Skocz do zawartości
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

Paweł86

Użytkownik
  • Ilość treści

    14
  • Donations

    0,00 zł 
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

12 Dobra

O Paweł86

  • Ranga
    Kot

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Miejscowość:
    Gdańsk

Ostatnio na profilu byli

Blok z ostatnio odwiedzającymi jest wyłączony i nie jest wyświetlany innym użytkownikom.

  1. Oczywiście że bym chciał kulturalnego rozstania. Ale myślę że w mojej sytuacji to jest niemożliwe. Im bardziej ona się przekonuje że to naprawdę koniec, to tym bardziej mnie obrzuca błotem, dzwoniła, pisała, krzyczała, wszystko przy dziecku i niestety mam wrażenie że celowo przy dziecku, bo mimo że ona mi mówi że dziecko o mnie pyta i tęskni, to jednocześnie widzę że ona nastawia dziecko przeciwko mnie, może nie wprost ale przy dziecku do mnie wielokrotnie mówiła jaki to jestem zły, jak się nimi zabawiłem (nie wiem czy mówienie tego przy dziecku jest rozsądne, bo dziecko naprawdę może zrozumieć że się nią (dzieckiem) zabawiłem, a wiadomo przecież że to nieprawda, ale dziecko może to inaczej zrozumieć, skoro mama nagle tak twierdzi). Ogólnie milczę, ale już tyle razy dzwoniła i jeszcze więcej razy pisała (same najgorsze rzeczy, a nie żadna chęć pogodzenia się czy cokolwiek), że wariuję psychicznie i powiem Wam szczerze że jak słyszę dźwięk telefonu czy smsa to aż się trzęsę cały (mimo że już coraz mniej się ona odzywa i w większości to inni ludzie dzwonią/piszą). Nie mówiąc już o tym że od miesiąca czy dłużej jestem znerwicowany i ogólnie nie od życia co nawet u mnie w pracy zauważają (mówią że się zmieniłem, że nie da się ze mną gadać, itd).
  2. Dokładnie. Czytam te długie smsy o tym jaki jestem zły, jak się nimi zabawiłem, jak wszystko robię źle, wszystko co najgorsze o sobie, jaki jestem egoista że nie chcę z nimi być, itd. Do niedawna to były rozmowy, więc słuchałem tego, teraz już tylko smsy. Ja jej nie atakuję, nie odpisuję, może powinienem twardo "jej pojechać" jaka to ona jest, ale nie potrafię, wolę milczeć. Tylko właśnie przez to psychicznie jestem wykończony. Dodatkowo miesza swoje dziecko w to wszystko: Raz że mi wypomina (zdaję sobie sprawę że to taki szantaż emocjonalny) że jej dziecko ostatnio ciągle pyta czemu nie przyjeżdżam itd, ale to jedna strona... a druga strona jest taka, że mi powiedziała coś w stylu "wiesz że ona (jej córka) mnie ostatnio zapytała czy Paweł nie mógłby nam przywieźć obiadu to byśmy razem zjedli" - kurde nawet po tym widać że byłem dla nich lokajem!!! więc to mnie tylko utwierdza że dobrze że skończyłem ten związek... A dwa... że do niedawna jak się ze mną kłóciła przez telefon, to wiele razy słyszałem że jej córka jest dosłownie przy niej (coś tam robi, bawi się czy cokolwiek) i wszystko słyszy jak jej matka do mnie mówi jak to się nimi zabawiłem, jaki to jestem zły, jak to pokazałem że mam je w dupie, jak to ją zawiodłem i jej dziecko też, itd - kurde jak tak można? Przy dziecku takie rzeczy mówić o swoim facecie, dziecko słucha i nie dziwne że jej dziecko też mnie chyba nie szanuje, skoro mama daje taki przykład.... no ale to mniejsza z tym, tak mi się przypomniało i musiałem się znowu tutaj wygadać Bracia...
  3. Panowie aktualizacja. Minęło kilka kolejnych dni. Na początku cisza, a potem każdego wieczora dostaję od niej smsy. Nie jeden czy dwa. A po 15-20 długich smsów. O tym jak bardzo im zniszczyłem życie, jej i jej córce, o tym jak się nimi (!) zabawiłem, jak bardzo jestem niedojrzały że je zostawiłem itd itd. Ja nie odpisuję, ale psychiczne ledwo sobie z tym radzę. EDIT: i jedyne co mnie rozbawiło: że mogłem mieć rodzinę (ją i jej córkę) a wybrałem samotność i bycie starym kawalerem (napisała to w takim sensie jakby żadna inna mnie nie chciała i już nigdy bym nie miał szans na WŁASNE dziecko)
  4. Polecam przeczytać moje doświadczenia z samotną matką. Nie tylko pierwszy post, ale gdzieś tam głebiej kolejny dość długi:
  5. Dobre pytanie. Sam nie wiem dlaczego w to wszedłem. Dziś po tym wszystkim nie umiem racjonalnie to na odpowiedzieć.
  6. Pierwszy raz zaczęła mnie porównywać do tego swojego byłego. Po tym już nawet nie chce mi się na nią patrzeć, a co dopiero rozmawiać. Po prostu chciałem się wygadać, a może ostrzec innych przed wchodzeniem w takie związki. Przyznam że zanim w to wszedłem to też o tym czytałem, ale cóż... widocznie musiałem się sparzyć na własnej skórze. Jakbym wiedział ile to nerwów kosztuje, to żaden super seks by mnie nie przekonał żeby w to wchodzić. Żałuję straconego czasu.
  7. Niestety historia prawdziwa. Ostatnie miesiące właśnie takie były. A czy chcę być - teraz już wiem że nie. Sam jej powiedziałem ostatnio że to był ostatni raz jak się widzieliśmy.
  8. Minęły 2 tygodnie od kiedy założyłem ten wątek. To może napiszę jak minęły. Jak się domyślacie wyglądało to tak: kilka dni milczenia, kilka dni godzenia się, kilka dni kłótni, kilka dni milczenia, kilka dni godzenia się, kilka dni kłótni, kilka dni milczenia, kilka dni godzenia się, kilka dni kłótni. Moimi głównymi zarzutami (oprócz tego co napisałem w pierwszym poście tego wątku) wobec niej było to, że przez ostatnie miesiące w ogóle przestała się "starać" w naszym związku. Ostatnie miesiące czy nawet pół roku naszego związku to wieczory przy tv, ona zawsze w szerokim rozciągniętym dresie, kolacja "zrób sobie jak coś chcesz" i spać. Owszem seks był, tutaj nie mogę powiedzieć że nie było, ale sami wiecie jak "atrakcyjny" jest seks gdy ona jest w za dużym dresie i kładzie się wcześnie do łóżka i jest zmęczona. Pierwsza połowa naszego związku to były wieczory przy świecach, przy winie, dobrej WSPÓLNEJ kolacji, ona zawsze maksymalnie na wieczór ze mną "dopracowana" w sensie makijaż, kuszące ubrania, itd a seks nie był krótki tylko kilkugodzinny. Czuć było chemię, pożądanie, wręcz maksymalne i to przez całe dnie a nie tylko wieczorami. Przypominam (w pierwszym poście pisałem) że mieszkałem u niej tylko w weekendy, więc to nie tak że na codzień tak musiało być (to wiadomo że człowiek zmęczony więc codziennie nie będzie super wieczorów) ale jednak te wieczory w weekendy były super. Do tego w ciepłych miesiącach zawsze jakieś spontaniczne nocne spacery, czy w ciągu dnia wyjazdy gdzieś choćby na 1 dzień czy nawet na cały weekend (gdy dziecko było u babci lub u ojca). A ostatnie miesiące? Siłą bym jej nie wyrwał z domu gdy miała wolny weekend, bo "musi mieszkanie ogarniać, prać i sprzątać" albo "jest zmęczona po całym tygodniu, a co Ty tam wiesz jak Ty nie masz dzieci" i zero wyjazdów, zero spacerów, zero romantycznych kolacji, o świecach wieczorem dawno zapomniałem. Ok - rozsądek podpowiada, że to powinno działać w dwie strony. Tak, ja też przez ostatnie miesiące przestałem się starać. Jak przyjeżdżałem na weekend i z góry wiedziałem że ona jest zmęczona, w rozciągniętym dresie i leży przed tv po "praniu, sprzątaniu i tygodniu ogarniania dziecka" to ja również przestałem się starać - też przestałem przyjeżdzać elegancko ubrany, przestałem przynosić bukiety kwiatów czy dobre wina na wieczór. Tak wiem że ja również wpadłem w taką nudną rutynę i przestałem się starać. Do tego na tygodniu jak ich (ją i jej córkę) odwiedzałem to zawsze miałem tyle zadań do wykonania (pisałem w pierwszym poście), przywieź zakupy, przywieź małej mcdonalda, zawieź małą, przywieź małą, itd itd to też sprawiło że przestałem się starać dla niej jako meżczyzna, bo zacząłem się czuć jak lokaj. Ale... (i teraz napiszę najważniejsze co przez te ostatnie 2 tygodnie kłótni zrozumiałem) Jej argumentami w tych kłótniach wcale nie było to, że przestałem się dla niej starać jako mężczyzna dla kobiety. Jej argumentami nie było to, że czuła się zaniedbana przeze mnie jako mężczyznę, ani nic takiego, co właśnie było moimi argumentami wobec niej że ja się czuje zaniedbany przez nią. Całe te nasze ostatnie kłótnie dotyczyły WYŁĄCZNIE jej córki!!! To mnie bardzo zaskoczyło! WYŁĄCZNIE JEJ CÓRKA. Nie relacje między nami, nie relacje między kobietą a mężczyzną, które się posypały, a wyłącznie jej córka i to że jej córkę zaniedbuję. Że przez ostatnie miesiące przestałem się starać dla jej córki w sensie że jak trzeba jechać do tego mcdonalda bo mała powiedziała że obiadek ugotowany przez mamę niedobry i ona chce mcdonalda, to odmawiałem i nie jechałem, że jak dla córeczki trzeba było jechać do sklepu po coś potrzebnego do szkoły to nie jechałem natychmiast i pokazywałem że nie jestem lokajem, że jak byłem u nich w domu i córeczka zaczęła się źle zachowywać i pyskować do mamy to zwykle się ewakuowałem zamiast z nimi zostać i spędzać czas, itd itd itd. Oczywiście też mi wypominała że nie pomagałem jej przy jakichś tam problemach związanych z córką w sensie jak mała się kłóci i nic do niej nie dociera. Owszem nie pomagałem, bo na początku związku jak starałem się podpowiadać jak postępować z córką (obiektywnie patrząc z boku) to zawsze słyszałem "ty się nie znasz bo nie masz dzieci", więc przestałem cokolwiek doradzać. I teraz najważniejsze co mi powiedziała kilka dni temu... Powiedziała mi, że jestem taki sam jak jej były mąż (ojciec jej córki)!!! Że jestem taki sam jak on, bo nie dbam o jej dziecko, bo nie interesuję się jej dzieckiem, bo sam nie organizuję jej dziecku fajnego spędzania czasu, itd !!! Jestem taki sam jak on, dlatego ona nie chce być dłużej ze mną. Te słowa mnie totalnie rozwaliły!!! Wyszło na to, że po prostu miałem być zastępcą ojca dla jej dziecka, a właściwie ojcem!!! I tylko tego ona oczekiwała. Po tamtej rozmowie to ja jej powiedziałem że widzimy się ostatni raz, że to koniec.
  9. Przesiedziałem cały weekend sam u siebie, nie kontaktowałem się z nią i czuję się z tym... doskonale. Aż zadziwiająco dobrze. Ale nie wiem co dalej.
  10. No niestety od pewnego czasu też nad tym myślę, czy mam jakiekolwiek korzyści... A wracając do tematu, od piątku od momentu gdy napisałem tutaj ten wątek (czyli od zakończenia tej awantury) nie odzywam się do niej, ani ona do mnie. I wiecie co? Czuję się z tym doskonale.
  11. Opisz kolego wszystko, bo widzę że Twój przypadek jest bardzo podobny do mojego. Pozdro!
  12. Dzięki panowie za odpowiedzi! Podnieśliście mnie na duchu. Wczoraj pisałem to wszystko bardzo na gorąco, w emocjach. Muszę doprecyzować kilka kwestii. Ktoś z Was wyżej napisał, że dlaczego ja próbowałem się zajmować wychowaniem jej córki i dawaniem rad co do wychowania. Otóż nawet nie chciałem się wtrącać i doskonale wiem, że wtrącanie się to głupota, ale dwa powody: 1) ona sama na początku mnie prosiła o rady typu "no nie daję sobie z nią rady, a Ty patrzysz i nic nie mówisz" to zacząłem z czasem coś podpowiadać (jak to się skończyło to wiecie, późniejsze krzyki żebym się nie wtrącał bo to nie moja córka), oraz 2) czasem po prostu nie wytrzymywałem jak widziałem jak mała księżniczka rządzi mamusią i nie mogłem się powstrzymać przed dawaniem rad co do wychowania (wiem, niepotrzebnie, ale aż żal patrzeć czasami). Dodam, że ona (moja partnerka, czy może raczej była) nie należy do takich samotnych matek patologicznych, jest to wykształcona kobieta z dobrą pracą na dobrym stanowisku itd więc dlatego nie mogłem czasem patrzeć jak ona zupełnie sobie nie radzi z wychowaniem, więc ingerowałem, podpowiadałem, dawałem rady. No ale zawsze potem to mi się dostawało, że się wtrącam... Czyli wtrącać się nie mogę, a jednocześnie muszę brać udział w spełnianiu zachcianek małej księżniczki. Druga sprawa - ktoś inny wyżej napisał, żebym pamiętał o seksie tylko w gumie! No właśnie tutaj też miałem spory problem. Od pewnego czasu ona zaczęła mnie namawiać na drugie dziecko! Po paru miesiącach bycia razem. Że ona już jest w takim wieku (obecnie 32) że już późno, że trzeba teraz się decydować, że ona bardzo chce, że dlaczego ja nie chcę? itd itd. A ja wiadomo - mówiłem że absolutnie nie teraz, może kiedyś, ale nie teraz. Więc to też był powód naszych spięć i od pewnego czasu gorszego seksu. Z czasem jej to przeszło, przestała o tym mówić i namawiać, mówi że też odpuściła, że faktycznie za bardzo naciskała, ze przemyślała, że jednak nie chce itd - ale nie wiem czy mogę w to wierzyć. Trzecia sprawa - pytanie dlaczego jej były mąż od niej uciekł. Tak naprawdę do końca tego pewnie się nie dowiem, ale z tego co się zorientowałem już dawno temu (mamy wspólnych znajomych) to jednak nie z jej winy, a to on odwalał różne rzeczy tzn głównie zdrady na prawo i lewo i to bez specjalnego krycia się.
  13. Panowie moja historia.. bardzo na świeżo, więc jeszcze z emocjami piszę. Od ponad roku jestem w związku z 32-letnią kobietą która ma 10-letnią córkę. Znamy się dłużej, ale od powiedzmy roku jesteśmy ze sobą na poważnie. Mieszkaliśmy ze sobą tylko w weekendy, z uwagi na moją pracę, na tygodniu bardzo sporadycznie się widywaliśmy - w tygodniu maksymalnie 1 raz lub nawet nie. Obiecywałem że zamieszkamy na stałe razem, ale najpierw chciałem poobserwować, a potem... potem chciałem to odwlekać jak najdalej... Mamy swoje osobne mieszkania, ona wcześniej mieszkała sama z córką w swoim mieszkaniu, a ja sam w swoim mieszkaniu. Jak zaczeliśmy być ze sobą to ja zacząłem u nich mieszkać w weekendy. One u mnie praktycznie nigdy nie bywały. Wiadomo - tam jej córka ma swój pokój, swoje rzeczy, zabawki, lekcje, itd, dlatego to ja do nich się "wprowadziłem" a nie odwrotnie. Oczywiście tak jak napisałem tylko na weekendy. Dlaczego chcę przedstawić moją historię? Bo po tym "ponad roku" z nimi - jestem wykończony psychicznie. Jestem dosłownie wrakiem człowieka. A te słowa piszę chwilę po kolejnej awanturze z jej strony. Więc piszę na gorąco. Kobieta z dzieckiem - niby każdy wie, żeby się w to nie pakować, też miałem obawy. No ale ona wydawała mi się idealna, wręcz anioł, bardzo dobra dla ludzi (mamy wspólnych znajomych), ogarnięta i zaradna, z dobrą pracą, a przy tym niesamowicie piękna i świetne ciało. I jak tu się nie zakochać? Początki naszego związku. Wręcz sielanka. Idealnie. Wpadałem do nich (do niej i jej córki) na obiadki czy kolacje, gotowała idealnie, niczego nie oczekiwała w zamian, wiecie jak jest na początku. A do niej (gdy córka była na weekendy u ojca) wpadałem na wspaniały seks, najlepszy seks jaki w życiu miałem, wiecie o co chodzi. Pierwsze minusy naszego związku. Szybko się pojawiły. Jej kłótnie z byłym mężem właśnie o córkę, o to u kogo zostaje na weekend, o to gdzie i kiedy jedzie na wycieczkę, o to co jej kupić i jak się na to złożyć itd. Jej były nigdy nie wnikał w jej obecne życie (i w to kim ja jestem, więc nic do niego nie mam), ale... te ciągłe różne konflikty "o dziecko" z byłym powodowały u niej często brak nastroju, smutek, płacz itd - a potem ja musiałem to znosić. Ona się na niego wściekała, a na mnie wyżywała tzn choćby fochami albo wręcz agresją (krzykiem bez powodu). Kolejne minusy. Już poważniejsze. Nagle stopniowo rosły jej wymagania co do moich "obowiązków" wobec jej córki. Mam jej córkę zawieźć do szkoły tego dnia, innego przywieźć, jak jestem akurat w mieście to zawieźć ją na taniec, na angielski, ewentualnie przywieźć. Ewentualnie czegoś zapomniała do szkoły to jej zawieźć, ewentualnie jechać do sklepu późnym wieczorem bo zapomniała że na jutro do szkoły potrzebuje papier kolorowy itd to ja po ciężkim dniu mam jechać do sklepu. Jednocześnie jak mi przybywało obowiązków, to nie miałem żadnego prawa głosu w "wychowywaniu" jej córki - tzn absolutnie nie chciałem wcielać się w rolę ojca - ale czasami starałem się podpowiadać jak należy postąpić w trudnej sytuacji (bo córka sprawiała kłopoty, o tym zaraz napiszę) - niestety wszelkie moje dobre rady na temat wychowywania dziecka traktowała słowami "nie wypowiadaj się bo nie masz swojego dziecka" albo "to nie Twoje dziecko". A jednocześnie miałem być na każde zawołanie gdy jej dziecko potrzebowało kierowcy/opieki/pomocy... Następne minusy. Córka. Sprawiała problemy. Była wychowywana na zasadzie że jest księżniczką i wszystko jej się należy, że może wszystko, że nie ma żadnych obowiązków. 10-letnia dziewczynka nawet nie potrafiła po obiedzie odnieść talerza czy kubka do zlewu!!! Nie kazałbym jej zmywać, ale odnieść ze stołu do zlewu owszem. Niestety jej matka (moja partnerka) za nią wszystko robiła. Nawet pakowała ją do szkoły, odrabiała za nią wszystkie lekcje (nie pomagała, a wręcz odrabiała sama za nią!!!), wyciągała ubrania z szafy żeby się ubrała, odstawiała kubek po herbacie do zlewu czy talerz po kanapkach, żeby 10-letnia córeczka nie musiała sama iść do kuchni. Skutkowało to tym, że córeczka sama niczego nie potrafiła zrobić. Ja oczywiście wiele razy z moją partnerką o tym rozmawiałem, mówiłem jak należy postąpić, żeby dziecko się nauczyło samodzielności, m.in. o tym odrabianiu lekcji - że powinna sama odrabiać i nawet jak krzyczy że sama nie chce, bo każde odrabianie lekcji (codziennie) to był płacz i krzyk tego dziecka. Wszelkie spędzanie wolnego czasu było podporządkowane córce. Z czasem przestaliśmy mieć czas dla nas we dwoje, bo ona wolała żeby zawsze z nami była jej córka (na początku potrafiła ją zostawić na weekend u babci lub nawet my na weekend wyjeżdżaliśmy gdzieś w Polskę itd). Wszystko było uzależnione od jej córki. Jej córka chciała natychmiast coś zjeść czego nie ma w domu - ooo to ona dzwoniła do mnie czy akurat jestem na mieście to bym przywiózł ale natychmiast bo mała głodna. Taki przykład: ja oczywiście byłem w pracy ale mam pracę mobilną, ona do mnie dzwoni w środku dnia i pyta czy przejeżdżam koło mcdonalda to bym przywiózł coś dla jej córeczki, ja mówię jak to środek dnia a Wy jedzenia nie macie w domu? a ona mówi że mają jedzenie, ugotowała dobry obiad dla córki, ale córka powiedziała że natychmiast chce mcdonalda zamiast obiadu... i czy przywiozę? Brak słów, ale takie sytuacje zdarzały się często. Po pewnym czasie czułem się jak taki lokaj, przywieź, zawieź, odwieź. Na szczęście wszystko za jej kasę, bo oddawała mi kasę za wszystko, wiec tu złego słowa nie mogę powiedzieć. Ale byłem lokajem, a romantycznych chwil we dwoje coraz mniej. A jak były chwile we dwoje, to ona wiecznie była zmęczona po całym dniu w pracy lub z córką, albo była akurat wkurzona po kłótni z były mężem o córkę. Więc seksu z czasem było coraz mniej, tzn może inaczej powiem - był często, ale był bardzo nudny i przewidywalny, na zasadzie "odwal robotę i spać". Szczerze - odechciało mi się z nią seksu i szczerze to w wiele wieczorów wolałem ją przytulić i zasnąć niż seks. Mimo że poważnie ma niesamowicie idealne ciało i wiem że każdy facet by ją brał przez cała noc.. a ja... odechciało mi się!!! Kiedyś ubierała się seksownie do łóżka, do seksu, a teraz... piżama rozciągnięta i spać... Co zdecydowało że to koniec? Może moja dobroć - nigdy w życiu nie zrobiłem jej awantury, nigdy nie podniosłem głosu. Oczywiście wiele razy ją krytykowałem, co mi się nie podoba itd ale zawsze spokojnie- nie lubię kłótni. Od pewnego czasu zacząłem jej wiele rzeczy odmawiać, takich absurdalnych typu właśnie "natychmiast trzeba jechać po mcdonadla dla córki" - po prostu zacząłem odmawiać i przestałem jeździć. Zacząłem krytykować jej wychowanie, bo naprawdę to mnie wkurza, nigdy nie krzyczałem, ale zacząłem jej dawać rady spokojnie jak powinna postępować. A ona... o to wszystko zaczęła mi robić awantury. Krzyk, podniesiony głos, darcie się, a nawet.. wyzwiska! Że jak mogę się wtrącać w jej wychowanie dziecka, że jej nigdy nie pomagam jak trzeba gdzieś jechać (tak, PARĘ RAZY jej odmówiłem jak uważałem że bezsensownie chce wozić dziecko tylko dla zachcianek i uparłem się że nie zawiozę, ale zapomniała że PAREDZIESIĄT RAZY zawoziłem dziecko do szkoły, odbierałem, na angielski czy na taniec), awantury że nigdy mnie nie ma u niej w domu, że jestem tylko na weekendy, że obiecałem że z nimi zamieszkam na stałe. Tak, obiecałem, tak, chciałem z nimi zamieszkać na stałe, ale ja psychicznie przestałem to znosić i celowo przedłużałem moment wprowadzenia się na stałe, bo źle się czułem z tym wszystkim. I przedłużam nadal... Aktualnie jestem po awanturze. Parę minut temu się skończyła. Trwała 2 godziny. Przez telefon. Jest piątek, powinienem u nich być (u niej, bo córki nie ma, jest na weekend u ojca). Normalnie pewnie bym u niej teraz był i zaraz byłby seks. Ale... po co? Przed chwilą właśnie mi robiła awanturę przez telefon, o to, że odmówiłem natychmiastowego pojechania do sklepu dla jej córki bo coś tam potrzebowała do odrobienia lekcji. Owszem, mogłem jechać, ale celowo odmówiłem i powiedziałem żeby sama pojechała. Teraz o to jest awantura, a w tej awanturze wypomniała mi wszystkie moje błędy przez cały rok, wszystkie momenty gdy czegoś im odmawiałem, a zwłaszcza gdy chodziło o zachcianki jej córki, wykrzyczała że nienawidzę jej córki, że ona o tym wie i nie możemy być razem. No... nie wiem czy nawet chcę dalej być z nią.... Nie wiem co robić panowie... Uciekam chyba. Psychicznie jestem wykończony. Przez cały ten rok. To nie jedna taka sytuacja, a cały rok takich sytuacji. Jestem innym człowiekiem przez ten związek.
  14. Paweł86

    Witam!

    Witam, Z tej strony Paweł z Gdańska. Forum czytam od dawna, pewnie z 2 lata, ale dziś zdecydowałem się dołączyć i opisać moją historię. Pozdrawiam
×

Ważne informacje

Umieściliśmy pliki cookie na Twoim urządzeniu, aby pomóc Ci ulepszyć tę witrynę. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym razie zakładamy, że możesz kontynuować.