Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

PanG

Użytkownik
  • Content Count

    52
  • Donations

    0.00 PLN 
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

42 Świetna

About PanG

  • Rank
    Kot

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Antyoksydanty, czy odtruwanie? Jeśli chcesz zmniejszyć stres oksydacyjny w organizmie, stosuj antyoksydanty. Najsilniejszym jest zdaje się likopen. Co do odtruwania, to nie używaj trucizn, a będzie spoko, organizm sam się wyreguluje :-) Ktoś tu polecał jedzenie owoców. W małej ilości spoko. Pamiętaj, że cukier też jest trucizną! Głodówki? Jestem totalnym zwolennikiem. Moja pierwsza głodówka trwała 10 dni, ale co po niej zrozumiałem i osiągnąłem to moje. Żadne cudowne wyciągi z kutasa nie zrobią tego, co potrafi głodówkowa endogeneza. A jeśli temat Cię zainteresuje, sięgnij po publikacje Małachowa o głodówkach :-)
  2. Przepracowałem prawie 400h na terapii grupowej i kilkadziesiąt na indywidualnej. To dość złożony temat, na który nie wystarczy poświęcić 10, czy 20h, żeby sobie pomóc, czy znaleźć szkic drogi ku zdrowieniu. Teraz jest dobrze, ale wtedy... Przed terapią na klatę cisnąłem stówkę. W trakcie - 70 sprawiało nie lada wysiłek. Doszły bóle kręgosłupa i jakieś pierdoły, które sprawiały, że czułem się jak 75 letni dziad. Że tak to ujmę - łeb dostał po dupie. Uważam, że warto, jeśli ma się w sobie wolę walki i umiejętność (to b.trudne) oddania kontroli.
  3. Proponuję zrobić listę obecności. Zacznę. 1. PanG 2...
  4. U, fajny temat Ja bym robił tak: 1 dzień: jajka. 10 szt na surowo. Do japy lub po zblendowaniu 2 dzień: głodówka na wodzie, czyli 4,50 w kieszeni. 3 dzień: Szaleństwo za 9,50+WITAMINKI, czyli: Blender + 10 jajek + garść orzeszków ziemnych + pól kostki smalcu + kilka pomidorów w oleju. Do tegoż wykwintnego smothie schrupać 1/3 surowego brokuła. 4 dzień: Głodóweczka na wodzie (+4,50 zaoszczędzone) 5 dzień: 300g podrobów typu wątróbka (+pieczarki, cebula) na około 100g smalcu (dalej z 5 zeta do przodu) 6 dzień: ser, masło, koncentrat pomidorowy (dobry antyoksydant), rukola. Na deser - 10szt orzechów brazyliskich lub pekan (około 50zł/kg, więc bierem z 200g) 7 dzień: Podkurwiamy tarczcę i żremy zakupione wczoraj orzechy, popijając wodą.
  5. Traska motocyklem. Niewiele, bo ponad 100km, ale podlaskie drogi, zapach łąk, krajobrazy, dudnienie z wydechów i zostawiany za sobą ciężar ludzkiej ułomności sprawiają, że...tak jakby lżej na serduchu :-)
  6. Cóż, stało się. Dziś spotkaliśmy się na "poważnej" rozmowie, na której to mój ex-wspólnik oznajmił mi, że pozbywa się mnie, czyli - cytuję - "głazu, który go do dołu ciągnął". Najbardziej w uszy rzuciła mi się manipulacja wydarzeniami, mająca na celu zrobienie z siebie ofiary moich zaniedbań. Nie chciało mi się słuchać tego pierd#lenia, racjonalizowania i ubierania świństwa we wzniosłe słowa. Usłyszał ode mnie dość szybko, czym dla mnie jest jego postawa. Bez emocji. Na zimno. Był przygotowany na tę dyskusję. Wprost sugerował mi to, że kwestie podatkowe były moimi pomysłami. Myślę, że rozmowa była nagrywana. Co mnie totalnie zgięło - facet postawił się w roli dobrego rycerza i spowiednika "kobiet, które przeze mnie cierpiały". WTF??! Mam nadzieję, że nie ukrywa się tu na forumie pod nickiem dempsey, starając się, po przeczytaniu mojego pierwszego posta w tym temacie, wmówić światu, że zdradziłem swoją kobietę z tą małolatą. Ja w kwestii powyższej jestem w 100% czysty. Nie zdradziłem. Dużo mi tłumaczył o tym, że ten mój wyskok z 8nastką sprzed 4 lat powinien już wtedy zakończyć wspólną współpracę, Patrząc mi w oczy, koleś zaczął mnie UMORALNIAĆ. Zaczął mnie umoralniać koleś, który ruchał koleżankę swojej, wtedy, narzeczonej ("dobrze zakonserwowaną czterdziechę") na parę miechów przed swoim ślubem. Kurwa! Skomentowałem jedynie prosty fakt dotyczący mojego ówczesnego opuszczenia tej nieformalnej spółki. "Jakbym wtedy odszedł, splajtowałbyś". Przyznał mi rację. Zdziwko. Pousuwał mnie z firmowych kont na gmailu, fejsie (strona firmy, fanpage). Sms od googla z informacją, że zostałem "usunięty", zabolał. Zabolałby mniej, jakbym nie ja był wymienionych twórcą. W najbliższą środę mam się spotkać, by zabrać swój sprzęt i rozliczyć się z kasy. Ostatnia wypłata, kurrr mać... Zastanawia mnie jedno. Otóż w 2015 remont pomieszczeń w nowym lokalu pochłonął mnóstwo gotówki. Z własnego portfela wyłożyłem tyle, ile było trzeba. Jak rozumiem, stracone? Nie mam w zwyczaju tak na gorąco, wybaczcie. Dziś mi się znowu troszkę "ulało". Idę spać, bo się przez te jebane biznesy znowu godzinowo porozregulowywalem. Kolorowych
  7. @dempsey Nie chce mi się z tobą gadać!
  8. Nie, misiu kolorowy. W stały związek wszedłem jakiś czas po wydarzeniach z 8nastką. Nie atakuj mnie, nie walcz. Nie masz po co i o co kopii kruszyć.
  9. Żona… To ona, jako pierwsza rzuciła pomysłem na stworzenie firmy. Jej głos był impulsem, z którym wspólnik przyszedł do mnie. Kręciła jego głową cały czas, choć od samego początku zaznaczałem, że to nasz biznes, nie naszych kobiet. Pracowałem na czarno ze względów podatkowych. Wolałem zarabiać więcej (mimo, że moje nieoskładkowanie siłą rzeczy generowało większy przychód dla nas obu) i odkładać na czarną godzinę. Z perspektywy wiem, że popisałem się brakiem rozsądku… …tak, jak bzykając nastolatkę. Przedziwna historia, bowiem chwilę później wyszła na jaw identyczna akcja, którą zainicjował nasz pracownik. Moją wyciszyliśmy, bowiem jeśli w tamtym momencie bym odszedł, wspólnik sam by splajtował. Mój target klientów generowal wtedy niemal 1/3 przychodu firmy. Na tamten czas - najwięcej. Ja byłem gotowy ponieść konsekwencje, jednak widocznie się nie kalkulowało 😉 Warto dodać, że z ową nastolatką, która dziś ma już 22lata, żyjemy w bardzo dobrych, kumpelskich relacjach. Bez seksu, 1500km od siebie. Wszystko wyszło na prostą. Co do zemsty i wykorzystywania faktów jego bujnej przeszłości. Generalnie zemsta jest chujowym narzędziem naprawiania czegokolwiek i w relacji i w samym sobie. Tak będzie. Gość tkwi na maksa w białorycerskiej ideologii. Widywałem go pokłóconego, z nią, kipiącego wkurwem. Ale za moment się godzili. Znają się 20 lat i razem się zestarzeją, choćby tonęli w morzu zdrad, nielojalności i innego gówna. Także, jak ktoś z Was pisał o zemstach i sprzedawczykowaniu. Marna opcja, serio 😉 Przeczuwam, że zapamiętam to do końca życia. Cóż, okręt mój płynie dalej...
  10. Dziękuję za tak liczny odzew! Postaram się odnieść do Waszych wypowiedzi wieczorem.
  11. W 2013 założyliśmy firmę. Z pasji, która towarzyszy nam od gówniaka. My wtedy - kumple, bardzo dobrzy kumple! Dotacja z UP. Najpierw jedna, potem druga, trochę wkładu własnego, dużo zaangażowania w remonty, sprzęt itp., po dwóch latach – kosztowna przeprowadzka do większego lokum (finansowana głównie z własnych portfeli). Firma oficjalnie jest na niego, a dziedziczy po nim jego żona. Od początku układ między nami miał być 50/50, mimo że ja nie figurowałem nigdy oficjalnie jako wspólnik, współwłaściciel itp. Klienci i pracownicy, rzecz jasna, wiedzieli o tym, lecz w papierach bytowało tylko jego nazwisko. Po jakimś czasie zacząłem figurować, jako pracownik zatrudniony na zlecenie. Co miesiąc rachunek – wiadomo. Tak, żeby w papierach było czysto. Od 2015 roku zaczęły się psuć relacje. W zasadzie od momentu, gdy na jaw wyszło, że sypiałem córką (18lat) jednej z klientek. Groźba podkopania reputacji firmy wisiała na włosku, bowiem wspólnik – już wtedy mąż i ojciec – „stracił do mnie zaufanie”. Dodać chcę, że jego moralność i wierność żonie nigdy nie były wzorcami do naśladowania, toteż myślałem, że sytuacja będzie nieco prostsza. Nie była. Od kiedy założył rodzinę (żona, dwójka dzieci) większość spotkań kadry pracowniczej, integracji i wszelkich inicjowanych przeze mnie sposobów na utrzymywanie dobrych relacji paliła na panewce. Koleś notorycznie punkt 20:00 (zakończenie pracy) uciekał do domu, na „kąpiele”, do rodziny. Wielokrotnie próbowałem tłumaczyć, prosić o zaangażowanie w sprawy firmy, relacji między pracownikami itp. Jednoznaczne motto – rodzina najważniejsza. I luz – każdy ma swój prywatny świat. Mi z jego rodzinnością nie po drodze, ale też nie toczyłem batalii o jakieś hierarchie. Wymagałem jedynie uważności na sprawy bieżące, zaangażowania w nie. Odpowiedzialności wobec mnie - wspólnika. Warto dodać, że bardzo go wspierałem, gdy się hajtał, rodziło mu się pierwsze dziecko. Wtedy ja wyrabiałem te „większe” 50% normy nie oczekując niczego w zamian, nie zmieniając zasad. Słowo dane na początku wrysowało się w mój bios, stając się przy okazji swego rodzaju, hmm – ideałem? Zaczęło się psuć, gdy dostrzegłem totalny brak zaangażowania z jego strony i przez bardzo długi czas tego zaangażowania nie było. Zacząlem powoli przejmować jego retorykę, mój zapał wraz z motywacją spadały. W gniewie, po kolejnej olewce jakiejś mojej, czy pracownika prośby, wygarnąłem wspólnikowi, że jego rodzina i sprawy osobiste mnie nie interesują, że łączy nas wspólny biznes i że mam „wywalone” (użyłem bardziej wulgarnej wersji) na jego prywatę. Bardzo go to zabolało. Zadrę nosi do dziś, nie mając chęci na wyleczenie się z niej. W międzyczasie posypało mi się życie prywatne. Przeżyłem zdradę na miesiąc przed własnym weselem. Długo się zbierałem do kupy. Wylądowałem na 12 tygodni na terapii (po 5h, codziennie). Potem samobójstwo bliskiej mi osoby, które również dotkliwie mnie „wyłączyło”. Miało to wpływ na moją absencję i brak zaangażowania w sprawy bieżące firmy. Niestety, teraz on przejął pałeczkę, izolując mnie po cichu od wszelkich decyzji, które po trochu zaczęły od niego wychodzić lub podejmując je bez mojej jurysdykcji. Suma summarum, mimo tego wszystkiego i moich najszczerszych chęci; kilkukrotnych przeprosin skierowanych do wspólnika i autentycznie – zupełnego odcięcia emocji od jakichś tematów niefirmowych, wspólnik chce mnie wyjebać. Skąd wiem? Zapytałem wprost. Był zaskoczony, wybielał obraz sytuacji ale, jak sam później rzucił: „tak, chodziło mi to po głowie, bo nie lubię z tobą pracować”. Jesteśmy przed zakończeniem sezonu, przed nami najważniejszy projekt w roku. Wychodzi na to, że po wykorzystaniu moich zasobów, chciał postawić mnie przed faktem dokonanym. Emocje, których nie mogę ostudzić. Stąd też, być może, chaos w składni, za który przepraszam czytających ten długawy wywód. Za niebawem mogę być pozbawiony swojego dziecka, pasji i sposobu na życie. Bracia, macie jakieś sugestie, by z sytuacji wyjść obronną ręką? Nie chodzi mi jakieś zemsty, tylko o rozejmowe klimaty, o naprawianie a nie palenie mostów. Z góry dziękuję.
  12. @ZamaskowanyKarmazyn Panie kochany, ja to w szoku. Piszą tu, że d. ketogeniczna zakłada podaż 86% T, 2-4%W i 10-12%B.... Przecie to są proporcje ostrej adaptacji. Jeśli ktoś oparł podsumowanie wad diety keto na proporcjach adaptacyjnych, to nie dziwota. Po okresie adaptacji, kiedy organizm z glikolizy przelącza się chętniej w beta-oksydację, proporcje makro ulegają zmianie. Tłuszcz jako paliwo stanowi już od 50% wzwyż, w zależności od podaży pozostałych makroskładników. A czy na keto i przy niskim glikogenie da się zbudowac masę? Może by tak Roberta Piotrkowicza, czy ta jakiegoś Rafała Kocura podpytać? Tak tak, insulina, tak tak, kinaza mTOR... Ehe, ehe "Szybkie odczuwanie zmęczenia, trudności w pokryciu zapotrzebowania na wit i minerały, pogorszenie jakości snu". Ło ludzie... Autor chyba ketoze pomylił z dietą Dukana Ja tam nie bronię uparcie ketozy, ale prawidłowo prowadzone keto jest po prostu trudne dla kogoś, kto przez dziesiąt lat walił tzw. zbilansowaną. Nie dziwi mnie więc fakt, że ci, ktorzy to hejtują nie wytrzymali w restrykcjach adaptacyjnych więcej niż kilka miesięcy.
  13. Powodzenia panowie. Po ponad dwóch latach w keto śmiało mogę stwierdzić, że to bardzo dobra droga pod warunkiem zrozumienia pewnych mechanizmów i konsekwencji w działaniu. Widzisz ziomuś, tzw zbilansowana dieta nie uruchamia w tak powaznym stopniu pewnych neuroprzekaźników (np. leptyna, grelina), które warunkują utrzymywanie ujemnego bilansu na tak zajebistym i komfortowym poziomie, jak w stanie ketozy. I powtórzę się po raz n-ty. Ketoza to nie dieta. Ketoza to stan organizmu. Oczywiście omawiamy tu założenia diety opartej na ketozie, ale warto znać podstawy 😉 Związek przyczynowo-skutkowy dałby Ci do myślenia. Nie będę ułatwiał
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.