Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

pawell

Użytkownik
  • Content Count

    16
  • Donations

    0.00 PLN 
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

12 Dobra

About pawell

  • Rank
    Kot

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna

Recent Profile Visitors

211 profile views
  1. Witaj Bracie! Odnośnie ustalenia daty poczęcia dziecka i tego, jak robią to ginekolodzy: Wiek ciąży jest ustalany na podstawie pierwszego dnia ostatniej miesiączki u kobiety. Do faktycznego zapłodnienia dochodzi oczywiście później, (zazwyczaj ok 14 dni później, w okresie owulacji lub chwilę po niej - stąd ta różnica zapewne dwutygodniowa). Czyli mówiąc inaczej: jeżeli ginekolog mówi, że pani jest w 10 tygodniu ciąży, to oznacza, że do zapłodnienia doszło ok 8 tygodni temu.
  2. @Jaśnie Wielmożny Dzięki za odpowiedź! Ani teściowie, ani rodzice na ślub nie naciskają. To taki stan rzeczy tymczasowy i wiem o tym, że po narodzinach malca zapewne zaczną się przytyczki odnośnie legalizacji związku (czyli nic ponad to, czym jest zabezpieczenie interesów przyszłej małżonki). Odsuwając na bok presję społeczną, rodzinę, będąc sam ze sobą stwierdzam, że ślub absolutnie nie jest mi potrzebny. Sama wybranka stwierdza, że nie jest gotowa na ślub - w tej kwestii myślimy podobnie (ja myślę podobnie, ona mówi podobnie:)). Absolutnie odpada dla nas opcja przyspieszania pewnych spraw. W szczerych rozmowach poruszamy wiele kwestii odnośnie naszej przyszłości, łącznie z założeniem, że jeśli nam nie wyjdzie, to się rozstaniemy i ułożymy wszystko tak, żeby miało ręce i nogi - ze strony narzeczonej to dla mnie naprawdę świetna postawa. @Jimmy Dzięki za odpowiedź! Sam znam trochę środowisko od środka i uważam, że wieloletnie, udane związki lekarzy to rzadkość. Odnośnie deklaracji i wtłaczania nas sobie samym na siłę mamy spokój - ze strony rodziny nie pojawiają się żadne naciski. Jedyny nacisk, który odczuwamy, to ten w samych sobie - że jakoś to trzeba ogarnąć, coś zmienić w dotychczasowym układzie sił, więc naturalnie temat ślubu gdzieś tam w świadomości też świta. Nie uważam, że jestem za młody na rodzicielstwo - w sumie to jak pomyślę, że będę miał syna, to ogarnia mnie naprawdę cholerna satysfakcja już teraz. Zmiana miejsca zamieszkania to ryzyko, ale plusy przeważają tutaj nad minusaami. @GregTomassi dzięki za odpowiedź. O taki zimny prysznic mi chodziło. Miłego dnia! ...i bez przesady z tą pewnością, odnośnie mojej przyszłości. Trochę sprawczości w rękach odnośnie jej jeszcze mam. @Les dzięki za odpowiedź. Kołyska i bety już przygotowane, teoretyczne opanowanie kwestii rodzicielstwa powoli też. Myślę o dziecku, nie rób ze mnie proszę takiego egocentryka. Każdy z nas nim troszkę jest, ale panuje nad tym i los mojego chłopca nie będzie mi obojętny. Odnośnie dzieci wychowywanych przez rodziców osobno mam inne zdanie - częściej to lepiej ułożeni i normalnie wychowani ludzie niż Ci z kompletem rodziców pod nosem. Za dużo własnych obserwacji moich, jeśli chodzi o tę materię. "Karuzela" to chyba nie błąd z mojej strony, a raczej taka reakcja na zmianę, dosyć istotną w życiu - określiłbym t o raczej, jako pewnego rodzaju adaptacyjny wstrząs. "Czas zmężnieć i jakoś ogarnąć sytuację" - dzięki!
  3. Drodzy Bracia, po długiej nieobecności powracam z aktualizacją informacji odnośnie swojej sytuacji z prośbą o ewentualne porady i wytknięcie błędów. Otóż postanowiliśmy wspólnie z narzeczoną przeprowadzić się do innego miasta, gdzie perspektywy zarobków w naszym zawodzie są zdecydowanie bardziej atrakcyjne. Jest to decyzja trudna, bo pozostając w dotychczasowym mieście (wojewódzkie; miasto w którym studiowaliśmy; miasto,z którego pochodzi moja partnerka; tutaj też posiada własne mieszkanie, którego koszt miesięczny oscyluje wokół 500 zł/mies, do czego oczywiście się dokładam) mielibyśmy opcję pomocy ze strony jej rodziców i przede wszystkim byłoby to tańsze niż wynajem, na który zdecydowaliśmy się w drugim mieście (wprawdzie kwestia zarobków tam i tak pozwoli nam być na plus, ale jednak patrząc pod kątem psychologicznym na wszystko, to mam wątpliwości odnośnie zmiany miejsca zamieszkania). Jeżeli chodzi o mnie - nie wiem na ile to normalne, ale stan psychiczny, który aktualnie przechodzę to jakaś karuzela emocjonalna oscylująca na granicy depresji, totalnej niepewności odnośnie przyszłości, niepewności odnośnie tego, czy podołam/podołamy (nie jako rodzice, ale jako związek) - mówiąc wprost jest to jakaś psychiczna karuzela. Wiem, że czytanie tego forum od bardzo dawna już bardzo wpłynęło na mój sposób postrzegania związków i relacji z kobietami, dlatego jedyne co mam w głowie w tej chwili to masa wątpliwości - a wewnętrzny głos podpowiada konsekwentnie "nie żeń się", "lepiej być samotnym ojcem niż żyć w zwiazku z tyloma wątpliwościami". Postanowiłem nawet - a co! - przejść się do psychoterapeuty, żeby może zyskać jakieś nowe spojrzenie na wszystko - zmiany, które czekają mnie w najbliższym i nie tylko czasie, dokonać lepszego wglądu w samego siebie. Uważam te spotkania za udane i potrzebne. Moja psychoterapeutka robi świetną robotę - tak uważam. Generalnie biję się z myślami odnośnie samego siebie. Przydarzyła nam się ta ciąża, ale ja wcześniej wewnętrznie nie podjąłem decyzji odnośnie dozgonnego bycia razem (wiem moi mądrzy przyjaciele - trzeba było się zabezpieczać skoro tak - powiecie, ale rozmawiajmy o tym co jest, a nie mogłoby być gdyby) - i nie chcę, aby to dziecko podejmowało za mnie tę decyzję. Wiem, że stan próżni między nami nie będzie trwał wiecznie, ale czuję, że to nie jest moment na podejmowanie decyzji odnośnie bycia razem "dopóki śmierć.." i te inne szmery bajery. Rozmawiamy o tym otwarcie i ze zrozumieniem każdej strony. Praca w zawodzie zarówno mi jak i mojej (aktualnej) narzeczonej umożliwi naprawdę godne życie, będziemy lekarzami, więc o kwestie materialne tu nie chodzi. Brakuje mi po prostu w tym wszystkim tej wewnętrznej pewności, swobody w myśleniu, że to ta osoba, że wszystko jest na dobrej drodze. Mam ogromą nadzieję, że to tylko tymczasowe, rozchwiane przez nadchodzącego małego człowieka. Relacje między nami określiłbym jako pozytywne, Pani dzielnie znosi czas ciąży, może liczyć na moją pomoc. Mieszkamy cały czas razem i czuję się szanowany i ważny w całej tej układance. Wiedza z forum jednak robi swoje - sieje ziarno niepewności i włącza we mnie wewnętrznego krytyka, kogoś, kto jest w stanie podważyć dootychczasową sielankę, usprawiedliwiając ją okolicznościami, a nie faktycznym stanem rzeczy. Za wszelkie sugestie i wasze przemyślenia - dziękuję z góry. To forum to jakiś społeczny cud dla nas facetów!
  4. Wzorzec obycia Twojej pani. Wiem, tu muszę konsekwentnie wymagać i jak dziecku spokojnie tłumaczyć na czym to polega, czasami postawić to na ostrzu. Mój wzorzec matki jest zupełnie inny. pewności nigdy nie ma, ale tego samego dnia poszliśmy do laboratorium badać bHCG i wszystko jasne. Będę bulił, ale w każdym przypadku - niezależnie jak się sytuacja rozwinie, albo alimenty, albo zwykłe życie w trójkę i konsekwencje takiego układu. Dla mnie nie ma, a nawet wtedy byłoby łatwiej finansowo podejść do kwestii ślubu i wesela - spokojnie i kulturalnie. Tutaj nie ma pośpiechu, chociaż podczas ostatnich rozmów ze strony dziewczyny padały propozycje organizacji tego za 2-3 lata po narodzinach. I na tym się skupię narazie, obserwacja i mimo wszystko zdrowy egoizm w tym wszystkim. Dzięki za te słowa. Wydaje mi się, że cały marzec minął mi pod kątem depresji, a przynajmniej spełniałem każde z kryteriów jej diagnozowania. Dopiero od kilku dni zaczynam widzieć jakieś przebłyski i chęci do stawiania temu czoła. Mając świadomość jak długa i bezpowrotna droga mnie czeka, różne myśli przychodzą człowiekowi do głowy.
  5. Obliteraror tak, medycy, ale jeszcze długa droga do normalnej pracy w zawodzie. O odstawieniu decyzja zapadła wspólnie, chyba nawet ja wyszedłem z inicjatywą rozmowy na ten temat ariok przyszły teść prowadzi swoją firmę już ponad 30 lat. Nie chcę pisać konkretów z uwagi na ryzyko namierzenia.
  6. @Mattmi dzięki za te słowa. Dzięki za gratulacje. @Heniek mieszkanie to jej (i tylko jej) własność @tytuschrypus będę miał okazję przekonać się o tym w rzeczywistości
  7. Drodzy bracia, do tej pory byłem tylko biernym przeglądaczem forum. Dzisiaj - czując doniosłość chwili - przyszła pora i na mnie, aby do "świeżakowni" dodać swoje życiowe 5 groszy. Dla wtajemniczenia ogółu postaram się w skrócie opisać rzeczywistość w której dotychczas się poruszałem. W październiku 2012 rozpocząłem studia w jednym z największych miast w PL. Kierunek atrakcyjny, perspektywy zajebiste, miasto niekoniecznie, ale jakoś udawało się wszystko zaliczać rok po roku aby po 6 latach odebrać upragniony dyplom. W trakcie studiów poznałem dziewczynę (3 lata młodszą), koleżankę z grupy, z którą po kilku miesiącach obwąchiwania się utworzyliśmy związek (tak, wiem, dziewczyna z grupy = studenckie matrymonialne barbarzyństwo, ale mimo wszystko udawało nam się kleić ten związek tak,, aby przetrwał do dzisiaj). Początkowo mieszkałem w wynajmowanym pokoju, ona w swoim mieszkaniu (sama; jej rodzice mieszkają w domu w tym samym mieście). Ponieważ doszło do tego, że przebywałem praktycznie cały czas u niej, a za mój pokój i tak płaciłem (będąc tam 2-3 dni w miesiącu) co miesiąc, podjąłem decyzję (4-ty rok studiów) o przeprowadzce do niej. Nie wpłynęło to jakoś znamiennie na relacje między nami - funkcjonowaliśmy tak jak do tej pory. Relacje między mną a jej rodziną są w porządku - ale bez żadnej głębi w tym temacie. Czuję się po prostu tolerowany, ale tej iskry ciepła i swobody po tylu latach związku nie odczuwam będąc tam od czasu do czasu. Jest to rodzina pełna - ojciec, matka, brat, w której spodnie zdecydowanie (i czasami wręcz agresywnie) nosi ojciec, chłodny i surowy skurczybyk, dla którego jest to małżeństwo nr 2. Matka ma swoje odpały, ale suma sumarum - ojca zdanie to prawo w tym domu. Co do matki - zaniedbana, wg mnie niechlujna gospodyni domowa, depresyjna kobieta zduszona przez męża. Obowiązki domowe wykonuje, na odwal bo na odwal, ale ile przy tym narzekania i ociężałości! Pomimo to jest ciepłą kobietą, ma w spojrzeniu tę cząstkę mamy, chociaż uważam, że jej IQ to nieco poniżej średniej dla tego gatunku. Z jej ojcem można rozmawiać, ale głównie o interesach, o tym co robić, żeby zarobić, o tym jak ktoś zarobił lub stracił, o planach na to żeby dobrze zarabiać, ale... o życiu, jego smakach, o porażkach, o wątpliwościach - już nie bardzo. Dodam, że to całkiem dobrze ustawiony gość (pod kątem materialnym), który podobno dostał bardzo w kość na zakończenie swojego pierwszego małżeństwa. Krótko mówiąc - może i materialnie stoją dobrze, ale brakuje tam elementu ważnego dla mnie - serdeczności, rozmowy i swobody (zawsze taka atmosfera trochę na szpilkach, chłodna - odkąd pamiętam). Relacje pomiędzy Nią a moją rodziną są nieco inne - więcej tam ciepła, otwartości, swobody, rozmowy o wszystkim i o niczym. Dotyczy to i bliższej i dalszej rodziny z mojej strony. Samego mnie to dziwi, ale od samego początku zaskarbiła sobie wśród nich sympatię i pewnego rodzaju miejsce w stadzie. W tym przypadku spodnie w domu noszone są raczej przez matkę (raczej, bo nie mogę powiedzieć, że ojciec całkowicie oddał lejce). Moja matka - gospodyni domowa z prawdziwego zdarzenia, cała chata w jednym paluszku, obiady codziennie i nie na odpierdol. Przewiduje kilka ruchów do przodu i działa. Zadbana, pachnąca - i nieźle się trzymająca jak na swój wiek. Z moją dziewczyną potrafią usiąść jak te kury na grzędzie i pierdzielić, plotkować i pić wino. Z tego co sama mama mówi mi na osobności, podoba się jej ta relacja między mną a moją dziewczyną - szacunek, liczenie się z moim zdaniem, spokój i nic w pośpiechu. Ponieważ moja matka nie pracuje, utrzymanie finansowe domu spoczywa w rękach ojca - który w pocie czoła daje rade to ogarnąć całkiem przyzwoicie. Nie twierdzę, że nie kosztuje go to kupy nerwów i często poniewierania ze strony matki, ale jak na taką sytuację, całkowicie dobrze daje radę z tym wszystkim. Mam z nim zajebisty kontakt. Jest jeszcze rodzeństwo - ale nie wydaje mi się istotnym tutaj wspominanie o nich. W przeciwieństwie do rodziny mojej dziewczyny, moja rodzina nie jest jakoś wybitnie ustawiona finansowo. Skończyliśmy studia i jesteśmy w trakcie stażu podyplomowego od października 2018 r. Zarabiamy nieco ponad 2k/mies na rękę. Mieszkamy u niej. Wprawdzie snułem jakieś tam plany oświadczyn i ślubu, ale zawsze miałem przed oczami tysiące porad od naszej braci z forum i Guru Naszego Jedynego Kościoła spod znaku chromosomów XY - żeby najpierw ustawić siebie, inwestować w siebie, stanąć samodzielnie na nogi i dopiero wtedy o tym myśleć, jak o dodatku do naszych zajebistych żyć. Jakieś sugestie ze strony mojej dziewczyny odnośnie zaręczyn, subtelne naciski i sprowadzanie rozmowy na ten tor miały miejsce już od jakiegoś czasu, ale bez rozpaczania i wprowadzania atmosfery ultimatum - żadna z tych rzeczy. Spokojnie żyliśmy tak sobie w tej sielance do pewnego momentu - 1 marca 2019 r., kiedy okazało się, że test ciążowy pokazał dwie kreski. Nie była to wpadka klasyczna, bo od jakiegoś czasu już ( ok 6 miesięcy) odstawiliśmy antykoncepcję (dzisiaj uważam to za nieodpowiedzialne), a to dla względów zdrowotnych, a to będzie co ma być. Myślenie, które ma się przed faktem, to jedno, ale kiedy to zaczyna docierać do podświadomości - drugie. Jednak początkowo zupełnie nie chciało to do mnie dotrzeć. "Ale jak to?", "Ale co my teraz zrobimy?", "Ale za co?" + gorączkowe bicie serca i zupełna utrata apetytu. Nadal do końca chyba nie dociera do mnie ta informacja, chociaż od jej ujawnienia jest już zdecydowanie lepiej. Cały czas mam natomiast pewnego rodzaju wahania nastroju - od radości po rozpacz i żal za życiem, które odeszło już na zawsze. Pojawiają się pytania, czy podołam, czy Ona podoła, czy się nadaję, czy Ona się nadaje. Rozdział mojego życia, w którym pytam siebie o to dlaczego mi to było, dlaczego nie uważałem, dlaczego nie okazałem się tym przewidującym skurwysynem za jakiego się miałem - powoli mija. Nadchodzi etap akceptacji i próby rozwiązania tego tak, żeby miało to ręce i nogi. Mimo to bracia - nie zdawałem sobie sprawy, że psychicznie (...i oczywiście logistycznie też) jest to tak kurewsko trudne. Nasza relacja od tamtej pory jest jak nić naciągana coraz bardziej do granic wytrzymałości. Zdaję sobie sprawę z uroków pierwszego trymestru ciąży dla kobiety (obecnie 10 tydzień), a bardzo zdaję sobie sprawę z tych uroków dla faceta. Rozmawiamy ze sobą codziennie, uprawiamy seks często, w głowach jest mętlik i ta obciążająca niepewność jutra. Nie ma w tym patologii, ale powoli widać oznaki początku przeciągania liny - odnośnie planów na przyszłość, miejsca wspólnego zamieszkania, kwestii ślubu (póki co ustaliliśmy, że będzie miał miejsce po przyjściu na świat naszego bobka; pierścionek zaręczynowy już na palcu - decyzja zapadła w sumie wspólnie, żeby miało to jakieś tło; właściwe zaręczyny planuję i tak w innym czasie, bo te na chybcika chuja dla mnie znaczą). Finansowo jest póki co lipnie, a zanim zacznie być kolorowo - a z racji na pracę w zawodzie zacznie być za ok 5 - 10 lat - czeka mnie/nas przeprawa przez totalną ciemność - tak to widzę. Czy ktoś z was był w podobnej sytuacji? Jak to ogarnęliście? Jaka jest szansa na przetrwanie tego wszystkiego w jednym kawałku? Czy to normalne, że tak do odczuwam? Czy naprawdę potrzebuję czasu, żeby to po prostu zaakceptować? Wiem, że chcę założyć spodnie na jajca i to dźwignąć, ale obawa przed utratą decyzyjności co do mojego życia na rzecz rodziców i ich wizji na życie, i przymus podporządkowania się jego nowym wymaganiom ulotniły ze mnie tę codzienną radość, którą miałem do tej pory. PS. Nie zostawiajcie suchej nitki! Ave!
  8. Dzięki za odpowiedź @mac! To prawda - wszystko co człowiek tworzy jest tak naprawdę odzwierciedleniem tego, czego on sam naprawdę chce, a czego człowiek chce - wszyscy (zwłaszcza na tym forum:) ) wiemy. Gdzieś tam jednak w człowieku siedzi jakiś żal, że korzystając z tych ciekawych zdobyczy technologii współczesnej jesteśmy bardziej czyimś "targetem" (nie lubię takiej typowo corpo-angielszczyzny wplatać w wypowiedź, ale oddaje to klimat tematu) niż odbiorcami wartościowych treści. Popatrzmy teraz dla odskoczni na to nasze forum- szata graficzna spójna i nie oczojebna, wątki uporządkowane przejrzyście, cały cykl rejestracji, logowania i edytowania danych profilu - majstersztyk (jak na moje skromne wymagania oczywiście, bo ktoś w temacie znajdzie jakieś niedogodności i tak, ale o ZWYKŁYCH użytkownikach tu mowa). Bardzo duży nacisk na poprawną formę wyrażania opinii, na powitanie i przedstawienie się, na uporządkowanie wątków, na wyłapywanie manipulacji (o czym świadczy istnienie "ściany hańby" jako dowodu). Nad wszystkim czuwają aktywnie administratorzy lub pomocnicy administratora ("aktywnie" to słowo klucz). Przejrzysty system hierarchii zarejestrowanych osób, przejrzysty system wsparcia finansowego forum - DOBROWOLNY i oddający honor tym, którzy wspierają, wsparli finansowo to przedsięwzięcie (w postaci adnotacji odnośnie kwoty wsparcia). Wiadomo, że jakieś tam psy szczekają, ale ta karawana jedzie dalej - i moim zdaniem będzie jechać napędzając sama siebie, o ile nie nastąpią jakieś dramatyczne zmiany. A to dla mnie nic innego, jak tylko owoc czyjejś ciężkiej pracy i PASJI. Dla porównania - korzystam od jakiegoś czasu z forum miłośników pewnego modelu samochodu marki Ford (jako szczęśliwy posiadacz owego) - i tam uporządkowanie wątków woła o pomstę do nieba. Niby pasjonaci, puryści motoryzacyjni, ale.... Wszystko wrzucone do jednego kosza, bez rozdzielenia na silnik diesla i benzynowy, na generacje modelu i tematykę. Liczba wątków przytłaczająca + fatalna wyszukiwarka = syzyfowe szukanie interesującej nas rzeczy. Z jednej strony - przesycenie rynku internetowego na świecie, wszystko chyba już można na tej platformie zrobić, ale z drugiej - brak dbałości o to, uszczęśliwianie każdego na siłę, pogoń za mamoną, brak przejrzystości, prostoty i oczojebność, podejrzane praktyki odnośnie prywatności i handel naszymi danymi - to chyba jest pole do startowania z czymś "nowym".
  9. Drodzy Bracia! Od jakiegoś czasu krążą mi po głowie pewne spostrzeżenia dotyczące internetu i jego zasobów, z których ja i wielu innych szaraków na co dzień korzysta. Chciałbym dowiedzieć się jakie są wasze opinie na ten temat, dlatego zapraszam do lektury. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, jednak uważam, że to ogromne medium powoli zaczyna przerastać samo siebie. W pewnym sensie internet (...czyli: portale społecznościowe, fora tematyczne, portale informacyjne, różnego rodzaju aplikacje służące ułatwieniom w wielu aspektach życia) oddaje obraz nas, jako ludzi, przyjaciół, współpracowników, pedagogów, istot którymi kierują żądze. Każde przedsięwzięcie, które gromadzi wokół siebie rzesze wiernych użytkowników (biernych "czytaczy", czy aktywnych "komentatorów i użytkowników") przechodzi przez kilka etapów swojego istnienia, począwszy od raczkowania na "rynku", poprzez czasy względnie dobrego funkcjonowania, po czym następuje pewne przesilenie - maximum, które dany dostawca może zaoferować, nagły przypływ konsumentów jakiegoś contentu, a na końcu.... no właśnie - jedna wielka papka - wszystkiego po trochu i nic jednocześnie. Przykładem tego wszystkiego na pierwszy ogień niech będzie znany polski serwis "nasza klasa". Uważam, że był to portal z wieeeelkim potencjałem, który poległ z wielu przyczyn i obecnie jest jakimś internetowym cmentarzyskiem martwych profili. Biorąc pod uwagę ludzką chęć łączenia się w grupy, wymianę informacji, radość czerpaną z utrzymywania kontaktu ze starymi znajomymi - tej nitki po której możemy się z nimi kontaktować, lub nawet nie kontaktować, ale mieć taką możliwość - nasza klasa była genialnym przedsięwzięciem, które - mimo rozbudowanej konkurencji - miało swój wyjątkowy i oryginalny wymiar. Oczywiście doszło do pewnego przerostu formy nad treścią, ulepszenia, nowinki, ocenianie zdjęć, prezenty w formie obrazków do wklejenia na czyjś profil (wszystko oczywiście odpłatnie), bazowanie na wydojeniu tej krowy do ostatniej kropli mleka. Efekt: krowa zdycha. Kolejny przykład - wykop. Pamiętam czasy (ok 6-10 lat wstecz), kiedy komentarze pod artykułami wrzucanymi na ten portal były ciekawsze od samych artykułów. Można było spotkać tam ludzi z zainteresowaniami, wiedzą i kulturą. Na stronie głównej były w większości publikowane wartościowe rzeczy, nie zakrawające (przynajmniej na pierwszy rzut oka) na manipulacje, chęć rozrywki dla gawiedzi. Nie chcę przesadzać z tym zachwytem nad tamtym wykopem, ale określając to jednym słowem - ludzie tworzący tę społeczność byli po prostu NORMALNI. Natomiast obecnie wygląda to całkowicie inaczej. Określam to jako "syndrom doktora House'a" - im bardziej cięta, chamska i łamiąca jakieś tabu odpowiedź, tym większy poklask. Zdaję sobie sprawę, że są to potrzebne rzeczy i rzucenie od czasu do czasu mięchem jest ok, ale obecnie przybiera to formę walki na ripostę, zastępując miejsce najnormalniejszej rozmowy. Nie chodzi już o to, żeby wdać się z kimś w dyskusję, ale o to, aby dać do zrozumienia drugiemu człowiekowi, że jest głupi. Sarkazm, ironia - im rzucisz więcej, tym lepiej. Efekt: strona główna upodabnia się do serwisów plotkarskich, podobnie zresztą jak opinie wypisywane tam przez użytkowników (pod wykopami lub na mikroblogu). Następny przykład - google ze swoją usługą "Zdjęcia". Korzystałem swojego czasu dość intensywnie z proponowanej przez googla usługi Picasa. Prosta jak cep w obsłudze, wydajna, z ciekawym programem offline na PC do segregowania i minimalnego przerabiania zdjęć. Intuicyjnie - od pierwszego skorzystania z tego programu - i bezproblemowo można było utworzyć tam album ze zdjęciami z komputera, udostępnić go dla wszystkich lub wybranych przez nas osób - wysłać link ciotce po imprezie rodzinnej. Dodatkowo wyjątkowo dobrze działająca funkcja rozpoznawania twarzy... Krótko mówiąc naprawdę nic więcej poza kosmetyką nie trzeba było zmieniać. A jak jest dzisiaj? Usługa Picasa poszła do lamusa, a na jej miejsce powołano nowy twór Google Zdjęcia. Wszystko zautomatyzowane. "Nic nie musisz robić! Zrobimy to za Ciebie!". Autosegregacja zdjęć, autoporządkowanie ich ze względu na treść, kijowe rozpoznawanie twarzy, oś czasu której nie edytuje się tak łatwo. Chcesz zrobić album z zeskanowanych analogowych zdjęć i opublikować go w google? Ok - ale data wykonania zdjęcia zgodnie z jego metadanymi to data skanowania go do pliku, więc na osi czasu czasu pojawiają się absurdalne kolejności. Przeładowanie ulepszeniami, animacjami, masą wyskakujących okienek, bombardującymi komunikatami "Przeciągnij", "Opublikuj", "Zrób to już dziś!" - imperatywy bez umieszczonego dyskretnie slowa "Prosimy, proszę"... szlak trafia. Kolejny przykład - Gadu Gadu - polski komunikator, który w latach swojej świetności śmigał na każdym komputerze podłączonym do internetu. Co było dalej - wszyscy wiedzą. Obładowany kombajn z masą usług, spośród których komunikacja (czyli sens jego powstania) zepchnięta została na margines. Dobreprogramy.pl - jakieś klienty pobierania, które musisz zainstalować zanim pobierzesz to, co chcesz (przy okazji zaśmiecając dysk). Onet, WP, Interia - to są portale informacyjne?! Plotkarskie newsy za newsem. Uważam, że w Polsce nie mamy konkretnego medium informacyjnego. Medium, do którego chętnie siądziemy pijąc poranną kawę. Tych przykładów jest mnóstwo. Trochę to rozczarowujące, zwłaszcza nasza-klasa. Sam chętnie założyłbym sobie konto na takim portalu, ale z oczywistych względów w tej chwili to nie ma sensu. Kto wie? "Może kiedyś ktoś" się za to zabierze merytorycznie i z pasją? Czekam na wasze opinie!
  10. Wg mnie posiadanie samochodu to raczej możliwość do wykształcenia pewnej zaradności, chociaż jego nie posiadanie o braku zaradności wcale już nie świadczy. Często posiadanie samochodu świadczy o zaradności rodzica/-ców osoby, która go posiada, ale nie o tym teraz piszemy. Niektórzy mają tak rozplanowany swój prywatny świat, że samochód jest elementem zbędnym (3 minuty do sklepu, przystanek pod nosem, bogata sieć połączeń transportu miejskiego, krajowego, blisko na uczelnię/do pracy). W takim przypadku zdecydowanie się to nie kalkuluje. Jeżeli dodatkowo od długiego czasu ktoś korzysta z alternatywnych sposobów lokomocji, przyzwyczaił się do tego, sprawia mu to radość, to wówczas weszło to już lekko w soft jego codzienności, a sam zainteresowany nie wychodzi zupełnie z założenia "braku samochodu", a bycie zaradnym uzależnia np. od efektywności w pracy, posługiwania się młotkiem i śrubokrętem itd. Dużo zależy też od osoby która ocenia rzekomą "zaradność". Jedni uznają kogoś takiego za niezaradnego z racji nieposiadania auta, inni natomiast za zaradnego z powodów zawodowych lub innych. Sam uważam, że samochód posiadać warto. Nie chcę przez to powiedzieć, że trzeba, że wypada, że skoro matrix tak chce, to trzeba zasuwać, byle go mieć. Chodzi raczej o naturalną chęć posiadania go i doświadczania wielu rzeczy, które się z tym wiążą, a co za tym idzie, nauki. Pomijając względy praktyczne, które można wymieniać i wymieniać, jest dużo innych - i tych rozwojowych i społecznych, o których już tak często się nie myśli. Poprzez codzienną styczność z silnikiem spalinowym, konieczność dbania o wiele podzespołów naszej maszyny, stawianie czoła obowiązkom wynikającym z jej posiadania, obserwację jego działania w zależności od temperatury panującej na zewnątrz, stawianie czoła wszelkiej maści mechanikom i cudotwórcom od siedmiu boleści, samodzielne naprawianie w nim błahostek i niebłahostek itd, przewidywanie i konserwację, planowanie kiedy wymienić olej, dbanie o poziomy płynów (ta wyliczanka może odstraszać kogoś, kto nie posiada samochodu) - zyskujemy masę doświadczenia, a ktoś, kto przez to wszystko przechodzi, moim zdaniem jest zaradny (lub szlifuje się w kierunku, żeby być). Poza tym zawsze możemy spotkać się z kumplem w garażu lub gdzieś na parkingu w zależności od warunków, i podzielić się doświadczeniem pomagając ogarnąć jakiś problem z furą, służyć radą przez telefon w sytuacji awaryjnej, podjechać i podholować lub przy browarku pogadać po prostu o motoryzacji jak o czymś nam bliskim, a nie jakiejś alchemii. Wracając do pytania - nie ma na nie odpowiedzi właściwej. Wszystko jest kwestią perspektywy i tego, jak kto rozumie posiadanie samochodu.
  11. Nie poddawaj się! Sam przechodziłem przez to wszystko, tylko troszkę czasu już od tego minęło, a do dzisiejszego dnia zdążyłem skończyć już studia. Z perspektywy czasu ten rok lub nawet 2 albo 3 w plecy po maturze a przed rozpoczęciem studiów, nie wydaje się zupełnie istotny, stracony, zmarnowany i godny wyrzutów sumienia. Wśród znajomych z mojej grupy większość osób, to byli właśnie tacy artyści po rocznych lub dwu- i trzyletnich bojach o swoje. Nie zgodzę się, że na pierwszym roku farmacji nie będzie czasu, żeby przygotować się do matury. Wszystko opiera się o kwestię zorganizowania sobie tego odpowiednio. Jeżeli z własnego doświadczenia miałbym formułować jakieś wskazówki odnośnie opanowania wszystkiego, to na samym początku uczulam na pewnego rodzaju emocjonalne negatywne, przepełnione strachem (przed porażką, przed powtarzalnością dotychczasowych doświadczeń) myślenie, które może towarzyszyć podczas przygotowań i nauki. Obawami o to, co myśli o Tobie grono bliższych i dalszych Ci osób. Pamiętam, że z żalem czasami siadałem do kolejnego arkusza maturalnego, rozmyślając o alternatywnych sposobach spędzania tego czasu, o obecnych obowiązkach, o tym, co robią teraz moi znajomi ze studiów, o oglądaniu seriali, o spacerach i konieczności zabrania się za sylwetkę, spacerach bieganiu, itd. Wszystko zniknęło przy zmianie podejścia - nauka ma być relaksująca dla mnie, a umysł głodny rozwiązania kolejnych problematycznych kwestii, kolejne rozwiązane zadanie to kolejne doświadczenie, które zostaje w mojej głowie tylko po to, żeby krok po kroku dojść do obranego celu. Masz tą przewagę, że materiał w znakomitej większości masz opanowany, a jedyna rzecz na której należy się teraz skupić, to delikatne podtrzymywanie tego ognia, żeby cały czas się palił, po trochu dorzucając małe kawałki drewna, aż w okolicach maja będziesz mieć taki pożar, jak Grecy w starożytnej Troi. Należy uzbroić się w cierpliwość w stosunku do ludzi, którzy są głodni dzielenia się z Tobą swoimi przemyśleniami i radami, co jest wg nich ok, a co nie. Filtruj to wszystko, wychwytuj co może Cię motywować, a spuszczaj w kiblu wszystko inne. Wyobrażaj sobie często jak piszesz właściwy egzamin, w dobrym humorze, z pewnością w ręku. Ćwicz spokojny oddech - to bardzo ważne. Wkurza i załamuje? Trzeba to przejść, normalne uczucia, emocje, wiadomo. Ale trzeba postawić im barykadę w pewnym momencie. Tym, w którym zaczynają szkodzić bardziej niż pomagać. Ciężka praca popłaca! ...a szczęście masz! ...i to nie podlega wątpliwościom!
  12. Film nie załadował się z linku w pierwszym poście, więc wstawiam go ponownie.
  13. Drodzy Bracia, korzystając z odrobiny wolnego czasu, surfując po internecie, natknąłem się (na wykopie) na dość intrygujący materiał video z konferencji prasowej (?) detektywa Rutkowskiego. Nie wiem, czy wątek był już poruszony na forum i omawiany, jeśli tak, to proszę o usunięcie go przez administratorów. Chciałbym poznać wasz punkt widzenia jeżeli chodzi o zachowanie poszczególnych osób na tym nagraniu. Jak najbardziej pozytywnie podchodzę do tego, co zostało powiedziane (a wręcz wykrzyczane) przez Pana, który tam odgrywa główną rolę. Mimo tego, że widać, że stres, nerwy, ogólnie trochę brak doświadczenia w robieniu burd u chłopaka, to jednak poklepałbym go po plecach i wyraził swoje uznanie dla idei, którą reprezentuje. Naprawdę ciężko zrozumieć tę pogardę, reprezentowaną przez pozostałych uczestników wydarzenia, te durne teksty odnośnie "posikania", "nie unoszenia się", itp. W niektórych momentach nóż się w kieszeni otwierał! Rozumiem, że niektóre z tych tekstów można wyłapać łatwo ze strony kobiety, ale wtedy to nie dziwi i krótko i na temat riposta leci i sprawa załatwiona. Tutaj nadawcą tych tekstów jest facet (biały rycerz?). Ogólnie ciekaw jestem waszego spojrzenia na sprawę. http://www.youtube.com/embed/XNdBNCpBdgk
  14. pawell

    Wtopa

    Bracie @blck.shp Dwie sprawy: 1. Zakładając, że samica, z którą uprawiałeś sex, nie kręci w zeznaniach i celowo nie wprowadza w błąd odnośnie daty ostatniego krwawienia, nie masz powodów do zmartwień. Szansa na zapłodnienie oczywiście istnieje, ale jest to statystycznie bardzo (BARDZO) mało prawdopodobne. Plemniki - wg najnowszych doniesień - są w stanie prawidłowo funkcjonować w drogach rodnych kobiety przez okres max 7-9 dni. Jeżeli babka jest zdrowa, ma regularne cykle, nie nadużywa alkoholu i innych substancji psychoaktywnych, nie jest na doustnej antykoncepcji, jest co najmniej miernie odżywiona, a dodatkowo nie nadwyręża się zbytnio jeżeli o stres i inne negatywne emocje chodzi, wtedy do owulacji dojdzie u niej w 12-14 dniu cyku, czyli pod koniec żywotności plemników, lub zupełnie po tym okresie. Sama owulacja to jeszcze nie zapłodnienie, choć blisko leży jedno od drugiego. Gdyby mnie to spotkało, nie martwił bym się ani trochę. 2. "Moja wina, moja wina" - dlaczego budujesz w sobie poczucie winy? Pomyśl, w jakiej pozycji na starcie stawiasz siebie samego? Chyba, że używasz tych sformułowań humorystycznie, ironicznie. Jeśli - w co osobiście nie wierzę - dojdzie do zapłodnienia, nie możesz wychodzić bezwzględnie z takiego założenia, bo to kaganiec (w postaci poczucia winy) na własny umysł lub na ew. związek z ową samicą. Pamiętaj o tym!
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.