Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

vindictive

Użytkownik
  • Content Count

    12
  • Donations

    0.00 PLN 
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

0 Neutralna

About vindictive

  • Rank
    Kot

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Dziękuję za zainteresowanie @Azizi Generalnie w wydarzeniach jeszcze niezbyt wiele. Ale wewnętrznie chyba jednak trochę tak... Z żoną jakby jest spokojniej. Jestem w stanie z nią mieszkać i być, chociaż o bliskości większej ciężko mówić. Choć spałem z nią ostatnio. Choć wydaje mi się, że jestem w stanie przeżyć i sobie poradzić bez kochanki, to nie jestem chyba jednak jeszcze w stanie uciąć tego radykalnie... Trochę nadal dryfuję. Nie pisałem, bo więcej zjeb na razie nie potrzebuję. Wiem w jakim kierunku wg wszystkich mam iść, nawet jeśli jeszcze boję się operacji. Pozdro.
  2. @RealLife nie mogę napisać priv. Wyskakuje mi że mogę wysłać 0 wiadomości dziennie (zależy od reputacji?). Więc może Ty napiszesz pierwszy? Chętnie poznam historię. Co do osobowości, opis Intj faktycznie w dużej mierze oddaje mnie. Nie jestem dobry w czytaniu i opisywaniu emocji. A więc może jak śpiewał poeta, I'm easily amused and just as easily confused. I to nie oznacza, że nie mam w sobie empatii i ciepła, przywiązuję się. Trzeba tu zauważyć, że chyba większość z moich partnerek w zasadzie zdobywała mnie, a nie odwrotnie. No może trochę przesadzam, ale jednak często to nie ja wykonywałem pierwszy krok.
  3. Tak, wiem, mogłem @AdamGdynia tego nie pisać, ale nie mogłem się powstrzymać. No co ja poradzę, że to prawda @Unknown myślę, że schemat jest taki, że tracisz głowę (tzn. ja straciłem), w dodatku nie czuję się dobrze z tym, że tak postępuje, więc w ramach projekcji przerzuciłem na żonę jakąś odpowiedzialność i się od niej odwróciłem, ona stała się podejrzliwa, a ja w wirze wydarzeń nie byłem dość ostrożny. W tym przypadku, znalazła jakąś kartkę z hotelu w spodniach, potem przeczytała nieskasowane smsy (jeszcze udało się trochę wyślizgać), a szczytem było wejście na kompa (Nie myślałem że znajdzie hasło) i maila... tu się grubo posypało. Będę się starał Bracia... zrobić jak należy...
  4. Na wstępie dziękuję za odpowiedzi, podpowiedzi, opinie. Doceniam, choć nie zawsze się zgadzam. Wszystko czytam, choć ciężko z czasem żeby się do wszystkiego teraz odnieść. Ale wszystko przyjmuję, tylko część rzeczy muszę przetrawić/przetestować. I nie uważam Was za nieudaczników "co trzepią do klawiatury" jak @Azizi napisał. W sumie to mało jeszcze o Was uważam, natomiast faktem jest, że nie można uogólniać, bo każdy ma jakąś swoją historię. Nie będę Wam teraz może pisał o planach, bo z realizacją czasem mi ostatnio nie wychodzi - wolę nie zapeszać. Poza tym ze względów jednak bezpieczeństwa nie chcę póki co za dużo bieżących wydarzeń opisywać. Mogę tyle, że pracuję jednak z Żoną żeby było lepiej (tzn. to takie głupie trochę bo ja nie czuję żeby było jakoś bardzo źle) - byłem już 3ci raz na terapii (problemem jest to, że oszukałem odnośnie tego, że zakończyłem relację z koleżanką). Poza tym chciałbym faktycznie na tydzień gdzieś wyjechać w góry (nie wiem czy lepiej sam czy z kolegą). Chciałbym jeszcze zauważyć, że możemy to rozważać w płaszczyźnie zwierzęcej (okej @XYZ - nie czuję się super macho, ale też nie chcę być pustakiem/zapładniaczem; ale faktycznie, można na to popatrzeć tak, że znalazłem kobietę, z którą faktycznie chciałbym przedłużyć gatunek, no jest przyciąganie/magia). Możemy też miłość rozbierać na czynniki, na chemię - ktoś mi powiedział, że na to składa się namiętność, bliskość emocjonalna i zaangażowanie. Co najmniej pierwsze dwa z tych kryteriów są spełnione z koleżanką, z żoną zdecydowanie trzecie. @azagoth napisał, że ćpam hormony, ale o czym by pisali poeci, gdyby nie ich uniesienia? Ale chciałbym Wam powiedzieć, że ja nie wierzę w przypadki, a mimo wielu przeciwności jakie widzę (nawet z tym zaufaniem do koleżanki [czy nie zrobi tak samo mi?]), zauważam tak wiele wspólnych zainteresowań i zdarzeń z przeszłości którą przeżyliśmy niezależnie... wiem, że to nie są wytwory wyobraźni, która chce się dopasować do stworzenia idealnego świata. @AdamGdynia to ciekawe, że akurat Metallice zaproponowałeś... to jej ulubiony gatunek. @RealLife zaciekawiłeś mnie tym, zrobiłem, poniżej wynik. Jestem ciekaw z czym wyjdziesz. Swoją drogą przeczytałem jeden z początkowych Twoich postów, nieźle się zapowiada do czytania. Tak teraz mi przyszło - nie myślałeś żeby zaproponować im poligamię? [myślałem, że wkleję, ale za małe limity] Architekt INTJ-A (wkleiłem cechy w załączeniu). Wniosków jeszcze całych nie przeczytałem, ale coś w tym jest. Takiego plot twistu się nie spodziewałem 😀 Bez kitu pojawienie się tego kolegi wywołało u mnie dużego banana na twarzy. Postaram się już Was nie zamęczać rozterkami, ale mam nadzieję, że dojdę do wniosków, a wtedy na pewno będę się nimi dzielić. Pozdro!
  5. ^^ poczytałem ten wątek. Przyznaję, niezła inba (temat z gadaniem z dzieckiem to szczyt). Choć muszę przyznać uczciwie, że pewne symptomy mógłbym znaleźć podobne. Okej. Mogę próbować dać otworzyć sobie czaszkę i poddać się próbie operacji na mózgu wykonanym przez Was. Nie odbieram tu nikomu prawa głosu, ale szczerze to bardziej do mnie trafiają przemyślane wypowiedzi jak od @Jaśnie Wielmożny, a nie tak emocjonalne jak @azagoth (nie dziw się, że myślę sobie, że się spinasz, bo byłeś wyjebany i się przejmujesz takimi akcjami). W tamtym wątku podobało mi się to co pisał @Esmeron oraz pytanie @trop z 10 lipca, na które odpowiedź nie padła. Czy ja sobie racjonalizowałem własne zachowanie? Trochę byłem zmęczony i potem jak to się zaczęło, zrzucałem dużo odpowiedzialności za to na żonę (może to była projekcja?). @Jaśnie Wielmożny - Pani koleżanka potrafi sobie to ładnie zracjonalizować (trochę mi faktycznie nie do końca to pasuje), bo mówiła, że to kwestia potrzeb (jakoś takich słów używała - na temat potrzeb). Ja wiem, że wielu z Was postrzega kobiety jako bezrozumne zwierzęta (no może nie wiem, ale tak to widzę jak czytam co piszecie). Jednak ja nie chcę do Niej tak instrumentalnie podchodzić. Ona mówi, że jej łatwiej bo do męża nie należy (i akurat wiem, że on właściwie już z nią nie mieszka, a rozwód jest prawie w toku - choć obiektywnie oczywiście nigdy nie mogę być pewien, że do finiszu dojdzie). Chciałem być trochę jak Ona - mieć ten luz, zapomnieć o zasadach w imię uczuć. Ona mówi, że rozumie, że dzieci są dla mnie ważne. Ona nie naciska na mnie w kwestii rozstania, bo to musi być moja decyzja, ja muszę tego chcieć. Wierzę, że chce, żebym nie był nieszczęśliwy, ale też trochę to do mnie przebija jako brak chęci wzięcia odpowiedzialności za sytuację po mojej stronie. Raczej nie przejmuje się za mocno moją żoną (ale to też tak może działać, że jej własna perspektywa, gdzie mąż nie walczył i przystał na rozstanie, wpływa na postrzeganie czy wyobrażenia o sytuacji u mnie). Jak @Esmeron tam pisał, też nie chcę iść w stronę nienawiści. Przy moim pierwszym romansie tak było, długi czas musiałem na nią jeszcze w robocie patrzeć. Długi czas czułem się źle z sytuacją. I jednocześnie wkurwiało mnie jak patrzyłem jak sobie owija wokół palca kolejnych koleżków. Ale nie chcę też teraz nienawidzić siebie. Możecie mnie jebać, ale Wracając do żony - ja bym sobie na jej miejscu nie wybaczył. Nie mogę się teraz odnaleźć w chacie, myślę czy dobry krok to nie byłaby wyprowadzka na jakiś czas. Ale córka mówi do mnie, żebym częściej spał w domu, bo tu jest prawdziwe szczęście. Konsekwencją całego stanu rzeczy jest utrata tożsamości. Siedzę w domu i nie wiem kim jestem. Wczoraj przyszło mi pytanie co właściwie stanowi o tym kim jest człowiek. Jak jesteście w stanie sobie zracjonalizować, że wielu z Was puka mężatki, że kobiety wielu z Was traktuje instrumentalnie, a mimo to sobie pomagacie i nie uważacie się za kurwy, to może zechcecie i mnie zoperować. Chciałbym jednak jeszcze być w stanie przekazać dzieciom jakieś wartości... Ja nie wiem gdzie skończę. Wiem jednak jak powinienem postąpić i zacząć - zerwać kontakty, spróbować być z żoną (teraz mi się to wydaje zajebiście trudno wykonalne). A jak z żoną się nie uda, to wtedy na chłodno ocenić sytuację. Tyle teoria... Realizacja jest co najmniej trudna. Bo jednak myślę o Niej (tak z ciekawości - nie obchodzi Was co z Nią będzie? Pewnie najlepiej założyć Wam, że przecież też wiedziała w co się pakuje i też złamała zasady). Trochę się boję o stratę Pani koleżanki, ale staram się trzymać myśli, że jeśli to jest TO, to i tak kiedyś się uda. Bo ja nadal wierzę w miłość. Ale teraz muszę odzyskać siebie. Wiedzieć kim jestem. Jeszcze jest kwestia jak ze spokojem wewnętrznym "czasowo" odejść od koleżanki... Poza tym robota mi się sypie z rąk, ale może to też czas by spierdalać i coś nowego próbować. Tak drogie dzieci... konsekwencje.
  6. Ostatnio też mi to przeszło przez myśl... odpowiedź jaka mi się nasuwa to "nie ma kurwa opcji". Nie wyobrażam sobie tego, że jakiś typ miałby się koło moich dzieci kręcić. Z resztą gdyby nie to, że są do matki bardzo przywiązane to nie miałbym problemu z tym żeby je zabrać. Ładnie to napisałeś. A mi ciężko się postawić z boku będąc w centrum wydarzeń. Chyba nie uda mi się wymanewrować tak, żeby nie zaliczyć ostrego pierdolnięcia... niezależnie co zrobię. A większość sobie powie - należało mu się.
  7. ^^^ Chodzi mi o to, że niezgadzanie się z kimś a nazywanie go debilem to dwie różne rzeczy. Ale chuj, nie obrażam się. Emocje właśnie nie w stosunku do mnie a do sytuacji. Trochę nie podoba mi się generalizacja, bo jednak każdy przypadek, każdy człowiek jest inny. Choć oczywiście wiele rzeczy może być podobnych. Mam przemyślenie - przeczytałem sobie historię tutaj na forum, w której kolega stracił całkowicie szacunek bo szedł na ustępstwa... ("okazał się miekką fają"). Potrafisz sobie wyobrazić, że ja straciłem szacunek do żony po tym co sam zrobiłem... i że ona nie potrafiła mieć dość szacunku do siebie żeby mnie po tym kopnąć w dupę? A przynajmniej mnie nie usprawiedliwiać. Ja pierdolę, nie wiem jak mam do żony wrócić. Uczuć nie da się w sobie stworzyć/odtworzyć.
  8. @azagoth choć rozumiem, że ponoszą Cię emocje, to nazywanie mnie debilem jest średnio taktowne. Nie gniewam się, zauważam tylko ze względu na słabą znajomość mnie, jest to nietrafione. Ale do meritum - masz oczywiście wiele racji. Tylko to nie jest tak, że ja nie myślę o tym w czym jestem. Uwierz, że gdyby nie dzieci to już by mnie nie było w moim małżeństwie. Powiem Ci jednak, że to nawet nie chodzi tak bardzo o to, że chcę być z "koleżanką" (i wbrew temu co myślicie, widzę jej dzieci jako pewien problem, szczególnie w kontekście wyrzutów wobec własnych), tylko że jak patrzę na swoją żonę to nie wiem jak znowu mam z nią być. Już raz przyjąłem na siebie pokutę, gorzkie żale i zostałem. I co z tego wyszło? Że znalazłem się w podobnym punkcie moralnie, ale w sytuacji o wiele bardziej skomplikowanej, bo jest rodzina. Kurwa, zły jestem na siebie teraz, że wtedy nie miałem dość odwagi by odejść, a dziś muszę zostać bo dzieci. Oczywiście, można wszystko zrzucić na mój łeb, powiedzieć jaki zjebany jestem, że miałem wszystko poukładane i niejeden by tak chciał, a ja to wszystko rozpieprzam. Tylko że chyba w życiu chodzi o to żeby je przeżyć, a nie przemyśleć? Uwierz, gdyby nie to, że serce mi się ściska jak pomyślę o córce, ze miałaby zostać w tym marazmie, bez dobrego przykładu... z drugiej czy będziemy w stanie dać dość dobry przykład (bo czy chodzi o to tylko żeby być miłym i nie krzyczeć na siebie)? Wiem, że żeby wrócić do żony muszę zerwać z "koleżanką", ale tracę poczucie sensu jak pomyślę, że "koleżanki" miałoby nie być. Jak próbuję się wyciąć z tego układu, to nadciąga mega dół. A wtedy też jak patrzę na żonę to mi się niedobrze robi. Chyba dlatego, że wiem, że to już zawsze będzie skażone. Maskowanie syfa pudrem. I tak @Posejdon, stało się. I ja też nie uważam, żeby było fajnie teraz udawać że wszystko jest okej. Jest cholernie daleko od okej. Ale jeśli drogą do okej w oczach wszystkich ma być przyjęcie na siebie winy, to ja chyba nie jestem w stanie. Porzygam się. @giorgio staram się myśleć, ale jak już patrzeć Waszymi kategoriami prostolinijnymi to zauważ, że "koleżanka" wcale nie ma takiej prostej sytuacji. Okej, jest samodzielna, ale jednak potencjalnie może zostać z dwójką dzieci sama. Przecież ona chce być ze mną. To nie ja oczekiwałem deklaracji z jej strony a odwrotnie. @cx5MX5RF też nie chcę czuć wstydu i się boję. Ale to trochę jak ja kontra reszta społeczeństwa (no poza tym, że dzieci dociskają jeszcze jedną szalkę). @JoeBlue nie czepiam się jak azagoth, ale z ciekawości - dzieci nie miałeś? @Brat Jan- to są ciekawe pytania (w sensie że jestem ciekaw pobudek do ich zadania) - z twarzy jestem raczej przystojny (choć nie mi to oceniać :P), z formą trochę gorzej - i choć nie znam osobiście to wiem, że w temacie formy bym przegrał. Obiektywnie. Ale co jest w oczach atrakcyjne w Jej oczach - bo może oczy, charakter, inteligencja... Co do dochodów - dziś na pewno jest lepiej, jutro może być gorzej Who knows. Takie mam spostrzeżenie przy okazji tego pytania, że nie oczekiwała nigdy ode mnie sponsorowania atrakcji, często sama płaci za różne rzeczy. Jej dzieci myślę, że bym zaakceptował, ale to trochę trudne wypowiadać się w tym temacie kategorycznie - wiem, że nie może być tak różowo, a jednocześnie myślę, że to do ogarnięcia. Czas to tak jak pisałem już - 9 m-cy. Żonie i dzieciom bym nie odbierał, tak sobie to przynajmniej teraz wyobrażam - chata zostaje dla nich, zasilanie finansowe jest (myślę że tak z 3k/m-c by styknęło na tym etapie + jakieś ewentualnie ekstra wydatki?). Jeszcze dwa słowa do tych co naśmiewają się z "romantyzmu" - może niektóre słowa brzmią trochę patetycznie, ale nawet sobie nie wyobrażacie, jak z kimś się można rozumieć. A, szkoda nawet strzępić klawiaturę... Tyle tylko, że nie jest tak, że nie widzę wad i potencjalnych problemów. Po prostu wiem, że razem byśmy mogli je pokonywać. A głosy moralności tych, którzy nie byli wystawieni na próbę i nie mieli okazji się do tego przyrównać... no cóż, są wartościowe jako spojrzenie społeczeństwa. Ja staram się spojrzeć na sytację nie przez pryzmat przeskakiwania z jednego w drugie. Staram się myśleć o tym czy jestem w stanie w ogóle jeszcze być z żoną. I kiepsko to chyba wygląda (choć może za mało się postaralem - ale znów wracamy do tematu przyjęcia winy). Jednocześnie żeby na czysto sprawdzić czy jestem w stanie wrócić do żony, musiałbym zniknąć kontakty z Nią. A to powoduje u mnie dno. Wiem, powiecie - debil Tak na marginesie. Zastanawia mnie skąd biorą się głosy, że to trolling - czy naprawdę, aż tak wykraczam poza ramy męskiego myślenia o świecie? 😆
  9. Dziękuję Wam za wszystkie odpowiedzi, łącznie z tymi opieprzającymi mnie. Ja czuję to, że sporo już zbudowałem i zaczynanie od nowa jest na tym etapie delikatnie mówiąc trudne. Ja na tym etapie (choć kalejdoskop żyje) jestem bliższy ocaleniu rodziny. Kilka wyjaśnień: - myślę że mylicie się co do koleżanki. To nie taki typ co się musi i chcę się zabawić. Ona ma duszę! - z domem to chodziło o to że było do wzięcia, nie chciałem się pakować w kredyt. Ale teraz To bym się jednak zastanowił. I nie dlatego że się boję to stracić, ale dlatego że za blisko teściowej - żona nie ucięła nigdy seksu, ona po prostu go nie inicjuje, a mi wtedy (2-3 lata) stało się tak że na mnie nie działała dostatecznie. - akurat na ciapowatośc troche moge liczyć @sargon, ale nie na rozsądek, który by się bardziej przydał by to było z głową... - @Kapitan Horyzont to było zabawne - @Taboo jedno jest ważne jak piszesz, spokój... wewnętrzny i to mnie dzisiaj trzyma na powierzchni, chwilowo(poza pędem w tym momencie ;)) Dążenie do spokoju poprzez krótki plan i nie myślenie o całokształcie - @Kares to mnie właśnie boli... Co jeśli popełnię największy błąd odtrącając bratnią duszę? Przemyślałem to wszystko tysiąc razy w tę i z powrotem. Najcięższe na szali są dzieci, a poza tym nie ma co szarpać, nie zawsze jest się sternikiem. Dzięki jeszcze raz za wszystkie punkty widzenia. Pozdro, V
  10. Dzięki za odpowiedzi. Po pierwsze nic tu nie zmyślam, chociaż wiem, że kwestia postrzegania rzeczywistości nie jest poza wpływem bieżących wydarzeń i emocji. Co do "koleżanki" to nie mam takich obaw jak @Ace of Spades przedstawiasz - z Jej strony jest poświęcenie, mówi że przeprowadziła by się do mojego miasta żebym nie był daleko od swoich dzieci i wiem że zrobiłaby to. Wiesz, chociaż parę razy opadła mi garda to Jej też... Ale ja faktycznie nie wiem potrafię się zdecydować na śmiały krok, na tym etapie nie jestem gotów odejść od rodziny. @WoLe - moją żonę poznałem mając lat 17, ona 15. Byliśmy krótko parą, ja byłem już wtedy zawiedziony przez inną klientkę (z perspektywy patrząc to naprawdę wtedy mnie rozjebała do szczętu, a nawet mi nie dała). W każdym razie potem przyszłą żonę zostawiłem (jakoś to się nie kleiło, ona była zbyt we mnie wpatrzona i zbyt dziecinna w moich oczach wtedy). Po paru latach zadzwoniłem (tu muszę przyznać, że poprzedzający związek na odległość jeszcze nie był skończony jak dzwoniłem) i się to rozkręciło - na początku było super, wiadomo. Potem zaczęły się pierwsze problemy z jej studiami, ale było nam razem wygodnie. Z resztą do dziś się specjalnie o nic nie kłócimy, na takiej zwykłej płaszczyźnie codziennego życia się dogadujemy w miarę (poza takimi rzeczami, które mnie denerwowały, jak słabe umiejętności kulinarne czy brak załatwiania spraw takich codziennych/życiowych - ale to się poprawia). Natomiast strefa łóżka nie jest najlepsza. Nie chodzi o to, że sam seks jest zły, ale o to, że moja żona specjalnie jakoś nie ma wysokiego libido i za bardzo o siebie nie dbała (to też się trochę poprawiło ostatnio). Jest bardzo ładna z twarzy, ale seksapil to już gorzej. Pierwsze problemy były już gdzieś po 2-3 latach razem - zwyczajnie miałem problemy ze wzwodem (!). Poszedłem do lekarza to mi powiedział żebym partnerkę zmienił (co było dla mnie szokiem wtedy), chyba że są inne powody dla których z nią jestem. Potem jakoś sytuacja wróciła trochę do normy, ale z kolei wyrwała mnie taka dupa (najlepszy seks jaki miałem to z nią). Koleżanka (moja i żony), która wiedziała co jest grane, powiedziała żebym odszedł od żony (tzn. wtedy jeszcze nie narzeczonej nawet). Ale ja znowu nie potrafiłem. Jak na to dziś patrzę, to nie wiem czy to nie była jakaś forma litości. Zależy mi na tym, żeby nie cierpiała (może wypełniała trochę potrzeby uczuciowe jakie powinno się pokładać w dzieciach a nie kobiecie). Dziś chyba mógłbym już zamknąć za sobą drzwi i nie patrzeć na jej łzy, ale z kolei nie mogę tego zrobić przez dzieci... W każdym razie nie mogę powiedzieć, że byłem pewien jak się oświadczałem. Po prostu jakoś tak to się ułożyło - mieszkaliśmy razem, źle nie było (ale to może też problem - że było tak płasko). Dzieci chciałem tak w ogóle mieć już wcześniej. No i po ślubie w końcu ją przekonałem (ona myślę, że się bała tej pierwszej ciąży - chyba przez doświadczenia rodzinne). Tak czy owak na żonie mi zależało i zależy w tym sensie, że jest dobrą osobą, której źle nie życzę. A teraz powinna być w dobrym stanie też ze względu na to że jest matką moich dzieci.
  11. Cześć. Przedstawiam Wam moją historię. Nie chciałem się rozpisywać, ale mam tyle we łbie, że pewnie mógłbym napisać 10x tyle. Sam nie wiem już co jest istotne a co nie. Wybaczcie jeśli jest tego za dużo. TLDR Miałem poukładane życie (a przynajmniej tak mi się wydaje) z żoną i dwójką dzieci, 9 miesięcy temu „poznałem” koleżankę z pracy, zakochałem się (czuję, że to Ta kobieta, choć okoliczności są tak bardzo przeciw) i nie potrafię przeciąć węzła gordyjskiego. A to wszystko na własne życzenie. Postaci A. Żona – 34, jedynaczka, wychowywała się bez ojca, który zostawił jej ciężarną matkę dla innej kobiety. Jej matka wydaje mi się infantylna i użalająca się nad sobą. Moja żona nie potrafi w ogóle o problemach rozmawiać, wszystkie zamiata pod dywan (nie mogła liczyć w domu na wsparcie, a jedynie miała nie sprawiać problemów). Nie skończyła studiów, przy czym przez rok nie wiedziałem, że nie chodzi już na zajęcia, była chyba w depresji. Miałem z tego powodu też poczucie winy, to było jeszcze przed ślubem. W życiu do tej pory nie pracowała zarobkowo (poza jakimiś praktykami w wakacje). Jest dobrą, ciepłą osobą i matką, ale postrzegam ją jako niezaradną i trochę oderwaną od rzeczywistości. B. „Koleżanka” (kochanka to takie pejoratywne) – 38, bardzo inteligentna, pewna siebie. Ma dwójkę dzieci (6 i 4) i (jeszcze) męża. Pracowita, dobrze zarabia C. Ja – 36, zarabiam naprawdę sporo (póki co), stanowisko wyższe menedżerskie (choć zarządzanie ludźmi mi nie leży), chyba jestem idealistą i trochę perfekcjonistą (jak coś nie wyjdzie tak jak sobie wyobrażałem to najchętniej bym to rozpierdolił – ale uczę się z tym walczyć). Uważam się za inteligentnego. Nie wiem czy za dużo nie myślę, ale umartwianie się mam po matce chyba. D. Dzieci – 5 i 3, bardzo przywiązane do nas obojga, starsze trochę za bardzo trzymane początkowo pod kloszem przez żonę Historia Z moją żoną jestem od 14 lat, 7 lat po ślubie. Dwa lata przed ślubem miałem romans z zajebiście seksowną dziewczyną, ale mentalnie to nie było to. Żona się dowiedziała przynajmniej w jakiejś części, ale nie drążyliśmy potem dogłębnie tematu. Potem przyjąłem na siebie rolę pokutną i powiedziałem sobie, że nigdy więcej. Potem ślub, dzieci – chciałem zrealizować swój stabilizacyjny sen. Trzy lata temu przeprowadziliśmy się do rodzinnego miasta i przez dwa lata mieszkaliśmy z teściową. W zeszłym roku po zrobieniu remontu, przeprowadziliśmy się do swojego mieszkania w tym samym domu. Dom jest własnością 50/50 mojej teściowej i mojej żony. Między mną a żoną nie było nigdy jakiegoś wielkiego gorąca jak o tym pomyślę… no na samym początku było fajnie. Jednak w łóżku jakoś nie było szału już później, a przynajmniej niezbyt często w ogóle było. I to jest chyba kwestia tego, że ona nie robiła na mnie wrażenia jako kobieta. Poza tym na takiej stopie wsparcia, zrozumienia układało się raczej dobrze. Po pojawieniu się dzieci, a zwłaszcza w czasie remontu, zaczęło może się dawać we znaki zmęczenie. Żona zaczęła mnie irytować swoją niemocą. Pomijając brak wielkiej dbałości o dom, najbardziej wkurzało mnie, że nie potrafiła banalnych spraw załatwić (typu iść do urzędu po jakiś papier), bo albo czasu nie miała bo dzieci, albo zapomniała itd. Większość prób zwrócenia konstruktywnej uwagi kończyła się albo smutkiem, albo wybuchem, że ja się jej czepiam. Na początku grudnia jak wracałem z podróży służbowej (autem przez Polskę, po spotkaniu służbowym), zadzwoniła do mnie koleżanka (była na tym spotkaniu obecna) i zaczęła rozmowę, która w tamtym momencie wydawała mi się jakimś kosmosem. Zapytała czy coś w końcu z nami zrobimy, że zbliża się koniec roku i „wigilia” firmowa, i że pomyślała, że tak dłużej być nie może (rozmowa trochę trwała, ale już wszystkiego nie przytoczę). Do tamtego czasu było tak, że ona mnie raczej wkurzała, miałem wrażenie, że odnosi się do mnie z taką lekceważącą, wyzywającą wyższością. Choć jednocześnie owszem, uważałem ją za atrakcyjną. Ona mi dała w rozmowie do zrozumienia, że to ode mnie czuje, że mi się podoba. Ja odpowiedziałem – no wiesz, podobasz mi się, ale w życiu bym z tego użytku nie zrobił, mam żonę, którą kocham. No i mniej więcej tak się temat zamknął. Ale nie na długo. Gdy stałem w recepcji hotelu na „wigilii”, weszła Ona i spojrzała na mnie takimi oczami, że po prostu mnie strzeliło. W trakcie imprezy, jak już trochę sobie strzeliłem (nie jestem jakoś super śmiały i otwarty chyba, a przede wszystkim z nieznanych mi przyczyn nie potrafię siebie wysoko ocenić), podszedłem i spytałem czy pogadamy. No i tak pogadaliśmy poza główną salą balową, że powiedziała, że ma sama pokój… Wpadłem całkowicie, nie potrafiłem się jej oprzeć. Tu dalsze perypetie mógłbym szczegółowo opisać, ale nie będę całkiem zanudzał – chyba najbardziej istotne z tego jest to, że naprawdę się z Nią związałem mentalnie, duchowo. Jednocześnie wielka magia przyciągania. Zakochałem się. Ona też. Spotykaliśmy się od stycznia 2-3 razy w miesiącu (wyjazdy służbowe i celowo zorganizowane, bo daleko mieszkamy od siebie). Z jednej strony bardzo tego chciałem, też nie potrafiłem się oprzeć, a z drugiej (mimo, że go do siebie nie dopuszczałem), targało mną sumienie. Dość szybko doszedłem do tego i nawet to powiedziałem, że gdyby nie dzieci to bym zostawił wszystko co mam, gdybym mógł być z Nią. Zacząłem się oddalać od rodziny, wręcz zaczęli mnie irytować. Pierwszy strzał, na który nie byłem gotowy był już w lutym, kiedy usłyszałem, że Ona chce się rozwieść. Ja w ogóle sobie tego nie wyobrażałem, jednocześnie położyło to na mnie jakąś presję (chociaż Ona powiedziała, że Jej decyzja jest Jej i że mam tego nie brać na siebie i że nic nie muszę). Jednak ja się poczułem jakoś wewnętrznie zobligowany. O dziwo mąż odpuścił walkę dość szybko, choć nie wie o mnie Potem dowiedziała się moja żona. Wystraszyłem się na poważnie awantury, nie chciałem żeby dzieci przez takie coś przeszły. Ściemniałem ile mogłem, że to nie moja ręka, ale pewnym rzeczom, które przeczytała nie dało się zaprzeczyć. Jednocześnie moja żona dalej chciała się oszukiwać. Znienawidziła Ją (a mnie w którymś momencie wręcz nazwała słabym [w sensie litując się nade mną, że to nie moja wina]). Ona spodziewała się, ze to będzie oznaczać, że stanę się wolny i dostępny, ale tak się nie stało. Chciałem załagodzić sytuację, żeby nie było armagedonu w domu. I jakoś się udało to przyklepać. Obiecałem, że to koniec i nic dalej nie ma… ale to oczywiście nie był koniec. I nadal nie mogłem spojrzeć na żonę pozytywnie. Chociaż muszę przyznać, że wiele się zmieniło, zaczęła dbać o dom, gotować regularnie. Tylko, że ja nie wyceniam tego wszystkiego. Powstała między nami wyrwa, której nie umiem załatać (a może podświadomie nie chcę). W czerwcu nadeszła poważniejsza rozmowa z żoną. Nie wiedziałem jak wyjść z całej sytuacji (choć wiem też że tak nie da się żyć), więc spróbowałem szarpnąć w stronę zerwania tego co mam. Skończyło się wybuchem emocji u żony, płaczem, rozgoryczeniem. Co zapamiętałem najbardziej, to że powiedziałem, że chciałbym dzieci widzieć codziennie (a przynajmniej mieć taką możliwość). W odpowiedzi usłyszałem, że chyba oszalałem, że to szczyt egoizmu, bo jak to ona będzie codziennie miała na mnie patrzyć jak nie będę z nią? I znowu strach o dzieci zwyciężył. Powiedziałem, że chcę spróbować to jakoś poukładać. Jednocześnie zupełnie nie mam weny i pomysłu jak to poukładać. Nie chcę znowu wziąć na siebie poczucia winy, kajać się. Teraz jestem na etapie szarpania z drugiej strony – stwierdziłem, że jak się nie da żyć na dwa fronty, a jednocześnie nie jestem w stanie odejść od dzieci (bo bym sobie tego chyba nie mógł wybaczyć), to trzeba przerwać ten zaklęty krąg. Ale jest mi zajebiście ciężko. Kontaktu oczywiście nie zerwałem do końca, nie chcę Jej zranić, bardzo mi na Niej zależy. Ostatnie dni nie mogę spać, poziom stresu jest olbrzymi (choć to może bardziej akurat zasługa zajebiście trudnej sytuacji w robocie), mam problemy z ciśnieniem. Boję się żeby się nie wykończyć. Muszę się z tego wszystkiego wyrwać, a jednocześnie mam obawy o Nią (wiem teoretycznie, że jak kocha to poczeka, ale jak Ją zranię to już zostanie w Niej). Widzę te wszystkie problemy – to, że ma dzieci, że ja nie będę ich ojcem, że mieszkając z Nią będę miał wyrzuty względem własnych dzieci. A jednak nie potrafię tego tak po prostu przekreślić. Moi rodzice wiedzą, co jest grane, troje moich przyjaciół też. Rodzice głównie nie mogą spać przez strach o dzieci. Choć jednocześnie dowiedziałem się przy okazji od ojca, że nigdy nie byli fanami mojej żony, ale się nie wtrącali, bo nie chcieli mnie stracić. Przyjaciel powiedział, że powinienem zerwać z Nią kontakty i spróbować wrócić do żony. Jak się nie uda w jakimś czasie (pół roku?) to wtedy się rozstanę z żoną i będę sobie z Nią, czy z kimkolwiek będę chciał. Właściwie to nie wiem czy czegoś oczekuję. Chciałbym przynajmniej się tak nie męczyć. Nie chcę zwariować, albo wylądować w szpitalu z zawałem lub wylewem. Od dawna mam zajebisty wewnętrzny konflikt, ale jakoś wcześniej jechałem na adrenalinie. Ale nie mam już sił… V
  12. Cześć. Trafiłem do Was, bo próbuję się czegoś złapać. Wrzucę zaraz coś na świeżakownię. Nie oczekuje cudów, nie potrzebuję też totalnie naturalistycznego podejścia, bo aż tak swojej natury nie zmienię. Ale chwytam się czego mogę.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.