Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

Marcin81

Użytkownik
  • Content Count

    23
  • Donations

    0.00 PLN 
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

13 Dobra

About Marcin81

  • Rank
    Kot

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Miejscowość
    Łódź

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Jeszcze się nie wyprowadziłem z kilku powodów, m.in.... (tak głupio to przyznać) jak jej dziecko mi mówi "ale jutro zagramy razem na konsoli?" albo "a nauczysz mnie do szkoły tego czy tego?" to głupio mi nagle mu powiedzieć że już z nimi nie mieszkam.... Tak, to nie moje dziecko, ale jednak z nim mieszkałem... przyzwyczajenie... A druga sprawa to taka, że jeszcze nie mam gdzie się wyprowadzić. ALE - plan jest taki że wyprowadzam się między świętami a sylwestrem. Jak się uda to już przed wigilią (bo po co mamy wspólnie ją spędzać) ale nie wiem czy się to uda z powodów jak wyżej. A najpóźniej przed sylwestrem, żeby od 1 stycznia już mieszkać gdzie indziej. Może i nie mam jaj (gdybym miał to pewnie bym nie musiał tutaj prosić o porady), ale Ty chyba jesteś bardzo młody i nigdy nie byłeś w związku z kobietą i jej dzieckiem... Jak dzieciak Cię prosi żebyś jutro mu pomógł do szkoły albo w weekend z nim zagrał, to Ty tak nagle się spakujesz i wyprowadzisz? Dzięki Bracie za długi post i za słowa otuchy, tego mi trzeba! Postawiłbym Ci piwo... To prawda. Już większa część mnie jest przekonana do ucieczki, już nawet 90%, już plan jest na mieszkanie samemu od 1 stycznia. Wszystko w dobrą stronę, ale wciąż te myśli, ta tęknota (za tymi chwilami które były dobre między nami np. rok temu czy na początku związku).. Tak, tego się boję. Już nawet bardziej niż samotności. Dzięki.
  2. @Jaśnie Wielmożny @Kespert Sytuacja na dziś: - z nią: absolutna cisza, żadnych kłótni, maksymalny dystans z mojej i z jej strony, przestała cokolwiek mi wypominać, nie wiem czy to jakaś strategia by za chwilę być "dobrą, kochającą", czy może cisza przed burzą - w pracy: również nadal cisza, nadal tam pracuję spokojnie, aczkolwiek może mam już paranoję i bardzo obserwuję zachowania innych wobec mnie i mam pewne podejrzenia że niektórzy (kobiety, czyli jej koleżanki) zachowują się z dużym dystansem do mnie, ale to może tylko moja paranoja - jej dziecko: i tutaj największa zmiana... bardzo grzeczny wobec mnie, kochany, wspaniały itd itd... odmiana w super grzeczne dziecko, nie wiem czy to sam z siebie (jak zobaczył że z jego mamą się rozchodzę), czy może ona mu coś nagadała? Najgorsze że w pewnym momencie wczoraj mnie ruszyły wyrzuty sumienia że dlaczego chcę odejść od tego dziecka (tak, takie myśli miałem!!) skoro on taki kochany wobec mnie itd itd - moja głowa: w mojej głowie nadal miliony myśli czy robię dobrze, już sam się przekonałem że to najlepsze wyjście, tutaj na forum Wy mnie przekonaliście, czytam wszystkie posty tutaj co napisaliście, wiem że muszę się ewakuować, a jednak... a jednak w głowie... parę razy dziennie włącza się zwątpienie i jakaś tęsknota. Masakra. No właśnie też tak to odbieram. Ona mi tyle wykrzyczała że zmarnowałem jej 2 lata, a czy ona mi nie zmarnowała? przecież z mojej strony jest tak samo, 2 lata w plecy, dobrze że nie wydałem na nią kupy kasy (co wiem że bywa dość częste, faceci potrafią domy przepisywać na kobiety itd) więc chociaż pieniędzy nie zmarnowałem. Ale jednak 2 lata zmarnowane i mojej i jej. A ona mi wykrzykuje że to ja jej zmarnowałem. Niestety tak. Mam bardzo dużo takich myśli, że może faktycznie jakby nam się trafiło to dziecko (że tak brzydko powiem "trafiło") to może by to jakoś lepiej się poukładało? Ale z drugiej strony widzę przecież na własne oczy, że... nie. Ona ma do mnie wielki żal i o to najbardziej mnie oskarża, że jej nie zrobiłem tego dziecka. Tak jakbym wtedy 2 lata temu, wchodząc z nią w związek, wchodził tylko w celu zrobienia jej dziecka, jakby to było w umowie. Zwłaszcza że wchodziłem w związek z kobietą Z DZIECKIEM, to już samo to powodowało że miałem dużo obaw itd ale jednak postanowiłem spróbować, być z nimi, wprowadzić się do niej (zmiana miasta i rzucenie mojej dawnej pracy w tamtym mieście). Samo poznawanie jej i jej dziecka mi zajęło dobry rok, a gdzie czas na decyzję o kolejnym dla niej (a dla mnie pierwszym) naszym wspólnym dziecku. A potem jej wymagania "robimy dziecko!" i seks tylko w tym celu... Wiecie jakie to zniechęcające? Takie uczucie że ona chciała seksu nie dlatego że mnie pragnęła* tylko dlatego że chciała żebym w końcu jej zrobił to dziecko. * - ale nigdy nie narzekała na sam seks, nasz seks był bardzo urozmaicony, długi itd sama przyznawała że jest rewelacyjny, to nie tak że np. byłem słaby w łóżku i dlatego nie miała ochoty, bo ochotę miała tylko zawsze przyjemność schodziła na drugi plan a jedynie miałem jej "robić dziecko" jak to zawsze nazywała... Tak to zmęczona była ,a w dni płodne to od razu cały dzień o seksie podteksty, seksowna bielizna itd i wieczorem "rób mi dziecko", presja niesamowita, aż ja traciłem ochotę i przyjemność jakąkolwiek. I teraz wielkie pretensje, bo 2 lata jej zmarnowałem i że 2 lata czekała aż zrobie jej dziecko!!! A jednocześnie przez te 2 lata mi pokazywała że totalnie sobie nie radzi z wychowywaniem własnego dziecka, że popełnia wszelkie błędy wychowawcze, a jak ja chcę coś pomóc to nie liczy się z moim zdaniem i wręcz odrzuca wszelkie porady co do wychowania... To mnie też bardzo boli. ps. przepraszam za chaotyczne pisanie, ale piszę to w nerwach (jak każdy post tutaj)
  3. Bardzo powoli i bardzo nieśmiało takie myśli zaczynają do mnie docierać, że tak naprawdę powinienem się cieszyć jak to się skończyło i świętować sukces, a nie porażkę. Ale mimo wszystko nadal radości jest niewiele, a w większości czuje strach, strach że znowu będę sam, że muszę zaczynać wszystko od nowa (wyprowadzka to pikuś, ale od nowa szukanie pracy, zwłaszcza że ta obecna mi bardzo pasowała i ogromny żal odejść z tej firmy), no i... co powie rodzina, wszyscy szczęśliwi że "jestem" z nią... obawiam się że znowu zwalą całą winę na mnie za to rozstanie. Jedno wiem na pewno - kurde, panowie, nigdy ale to nigdy się nie wiążcie z kobietą która ma cokolwiek wspólnego z Waszą pracą, przecież zmiana pracy z powodu kobiety to komedia i tragedia w jednym, po prostu wstyd czuję z tego powodu. Na łatwy seks nie dam się złapać, nawet jakby bardzo nalegała i kusiła to się nie dam. A co do obgadywania - tak jak napisałeś - przyjaciółeczka na 100% wie wszystko bardzo dokładnie, ona ma taką przyjaciółkę wręcz typową, pierwszą do obgadywania. W pracy szefostwo nic nie wie na 100% bo widzę że zachowują się super wobec mnie (jak zawsze, bo traktują mnie jak rodzinę, pewnie to już ostatnie chwile 😄), ale z kolei mam pewne podejrzenia co do jednej koleżanki z pracy - jakoś dziwnie mnie unika i trzyma ogromny dystans, aczkolwiek może ja już przewrażliwiony jestem...? Sam już nie wiem. Do mnie kiedyś jej dziecko powiedziało wprost, że nie musi być grzeczne bo i tak dostanie to co chce. (na moją uwagę, żeby był grzeczny, bo znowu mama da mu karę i nie będzie miał tabletu/telefonu, oczywiście moja uwaga była spokojna i na luzie)
  4. Dzięki za ten cały post. Pewnie że odczuwam potrzebę wygadania się. Nie mam z kim pogadać. Dawni znajomi - w innym mieście, zresztą kontakty się pourywały przez ostatnie 2 lata (zgadnijcie przez kogo, kto miał wiecznie pretensje jak chciałem do znajomych wyskoczyć do innego miasta, to przecież słyszałem że lepiej przy jej dziecku mam spędzać czas a nie ich zostawiać). W pracy - nie mam z kim, bo pracuję u jej rodziny. Nadal (sam jestem zaskoczony) jest cisza w pracy więc chyba jeszcze nie nagadała na mnie najgorszych rzeczy. Ale cały czas się tego spodziewam. Zwłaszcza że wszyscy w tej firmie nam mocno "kibicowali" że super że jesteśmy razem, że kiedy dziecko itd itd. Więc obecnie musze bardzo udawać, że wszystko jest w normie, bo jak zauważą mój brak humoru czy wręcz depresję (bo tak się czuję), to zaczną wypytywać czy coś między nami się stało. Wracając do tego co mi powiedziała: że zmarnowałem jej 2 lata, że zmarnowałem jej życie, nie robiąc jej dziecka. To nie tak że ja dziecka nie chciałem z nią. Właśnie był taki moment że chciałem jak najbardziej. Jak po paru miesiącach związku zaczęła mnie na dziecko namawiać. Byłem trochę zaskoczony, bo już jest matką, więc myślałem że nie ma ciśnienia na kolejne dziecko, aż takiego jak bezdzietne kobiety w tym wieku, ale ok - nawet się cieszyłem tą myślą, nawet sam chciałem zostać ojcem (w końcu najwyższy czas, swoje lata mam, będzie super, tak myślałem). I wtedy nastąpił taki moment że baczniej się zacząłem przyglądać jej relacjom z dzieckiem i jak ona to dziecko wychowuje. Dla mnie od początku to była kompletna tragedia. Mały książe, rządził w domu, ona nie miała prawa o niczym decydować, a nawet kiedy chciał to nie chodził do szkoły (!!!) bo ona mu pozwalała. Nie mówiąc o tym że 11-latek nie umiał zmyć naczyń (chyba nigdy w życiu nie dotykał zlewu), czy schować swoich ubrań do szafy (rzucał gdzie popadnie, łącznie z podłogą, tak: na podłogę też), czy spakować plecaka do szkoły. Często od niej słyszałem: "ja już sobie z nim nie daję rady, on mnie wykańcza". Ok, wtedy próbowałem coś zrobić, pomóc. Przykładowo - ona wściekła i bezradna narzekała że cały dzień on miał karę (np. zakaz tabletu, bo normalnie się z nim nie rozstaje, nawet przy odrabianiu lekcji, tak, uwierzcie!) i że ta kara nic nie poskutkowała, bo na drugi dzień znowu pyskował , trzaskał, rzucał i wyzywał matkę. Mówię - to dlaczego dałaś mu karę tylko na 1 dzień? Daj mu karę na tydzień, jak nie poskutkuje to na miesiąc. Ona na to zwykle - co??? Ty chcesz aż tak karać moje dziecko??? To nie Twoje dziecko to się nie wtrącaj!!! Nie masz dzieci to się nie znasz!!! Może mu wszystkiego chcesz zabronić??? Ty go chyba nienawidzisz!! Itd itd. Takie sytuacje były co drugi dzień. Nie żartuję, naprawdę co drugi dzień. Awantury, krzyki, aż mi wstyd było przed sąsiadami. Jak coś chciałem podpowiadać to słyszałem żebym się nie wtrącał bo nie mam dzieci, bo to nie moje dziecko, bo źle podpowiadam! A jak nic nie mówiłem albo podczas ich awantury wstawałem i wychodziłem z domu, to słyszałem że dlaczego nic nie robię, dlaczego jej nie pomagam w wychowaniu, dlaczego ona nie może na mnie liczyć. I przez to zacząłem myśleć, czy chcę mieć z NIĄ dziecko. Czy chcę żeby to ONA wychowywała moje dziecko. Bo jak ma być tak wychowane, to absolutnie nie. A z kolei jeśli ja będę wychowywał swoje dziecko inaczej, a ona swoje inaczej (czyli jak do tej pory) to jaki jest sens zakładać rodzinę? I te myśli mnie odpychały od dziecka z nią. Ale potem oczywiście przychodziły lepsze dni, lepsze chwile, świetny seks, no i znowu namawianie mnie na dziecko i tak w kółko.
  5. Przeczytaj mój wątek... naprawdę... zobaczysz jak bardzo się mylisz
  6. Nic nowego nie wniosę (to oczywistość co napiszę), ale z potrzeby wygadania się.... napiszę: Od momentu kiedy oficjalnie powiedziałem że odchodzę, że to koniec, słyszę (i czytam w smsach) mnóśtwo wyzwisk ale takich nie wprost a jednak mocno uderzających we mnie... Wiem że to normalne ale samopoczucie tragiczne. M.in. usłyszałem że jestem najgorszym facetem jakiego w życiu poznała. Ja - mimo że dbałem o nią zawsze, o jej dziecko (nie moje przecież) też, gdy trzeba było im poświęcić czas to poświęcałem, nigdy w życiu nie zrobiłem jej awantury, a jedynie spokojnym głosem zwracałem uwagę na jej błędy itd - i to ja jestem najgorszym facetem jakiego w życiu poznała. Nie jej były mąż, który ją zdradzał na prawo i lewo, który jej zrobił piekło z życia, awantury jej robił codziennie, itd itd w końcu zostawił ją bez kasy gdy zajmowała się ich dzieckiem, o dziecko nigdy nie dbał, kasy nie dawał, alimentów nie płacił długo - nie, on nie był najgorszy. To ja jestem najgorszy. Ale zaraz... skoro mnie tak źle teraz przedstawia, to być może jego też przedstawiała nie zawsze tak do końca prawdziwie? Jak dawno temu mi o nim opowiadała jakie jej robił piekło, to może nie do końca to była prawda? Skoro o mnie teraz tak mówi i zapewne będzie mówić rodzinie, znajomym naszym wspólnym... Może ja niepotrzebnie kiedyś uwierzyłem że ten chłop był taki zły? Ale w sumie ja podobno jestem gorszy.... Pytam - jak możesz tak o mnie twierdzić??? Daj jakikolwiek powód że byłem taki zły??? Ona na to - bo byliśmy w związku 2 lata i do tej pory nie zrobiłeś mi dziecka!!! To tak jakbyś mnie oszukał!!! Zmarnowałeś mi 2 lata, zmarnowałeś mi życie!!! (w innych słowach to mówiła, ale w tym sensie)
  7. To chyba mamy finał: Sprowokowałem kłótnię bo już nie wytrzymałem, jak kolejny raz w domu słyszałem jak jej dziecko rządzi, a ona się tylko dostosowuje. (kolejny raz powiedział że nie idzie do szkoły bo nie chce i już!!! często tak robi, a ona na to jedynie mówi "dobrze ale ostatni raz!" i tak jest ciągle, on ma 11 lat....) Powiedziałem, że wiecznie ma pretensje do mnie że jest sama z problemem (dziecko), a ja w ogóle go nie wychowuję, a jednocześnie jeśli cokolwiek staram się doradzić, to i tak mnie nie posłucha i zrobi po swojemu (czyli w każdej sytuacji ulegając dziecku). Więc niech nie liczy że kiedykolwiek będę jej doradzał i niech mnie o to więcej nie prosi! O to mi zawsze najwięcej "jazd" robiła że nie wychowuję jej dziecka, a ona co robi? W ogóle nie przykłada się do wychowania, a wręcz przeciwnie, nauczyła go że może wszystko wymuszać płaczem lub krzykiem i udaje mu się to za każdym razem. Ale to jeszcze nic, to co powiedziałem to nie zrobiło na niej wrażenia, dopiero następne zdanie wywołało lawinę z jej strony: Powiedziałem, że skoro ona mnie od roku czy tam dłużej namawia na drugie dziecko, od pewnego czasu seks jest tylko w celu robienia dziecka, w dni niepłodne to ona w ogóle się nie stara, a w dni płodne to wręcz mnie zmusza i czuję jakby to było "zadanie do wykonania" że mam jej zrobić dziecko. I przechodząc do meritum - zapytałem jak ona sobie wyobraża mieć drugie dziecko, skoro z jednym całkowicie sobie nie radzi? Czy drugie też będzie wychowywane tak że to ono rządzi w domu? Czy może jak ona zajmie się drugim maleńkim dzieckiem (wiadomo pierwsze lata z głowy) to ten jej starszy syn pójdzie w odstawkę i skoro obecnie całkowicie on ma w dupie jakiekolwiek zasady w wieku 11 lat, to jak przez najbliższe lata ona by się nim mniej zajmowała (bo byłby niemowlak w domu) to on może jeszcze bardziej zejdzie na złą drogę? On teraz ma ją w dupie, ona ma w dupie moje porady co do wychowania ("bo to nie Twoje dziecko" , "bo Ty się nie znasz, bo nie masz dzieci" itd), a jak będzie miała dziecko ze mną, to ten starszy w ogóle nam wejdzie na głowę, a my będziemy się zajmować tym młodszym, czy może temu młodszemu też na wszystko będzie pozwalać jak starszemu i zero zasad w domu? Ile razy jest tak że wracam z pracy, chcę w spokoju zjeść (obiady ona gotuje pyszne, to muszę przyznać) i odpocząć po pracy albo wręcz jeszcze popracować w domu przy laptopie - to nie ma ciszy, bo młody się kłóci z matką o cokolwiek, krzyki jej i jego na cały blok, sąsiedzi słyszą, pytam ją czy to normalne? Odpowiedz oczywiście "nie masz dzieci to nie wiesz że dzieci takie są". Najbardziej się obraziła o to co powiedziałem o wychowaniu tego ewentualnego naszego dziecka. No i zaczęła mnie atakować: - że od początku nie chciałem mieć z nią wspólnego dziecka (nieprawda) - że wiedziałem że nasze wspólne dziecko to jest dla niej najważniejsza sprawa,w sensie jakby cel naszego związku (nieprawda, nie wiedziałem) itd itd Czyli ogólnie że mnie ma w dupie i że miałem być tylko po to, żeby jej zrobić dziecko! Tak, zrobiłbym jej dziecko i do czego byłbym potrzebny? Do wychowywania ich dwojga (naszego wspólnego i jej syna) i tyle? A gdzie miłość między dwojgiem ludzi (na początku myślałem że była)? Mnie się wydaje że przede wszystkim jesteśmy razem z tego względu że chcemy być ze sobą razem! A nie w celu robienia dziecka (to dopiero kolejna sprawa). Przepraszam że napisałem to bardzo chaotycznie ale jestem mocno wkurzony. Powiedziałem że to koniec, że wyprowadzam się. Ona na to, że owszem to koniec i to ona zostawia mnie, bo to wszystko oczywiście moja wina, że ją oszukałem tym że nie zrobiłem jej dziecka, że tak długo byliśmy razem i już dawno powinnismy mieć dziecko, itd itd. Panowie teraz kwestia taka, jak pisałem w pierwszym poście, wiecie że pracuję u jej rodziny. Na razie muszę tam pracować. Boję się że ona tam będzie mi niszczyć opinię. Na razie jeszcze nic się nie dzieje, ale nie wiem co dalej? Czy rzucić pracę natychmiastowo bez żadnej kolejnej, czy jeszcze zagryźć zęby i tam pracować aż znajdę inną? (miesiąc, dwa, kto wie)
  8. Dzięki. Nie odbieram tego jako atak, spoko. Każda rada się przyda. Owszem to co napisałeś - zdaję sobie sprawę z tego że z wielu sytuacjach wychodząc, czy uciekając, czy umywając ręce, zostawiałem ją samą z "problemem" - no owszem po co jej taki facet. Ale z drugiej strony widząc że ona sama nie robi z tym "problemem" nic, rad żadnych nie przyjmuje, itd - to mnie też nachodziły myśli - po co mi to. I dlatego "uciekałem". Zresztą gdybym nie "uciekał" i nie rozważał "ucieczki" to bym nie napisał tego wątku... No tak. Tutaj nie mam wątpliwości, że gdyby to było MOJE dziecko, od początku bym wychowywał je inaczej i bym nie miał najmniejszych wątpliwości że bardzo chcę je wychowywać jak najlepiej wszelkimi siłami. A jej dziecko, które przez 10 lat było wychowane na księcia który rządzi w domu, nie umie nic sam przy sobie zrobić (odłożyć talerza, znaleźć ubrań, spakować plecaka do szkoły, zjeść obiadu bez awantury, czy samodzielnie coś odrobić do szkoły bez krzyków i wyzywania), to nie wiem... czy mam siłę żeby go wychować Chciałbym mieć takie uczucie. Na razie czuję tylko strach. Zaraz mi ktoś napisze że to brak jaj. Piszcie, może im dosadniej, tym lepiej na mnie podziała.
  9. Tak właśnie się stało.... to znaczy z "odstawką" dziecka. Żadnych żądań, żadnych pretensji, nic. Sielanka jak na początku. Jestem zaskoczony jak nagle mogła się tak odmienić. A co do seksu - kusi strasznie, ale przez ten tydzień jakoś nie mogłem się przełamać... Naprawdę kusi, robi wszystko, a ja nieugięty, po prostu nie mam na nią ochoty. Ale teraz wymyśliła że wyjedziemy sami (bez jej dziecka) na kilka dni gdzieś w Polskę na romantyczny wypad na "pogodzenie się"... (a jeszcze niedawno jakbym ja to zaproponował, to by mi zrobiła ogromną awanturę, że jak to bez jej dziecka? że dlaczego chcę się go pozbyć? że dlaczego nie proponuję wyjazdu w trójkę? że nie traktuję go jak rodziny?) Jak już wyżej ktoś dosadnie mi napisał - moja samoocena bardzo siadła i jest bardzo niska. Chciałbym wierzyć w to że mam potencjał, zarówno do znalezienia nowej roboty, jak i wśród kobiet... Dzięki wszystkim za porady, te ostatnie dni (tydzień czy tam dwa) jestem tak jakby w zawieszeniu, z jednej strony mnóstwo myśli żeby uciekać, z drugiej strony mnóstwo strachu że znowu będę sam... Więc nic nie robię i tkwię w zawieszeniu obserwując jej zmianę...
  10. Nie będziesz mógł wyjść? Będziesz wychodził jak najczęściej i na jak najdłużej. Ja tak robię od kiedy mieszkam z moją kobietą i jej dzieckiem. Na początku było super, a potem już coraz gorzej. Obecnie nie mogę wytrzymać z nimi w mieszkaniu, wychodzę coraz częściej, na co ona się wścieka że wychodzę, zamiast zajmować się jej dzieckiem. Napisałem o tym temat:
  11. Więc od tamtego dnia (od rozmowy co opisałem) jest taka sytuacja: Zdecydowałem się na ewakuację, ale nie mam pojęcia jak to rozegrać (trzyma mnie praca u jej rodziny), na razie nic jej nie mówię. Między nami zero seksu, nie przejawiam jakichkolwiek prób nawet dotyku czy pocałunków. Rozmawiam normalnie, nie jestem obrażony czy coś takiego, normalnie gadamy ale trzymam dystans. W głowie sobie układam jak to będzie wszystko dalej. Z jej strony z kolei całkowita odmiana. Zero pretensji, jest super miła, bardzo się stara, nawet dziecko ucisza jak przy mnie robi jak zwykle awantury, obiadki i kolacje mi podstawia przepyszne, widać odmianę o 180 stopni.
  12. Niska samoocena - chyba tak, chyba to prawda.... Sam nie wiem co się ze mną stało, bo np. w wieku 30 lat byłem przeciwieństwem tego co prezentuję sobą obecnie. Wtedy pełny życia, pełny energii, a do kobiet w ogóle się nie przywiązywałem i miałem w d**** stałe związki. Może to ten kryzys przed 40-stką? Po prostu jak już wyżej koledzy zauważyli boję się zostać sam, boję się tej samotności.
  13. AKTUALIZACJA Z DZISIAJ: Udało mi się w miarę spokojnie porozmawiać z moją Panią A. o tym jak to jest między nami z jej perspektywy, w sensie dlaczego jest tak źle. Tak w skrócie co powiedziała co jej się nie podoba w moim zachowaniu: - nie zajmuję się jej dzieckiem pół na pół z nią - nie odrabiam z nim lekcji pół na pół z nią (fakt, z uwagi na to że on zawsze krzyczy i robi awantury przy lekcjach to tylko kilka razy przez te 2 lata wytrzymałem mu pomagać) - nie wożę jej dziecka do szkoły i ze szkoły (ale to ona ma po drodze, a nie ja) - to co wyżej już Wam opisałem, czyli: nie pomagam jej w kłótniach z jej dzieckiem, nie wychowuję go (jak wcześniej Wam pisałem: gdy próbowałem jej mówić jak ma się wobec niego zachować to słyszałem "to nie Twoje dziecko, nie znasz się") - nie traktuje jej dziecka jak własnego itd itd To tak w skrócie jej zarzuty (niekoniecznie w tych słowach mi to mówiła, raczej czytałem między wierszami, ale o to jej chodziło). Czyli główne zarzuty dlaczego jest źle między nami, dotyczą jej dziecka. To pytam: a czy masz do mnie zarzuty że źle Cię traktuję jako mężczyzna kobietę? Seks był zły? Romantyczne wyjścia gdzieś, randki itd itd. Nie, tutaj nie ma żadnych zarzutów. Moje zarzuty wobec niej: - od pewnego czasu totalny brak romantyzmu, kobiecości, w sensie brak wieczorów przy świecach jak były na początku, brak jej "strojenia się" dla mnie, teraz wieczory to ona w rozciągniętym dresie a kolacje jemy osobno.. (jej odpowiedź: "ja nie mam czasu/siły bo dziecko to, dziecko tamto...") - seks tylko i wyłącznie zadaniowy, w sensie dobry seks ma być tylko w dni płodne bo mam jej robić dziecko i to koniecznie! a spontanicznego seksu już dawno nie było (jej odpowiedź: "ja nie mam czasu/siły bo dziecko to, dziecko tamto...") - brak chęci na jakąkolwiek aktywność we dwoje, czy to siłownia, czy ćwiczenia w domu, czy wspólne bieganie, czy nauka nowego języka (jej odpowiedź: "ja nie mam czasu/siły bo dziecko to, dziecko tamto...") - jednocześnie potrafi całe wieczory tracić czas na oglądanie seriali w tv (jej odpowiedź: "bo muszę odpocząć, bo dziecko to, dziecko tamto...") Wiem co napiszecie... Ale jeszcze nie podjąłem tej ostatecznej decyzji, chociaż tak jak ktoś wyżej mi napisał - może już ją podjąłem podświadomie, tylko potrzebuję jeszcze potwierdzenia....
  14. Dzięki również za Twój post. Też daje do myślenia tak samo jak kolegi wyżej. Będę musiał kilka razy przeczytać te Wasze posty żeby do mnie naprawdę to wszystko dotarło... ps. Jak się domyślacie nadal mieszkam u niej (bo wiadomo, że w 2-3 dni żadnej ewakuacji nie zrobię, zwłaszcza że to się wiąże ze zmianą pracy raczej natychmiastowo) i tak przytoczę z dzisiejszego dnia tekst usłyszany od jej dziecka: "mam być grzeczny? a po co? I tak dostanę to co chcę"
  15. Dzięki za te wszystkie mądre słowa. Cały Twój post przeczytam kilka razy żeby dobrze zapamiętać.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.