Jump to content

Maciejos

Starszy Użytkownik
  • Posts

    628
  • Joined

  • Last visited

  • Donations

    0.00 PLN 

1 Follower

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Interests
    Fotografia, gry komputerowe, muzyka

Recent Profile Visitors

10,845 profile views

Maciejos's Achievements

Młodszy chorąży

Młodszy chorąży (9/23)

922

Reputation

  1. Grzesiek?! To Ty?! Ciekawa sprawa jak na "jukej". Obstawiam, że laska była niemile widziana w tejże ekipie. Gdyby było inaczej, to ten przełożony najpewniej miałby nasrane w papierach. Chcesz czy nie, tak to działa. Skąd wiem? Sam miałem nieciekawą sytuację, w której to zostałem oczerniony, bo pijana koleżanka z pracy się do mnie zalecała. Pierwsza impreza firmowa i najebana hiszpanka (zajęta, w dodatku), która mi gadała jak bardzo mnie lubi od pierwszego dnia jej pracy. Potraktowałem to jako komplement i od tamtej pory po prostu byliśmy dla siebie milsi, nawet się nieco zakolegowaliśmy z nią i jeszcze inną współpracownicą. W pewnym momencie zdecydowałem się odejść, bo czułem, że to miejsce powoli się nudzi i kończy - jakość pracowników, natłok pracy, etc. Podczas "pożegnalnej" imprezy, również się zalecała. Powiedziałem jej, że może gdyby była singielką to byśmy coś zdziałali, ale nic poza tym. Ponadto, pomimo mojego odejścia miałem otwartą furtkę na dorywczą pracę w tamtym miejscu, co nawet rozważałem. 2 tygodnie po moim odejściu dostaje długi list z HR, że "doszły ich słuchy" jaki to ja byłem niemoralny, bo robiłem złe rzeczy i wynosiłem wrażliwe informacje poza miejsce pracy. Historyjki wyssane z palca, przekabacona główna menadżerka, która do tamtej pory mnie bardzo lubiła, bo robiłem dobrą robotę. Koledzy i koleżanki z pracy poblokowali mnie na socialach/whatsappie, a wszystko to bo jakaś hiszpańska pizda nasrała na moją reputację, a inni w to uwierzyli.
  2. Wracam wtedy do filmu "Tato" M. Ślesickiego. Przemoc wobec kobiet zawsze lepiej się sprzedaje, o ironio - lepiej się prezentuje. Znajoma, która miała "dom dobry" z oliwkowym panem od dywanów i braku wieprzowiny, wysłała mi zwiastun. Oczywiście podjarana tym filmem, bo jak to napisała - "historia jak moja". Też idealna miłość, a potem jeb z otwartej w imię Allaha.
  3. Oj tak szczególnie wracałem myślami do tej ostatniej, która przywróciła mi wiarę w udany seks
  4. Lol, fakt, wyszły negatywnie, czyli pozytywnie dla mnie ale się zakręciłem pisząc to xD Finał w środku, ale ust 😛
  5. Dzięki za taki feedback. O YT myślałem tylko raz i to z 5-6 lat temu podczas pobytu w Japonii. Wtedy to też zakochałem się w tym jak w JP popularne filmy na YT potrafią nie mieć ani prezentera, ani montażu. Ot granie na automatach, które się jakoś klika, pomimo, że nawet nie wiadomo kto to nagrywa. Może kiedyś nad tym pomyślę, chociaż po powrocie z Indo widziałem wysyp amatorskich kanałów, niektóre nawet z ciekawym warsztatem, które były takim typowym "jedziemy na urlopik, jestę podróżnikę". Laski w pstrokatych piżamowych spodniach, korale, brudne włosy i te sprawy. Jeśli chodzi o Pańcię, to motyw był taki: przez ponad rok byłem dosyć aktywny na portalu do szukania znajomych online, który stał się jakąś krypto-dating apką. W wielkim skrócie - spam Indonezyjek różnego kalibru, Filipinek, czasami Tajek, Algierek, Marokanek itd. Wiadomo w jakim tam są celu, niby wielka miłość i mąż, ale bardziej chodzi o bilet do europy. Musiałbym napisać o tym cały wpis, bo przez rok przerobiłem tych lasek dziesiątki, z czego znaczna większość to Indonezyjki. Tak wyszło, że poznałem Pańcię, z którą jestem w pewnym LDR do teraz. Tak się złożyło, że miałem ogromną potrzebę gdzieś pojechać i odpocząć, przy okazji gadało się z nią jakoś fajnie. Albo dobrze udawała, albo faktycznie nie miała ciśnienia na pierdolety typu ślub, dzieci (mówiła, że nie chce, ale wiadomo jak to jest z laskami - nie chce...ale teraz, a potem to pewnie chętnie xD) czy inne wizy. Spotkaliśmy się i przez te 2 tygodnie bujaliśmy się razem. Woziła mi dupę po mieście gdzie chciałem, ani razu nie dałem jej siana na wachę. Raz chciałem zalać jej furę do pełna to odmówiła. Wiadomo, że jakieś żarcie brałem na 2 osoby, ale to i tak były dosyć śmieszne kwoty. Ruchała się jak poparzona. Pasji jej nie mogę odmówić, a do tego energii. Na bank ma coś z banią, bo tak szybko się podniecać i nabierać ochoty na seks to raczej normalna pańcia chyba nie ma, no chyba, że byłem dla niej tym mitycznym Chadem, przy którym ma mokro na samą myśl Co do bonusów wenerycznych - wiadomo, że zawsze jest jakieś ryzyko. Ja po spaniu z kilkoma kobietami w swoim życiu (LDR i short termy), dopiero w wieku 30 lat zrobiłem sobie testy na HIV. Wiadomo, że wyszły pozytywnie, chociaż był taki jakiś strach. Namówiła mnie na to pewna znajoma, która powiedziała, że ruchałem te laski bez gumy, a kto wie co ona tam mogła w cipce mieć. Jeśli chodzi o barter czy tam inną "zapłatę" dla tej laski. Wiadomo, że bezpośrednio nie dałem jej żadnego hajsu za ruchanie, bo trochę nie taka jest natura mojej i jej relacji. Cośtam wydałem, ale to tak bardziej w formie "podziękowania za całokształt jej usług". Odebrała mnie z lotniska, woziła gdzie chciałem, kilka razy jej znajomi/rodzina zabrali mnie na szamę, zawiozła mnie na lotnisko, czasami płaciła za jakieś wejściówki. Przywiozłem jej perfumy za ok £50-60, sypiała u mnie w apartamencie, szame brałem na 2 osoby (i to niekoniecznie w restauracjach), wyszlismy kilka razy na jakieś głupoty, a do tego dołączyła do mnie na wycieczkach. Koszt bez niej byłby niewiele mniejszy. Jestem niezwykle pewien, że niektórzy goście mają chujowsze laski (a co za tym idzie - ruchanie) za dużo droższe płatne opcje. Jest plan na spotkanie się ponownie, chociaż nie chce mi się jechać 3-ci raz do Indo. Rozważając czas i koszt (£1500-1600), wolałbym odwiedzić kilka innych krajów. Muszę się w końcu zabrać za cz.2 i 3. W cz. 2 będzie głównie o wizycie w Toraja, w cz. 3 będzie podsumowanie + sraka z jej byłym chłopakiem. Piona.
  6. Ja troszkę latam, głównie foto, ale mam też Avatę 2 do zabawy FPV. Co chcesz wiedzieć?
  7. Stało się. Po raz drugi zdecydowałem się odwiedzić ten sam kraj więcej niż jeden raz. Do tej pory tylko Estonia była odwiedzona dwukrotnie, chociaż to było bardziej "przy okazji". Część info przekazałem w moim poprzednim wpisie - w zajawce "Se(x)quela" do mojej poprzedniej podróży, tej z 2023. Pomimo, że teoretycznie odwiedziłem ten sam kraj i spędziłem w nim tyle samo czasu, to czuję się jakbym odwiedził totalnie inne miejsce z innymi ludźmi, inną pogodą. Wszystko to, co pamiętałem z 2023 było jakby nieobecne - być może spędziłem za dużo czasu w Jakarcie i przez to miałem inne wyobrażenia. Podróż Podróż zajęła mi ponad 30 godzin. Tak - 30 godzin z punktu A do B, a dokładniej licząc, tak jak przy Jakarcie - od momentu wyjścia z domu do wejścia do lokum na miejscu. Plan podróży był następujący: 1. Dostać się na lotnisko London Heathrow - ok 3h 2. Lot do Abu Dhabi - czekanie za lotem 3h + 7h lotu 3. Lot do Jakarty - czekanie za lotem 2.5h + 8.5h lotu 4. Lot do Makassar - czekanie za lotem ok 6h + 3h lotu 5. Transfer z lotniska - czekanie około 1.5h + 1h jazdy Jak widać, trochę się naczekałem za lotami/transportem w Makassar. Ten ostatni zależał akurat od korków, które z początku wyśmiewałem, a potem miałem ich naprawdę dosyć. Jeszcze kilka dni przed podróżą otrzymałem info, że mój lot w Indonezji został opóźniony o 2h. Anulowałem bilet ze 100% zwrotu, po czym kupiłem kolejny w linii Garuda - narodowego przewoźnika. Bilet był o tej samej porze co poprzedni lot przed opóźnieniem. Dawałem sobie 2-3h na transfer, bo z Jakarty wylatywałem tylko raz i nie bardzo pamiętałem to lotnisko. Od razu dodam - jest to spore, ale jednocześnie bardzo zorganizowane miejsce. Hala odlotów jest chyba moją ulubioną ze wszystkich lotnisk. Nie ma vibe galerii handlowej z funkcją lotniska, ale jest gdzie zjeść i napić się, kupić pamiątkę i przede wszystkim - nie zgubić się. Cała procedura wrzuciła mnie na lekki deficyt finansowy, bo opóźniona linia BatikAir miała 60 dni na zwrot pieniędzy. Zwrócili po 2 tygodniach, gdy jeszcze byłem w Indo, jednak mimo tego - byłem w plecy około £100 za pierwszy lot, a kupiłem kolejne 2 bilety (powrotny, którego nie miałem wcześniej) za ponad £200. O jak to się śmiesznie złożyło. Chciałem wydymać Freda, a to Fred wydymał mnie, bo mój lot linią Garuda...RÓWNIEŻ BYŁ OPÓŹNIONY, o czym dowiedziałem się dopiero na lotnisku. Loty były generalnie okej. Idzie się przyzwyczaić do tych długich lotów. Trzeba pamiętać, że economy w Qatar/Emirates/Etihad to nie economy z Ryanair/WizzAir i komfort podróży wzrasta. Lot Garudą był kiepskim doświadczeniem. Raz, że opóźniony, dwa - że byłem jedynym białaskiem w samolocie, trzy - że boarding to była męczarnia. Ludzie się rozpychali, obsługa w ogóle nie ogarniała co się dzieje. Jak jesteście przyzwyczajeni do (czasami zbyt nachalnego) kontrolowania ruchu/kolejek przy bramkach, to tam było "wszyscy na wszystkich". Co zaskoczyło - na krótkim locie dawano ciepłe posiłki. Z ciekawostek dodam, że w Etihad można zaznaczyć sobie jaki posiłek chcemy otrzymać. Oczywiście to nie wybór a'la carte, a bardziej wymagania żywieniowe - halal, dla cukrzyków, wegetariańska, bez tłuszczu, z niską ilością kalorii, etc. Ja z racji "sportowego trybu życia" wybrałem opcję low-calorie, czym okazały się bardzo proste posiłki - gotowane mięso i warzywa, prawie zero sosów/zalew/marynat. Mi tam smakowało, ale co było najciekawsze - specjalne posiłki zostają wydane PRZED wydawaniem posiłków dla reszty. Ja swój dostawałem czasami i z 30 minut przed regularnym serwisem. Nie wiem czy tak funkcjonują inne linie, ale jeśli tak (jak pomyślimy logistycznie), to jest to dobry "tip" dla osób chcących iść spać jak najwcześniej, lub ewentualnie iść na posiedzenie do WC i mieć spokój, bo każdy w tym czasie będzie jadł Pierwsza noc Pierwsza noc była mocno wyczekiwana. Nie dlatego, że miałem już ugraną towarzyszkę podróży, a po prostu ze zmęczenia i głodu. 35h w tych samych ciuchach daje we znaki. Zarezerwowany apartament przez AirBnB był nieco przepłacony. Nie chciałem brać klitki jak w Jakarcie ani też loftu 100m za miliony, więc zmuszony byłem wybrać apartament 2 pokojowy. Był on "w centrum", na 11 piętrze. Obok była ulica ze "spa barami", które chyba nie miały nic wspólnego ze Spa . Okolica przypominała mi nieco te z Jakarty - wiezowce na zamkniętym osiedlu, do tego basen, z którego jak poprzednio - nie skorzystałem i "siłownia", która okazała się dwiema bieżniami z lat 80-90 i jednym rowerkiem z podobnego okresu. Gdzieś w okolicy był też sklep spożywczy, dosyć dobrze zaopatrzony. Apartament średnio mi się podobał - wszędzie łaziły mrówki, płyta indukcyjna wywalała korki, prysznic wyglądał ładnie - taki "amerykański", ale nikt nie zrobił spadku przy kładzeniu płytek i woda po prysznicu była WSZĘDZIE. Towarzyszkę podróży poznałem jakiś czas wcześniej przez neta. Chodził mi po głowie wyjazd i odpoczynek, a że trafiła się Pani, to połączyłem przyjemne z pożytecznym. Mieliśmy fajny vibe, a do tego całkiem udane życie łóżkowe. Pańcia przywróciła mi wiarę w to, że rozpalona kobieta zajedzie Cię na śmierć i na chuju zagra jak potrzeba. Pani to połączenie moich poprzednich indonezyjskich przygód - szczuplutka, z cyckiem, a do tego krejzolka. Znajomość pierwszej nocy została skonsumowana jak należy. Makassar - pierwsze wrażenia Dzień rozpocząłem dosyć leniwie - pomimo, że raczej nie miałem jet-laga, bo spałem całkiem dobrze, to bywałem niesamowicie śpiący z rana. Potrafiłem przespać noc, a mimo to być zmulonym do 13-14. Kawa i cola jakoś ratowały. Pierwszego dnia nie miałem żadnych planów. Tak w ogóle, to ten wyjazd był w ogóle niekoniecznie zaplanowany. Podczas podróży w 2023 miałem jakiś obraz tego co chciałbym tam robić. Znalazłem fajne miejscówki na kilka miesięcy przed wylotem i planowałem co i jak. Teraz? Wiedziałem tylko o 3-4 miejscówkach, które powinno się zobaczyć i to tyle. Plusem była ich odległość - kilka miejscówek (Leang-Leang, Rammang-Rammang i Bantimurung) były dostępne autem w ciągu godziny, kilka innych (Rantepao/Lemo/region Toraja) było oddalonych o 8h busem. Tym razem nie popełniłem błędu co ostatnio - wziąłem bus nocny. Dzień pierwszy spędziłem na ładowaniu baterii do dronów/aparatu i szybkiej szamce w galerii handlowej. Tryb sportowy sprawił, że chciałem jeść jak najmniej ryżu, a jak najwięcej mięsa. Głównym daniem podczas całej podróży było Sate, czyli grillowane/pieczone kawałki kurczaka/wołowiny nabijane na patyczki. Do tego dobrałem zupę, która nawet nie wiem z czego była, ale smakowała jak polska grzybowa. Miasto samo w sobie było całkiem ok, chociaż bardzo nadgryzione duchem czasu. Jakarta trąciła myszką tylko w starych dzielnicach i slumsach. Makassar było w tym bardzo konsekwentne - wyblakłe budynki, poszarzałe od kurzu/brudu pomniki, design miasta trochę na lata 80. Na pewno widać, że miasto w latach swojej świetności wyglądało naprawdę ładnie. O mieście wiedziałem tylko tyle, że znajduje się w nim bardzo kolorowy meczet z 99-ma kopułami (99 dome Mosque) oraz, że jest znacznie mniej oblegane przez cudzoziemców niż Jakarta. To ostatnie odczułem, bo przez 12 dni widziałem tylko 3 cudzoziemców. Na wieczór chciałem coś ugotować. Tak jak wspomniałem - nie chciałem zatracić efektów treningów i diety (spoiler: po przyjeździe ważę tyle samo co przed). Zakupiłem produkty, chcę odpalić indukcję i nic...wciskam każdy przycisk - nie działa. Otwieram szufladę pod płytą - jest tam jakiś kabel, który nie jest podłączony do kontaktu. Wyciągam całą szufladę i znajduję gniazdko. Upewniam się, że kabel prowadzi do płyty. Ok - wszystko już podłączone, płyta działa. Kładę patelnię, odpalam, ustalam moc i ciach - w mieszkaniu ciemno. Pomyślałem, że może miałem za dużo urządzeń włączonych na raz: 2x klimatyzator, lodówka, ryżowar. Po telefonach do pracownika obiektu i administratora - elektryk włączył prąd. Pstryknął jakiś główny bezpiecznik na korytarzu, do którego nie miałem dostępu. Pomyślałem, że może użyłem złego garnka - wziąłem inny. Próba numer 2 - to samo... stwierdziłem do pańci, że pierdolę to gotowanie i jedziemy gdzieś zjeść. Wezwaliśmy elektryka po raz drugi i pojechaliśmy do galerii handlowej na jakieś żarcie. Właścicielka airbnb przepraszała ile mogła i powiedziała, żebym używał kuchenki turystycznej, która była schowana gdzieś pod zlewem. Myślę, że to nie pierwszy raz, gdy ta płyta wywalała korki. Odłączony kabel od gniazdka + prowizorka remontowa (łazienka) dała mi do zrozumienia, że ten remont robił jakiś bardzo bystry majster. No cóż, taki mamy klimat. Leang-Leang, Rammang-Rammang, Bantimurung Jest i pierwszy wyjazd. Drony naładowane, aparat też. Gdyby ktoś był zainteresowany fotografią i sprzętem, to mój foto-sprzęt na ten wyjazd wyglądał tak. Trochę "overkill", ale dodam ile razy go użyłem: - DJI Mini 3 Pro + 2 baterie (3-cią dokupiłem na miejscu, DJI ma ZNACZNIE niższe ceny w Indonezji vs UK, dla przykładu Mavic 4 Pro w wersji Creator - UK £3200, ID £2500). Zrobiłem nim spokojnie ponad 200 zdjęć. - DJI Avata 2 + FPV controller. Wziąłem dla zabawy, żeby trochę polatać i się odprężyć. Niestety nie byłem zbyt zaznajomiony z nagrywaniem, więc latałem tylko po plaży. - Canon R6. Główny aparat, zrobiłem spokojnie z kilkaset zdjęć. - Canon 70-300/4-5.6 L. Rzadko kiedy potrzebowałem 300mm, ale przydał się w kilku sytuacjach. Mogłem przycinać, ale co ciekawe - prawie w ogóle nie croppuje swoich zdjęć. Edycja owszem, jednak kadrowanie jest zawsze wewnątrz i niezwykle rzadko coś poprawiam. - Canon 24-105/4 L. Główny obiektyw, bardzo wszechstronny. - Canon 50/1.8 - użyłem do portretów kilka razy Do tego statyw + filtry. Statyw przydał się dwa razy. Nie waży dużo i stosuję zasadę - lepiej mieć i nie użyć, niż nie mieć i potrzebować. Ruszyliśmy późnym porankiem. Po wyjeździe z Makassar zostałem miło zaskoczony fajnym wiejskim klimatem. Nie doświadczyłem tego poprzednim razem. Taka prowincjonalna Indonezja miała niesamowity urok. Domki wzdłuż drogi, a za nimi pola ryżowe. Domki oczywiście robione z byle czego, bo bieda krzyczała na każdym centymetrze. Leang-Leang słynie z jaskiń, w których odkryto malunki na ścianach, datowane na około 40.000 lat temu. Co fajne - można zobaczyć te malunki z bliska. Prowadzi do nich dosyć nieciekawa droga, bo bardzo strome schody i do tego krótka wspinaczka, ale warto było. Nie było tłumów, w sumie to na całym terenie było może z 15 osób łącznie z obsługą. Dla zainteresowanych odsyłam do https://en.wikipedia.org/wiki/Caves_in_the_Maros-Pangkep_karst Bantimurung to park narodowy. Nie wchodziliśmy wgłąb zbyt daleko. Na wjeździe wita nas olbrzymia dekoracja w kształcie motyla, oraz rzeźba małpy. Te pierwsze były wszędzie, a do małp trzeba było dojść. Główną atrakcją przyciągającą lokalsów jest bieda-wodospad, w którym za opłatą można zjeżdżać na kole (nawet laski w burkach xD). Poza wodospadem - klasyk w postaci sprzedawców pamiątek czy fotografów robiących zdjęcia za kasę. Nagabywali mnie co parę kroków, żebym kupił plastikowego motyla w ramce lub jakieś przekąski. Moim faworytem była babka, która kręciła się w pobliżu bezpańskich kotów oferując...jedzenie dla tych kotów Poza tym to klasyczny motyw, który widziałem potem kilkukrotnie w innych miejscówkach - płacisz X za wejście, a potem na miejscu masz jeszcze pierdyliard pomniejszych atrakcji, dodatkowo płatnych. W tym przypadku - wypożyczenie kajaków, obserwowanie małp, zjazdy na pontonie/kole, a nawet miejsce piknikowe - dodatkowo płatne. Rammang-Rammang to ukryta wioska, do której dostać można się po przeprawie łodzią. Przewodnik niewiele mówił o samej wioseczce, bo był bardziej zainteresowany pokazaniem nam "ciekawszego miejsca" za niewielką dopłatą (£5). Razem z pańcią zdecydowaliśmy się na wersję z bonusem. Podczas przeprawy łódką natknęliśmy się na grupę turystów, którzy potem okazali się Polakami. Oni akurat poszli wgłąb tejże wioski. Obstawiam, że była to zorganizowana grupa wyprawowa, coś jak SuperTramp czy Torre. "Bonus" okazał się całkiem fajną formacją skalną, która z góry wyglądała jak skały wyrastające z drzew, a w środku - coś jak wyżłobione przez wodę korytarze. Na tym etapie podróży byłem jeszcze nieco powściągliwy z odpalaniem drona. Europejskie, rygorystyczne podejście do latania dronami zrobiło swoje. Miałem trochę problemów ze znalezieniem fajnych kadrów, ale cośtam się udało. Przygotowania do kolejnych wycieczek Kolejne dni minęły w miarę luźno. Ot - keks, jedzenie, keks, spanie. Pańcia jest z tych, co ma spore libido, znacznie większe niż moje, ale za to nadrabiam kondycją. Seksualnie na pewno w jakiś sposób się zgraliśmy. Myślę, że wspomnę o niej więcej w części 2, gdy jej jedna niewinna storka na Instagramie rozpętała totalne piekło, które trwa do dziś (a ja już jestem od paru dni w domu). Piekło, które gotuje jej nieporadny były chłopak. Oj śmiesznie było, miałem z gościa niezłą bekę, chociaż z drugiej strony - czym dłużej ta sraka związana z nim trwa, tym bardziej mnie to męczy. Znamy zakończenia takich dziwacznych historii, w której uczestnikami są: pańcia, jej ex i jej obecny. Całe szczęście, że jestem z dala od potencjalnej eskalacji, chociaż mimo to trochę martwię się o jej kondycję, bo gościu jest totalnym odklejeńcem - będzie o tym w części 3. Na weekend zaplanowaliśmy popłynięcie na polecaną wyspę Samalona. Znaleźliśmy dosyć przystępny trip - pięciogodzinna wycieczka z posiłkiem, snorkelingiem i czasem wolnym za około £7 za osobę. Przecież to jak za darmo. Zgłosiliśmy swój udział. Zbiórka w Sobotę o 7:30 rano. Mamy czwartek, co by tu porobić... Galerie handlowe, bo czemu by nie? Jedna rzecz, którą lubiłem w tamtejszych sieciówkach, to że ceny były przynajmniej 40% niższe niż w UK. Prosty przykład - koszulki Uniqlo DRY-EX, które zachwalałem w swoim wpisie o tripie po Skandynawii, w UK kosztują £19.99. W promocji uda się kupić za £12-13, ale wiadomo jak wtedy jest z dostępnością kolorów i rozmiarów - bierzesz co jest. W Indonezyjskim UNIQLO za te same koszulki płacisz £11.30. Kolorów i rozmiarów do wyboru. Byłem z tego małego faktu naprawdę zadowolony, bo chyba o to już powinno w moim życiu chodzić - żeby cieszyć się z małych rzeczy, ale w głębi dążyć do tych większych, tak myślę. Poza tym wciąż staram się zminimalizować swoją szafę, a takie funkcjonalne ciuchy do wszystkiego są na wagę złota. Do tego standardowo jakieś żarełko. Pańcia, która urodziła się i dorastała w tym mieście, znała większość restauracji, więc chodziliśmy do tych najciekawszych. Co mi zaimponowało - laska jeździła autem po totalnie zapierdolonym mieście bez nawigacji. Z ciekawszych potraw w pamięci zapadł mi Bubur, czyli kleik ryżowy z dodatkami, w miarę standardowymi jak na azjatyckie klimaty - jajko, trochę mięsa, niby-warzywa i prażynki. Troszkę fot jedzenia: Bubur Coto Makassar (wygląda tragicznie, ale to jedna z ciekawszych zup jakie jadłem) Mie Titi (Mie - makaron), który w tym przypadku był jeszcze dodatkowo smażony(?) do tego zalany dziwną mieszaniną jajek i mięsa. Było to zaskakująco dobre, a restauracja wygrywała miejskie konkursy na dania makaronowe. Sate Nasi Goreng (smażony ryż) w restauracji typu "zajeb + otwarta kuchnia + syf) Nasi Goreng w ciut lepszej restauracji Jak wspomniałem - w Makassarze jest ikoniczny meczet z kolorowymi kopułami. Nie mogłem tego przegapić i nie cyknąć kilku fotek. Przy budce z żarciem, z której braliśmy "Bubur", jest rzeka, a po drugiej stronie taki widok: Udaliśmy się tam w bardzo słoneczne południe, chyba w piątek. Nie zaglądałem do środka, bo nieszczególnie mnie interesował, a poza tym było strasznie gorąco. Pod wieczór udaliśmy się na plażę na zachód słońca. Całkiem fajna miejscówka, sporo lokalsów, budki z jedzeniem, dobry letni vibe. Próbowałem polatać DJI Mini, ale nie miałem filtrów ND, poza tym sceneria nie była zbyt ciekawa, udało się cyknąć tylko parę fotek pańci. Tego też wieczoru Pańcia popełniła jeden karygodny błąd - wrzuciła nasze zdjęcia na Instagram... Wyspa Samalona Wyprawę zaczęliśmy w porcie o godzinie 7:30. Byłem jedynym białaskiem na 50 osób uczestniczących w wycieczce. Zdążyłem się już przyzwyczaić, chociaż przez cały wyjazd czułem wzrok na plecach. Na całe szczęście ludzie nie byli tak natrętni jak w Jakarcie 2 lata wcześniej. Mało kto mnie zaczepiał. Przeprawa motorówką trwała około 15-20 minut. W myśl azjatyckiego BHP czy innych procedur nikt nie został wyposażony w kapok, no bo po co? Ja pływać umiem, ale pańcia już nie. Na szczęście morze nie było w żaden sposób wzburzone, o czym nie mogę powiedzieć podczas drogi powrotnej Wysepka bardzo sympatyczna. Było to moje pierwsze spotkanie z tego typu widokami - krystalicznie czysta woda mieniąca się na niebiesko, palmy, biały piasek, pełno muszli na plaży, a w niewielkiej odległości - rafa koralowa. O godzinie 9 wybraliśmy się kilkadziesiąt metrów od brzegu na snorkeling. Moja pańcia i kilka osób z naszej wycieczki zrezygnowało. Kapok, który dostałem był nieco za duży, a do tego (ledwo) trzymający się tylko na jednym paseczku zawiązanym na supeł Oglądanie kolorowych rybek i koralowców było czymś niesamowitym, chętnie bym to powtórzył, chociaż pewnie teraz wolałbym spróbować normalnego nurkowania. Kapok jakimś trafem się ze mnie zsunął, więc wrzuciłem go na motorówkę i pływałem bez niego. Prowizorka, tak jak to przewidziałem. Po powrocie na brzeg mieliśmy posiłek i czas wolny. Posiłek to niczym nie wyróżniający się zestaw indonezyjski - ryż, mikro kawałek kurczaka, 5 tysięcy sosów w samarkach i...prażynki. Nie byłem jakoś zbytnio głodny, wolałem spędzić ten czas na cykaniu fotek. Wylatałem dwie baterie w Mini i dwie w Avacie. Niestety, ale miałem problemy z nagrywaniem, więc po prostu polatałem wokół wyspy w ramach treningu. Pomimo prawie 30h w symulatorze FPV LiftOFF wciąż czułem niepokój latając swoim jedynym dronem fpv. Może fakt, że w rzeczywistości nie ma przycisku "reset", a jeden błąd (tym bardziej nad wodą...) i jesteś w plecy kilka tysięcy zł. Po powrocie wróciliśmy do standardowego trybu urlopowego - szwendanie się po jadłodajniach lub chillowanie w apartamencie. Zdarzyło się kilka spotkań towarzyskich z jej koleżankami. O kobietach w tamtych rejonach opowiem w innym wpisie. W skrócie - kobiety na wyspie Sulawesi podobały mi się dużo bardziej niż na wyspie Java. W Makassar większość chodziła w hijabach, ale już w innym regionie Sulawesi - Toraja, o którym będzie w cz.2, prawie żadna. Laski były tam takie dzikie i nieokrzesane, o ciekawych rysach twarzy. Do Rantepao (Toraja), mieliśmy wybrać się autem. Pomimo, że to 8h od Makassar, byłem gotów na taki długi wojaż. Zabrałem z domu międzynarodowe prawo jazdy, poza tym już na Islandii miałem prawie siedmiogodzinną trasę z Reykjaviku do Höfn z jedną przerwą na picie i szczocha. Do tego musielibyśmy wynająć samochód, ale że cenowo/terminowo to nie pasowało, zdecydowaliśmy się pojechać busem. Na miejscu w Rantepao mieliśmy ziomalkę mojej pańci, która wcześniej mieszkała w Makassar i nawet razem pracowały. Czego chcieć więcej? Baterie naładowane, prowiant kupiony, bus zamówiony. Za dwa bilety wyszło 500.000IDR (£25), oczywiście w jedną stronę. Hotel kosztował £13, a lokalny przewodnik + kierowca to kolejne £60. Ujdzie, tym bardziej, że bardzo mnie ciekawił rejon Toradżów. Słyszałem o ich nietypowych pogrzebach i wierzeniach wobec zmarłych. Potem odkryłem, że YouTuber OjWojtek (WiP Bros) odwiedził właśnie ten region. Dla zainteresowanych podlinkuję film: To tyle w części pierwszej. W części drugiej zdam relację z pogrzebu w jednej z wiosek w Toraja, a także pokażę naprawdę nietypowe miejsca pochówku. Nie zabraknie plot twistów.
  8. Nie ma lepszej lub gorszej. To bardzo indywidualne. Angielski to mój drugi język i nie wyobrażam sobie nauki tego języka z native speakerem, pomimo, że sam nauczałem jako "native speaker". W mojej opinii to nieefektywna i odtwórcza metoda, której sukces zależy od trafnego domyślenia się ucznia. Masz materiały i kogoś, kto mówi do Ciebie w docelowym języku, nie rozumiejąc Twojego języka. Cała reszta zależy od Twojej bystrości i biegłości. Co mogę polecić, to wykorzystywanie docelowego języka, bo to jest coś o czym studenci zapominają, przez co potem rośnie fala "rozumiem co mówią, ale nie wiem jak powiedzieć". Przez wykorzystywanie mam na myśli: rozmowy, doszkalanie się, rozrywka. Mój proces nauki, w tym przypadku angielskiego, wyglądał tak: 1. Szkoła językowa/edukacja obowiązkowa Doszedłem do punktu, w którym miałem bardzo dobrą teorię (z zakresu materiałów szkolnych) i jako taką praktykę, ponieważ bez większego problemu byłem w stanie prowadzić modulowane rozmowy. 2. Szukanie znajomych z innych krajów Mówimy tu o latach 200x. Po założeniu internetu w domu zaczęła się era komunikatorów/forów i innych gier online. Z sentymentem wspominam szukanie obcokrajowców do pogaduszek na Skype/MSN. Co zabawne, z jedną z poznanych tam babek mam jako taki kontakt do dzisiaj. Poznaliśmy się z 20 lat temu, mieszkamy relatywnie niedaleko, a nie spotkaliśmy się ani razu Trzeba to nadrobić. Nie potrafiłem wyrażać się w sposób, w jaki chciałbym (brakowało zasobu przymiotników, szczególnie tych opisujących emocje), jednak wystarczało to do codziennych pogaduszek. Obecnie do takiego celu pozostaje HelloTalk i Interpals. Być może są inne apki/strony. Trzeba brać pod uwagę, że to również krypto apki randkowe. 3. Doszkalanie się Myślę, że każdy się zgodzi, że w pewnym momencie sensei powie nam, abyśmy ruszyli w świat, bo to będzie najlepszy trening. Nie mogę się z tym nie zgodzić. Po co Ci nauka języka, czasami przez lata, aby z niego nie korzystać? Szukanie odpowiedzi na nurtujące pytania, czytanie artykułów, poszukiwanie wiedzy, i to wszystko w docelowym języku. Jeśli nie rozumiesz gramatyki, to czemu by nie poczytać opracowań w docelowym języku? To ten moment, w którym już nie szukasz polskich odpowiedników, a nieznajome wyrazy opisujesz....innymi wyrazami w języku obcym. Plus tego etapu jest taki, że wystrzelisz z poziomem zaawansowania prosto na księżyc, jednak za pewną cenę, którą może być zaniedbanie ojczystego języka. Pomimo, że mieszkam za granicą, angielski to mój język codzienny, to zdarza się, że zapomnę jak wyrazić się we własnym języku. Stąd staram się cośtam skrobać na forum, słucham audiobooków, czasami wpadną jakieś artykuły. To tyle.
  9. Dzięki! Będę miał trochę wolnego czasu w najbliższych kilku dniach to dokończę wpisy
  10. Tak z ciekawości - od miesięcy chodzi mi po głowie "pracownica żabki starter pack", czy ów pańcia spełnia któreś z poniższych? - Legginsy - Czarne, farbowane włosy, - Wystający telefon w pstrokatej obudowie noszony w tylnej kieszeni legginsów (lub "za gumą") - Tatuaż na przedramieniu/nadgarstku - kolczyk ponad/poniżej wargi Ekstra: - Samotna matka - "pali" e-kiepy Taka ciekawostka, bo zastanawiam się czy to Żabiara serii 30XX czy może 20XX.
  11. Ja od razu polecam zmienić na fragranticę angielską - jest więcej opinii/recenzji oraz są one bardziej przyziemne. Na rodzimej fragrantice opisy są pompatyczne i czasami zbyt próżne, tak jakby rozmawiało się o obrazach, a nie o....perfumach. Doceniam artyzm, ale grafomaństwo niektórych komentatorów jest po prostu zbyt na nie. Na angielskiej jest wszystko po chłopsku, idzie w tym znaleźć jakiś faktyczny obraz interesujących nas perfum. Ja sporo komplementów dostałem za: Mancera Kumkat Wood Janan Sport (Polecam, bo w przystępnej cenie na necie) Guerlain l'Homme Ideal EDP COTY Aspen Mancera Black Gold Boucheron Jaipur Homme Versace Dreamer + Lolita Lempicka Green Lover
  12. Zaniedbałem wpisy z natłoku pracy i innych około zawodowych powodów. Był już prawie kompletny wpis z Eurotripa - części o Szwecji i Danii, ale wydawał się zbyt nudny i go skasowałem, a do tego w Szwecji rozpoczął się pewien romantyczny wątek, który potem się ciekawie rozwinął oraz szybko zakończył. W telegraficznym skrócie - podczas pobytu w Estonii zmatchowało mnie z jedną lokalną witaminką, z którą złapałem tak mocny "vibe", że nie potrafiłem w żaden sposób tego wytłumaczyć. Poznawałem osoby, z którymi rozmawiało mi się bardzo dobrze na każdy temat, ale tutaj było coś innego na rzeczy - przez prawie 2 miesiące (aż do spotkania), rozmawialiśmy dzień w dzień na telefonie i było to przyjemnym elementem dnia, którego wyczekiwałem. Moja ambiwalentna seksualność - od totalnego konserwatysty do totalnego rozpustnika; sprzyjała takiemu obrotowi spraw, bo babka była w moim typie, a do tego potrafiła mnie w jakiś ciekawy sposób sobą zainteresować (z wzajemnością), jej podobne podejście mnie zainteresowało. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo może być to ciekawy wpis na temat "o kobietach Maciejosa", w którym postaram się znaleźć pewien schemat kobiet, które przyciągam, lub którymi się interesuje. Pomimo bycia po 30-tce, witaminka sprawiła, że poczułem się jak 15-latek zauroczony w koleżance ze szkoły. Bardzo abstrakcyjne doświadczenie. Po Eurotripie był jeszcze jeden wyjazd, o którym wspomnę pewnie przy okazji K0biet. Stosunkowo krótki, całkiem nudny, ale dał mi +1 do odwiedzonych krajów. Z większych sensacji jest powrót do Indonezji jeszcze w tym roku! Tym razem w mniej popularny dla białasków region, ale jak to w mojej tradycji indonezyjskiej - z lokalną seksoholiczką za przewodniczkę. Po bardzo ciężkim roku w pracy chciałem nadzwyczajnej wyluzować, wyciszyć się, oddać fotografii i po prostu znaleźć z powrotem jakiś balans ducha. Czas to będzie około dwa tygodnie. Mógłbym poświęcić ten czas i środki na kolejne łączone tourne po europie i dokładaniu +1 do odwiedzonych krajów, być może nawet z podobnym wypoczynkiem, jednak nie chciałem ryzykować i bycia w ciągłym pośpiechu - mam go wystarczająco w pracy i poza. Była też opcja na intensywny tour po 5 krajach SEA - Tajlandii, Kambodży, Wietnamu, Laosie i Myanmarze (Birmie). ChatGPT, który odkryłem jako ciekawe narzędzie do generowania tras na multi-city* dał mi przykładowy plan na 14 dni z 2-3 dni na każdą stolicę. Byłem tym zainteresowany, bo to taka fajna backpackerska przygoda, ale odpuściłem na inny okres. Być może uda mi się kiedyś wziąć 3 tygodnie urlopu i wtedy zaliczę te 5 krajów. Do tego czasu znajdę lokalsów (płci żeńskiej), żebym miał tam co robić. W Tajlandii mam jedną ugadaną, w Myanmarze niby też, ale tak na 50%. Poza tym myślę czy nie zostawić tych krajów na swój potencjalny rowerowy trip życia, o którym powoli myślę. Mam 4-5 lat na przygotowania kondycyjne i finansowe, ale nie mam w planach o tym za dużo teraz pisać. Mogę tylko dodać, że moja samotnicza natura jest niesamowicie podniecona myślą o takiej przygodzie. Będąc zdanym samemu na siebie, doceniam drobne rzeczy jeszcze bardziej, a przy okazji zobaczyć trochę dzikiego świata...marzenie! Żyję tylko raz i chciałbym na koniec żywotu powiedzieć, że miałem dobre życie. Wracając do Indonezji - wstępne kosztorysy wyglądają tak: - LOTY W OBIE STRONY - £700 - LOT NA MIEJSCU W JEDNĄ STRONĘ (nie kupowałem powrotnego, bo może mi się coś odwidzi albo nastąpi zmiana planów) - £90 - AIRBNB NA 12 DNI - £340 - TRANSPORT NA LOTNISKO I Z POWROTEM £50 - INNE KOSZTY: PÓKI CO OKOŁO £80-100 - musiałem zmienić walizkę na nieco mniejszą i bardziej pod moje potrzeby, do tego muszę nieco odświeżyć garderobę, bo nie chcę (choć mogę), kupować wszystkiego na miejscu. Cenowo w porównaniu do 2023 nie jest póki co źle. Lot jedną z większych linii lotniczych jest w standardowej cenie. Mogłem zrobić to taniej jakimś badu-badu airline, ale nie odpowiadały mi terminy/godziny i wątpliwe opinie. Nocleg wyszedł chyba podobnie jak w Jakarcie, pomimo że jadę do niby droższego regionu, gdzie lokalsi zarabiają średnio więcej. Apartament typu standard w SEA - mikroapartament dwupokojowy (nie było nic fajnego z jednym), klima, siłownia i basen w budynku. Oscyluję, że całość może zamknąć się teraz w około £1700, bo będę sobie gotował (dietka + doświadczenia z bólem brzuszka sprzed 2 lat), do tego mam w planach mały roadtrip. Wpisy będą i obstawiam, że będą dobre, bo teraz doświadczę całkiem innej Indonezji. Od 2023 nazbierało się troszkę koleżanek, chociaż teraz będę monogamistą (trochę ze względów moralnych i braku czasu na inne miasta), to myślę, że obecna koleżanka jest połączeniem Eli i Iwety z mojego wpisu o tripie z 2023 - nieco wysportowana seksoholiczka. Może kiedyś dodam też wpis gdzie ja te laski poznaję, chociaż tutaj dodam, że o tym miejscu/sposobie dowiedziałem się zupełnym przypadkiem na naszym forum. Także tyle. Udanych wakacji i smacznego kebsika z nad polskiego morza za 95zł
  13. Ale świetnie się obudzić z myślą, że nie zalało się żadnej p0lki i nie trzeba nic nikomu bulić Jeszcze lepszym jest pomyśleć sobie jak fajnie jest nie wierzyć w jakieś pierdolety typu "jestem inna niż wszystkie", a już najlepiej - po prostu nie chcieć dzieci tak jak ja tego nie chcę i szukać kobiet z tą samą filozofią.
  14. Powiem tak: Jestem/byłem w podobnej sytuacji. Zrobiłem licencjat X lat temu, zacząłem magisterkę, ale olałem temat po jednym miesiącu - chciałem bardzo iść do pracy, a nie spędzać (marnować) czas na coś, w czym i tak nie byłem dobry (w nauce). Moja historia to mniej więcej "a mogłem zrobić to X lat temu", bo pamiętam jak ludzie z mojego roku robili po dwa kierunki na raz. Raz, że dało radę to ogarnąć z niepokrywaniem się zajęć; dwa, że było to wciąż za darmo. Dopiero po czasie zrobili drugi kierunek płatny. Do tego byłem jeszcze w wieku, w którym miałem większą motywację (i prawdopodobnie możliwości) do nauki - nie pracowałem, miałem więcej czasu i energii. Na studia wróciłem kilka lat temu w wieku 30+. Po roku stwierdziłem, że był to największy błąd jaki ostatnio popełniłem. Czy musiałem wrócić? Czy było potrzebne mi to do znalezienia dobrej pracy? Nie. Zarabiam całkiem dobrze i to w zawodzie niewymagającym żadnych studiów. Po prostu miałem taki mały plan, do którego realizacji (a raczej przyspieszenia tejże) potrzebuję papierka z uniwersytetu. W innym wypadku muszę po prostu odczekać kilka lat. Dlaczego stwierdziłem, że był to błąd? Powód, a raczej powody są proste - znikoma motywacja, przytłoczenie pogodzeniem materiału do nauki + pisania długich prac zaliczeniowych oraz pracy na pełen etat. W dni wolne od pracy miałem wykłady/zajęcia, na które musiałem czytać prawie 100-stron artykułów. Udawało mi się to w pracy, gdy nic się nie działo, ale pomimo tego - niezwykle ciężko było potem cokolwiek stworzyć. Prace zaliczeniowe pisałem tygodniami vs w kilka dni jak studenci, którzy zwykle nie pracują i są na utrzymaniu. Do tego wiek już też trochę nie ten - inny mindset, który traktował naukę jako dodatek niż coś wymaganego do zarabiania pieniędzy. W teorii powinno być inaczej - jeśli zdecydowałem się rozpocząć studia tak późno, to właśnie moja motywacja powinna temu sprzyjać. Studia z kierunku, w którym jestem zainteresowany, zainwestowany czas i pieniądze + namacalny gol. Czemu piszę o tej motywacji - generalnie ludzie dorośli decydujący się na naukę mają motywację nieco lepszej jakości niż młodsi studenci, którzy są zmotywowani na przykład - satysfakcją/karą rodziców vs jako dorosły - chęcią zdobycia wiedzy. W praktyce - nie wyszło mi to najlepiej. Nie mogę poświęcić pracy dla nauki, bo wtedy nie będę miał za co żyć. Takie o to błędne koło. Może po prostu powinienem komuś zabulić za pisanie dla mnie prac
  15. Ja bym dorzucił Islandię. Kierunek mocno niepopularny, jednak wyczuwam tam piniondz.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.