaj moje wczorajsze jak i dzisiejsze osiągi treningowe:   Wczoraj miałam gorszy dzień i nie zdołałam zrobić nic więcej prócz dwóch serii brzuchów: pierwsza - 150 druga - 170 Do tego 2 serie skłonów bocznych z obciążeniem 3kg po 15 powtórzeń i 2 serie wymachów nóg w tył po 15 Zawsze coś.  I tak źle nie jest. Zauważyłam, że karmię swojego narcyza coraz częściej patrząc na siebie w lustrze i podziwiając poprawę... zwłaszcza na brzuchu gdzie zaczyna być widać zarysy małego kaloryferka i do talia mi się wysmukla...  Aż chce się jeszcze więcej i więcej... motywacja 100%!    A dzisiaj było tak: 1. Plank 3 serie: - 1:40 - 1:40 - 1:20 2. Skłony boczne z obciążeniem 3kg: 3 serie po 15 3. Skręty z obciążeniem 5kg na podłodze ze zgiętymi nogami w powietrzu 3 serie po 50 skrętów łącznie 4.Wymachy nóg w tył: 3 serie po 18 powtórzeń na każdą nogę 5. Przysiady sumo z obciążeniem 5 kg, 4 serie: 16, 20, 20, 22 6. Squaty: 70!  Jednym ciągiem! Zaszalałam...Może następnym razem dojdę do 100? 7. Wymachy nóg w pozycji klęcznej w bok 3 serie po 20(na każdą nunę) 8. Ćwiczenie na klatkę piersiową - wyciskanie cytryny: 3 serie po 20 powtórzeń   Jutro znowu zaczynam pracę więc przewiduję standardowo przerwę z treningiem do soboty. No chyba, że w któryś dzień ębęde miała jeszcze siłę po 12h w pracy ale szczerze w to wątpię... niezbyt mam energię wieczorem wstając do pracy o 4:40 i siedząc w niej od 6:00 do 18:00  Ale za to w następnym tygodniu mam 4 dni wolnego Więc są też tego dobre strony   Póki co żegnam Was i do następnego!              

Hippie

Hippie

 

Rewolucja odzieżowa według Hippie

Ahoj, cześć i czołem! Jak się dzisiaj miewacie? Bo ja całkiem nieźle   Jako, że dzisiaj mam wolne, wykorzystałam ten czas na małe zakupy... na liście zakupów miałam:  jogurty, chleb, ręczniki papierowe  i ocet jabłkowy (który postanowiłam wypróbować do pozbycia się przebarwień na twarzy, może za jakiś czas zdam relacje.;)).  A co kupiłam?  Wszystko z powyższej listy oprócz ręczników papierowych ...ale za to wzięłam spódnicę, pleciony pasek do spódnicy/spodni, bluzkę z Charity shopu i rajstopy.  Czyli normalne zakupy w wykonaniu prawdziwej kobiety. W każdym bądź razie nie byłabym sobą, gdybym nie weszła przy okazji, z mojej czystej gosiowej ciekawości do charity shopów, których w mojej wiosce naliczyłam koło 10, a w samym centrum można znaleźć 5 praktycznie koło siebie...A odkąd tu mieszkam odwiedzam co jakiś czas w miarę regularnie. Jakby ktoś nie wiedział co to jest Charity shop - to nic innego jak sklepy fundacyjne coś a'la secondhand/ z używaną odzieżą w Polsce ale z tym małym wyjątkiem, że można też znaleźć nowe rzeczy ( są tam głównie ciuchy, biżuteria, książki, zabawki ale w niektórych też nawet sprzęty AGD i meble...no wszysytko!) i generalnie pieniądze ze sprzedaży idą na różne cele charytatywne. Nie wiem jak dokładnie to wygląda w praktyce ale w każdym bądź razie jest to w UK bardzo popularne. Muszę powiedzieć, że większość mebli w mieszkaniu mam również z drugiej ręki i nie narzekam - ba, uznaje to za swój osobisty sukces, że udało mi sie fajnie urządzić mieszkanie w taki sposób i to za o wiele mniej kasy niż jakbym miała wszystko nowe kupować... Jutro planuję wrócić do odzieżowego charity shopu ale tym razem z zamierzeniem oddania dwóch pełnych reklamówek ciuchów, w których już nie chodzę, bo są za duże albo już mi się znudziły. I nie, nie ma mowy! Jutro nic nie kupuję...może.  Sic! Moja wola będzie znowu wystawiona na próbę... ale co ja poradzę na to, że te wszystkie rzeczy w tych sklepach kuszą swoją ceną i przy okazji zaskakująco dobrym stanem, jakością i często trafiają w mój gust?  Właśnie m.in dzisiaj w tym wpisie chcę nawiązać do tematu ubioru. Chcę obalić mit, że wcale nie trzeba wydać dużo kasy, żeby dobrze, schludnie się ubrać i chcę Wam pokazać, ile zostaje mniej/więcej kasy w portfelu kupując w charity shopach. Zaprezentuję więc moje dzisiejsze zdobycze jak i też stylizacje, które mogę dobrać z ubrań zakupionych w/w sklepach i które goszczą w mojej szafie:   spódnica Redherring (dla mnie firma NoName): £2  Koszula H&M: £1 - oryginalna cena koszuli koło £12 pasek plecionka: £1  cena całkowita stylizacji: £4 - czyli coś koło 18zł (licząc z obecnym kursem funta) No i + kapelusz zakupiony kieeedyś w Aldi za jakieś ok. £3 sukienka z Select: £3 (widziałam kiedyś podobną tylko z innym wzorem w sklepie za £19,99!)     Bluzka  w kolorze butelkowym: £1 kardigan H&M: £1 (oryginalna cena £12,99) spódnica (zakupiona jeszcze w pl) - cena... pamiętam że jest z Bigi a tam kupowało się na wagę... ale wiem ze bardzo groszowe sprawy, zwłaszcza, że jest dość lekka. Powiedzmy więc że gdzieś koło 1 zł   I na koniec: sukienka: £2 czółenka: £3 Botki: te akurat zakupione w polsce za ok 60zł ale podobne dzisiaj widziałam za £3   Wszystkie te rzeczy są w bardzo dobrym stanie, niemalże nie naruszonym i leżą na mnie idealnie. Oczywiście z przezorności pierwsze co z nimi robię to wkładam do pralki, bo nie wiadomo jak długo w sklepie leżały i przez ile rąk były obmacane. Choć zdarza się, że w niektórych fundacjach ubrania pachną jakby dopiero co były wyprane...no ale nigdy nie wiadomo. Ważne jest między innymi to, że oszczędza się dużo pieniędzy i niektóre rzeczy faktycznie są lepsze jakościowo niż z sieciówek typu  H&M, które pierwotnie ma zawyżone ceny nieadekwatne zupełnie do jakości.  Już dlatego lepiej kupić w secondhandzie za mniej i użytkować tyle samo czasu co jak funfelnówkę nieśmiganą za krocie . Nie raz zdarzyło mi się, że w polsce wydałam około 60zł na jakąś zwykłą bluzkę a po paru tygodniach mechaciła się, płowiał kolor etc...można się zirytować, nie? Nie jestem też z tych co lubi jakość i koniecznie musi to być niby dobra, znana marka... bo po co? Dla szpanu? Teraz też nie ma pewności czy jakieś buty za 600zł nie rozchodzą się i zbadziewią po paru miesiącach... Zauważyłam już kiedyś, że moda z roku na rok jest coraz gorsza, zarówno kobieca jak i męska. Kobiety ubierają się jak ladacznice, świecąc cycami i dupą a faceci wyglądają coraz cześciej cipkowato i jak geje, choć dalej są hetero...Jednak porównując ubrania z charity shopów z tymi w sieciówkach, które są na czasie z obecnymi trendami, stwierdzam, że łatwiej mi znaleźć coś w swoim guście z tych pierwszych i szczerze mniej czasu muszę poświęcić na zakupy niż jak chodzę i przebieram w tych drugich. A jestem akurat z tych samic, które nie lubią jakoś bardzo dużo czasu marnować w sklepie przeglądajac skrzętnie ciuch po ciuchu i przymierzać po kolei marnując przy tym pół dnia...;) W secondhandach znajduje się owszem też rozchodzone, bardzo stare, oldschoolowe ciuchy, które miewają dziwaczne kroje  i w ogóle nie leżą na ciele ale jak się ma troche cierpliwości albo dobre oko to da się wyczaić unikatowe perełki...ach! I ta satysfakcja ze znalezienia czegoś oryginalnego, jedynego w swoim rodzaju! Ma się wtedy pewność, że się nie będzie takim odzieżowym, nudnym klonem jak inni. Jak ktoś lubi się oryginalnie ubierać to jest to dobra alternatywa.     Także tego... kto nie wierzy niech jeszcze raz zobaczy moje zdjęcia i uwierzy, jak dalej nie dowierza albo ma sceptyczne, zupełnie odmienne zdanie, trudno. Mam jednak nadzieję, że dla niektórych z was ten wpis będzie przydatny albo chociaż troche interesujący.     Pozdrawiam i życzę miłej nocy! Pssst! Na koniec zarzucę jeszcze standardowo nutką od siebie:                    

Hippie

Hippie

 

Mój trening cz.1

Jako, że już jest późno a ja jestem lekko obolała po małym wycisku przed spaniem, na razie poprzestanę na tym krótkim wstępie, który napisałam wcześniej i na moim pierwszym wpisie, w którym pochwalę się swoim dzisiejszym małym treningiem, który wyglądał następująco: - plank : I seria - 1:30, II seria: 1:40 - skłony boczne z obciążeniem 3kg: 3 serie na każdą stronę po 15 powtórzeń  - wymachy nóg w tył: 3 serie po 15 powtórzeń na każdą nogę - przysiady sumo: 2 serie po 15 powtórzeń - wykroki w przód z obciążeniem 2,5 kg w obu łapkach: 3 serie po 5 powtórzeń na każdą nunę Te rozpiski będą mi przydatne w określeniu czy jest jakiś progres w moich treningach czy stoję w miejscu...Ostatnio będąc w Polandii schudłam ponad 4kg więc zdecydowanie postępy są i jestem z siebie niesamowicie dumna .  A jutro zobaczymy w jakim stanie powinny być nogi... zauważyłam ostatnimi czasy, że moje mięśnie szybciej się regenerują, więc może nie będzie tak tragicznie i jutro będę mogła sobie dać bardziej w kość...No ale już starczy gadania. Na prawdę padam...   Jeszcze pod koniec tylko balsam dla mych uszu:    I tym przyjemnym akcentem mówię Wam Dobranoc i do następnego (wpisu)!

Hippie

Hippie

×

Ważne informacje

Umieściliśmy pliki cookie na Twoim urządzeniu, aby pomóc Ci ulepszyć tę witrynę. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym razie zakładamy, że możesz kontynuować.