Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

wolnystrzelec

Użytkownik
  • Content Count

    62
  • Donations

    0.00 PLN 
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

46 Świetna

About wolnystrzelec

  • Rank
    Kot

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Miejscowość
    Łódź

Recent Profile Visitors

292 profile views
  1. Owszem, i udało się to w sferze relacji damsko-męskich. Nie stawiam związku na piedestale. Co innego jest z pracą. Mam robotę w wyuczonym zawodzie i na niej dużo bardziej mi zależy, bo to podstawa utrzymania. Mam swoje plany i dlatego staram się pracować na maksa swoich możliwości (choć wiem, że dałoby się jeszcze lepiej).
  2. Drodzy Bracia, nie chcę się żalić, a raczej poprosić o spojrzenie na tę historię z innej perspektywy, niż moja. Ewentualne porady miłe widziane. W pracy, poza głównym zajęciem, wykonuję też zlecenia koleżanki z innego działu. Klasyczne dorabianie do pensji. Opiera się to na tym, że dostaję zlecenia do ogarnięcia i mam jakiś czas na ich zrealizowanie. Powiedzmy, że zlecenie jest zgłaszane przez nią na początku tygodnia i mam czas do weekendu. Tak przynajmniej było na początku. Dogadaliśmy się później, że wolę dostać zlecenia z wyprzedzeniem, na cały kolejny miesiąc - wtedy łatwiej mi się pracuje, mogę to fajnie pogodzić z innymi zajęciami. Zlecenia były do mnie wysyłane mailem, a gdy następowała jakaś zmiana, koleżanka dzwoniła lub pisała z pytaniem, czy będę w stanie ogarnąć. Pewnego razu zleceń nie dostałem. Jako że traktuję swoją pracę odpowiedzialnie, postanowiłem poszukać ich na własną rękę, zaglądając do rozpiski internetowej. Okazało się, że kilka było wpisanych. Zrealizowałem to najbliższe. Tego samego dnia koleżanka dzwoni i przeprasza, że mi nie wysłała zlecenia. Pyta, czy jeszcze będę mógł zrobić. Ja dumnie oznajmiłem, że już sprawdziłem w rozpisce i temat jest praktycznie ogarnięty. I to był błąd. Rozmawiałem o tym z rodzicielką, zadowolony ze swojej odpowiedzialności, a ona sprowadziła mnie na ziemię mówiąc, że przez takie coś pozbawiam się szacunku wobec siebie. Jej zdaniem nie powinienem przyznawać się, że zlecenie ogarnąłem. Powinienem raczej powiedzieć „spróbuję, ale jest już późno i nie gwarantuję, że się uda”. Wtedy, gdybym dostarczył zlecenie, byłbym na całkiem innej pozycji. Widzę teraz, że mamuśka miała sporo racji. Dlaczego? Od tamtej pory pani z pracy uznała, że przecież sam mogę sobie te zlecenia sprawdzać i już nie wysyła. Poskutkowało to tym, że czasem zlecenia długo nie ma w rozpisce, pojawia się dopiero w środku tygodnia i do weekendu trzeba zrobić. Były też sytuacje, że następowała zmiana zlecenia w samej rozpisce, bez napisania czy zadzwonienia do mnie. Jakieś zlecenie było wcześniej wpisane, ja je już ogarnąłem, wchodzę potem w rozpiskę w środku tygodnia, a tu już co innego i np. tamto poprzednie zlecenie przeniesione jest na kolejny tydzień. I trzeba zrobić na szybko to nowe. Dałem niedawno ciała, nie poinformowałem o mojej niedostępności (wyjazd), zlecenie pojawiło się w środku tygodnia gdy byłem poza miastem, nie mogłem go zrobić i wyszła lekka drama. Mimo że była w tym też moja wina, zaznaczyłem, iż chciałbym, by zlecenia były wysyłane mailem jak dawniej, z większym wyprzedzeniem, i że oczekuję szacunku do mojej pracy. Zlecenia jednak wysyłane nie są. Jestem teraz bardziej pilnowany także przez inne osoby z działu tej pani - piszą i pytają, czy na pewno zrobię, jakby totalnie nie miały zaufania. A do tej pory uchodziłem za osobę dobrą w moim fachu i byłem chwalony. Czy tę sytuację mogę zmienić? Nie chcę wchodzić w kłótnie, bo nie mam na to siły.
  3. Nie no, panowie, please. Jakiś poziom zachowajmy. Nie widzi mi się to. Coś takiego nie rokuje na trwałą relację zbudowaną na partnerstwie, a raczej wymianę korzyści na zasadzie: młode dziewczątko/sugar daddy. Jak napisał jeden z Braci: Podpisuję się pod tym. A emotka na końcu to według mnie uśmiech zaciśniętych warg, taki z nutą goryczy i kiwnięciem doświadczonej głowy. Gdyby o mnie chodziło, nie wszedłbym w związek z taką osóbką, bo czułbym się, jak stary oblech. Zresztą chyba nie bardzo miałbym o czym z nią rozmawiać. Mogłaby to być co najwyżej relacja FWB, ale tylko w sytuacji, gdybym nie był z nikim związany. Życie na dwa fronty wykończyłoby mnie psychicznie. Wychodzę z założenia, iż te prawdziwie partnerskie relacje kobieta-mężczyzna (ewentualnie inne konfiguracje) dają człowiekowi pewną stabilizację i poczucie, że można na kogoś liczyć. W układzie żona+kochanka mój łeb ciągle pracowałby na wysokich obrotach, żeby to pogodzić i nie wpaść. Never, nie dla mnie to. Ja spokojny chłop jestem. Albo zabawa, albo stały związek - nigdy jednocześnie.
  4. Wiadomo, że to kwestia subiektywna. Może się przeceniam - jeśli tak jest, to wynika to z faktu, że widzę kolosalną różnicę między mną 09 a mną 19. Niedawno znajomemu pokazałem swoje zdjęcia z tamtych czasów, a on „co to za typ, przecież ty mi jakiegoś obcego gościa pokazujesz”.
  5. Na szczęście muszę Cię rozczarować. Przed kompem owszem, siedzę sam, ale wtedy, gdy mam na to ochotę. A zdarza się też niejednokrotnie, że siedzę z kimś albo z tym kimś wychodzę. Przede wszystkim dużo zmieniło nastawienie do samego siebie i związków. Zdjąłem związek z piedestału, zacząłem pracować nad wyglądem, postawiłem na pierwszym miejscu siebie i swój rozwój. Związki traktuję jako rozwinięcie przyjacielskiej relacji, ale zdecydowanie przeciwny jestem ślubom i dzieciom, nie lubię wielkich słów i deklaracji, zero narzucania. Sfera prywatna zaczyna układać się sama. I na zainteresowanie nie narzekam. W ostatnim czasie sam musiałem wybierać spośród trzech osób. I wybrałem. Chyba całkiem nieźle wybrałem.
  6. Szanowni Bracia, jeśli ktoś chciałby poczytać ku przestrodze, jak bardzo można białorycerzyć - zapraszam! Wszystko sprowadza się do prostej zasady: mężczyzno, miej do siebie szacunek. Moje doświadczenia z kobietami na poważnie zaczęły się w liceum. Wcześniej (w gimnazjum) co prawda zdarzyła mi się propozycja spotkania od koleżanki z klasy, ale odmówiłem. Obecnie trochę się z siebie śmieję, bo dziewczyna była mądra, ciekawa świata, wygadana i atrakcyjna. Typ ciekawskiej, niekoniecznie kujonki, acz zadającej pytania na lekcjach, wchodzącej w dyskusje, niezadowalającej się prostymi odpowiedziami. Aż mi żal, że wówczas nie skorzystałem. Kolega, z którym wtedy spędzałem najwięcej czasu, widząc całą sytuację powiedział "chyba głupi jesteś, taka laska". No, byłem. Opiszmy mnie. O ile w gimbazie wyglądałem w miarę (5/10), o tyle na początku liceum przytyłem i prezentowałem się okropnie. Nie dbałem też o fryzurę, nie ćwiczyłem. Nie miałem nadwagi, ale zdecydowanie nie należałem nawet do przeciętniaków. Dałbym sobie w porywach 3/10. W połowie liceum zabujałem się na amen w koleżance, z którą działaliśmy w jednej z organizacji uczniowskich. Lubiła motoryzację, znała się na sprzęcie nagłośnieniowym - to wystarczyło. Uznałem, że jest ideałem i "takiej już więcej nie poznam". No po prostu musi być ta i żadna inna. To były jeszcze czasy "naszej klasy", więc poleciało zaproszenie (oczywiście odrzucone), były liczne sms-y, propozycje spotkań, wyjść do miasta (choć nie bardzo było gdzie u nas wychodzić). Cały czas mnie zbywała, a ja ryczałem przed komputerem, przeglądając jej zdjęcia, a w tle słuchając zespołu, który lubiła. Za którymś razem napisała mi wprost, że nic nie wskóram tym narzucaniem się. Uznałem to za porażkę i poprzysiągłem sobie życie singla, bo oczywiście "każda kolejna będzie tylko kompromisem", bo "już takiej nie spotkam". Następna w kolejności była pani z mojego województwa, ale mieszkająca nieco dalej. W międzyczasie schudłem, więc mogłem się już jako tako podobać. Nie widzieliśmy się na żywo, ale pomagałem jej w lekcjach - m.in. pisałem wypracowania. Wymienialiśmy zdjęcia, pisaliśmy na gg i nk. Mieliśmy się kiedyś spotkać, planowałem wyjazd nad jezioro. Miałem już prawo jazdy. Nie mogłem się jednak zdecydować co do konkretnej daty, tylko ciągle pytałem, proponowałem, wychodziłem z pozycji petenta, a najbardziej komfortowo czułem się, gdy jedynie pisaliśmy. Nawet dzwonienie do niej było wówczas dla mnie takim przeżyciem, jakbym miał zadzwonić do Elona Muska i zaproponować mu biznes. Trwało to całkiem sporo czasu, w końcu poszedłem na studia do innego miasta. W międzyczasie na jej profilu zaczęły pojawiać się słodziaśne wpisy od jednego ze znajomych. Gdy zapytałem o nie (wcześniej 10 razy upewniwszy się, że tak napisałem wiadomość, by myszki nie urazić), ona twierdziła, że to kolega, że nic jej z nim nie łączy, że tylko on świruje. Wpisów jednak ciągle przybywało. Chłopak wyglądał na typowego dresika. Jakiś czas jeszcze żyłem sentymentem i płakuniałem, ale w końcu udało mi się zapomnieć. Moje białorycerstwo występowało także na studiach. Wtedy wyglądałem już znacznie lepiej - przede wszystkim ciągle poprawiała się moja figura. W niczym nie przypominałem już tamtego pulpeta, którym byłem na początku liceum. W ramach matriksowych czynów m.in. zbierałem dla pani karteczki z Muzeum Powstania Warszawskiego, gdy ta nie mogła się wybrać ze względu na złe samopoczucie, dla innej pani przywiozłem płytę z autografem artystki, kupowałem jakieś pamiątki z wycieczek, pisałem odręczne listy, zagadywałem na fb, dawałem czekoladki. W odpowiedzi, że oczywiście ona mnie bardzo lubi, jestem fajnym chłopakiem, ale teraz nie chce się wiązać. Klasyka tak mocna, że aż żółte tablice by podpasowały. Po skończeniu studiów zacząłem stawiać pierwsze "poważniejsze" kroki. Praca w wyuczonym zawodzie, jakaś tam niezależność finansowa, zamieszkanie poza akademikiem i jeszcze lepsza atrakcyjność fizyczna (oceniłbym się wówczas na 6-7/10) sprawiły, iż odważyłem się wychodzić z propozycjami randek (przede wszystkim nie bać się tego słowa), zostawać na wieczór, otwarcie flirtować z zamiarem kontynuacji w realu. Wcześniej co prawda zdarzał mi się już sexting, ale trudno mi było wyobrazić sobie, iż przeniosę to do świata rzeczywistego. Czy na tym etapie było białorycerstwo? Ależ owszem, jakże mogłoby go zabraknąć?! Gdy dostałem kosza ze względu na różnice w poglądach religijnych (wierząca/agnostyk), rozpłakałem się i mimo propozycji kontyunowania znajomości na stopie przyjacielskiej zerwałem kontakt, wybiegając ze łzami w oczach z jej domu w środku nocy. W kolejnej relacji wyszły na jaw moje problemy emocjonalne. Nie mam ojca - myślę, że to może mieć znaczenie. Nie miałem też wtedy zbytniego doświadczenia w związkach. Zdarzało mi się poniżać samego siebie, gdy partnerka krytykowała mnie za coś. Zamiast próbować nad sobą pracować, mieszałem się z błotem i sugerowałem, że ona robi błąd spotykając się ze mną, bo nic nie jestem wart. W końcu związek upadł z jej inicjatywy. Kolejny związek był najdłuższym w moim dotychczasowym życiu - trwał blisko pół roku. Pani o poglądach lewicowych (podobnie, jak poprzednia) - dzięki temu się sobie spodobaliśmy. Starsza o kilka lat. W związku również moje problemy z samooceną, wywalanie jej ze znajomych na fb, jeżdżenie po samym sobie, a przy tym jej zazdrość i zaborczość oraz wymaganie, bym to ja odzywał się do niej pierwszy (choć teoretycznie była za równością). Gdy nie odzywałem się sam kilka dni, uważała, że mi nie zależy. Gdy ona nie odzywała się, to miała nieopłacony telefon i "to tylko przejściowe, wiesz jaką mam sytuację". Powiedziałem kiedyś, że fajnie byłoby mieszkać w innym mieście (jest w nim firma, w której chciałbym pracować, ale bardziej to sfera marzeń, niż coś realnego). Partnerka uznała, że nie zależy mi na niej, bo gdybym się przeprowadził, nie spotykałbym się z nią już prawie wcale (i tak widywaliśmy się maksymalnie raz w tygodniu) i ona związku na odległość nie uznaje, więc lepiej już całkiem się rozstać. Uznałem, że to irracjonalne, bo nawet nie było na horyzoncie takiej opcji, abym we wspomnianej firmie pracował. To było coś na zasadzie "ech, fajnie byłoby mieszkać w Australii" - podobny poziom abstrakcji. Tak czy owak związek się rozpadł - tym razem ja podjąłem decyzję o odejściu. Mnóstwo razy byłem też chłopczykiem, który skakał, jak mu pani zagrała. Jedna z poznanych przez internet dam zażyczyła sobie, bym wysłał ubranie, w którym przyjdę na spotkanie. Jak się potem okazało, była panią z wyższych sfer, dość dobrze zarabiającą i podróżującą po świecie. Zdjęcie dostała, choć nie bez marudzenia. Swoje również przysłała. Związku ani ONS tutaj nie było, zresztą i tak bym nie chciał, bo w końcu hipergamia dałaby o sobie znać. Nie byłbym dla niej równorzędnym partnerem, a jedynie kimś do zapewnienia atencji. Dałem się również złapać na orbitę. Pani z korpo, ambitna, studia III stopnia, mój rocznik, inne, najbliższe miasto wojewódzkie. Wielokrotnie teksty o niskiej samoocenie, o tym, że czuje się jak [panna lekkich obyczajów], odzywanie się w kratkę. Na moje oko także problemy psychiczne. Spotkaliśmy się raz w jej mieście, potem planowała przyjechać do mojego. Nie przyjechała. Raz się odzywała, raz nie. Po dłuższym okresie nieodzywania się zdarzało się jej przepraszać mnie, pisać o trudnym czasie, opisywać co u niej i proponować coś dotyczącego naszej znajomości, np. spotkanie. Ostatnio znów się to zdarzyło. Napisałem szczerze, że dla mnie ta znajomość praktycznie nie istnieje, ale niestety zabrakło mi odwagi, żeby damę całkowicie spławić. Dostałem jeszcze od niej opisy aktualnych problemów. Nie odpisałem już. Jeszcze inna pani z korpo, na miejscu. Były może 3 spotkania w różnych kawiarniach, spacery itp. Proponowałem inne wyjścia, np. na film - kręcenie nosem, niekoniecznie może, nauka, praca, delegacje. A jeśli może, to żebym się jeszcze odezwał, żebym coś wybrał itd. Żadnej decyzyjności, totalna bierność. Zdarzało się wcześniej tak, że po zaproponowaniu czegoś i dłuższym moim niepisaniu odzywała się i pytała, co z tym spotkaniem, wychodziła z jakąś tam inicjatywą. Ostatnio tego brak, więc odpuszczam. Powoli urywam takie kontakty, choć chyba jeszcze brak mi odwagi. Piszę to po to, abyście mogli zobaczyć, jak wyglądają matriksowe znajomości i przy okazji - abyście uniknęli rozczarowań. Kobieta musi dawać z siebie tyle samo, co mężczyzna albo przynajmniej na zbliżonym poziomie - inaczej macie wyraźny sygnał, że nie jest wami zainteresowana. Na koniec coś lekko optymistycznego. Niedawo pani poznana w internecie wyznała mi, że chciałaby ze mną [zrobić coś więcej - nie chcę być wulgarny]. Zamurowało mnie i uznałem, że jest pod wpływem. Kulturalnie i bez podtekstów (to nie w moim stylu) poprosiłem, by odezwała się rano, a teraz odpoczęła, wyspała się itd. Rano napisała znów i potwierdziła słowa z wieczora. Pomyślałem, że chyba nie jest ze mną aż tak źle, choć często czuję się bardziej "przegrywem", niż "chadem". Niepokoją mnie jednak tego typu wyznania. Uważam, że jeśli coś się klei, to idzie naturalnie i nie trzeba tego nazywać w sposób dosłowny. Gdybym faktycznie umówił się na to [zrobienie czegoś więcej], to od początku wiedziałbym, jaki ma być finał i nie byłoby żadnej nutki tajemniczości, ekscytacji itp. Owszem, czasem czuje się pismo nosem i wiadomo, że wieczór może się tak skończyć, ale nazywanie tego po imieniu i w wulgarny sposób odbiera całą atmosferę. I coś, co pewnie Was nie zdziwi - wyznanie dostałem od osoby, którą sam traktuję na maksa po kumpelsku. Owszem, bardzo spoko znajoma, ale nie widzę tam opcji na nic więcej. Nie piszę za często, ale jeśli już, to miło się gada, bez białorycerzenia, na równi. Czemu nie chcę nic więcej? Nie podoba mi się ta osoba, poza tym przejawia pewne cechy kobiecości, które mnie odrzucają - np. lubi planować i mnie z automatu umieszczać w tych planach: pojedźmy gdzieś, zróbmy to i tamto itd. Chyba jestem na to za stary i za długo czułem wolność, by dać się tak usidlić.
  7. I tu błąd myślenia, drogi Bracie! Obecnie rynek matrymonialny wygląda tak, że nawet kobiety o średniej i niskiej atrakcyjności uważają, iż zasługują na ekstra "chadów". Oczywiście nie wszystkie, ale na tinderze najszybciej się z tym trendem spotkasz. Przeciętniak nie ma tam czego szukać. Owszem, znam pary, w których urodą dominuje kobieta, ale nie poznały się na takich apkach. Apki randkowe umożliwiają ostrą selekcję, a atencja dla kobiet ze strony mężczyzn jest ogromna, więc czemu panie nie miałyby korzystać? Gdyby do Ciebie pisało kilka lasek na raz, nie zastanawiałbyś się, z którą się umówisz? U tej nie pasowałyby Ci nogi, u tamtej włosy, a u jeszcze innej wykształcenie. Tak samo robią kobiety - BO MOGĄ. Mają z czego wybierać.
  8. Była też taka sytuacja u mnie: kilka lat młodsza internetowa kumpela wpadła w odwiedziny na weekend. Planowaliśmy to od jakiegoś czasu. Z mojej strony żadnych planów seksualno-matrymonialnych, stricte koleżanka, czuję do niej zwyczajną sympatię. Ona do mnie też bez jakichś podtekstów raczej. Pracuję w dość prestiżowym zawodzie, ale kasa z tego jest przeciętna. Mieszkałem wtedy z koleżankami w dwupokojowym mieszkaniu w bloku. Moja kumpela nie była niczym zainteresowana. Proponowałem różne wyjścia, ale kręciła nosem. Musiałem ją nawet namawiać, żebyśmy poszli razem na imprezę z muzyką, którą lubi. Spędziliśmy dość nudno prawie 3 dni, bo jeszcze byłem białym rycerzem i pytałem, czy w dane miejsce chce iść, zamiast po prostu postanowić. O ile przed tym weekendem sporo pisaliśmy, gadaliśmy, byliśmy bardzo ok kumplami, o tyle później kontakt wyraźnie się osłabił, ale żadnych uwag wprost. Jak to odczytać?
  9. Ja się w to nie "bawię". To teksty trzech różnych znanych mi kobiet, z żadną z nich nie byłem w związku i być nie zamierzam. O zgrozo! Byłem ciekawy, co można z tego wyczytać. Dzięki, chłopaki.
  10. Witamy na pokładzie.
  11. Moje spostrzeżenia: - lubię netflixa i podróże - "nie mam zainteresowań i szukam kogoś, kto zapewni mi rozrywkę" - cenię ludzi z pasją - "miej hobby, ale nie krótkofalarstwo czy zbieranie znaczków, tylko najlepiej dobre samochody, sporty ekstremalne, wspinaczka górska, żebym mogła się pochwalić na Instagramie" - pisz pierwszy i coś więcej, niż "hej" - "dobra, rycerzyki! pokażcie, co potraficie, a ja się z was pośmieję, może nawet koleżankom pokażę wasze wypociny" - nie jestem zboczona - "pisze do mnie wielu z was, większość to brzydcy incele, nie liczcie na cokolwiek z mojej strony" - jestem zołzą - "daję sobie furtkę, żeby móc księżniczkować" - ładny chłopak z ciebie - "wyglądasz, jak dziecko/niedojrzale" - te twoje zabaweczki (o rzeczach, które służą do realizacji mojej pasji) - "nie traktuję twojego hobby poważnie/nie będzie można na tym zarobić/nie będzie można się pochwalić" - ale mi zimnooo - "podobasz mi się i chciałabym, żebyś mnie przytulił" - przytulnie tu u ciebie - "masz strasznie mały pokój, nie stać cię na więcej?" A teraz sam poproszę o tłumaczenie: - nie chcę mieć dzieci, wkurzają mnie, nie nadaję się na matkę - no idź teraz, zadzwoń do mamusi, poskarż się, jak ci źle - czuję się, jak dziwka (w rozmowach o życiu, nie w łóżku; dziewczyna na poziomie, studia III stopnia)
  12. Nie ma tu nad czym się rozwodzić: dobry samochód = (pośrednio) dobry status majątkowy = dobry kandydat na partnera i ojca dla przyszłych dzieci. Czysty mechanizm ewolucyjny. Kiedyś liczył się samiec, który był silny i umiał dużo upolować, a teraz taki, który w obecnym społeczeństwie umie osiągnąć wysoką pozycję, zapewniając ją również rodzinie. Samochód trochę o niej świadczy. Kurczę, niby stereotypowo kobiety nie znają się na motoryzacji, a jednak dobre modele potrafią odróżnić od tych gorszych.
  13. Myślę, że to kwestia temperamentu OBU osób w związku. Są pary, które traktują się po kumpelsku i wtedy można (w granicach rozsądku, półżartem) skomentować wygląd czy to obcej kobiety, czy obcego mężczyzny. Istnieją też pary podchodzące do wszystkiego bardzo na serio i tam nie do pomyślenia jest jakiekolwiek wykazanie zainteresowania inną osobą. Grunt, żeby odpowiednio się dobrać. Ja osobiście aż tak serio do tego nie podchodzę, natomiast moja dawna partnerka - owszem. Z tego wynikła pewna niefajna sytuacja. Podczas jednej rozmowy z ówczesną partnerką zdarzyło mi się bardzo pochlebnie wypowiedzieć się na temat jej przyjaciółki. Nie miałem na myśli samej atrakcyjności fizycznej, raczej ogólny styl i osobowość. Obie dziewczyny miały zbliżone poglądy. Sądziłem, że wyrażając aprobatę dla przyjaciółki, w pewnym sensie zostanę lepiej odebrany przez dziewczynę, z którą się spotykałem. Nic bardziej mylnego. Sytuacja ta była później wypominana przy każdej możliwej okazji, stała się też pretekstem do zazdrości, momentami wręcz chorobliwej - np. o koleżankę, z którą nie widziałem się od lat, a napisała do mnie na facebooku. Jedyne, co łączyło koleżankę z fb z przyjaciółką ex, to... kolor włosów. Pojawiały się nawet słowa typu "jeśli wolisz moją przyjaciółkę, to żaden problem, chętnie was umówię". Czułem się cholernie przykro i miałem ogromne wyrzuty sumienia, bo moja ówczesna partnerka należała do wyjątkowo wrażliwych osób. Podsumowując: nie polecam. Wieloktornie krytykujecie kobiety, które ciągle szukają "lepszej gałęzi". Nie róbcie podobnych akcji. Powiecie, że przesadzam, że chodzi tylko o spojrzenie, ale nasze reakcje na urodę płci przeciwnej nie są obojętne dla natury - to ciągle działający, podświadomy program, który ma nas skłonić do znalezienia jak najlepszych genów. Skoro patrzymy gdzieś indziej, to zastanowiłbym się, co z naszym obecnym związkiem. Jeżeli wybrana osoba nie pociąga, po co się z nią męczyć i marzyć o innych? Najlepiej dać sobie spokój. Później są z tego te wszystkie nieszczęśliwe małżeństwa, o których powstają nieśmieszne kawały. Wiecie, co mi to przypomina? Mechanizm działania radia samochodowego. Jest coś takiego, jak funkcja AF - jeśli ją włączysz, pozornie nic się nie zmieni, ale w radiu aktywuje się drugi wbudowany odbiornik, który cały czas w tle będzie przeszukiwał pasmo pod kątem silniejszego sygnału wybranej stacji. Jeśli go znajdzie, momentalnie się przełączy. U nas dotyczy to nie stacji, a "lepszej gałęzi". Come on!
  14. No i upadłem, drodzy Bracia. Nie będę się biczował, bo nie tędy droga, ale przyznaję przed sobą i Wami, że wpierniczyłem sobie całą czekoladę i kawałek tortu. Podsumowując - w wyzwaniu wytrwałem 3 tygodnie, a nie - jak pierwotnie zakładałem - tydzień. Tak czy siak czuję, że potrafię. No i oczywiście do wyzwania wracam - licząc od wczoraj wchodzę w kolejne wyzwanie na tydzień. Trzymajcie kciuki, wygram ze słodkościami. Ćwiczenia wciąż mi towarzyszą. Widzę, że w fajnym kierunku to zmierza. Dobrego dnia!
  15. Nie traktowałbym tego w kategorii żartu. Pomyślcie, jak czulibyście się, gdyby typek zażartował tak z waszej córki, siostry, dziewczyny itd. Gdyby takie słowa wypowiedział żul spod sklepu, nikt by się tym zapewne nie przejął. Dziennikarz to zawód zaufania publicznego, więc lincz jest adekwatny. Pewne wypowiedzi po prostu nie powinny trafiać do publikacji, a tym bardziej na miniaturkę promującą film. Utrwala to ohydne stereotypy o mężczyznach (mm mm cycunie itp.) i uprzedmiotawia kobietę. Cosplay to rodzaj sztuki i wymaga ogromnego zaangażowania. Wiem, bo znam pasjonatów w tej dziedzinie. To jest cholernie przykre, że ktoś widzi tylko (za przeproszeniem) fajną dupę. Dla mnie żenada.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.