Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

Eskel

Użytkownik
  • Content Count

    10
  • Donations

    0.00 PLN 
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

8 Neutralna

About Eskel

  • Rank
    Kot

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Może z lekka wzięły. Ale zaraz wytłumaczę dlaczego. Określenia typu bombelki czy madka mają dla mnie zdecydowanie negatywny wydźwięk, w mojej opinii zostały wykreowane i przyklejone do dzieci i rodziców po wprowadzeniu 500+ i nieraz spotykam się z postawami wręcz wyśmiewającymi posiadanie dzieci, jakoby to miało na celu tylko i wyłącznie dojenie państwa z kasy. Nie neguję że istnieje cześć społeczeństwa, która płodzi dzieciaki dla tych pieniędzy, ale to jest chyba jednak margines. U zdecydowanej większości osób które znam posiadanie dziecka było przemyślaną decyzją a nie niechcianą wpadką/skokiem na państwową kasę. I osobiście szanuję ludzi, którzy w dzisiejszych czasach łatwej kasy i łatwego dostępu do najróżniejszych uciech, decydują się świadomie na posiadanie dzieci
  2. Bez przesady, każdy ma inne priorytety, jednego cieszy stateczne, rodzinne życie, inny woli poszaleć bez zobowiązań. Co kto lubi. Ale pisanie facetowi, który świadomie powołał do życia czwórkę dzieci, zarabia na nie, dba o nie i widać że daje mu to szczęście, że "wyprodukował bombelki" to lekko nie fair. Jakby kiedyś nasi ojcowie nie "wyprodukowali bombelków" to by tu nas wszystkich nie było.
  3. Jeśli chodzi o formę fizyczną to przewinęło się gdzieś tam wyżej, że trenowałem trójbój siłowy. Należałem do AZSu (nie będę pisał jakiej uczelni bo ktoś mnie w końcu tu rozpozna), miałem rekordy grubo ponad 200 kg w siadzie i w ciągu, 170 kg w wyciskaniu na płaskiej. Teraz ćwiczę już tylko dla siebie i bardziej pod wygląd ale przy trochę ponad 180 cm wzrostu ważę prawie 90 kg przy BF jakieś 11%. Jak ktoś się tym interesuje to wie, że przy tych liczbach jestem dociętym bydlakiem. Łysy też już nie jestem, choroba która łysienie powodowała była na tle nerwowym, po czasie włosy ładnie odrosły. Także nie mam problemu ze swoim wyglądem, co prawda może facjaty nie mam tak atrakcyjnej jak ciała ale na plaży robię jeszcze wrażenie na kobitkach 😉
  4. Potwierdzam, synowie wychowujący się bez ojca mają problemy z samooceną, widzę to po sobie. Bardzo głęboko zakorzenia się poczucie, że jest się niewystarczająco dobrym. Wiem, że to wszystko psychologia, podświadome wmawianie sobie przez chłopca, a potem faceta, że ojciec odszedł bo nie sprostało się jego wymaganiom. Mimo że się to wie, to jest taki demon którego bardzo trudno się pozbyć i rzutuje na całe życie. No i to, że nie ma się skąd nauczyć męskich wzorców. Siłą rzeczy kobieta wychowa syna po kobiecemu. Wiem jak dużo we mnie pierwiastka kobiecego. @Amperka, doceniam zaryzykowanie bana. Może to nie jest zły pomysł z napisaniem tego wszystkiego. Bo gdy próbujemy pogadać to najczęściej zanim dotrzemy do sedna sprawy to już jesteśmy nastawieni na nie. Nie napisałem tego wcześniej, ale żona jest uparta jak osioł. Serio, chyba nie znam osoby, która jest aż tak uparta i tak bardzo chce wszystko robić po swojemu.
  5. Dziękuję za odzew, nie spodziewałem się tylu odpowiedzi. Może najpierw odpowiem na kilka pytań Obydwoje byliśmy outsajderami (ja bardziej, żona trochę mniej), przypasowaliśmy sobie bo mieliśmy i chyba dalej mamy podobne spojrzenie na świat. Staliśmy się trochę papużkami nierozłączkami. Poza tym obydwoje mamy zamiłowanie do sportu, szwędania się po górach i bezdrożach. Jest sporo rzeczy, które nas łączyły/łączą. Osobowość INFP 😉 Wiek dzieci 7 i 5. No właśnie nie do końca podjąłem decyzję, bywają dni że rzeczywiście tego chcę. Ale potem patrzę na nią, na wszystko co zbudowaliśmy i myślę, że nie można tego tak po prostu rozpieprzyć. Że sobie tego nie wybaczymy nigdy. Dajemy sobie czas dla siebie. To nie jest tak, że siedzimy wiecznie ze sobą, mamy czas na swoje pasje. Co do medytacji to nigdy tego nie próbowałem, ale prowadzę że tak powiem bogate życie wewnętrzne. Bardzo dużo rozmyślam, lubię sobie usiąść w jakimś spokojnym miejscu i obserwować. Przyrodę, ludzi, obojętne. Nie można tego pewnie nazwać medytacją, ale staram się mieć czas żeby przystanąć na chwilę a nie ciągle gnać przed siebie. Nie sądzę, gdyby doszło do rozstania to jak siebie znam zaszyłbym się i w samotności lizał rany. Co byłoby mi bardzo ciężko poświęcić dla związku to swoje pasje i odrobinę niezależności. Jeżdżę na motocyklu, mocnym i szybkim. Ale to akurat żona rozumie, że mam potrzebę wyzwolenia trochę adrenaliny i nie robi z tego problemów. Nawet po urodzeniu dzieci nigdy nie robiła, a nawet czasem jeździ ze mną. Oprócz tego dużo ćwiczę fizycznie. W sumie to już w średniej szkole poszedłem w sporty siłowe, miałem całkiem dobre wyniki. Weszło mi to w krew, przerzucanie żelastwa mnie relaksuje i daje powera. Teraz już nie ćwiczę dla wyników, bardziej żeby utrzymać formę. Nie wiem czy jest coś, czego bym dla ich dobra nie poświęcił Okej, nie odpuszczę tego jeszcze. Tak jak piszecie, na ostateczne rozwiązanie zawsze jest czas. Za dużo przeszliśmy razem żeby nie spróbować powalczyć. Wygląda na to, że porządek musimy zrobić najpierw w swoich głowach, znaleźć porozumienie na jakiejś płaszczyźnie i zacząć rozmawiać jak dorośli ludzie. Ubolewam nad tym strasznie, ale komunikacja u nas leży i kwiczy, czasem nie potrafimy zakomunikować sobie swoich potrzeb, bo już druga strona łapie agresora, że się ją do czegoś próbuje nagiąć. A kiedyś mogliśmy przegadać całe noce. Dzięki jeszcze raz za odpowiedzi.
  6. Nie sądzę żeby z tego szydziła. Ale bardziej boję się tego rozgrzebywania przeszłości z terapeutą, szczególnie dzieciństwa. To są takie rzeczy, których sam wolę nie tykać bo łapię doła gdy o nich myślę.
  7. Dziękuję Panowie za odpowiedzi. Wiadomo, że najbardziej pomocne w tym temacie byłyby dla mnie wypowiedzi osób bardziej doświadczonych życiowo, które same przechodziły przez takie zawieruchy. Ale jeśli dwudziestolatkowie też chcą się wypowiedzieć to nie widzę problemu. Zgadzam się również że opisałem tylko swoją wersję, punkt widzenia żony byłby pewnie inny. Wiadomo, że każdy ma swoją prawdę. Co do terapii małżeńskiej to pierwszy raz namawiałem żonę na to jakieś pięć lat temu. Takich prób namówienia jej było z mojej strony przynajmniej pięć, w różnych okresach, zawsze kończyły się odmową. Argument zawsze był taki, że nie będzie prała naszych brudów przed obcą osobą. Napiszę teraz o czymś o czym w sumie zwierzałem się tylko żonie. Dlaczego tkwi we mnie jakiś gen samozagłady. Mój ojciec odszedł od nas gdy miałem sześć lat. Wychowywała mnie w zasadzie moja Mama i starsza siostra. Odejście ojca okupiłem nerwicą tak dużą, że wyłysiałem. W szkole z tego powodu byłem szykanowany, wyśmiewany, bity. Gdy miałem osiem lat, moja Mama próbowała popełnić samobójstwo. Całe szczęście siostra zdążyła zareagować. Generalnie dzieciństwo było dla mnie koszmarne i spowodowało we mnie mnóstwo kompleksów, z którymi pewnie nie do końca uporałem się do dzisiaj. Jestem introwertykiem, nie mam przyjaciół. W pewnym sensie zamknąłem się w takiej skorupie już w młodości aby nikt mnie więcej nie skrzywdził. Tak jak napisałem wcześniej, do tej pory tylko żonie się z tego wszystkiego zwierzyłem. Kiedyś byliśmy tymi mitycznymi "bratnimi duszami", najlepszymi przyjaciółmi. Żona pochodzi z pełnej rodziny, problem był tam jednak taki, że ojciec był tyranem. Wychowywał dzieci bardzo twardą ręką. Lanie pasem za każde przewinienie, nawet jakieś totalne głupstwo. Kolejna sprawa, która mogła mieć wpływ na sposób bycia mojej żony to fakt, że odkąd pamięta, jej rodzice nie spali ze sobą. Prawdopodobnie było to małżeństwo z rozsądku, dla dobra dzieci. Teściowie żyją w dość chłodnych stosunkach, ale nie rozstali się do dzisiejszego dnia. Znam już trochę siebie, wiem jakie są moje toksyczne strony. Wiem jakie drzemią we mnie lęki. Wiem że z tych lęków zawsze chciałem za mocno, zarzucałem ją swoim uczuciem żeby nie uciekła, żeby rodzina była trwała. Ale i tak się wszystko popieprzyło (a może przez to się wszystko popieprzyło?). I teraz tak siedzę i dumam jak to się mogło stać że jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Że w ogóle rozważam rozwód. A żeby było jeszcze tragiczniej to mój Młody ma teraz tyle lat ile ja miałem jak wyjechał mój ojciec. I tak raz się budzę z myślą że trzeba to skończyc, że to będzie mniejsze zło, a kiedy indziej znowu że nie mogę zrobić dzieciakom tego co mnie kiedyś spotkało. Dobra, wygadałem się, czuję się dziwnie pisząc to wszystko bo to zawsze było przeze mnie głęboko skrywane. Ale tu jestem anonimowo. Czy myślicie, że pójście na terapię samemu może coś dać?
  8. Koledzy, zwracam się z prośbą o pomoc. Może najpierw parę słów o mnie i mojej sytuacji małżeńskiej. Powoli zbliżam się do czterdziestki, od dziewięciu lat jestem żonaty, przed ślubem byłem z żoną cztery lata. Żona jest o rok młodsza ode mnie, jestem jej pierwszym facetem, ja przed poznaniem jej byłem w dwóch związkach. Mamy dwójkę bardzo fajnych dzieci. Nasza sytuacja materialna, jak na część Polski w której żyjemy, jest całkiem niezła, oboje pracujemy, domek z ogrodem na wsi, nie jesteśmy uwiązani kredytami. No prawie, zostało jeszcze parę rat za samochód. Oprócz tego trochę oszczędności które odkładamy na przyszłość dzieciaków. Generalnie gdy ktoś patrzy na nas z boku to prawdopodobnie widzi obraz idealnej rodziny. Niestety ten obraz jest fałszywy. To znaczy o ile trzymamy nasze dzieci jak najdalej od naszych problemów i wydaje mi się, że póki co są szczęśliwe, to my sami już ledwo możemy na siebie patrzeć i sprawiamy już jedynie pozory przed otoczeniem. Chociaż nawet to nam zaczyna coraz gorzej wychodzić ponieważ już kilka osób z mojej najbliższej rodziny pytało mnie czy wszystko u nas w porządku. Rzecz w tym, że my się już praktycznie nie szanujemy, nawet nie potrafię odpowiedzieć sam sobie na pytanie czy jeszcze kocham swoją żonę. Ona gdy ją o to zapytam to mówi, że kocha, aby na następny dzień znowu okazać mi kompletny brak szacunku. Czym się ten brak objawia? Różne rzeczy, małe i duże. Od wyładowywania na mnie swoich nerwów, co często prowadzi do awantur w czasie których lecą już grube epitety, przez brak chęci do przytulania, pocałunków na powitanie czy pożegnanie, po krytykowanie bądź niedocenianie praktycznie wszystkiego co robię. A naprawdę wiele rzeczy zrobiłem w domu sam przez co oszczędziliśmy furę pieniędzy, pracując jeszcze przy tym na etacie. Tak więc często siedzenie przy tym do nocy. Staram się zapewniać naszej rodzinie wszystko, więc są zagraniczne wakacje co roku, weekendowe wypady do restauracji na obiady, kino, szmery bajery. No i seks w bardzo ograniczonym wydaniu. Po pierwszym dziecku był raz na tydzień, po drugim raz na miesiąc. Próbowałem ustawiać ją do pionu wiele razy, chwytałem się już próśb, gróźb, cichych dni, wyprowadzaliśmy się do gościnnego pokoju żeby nie spać razem, raz ona, raz ja. Najdłużej to niespanie razem trwało trzy miesiące i się złamałem. Zdarzało się, że bywało lepiej, żeby po miesiącu czy dwóch znowu wracała chujnia i obojętność z jej strony. Wtedy zawsze padają z jej ust słowa, że nie da rady się zmienić na siłę, że nie jest i nigdy nie będzie taka jak bym chciał. Akurat swoje przywitanie na forum napisałem w okresie gdy było dość dobrze bo wprowadziłem wiele zasad, o których przeczytałem tu na forum. No ale sytuacja znowu wróciła do punktu wyjścia. Co gorsze (a może lepsze?) dzisiaj się pożarliśmy i w nerwach napisałem, że pierdolę już to wszystko i wyprowadzam się z domu a potem się rozwodzimy. Teraz mam zagwozdkę bo jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B. Jeśli się wycofam to już całkiem stracę poważanie w jej oczach. Najtrudniejsze jest to, że jestem po prostu zakochany w naszych dzieciach, z synem mam super kontakt, uwielbiamy razem spędzać czas. Córka jest bardziej córunią mamusi ale też jesteśmy bardzo ze sobą związani. Wiem, że ewentualne rozstanie byłoby dla dzieciaków katastrofą emocjonalną, zresztą dla mnie też. Przy czym co ciekawe, nie jest mi żal rozstania z żoną tylko właśnie z dziećmi. Uprzedzam pytania, które zawsze padają: dzieci są na 100% moje, żona na 99,99% nie ma nikogo i nie miała. Co do naszych charakterów to ja jestem uczuciowym wrażliwcem, za co nieraz płaciłem w życiu cenę, żona z kolei jest twardo stąpającą po ziemi kobietą, dosyć chłodną i zdystansowaną. Jednak kiedyś nie była aż tak chłodna jak teraz i w początkowych latach naprawdę nieźle się dogadywaliśmy. I co ja mam Bracia teraz począć? Trwać w tym? Odejść i złamać serce dzieciakom i sobie? Muszę przyznać, że gdy myślę o rozwodzie to odczuwam ulgę, a to chyba dość wyraźny sygnał. Będę wdzięczny za porady.
  9. Arch, nie wygłupiaj się 😉
  10. Chciałbym się przywitać z wszystkimi Użytkownikami forum. Trafiłem tutaj kilka miesięcy temu, od tego czasu przyswoiłem sporo wiedzy o związkach damsko-męskich i zasadach rządzących tym światem. Muszę przyznać, że lektura forum otworzyła mi oczy na wiele spraw i chyba mogę powiedzieć, że nie jestem już tym samym człowiekiem, którym byłem jeszcze pół roku temu. Jedyne czego mogę żałować to tego, że stało się to tak późno. Teraz chciałbym się w końcu stać członkiem tego zacnego grona. Pozdrawiam wszystkich!
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.