Rosyjska ruletka na dwie osoby
Pierwszy strzał
Siedziałem ostatnio w tramwaju i patrzyłem na parę naprzeciwko. Trzymali się za ręce tak, jakby świat miał się zaraz rozpaść i tylko ten dotyk trzymał wszystko w całości. Ona coś mówiła, on kiwał głową z tą charakterystyczną miękkością w oczach. Ten moment, kiedy jeszcze nie wiesz, że to wszystko może się kiedyś rozpaść.
I wtedy przyszła myśl — jedna z tych, które wchodzą bez pukania: oni już grają.
Rosyjska ruletka, tylko zamiast rewolweru mają siebie nawzajem. Jedno z nich w końcu pociągnie za spust. Może nie dziś. Może nie jutro. Ale cylinder już się kręci...
Kod przywiązania
Mówią, że miłość to wybór. Że to coś czystego, wzniosłego, prawie boskiego. A ja patrzę na to bardziej jak na wgrany program. Algorytm, który odpala się w odpowiednim momencie życia avatara.
Pakiet startowy: potrzeba bliskości, strach przed samotnością, chemia w mózgu i narracja kulturowa, która mówi „to jest sens”.
Robiąc zoom out widzimy setki milionów lat ewolucji, które napisały ten kod, żebyśmy się rozmnażali i nie zwariowali od pustki.
I nagle my, małpki 2.0, nazywamy to „miłością” i budujemy wokół tego całą metafizykę. A potem się dziwimy, że to boli.
Bo może to nie jest bug systemu. Może to funkcja.
Moment pęknięcia
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, jak szybko wszystko potrafi się odwrócić.
Jeszcze wczoraj ktoś był twoim światem. Dosłownie. Rano pisałeś wiadomość zanim otworzyłeś oczy. Wieczorem zasypiałeś z jej głosem w głowie. A potem coś się przesuwa. Niewidzialnie. Jak pęknięcie w lodzie, którego nie słyszysz, dopóki nie jest za późno.
I nagle ta sama osoba staje się obca.
Nie ma dramatycznej muzyki. Nie ma wielkiego finału. Czasem jest tylko cisza i zdanie: „to już nie działa”.
Matrix robi ci wtedy coś dziwnego. Zabiera ci dostęp do czegoś, co jeszcze chwilę temu było twoje. Jakby ktoś wylogował cię z systemu bez ostrzeżenia.
I nagle coś co było twoje już nie jest.
Rana, która myśli
Najbardziej niepokojące jest to, że rany po miłości nie zachowują się jak normalne rany.
Nie krwawią tak, żeby można było je zobaczyć. Nie mają opatrunku. Nie ma procedury leczenia. One… myślą.
Siedzą gdzieś w środku i analizują. Wracają do wspomnień. Przetwarzają każde słowo, każdy gest, każdy moment, jakby próbowały znaleźć błąd w kodzie.
„Gdzie to się zepsuło?”
I wtedy przypomina mi się Marek.
Znam Marka. Trzecia próba terapii grupowej. Dwie wcześniejsze bez efektu. Osiem lat po rozstaniu, a on dalej mówi o niej jakby wyszła wczoraj. System zawieszony.
Obudziłem się kiedyś o 3 w nocy i pierwszą myślą było czyjeś imię. Automatyczne. Jak skrypt przy starcie. U niego to trwało osiem lat.
To jest chyba najdziwniejsze — ciało już wie, że to koniec, ale software dalej mieli.
I nie ma gwarancji, że kiedykolwiek przestanie.
Ciemna strona księżyca
O miłości mówi się jak o świetle. Jak o czymś, co rozjaśnia życie, nadaje mu sens, wyciąga z ciemności.
Ale księżyc też ma swoją ciemną stronę.
Ta, o której się nie mówi na pierwszych randkach. Ta, której nie widać na zdjęciach w social mediach. Ta, gdzie ludzie siedzą sami w pokojach i próbują zrozumieć, jak coś tak pięknego mogło zamienić się w coś tak ciężkiego.
Marek nie wyglądał jak ktoś „zniszczony”.
Pracował. Funkcjonował. Śmiał się w odpowiednich momentach.
A jednak coś w nim było lekko przesunięte. Jakby jego oś została przekręcona i nigdy nie wróciła na miejsce.
Niektórzy tego nie wytrzymują.
Historia jest pełna ludzi, którzy przez to uczucie rozczarowania kończyli źle. Nie dlatego, że byli słabi. Może dlatego, że weszli za głęboko. Może zobaczyli coś, czego nie da się odzobaczyć — że kiedy oddajesz komuś dostęp do siebie, oddajesz też możliwość zniszczenia.
Iluzja kontroli
Najbardziej ironiczne jest to, że próbujemy to kontrolować.
Ustalamy granice. Rozmawiamy o oczekiwaniach. Tworzymy zasady, jakby to była umowa między dwoma świadomymi bytami.
A tymczasem połowa rzeczy dzieje się poza nami.
Chemia. Podświadomość. Wzorce z dzieciństwa. Lęki, które nawet nie wiedzą, że istnieją. To wszystko siedzi pod powierzchnią i steruje ruchem ręki, zanim zdążysz pomyśleć.
Iluzja wolności w czystej formie.
Marek pewnie też kiedyś myślał, że wybiera.
Że to jest jego decyzja.
A może to coś wybrało za niego — i zostawiło go z tym na lata.
Obserwator w środku
Najdziwniejsze jest to, że można to wszystko widzieć… i dalej w to wchodzić.
Ja widzę.
Widzę mechanizm. Widzę ryzyko. Widzę tę rosyjską ruletkę ukrytą pod słowami „kocham cię”. I mimo tego, gdzieś głęboko jest gotowość, żeby znowu usiąść przy stole.
Dlaczego?
Może dlatego, że nawet jeśli to jest gra bez gwarancji, to jest jedną z niewielu rzeczy, które sprawiają, że ten matrix materialny przestaje być na chwilę płaski.
Może chodzi o intensywność. O to, że przez moment czujesz więcej niż powinieneś.
Patrzę na tych ludzi w tramwaju.
Patrzę na Marka, który osiem lat później dalej niesie w sobie jedną osobę jak zapisany plik, którego nie da się usunąć.
Cylinder dalej się kręci.
I chyba nikt nie wie, czy problemem jest strzał… czy to, że gra w ogóle się zaczęła.
Edited by smerf
-
2
0 Comments
Recommended Comments
There are no comments to display.