Skocz do zawartości
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

Polecane posty

Napisano (edytowany)

Cześć samcy! 

Długi zbierałem się , aby tutaj napisać , bo w sumie jest tego tyle , że nie wiem czy będę w stanie składnie to opisać . 

Z góry przepraszam, jeżeli pomyliłem dział i proszę o przeniesienie . 

Przepraszam też za ton, ale jestem na skraju załamania.

 

Sprawa oczywiście dotyczy pierdolącego się małżeństwa w sumie od dawna . 

Za sprawą żony poszliśmy na terapię , bo jak to usłyszałem ona nie widzi tego inaczej i albo pójdziemy i coś się zmieni albo rozwód . Podstawiony pod ścianą poszedłem . Początkowo nawet widziałem jakiś sens jakaś poprawę . Dzięki wylaniu żalów (głównie ze strony żony) potrafiliśmy o tym porozmawiać przy mediatorze i wyjaśnić, przynajmniej częściowo , i napięcie zeszło na jakiś czas . Ale później znowu to samo . 

Z czasem jak chodzę na ta terapię to coraz bardziej wychodzę z niej wkurwiony .

W bani mam już taki kocioł jak po niezłym praniu mózgu . Wiecznie słyszę , że ja buduje w domu napięcie , że czepiam się o szczegóły , że zwracam uwagę , np że coś nie się nie podoba . 

Ostatnio na terapii usłyszałem , że jak kazałem dzieciakowi posprzątać pokój przed położeniem się spać ,  że ja buduje napięcie, że stresuje dziecko. żona powiedziała przy dziecku,  zebym je zostawił w spokoju bo już jest późno . Podważyła mój autorytet.  Pokój posprzątałem razem z dzieckiem i nie było problemu. Tak mi się zdawało . Potem usłyszałem , że buduje napięcie , że ma to zły wpływ na dziecko itp. czyli wniosek z tego taki, że dziecko może robić co chce , ojciec czy matka nad nimi będzie skakało i nie ma co uczyć konsekwencji i obowiązków. Oczywiście dwa kilka dni później znowu bałagan jak po tajfunie . Gdy zapytałem dlaczego , to usłyszałem , że mieli inne zajęcia . Zero konsekwencji. 

 

Najlepsze teksty są takie, że ja nie widzę problemu. Że dla mnie jakby było wszystko w porządku . Ale kurwa  roztrząsanie jakichś pierdol , tak jak wyżej do wymiaru wojny , to jest przesadza. Ja potrafię jakoś odpuścić , odłożyć swoje męskie żądze i potrzeby na bok , a ona nie. 

 

Wciąż słyszę z jej strony , że to nie ma sensu , bo ja nie rozumiem problemu , bo ja się nie zmienię itd. tylko czemu to ja się mam zmieniać. A terapeutka podłapala  i też tłumaczy , że wina jest po mojej stronie . 

Czuje się zaszczuty. Bo niby to ja jestem ten zły i kat w domu, a wychodzi na to , że cokolwiek się odezwę , zwrócę na coś uwagę , to ja się przypierdalam , buduje napięcie itp . Widzę coś , co mi przeszkadza i BOJE się odezwać , bo będzie źle.  Dałem sobie wejść na banie i mam teraz tego efekty . 

 

Poszedłem na ta terapię z uczciwej chęci pracy nad sobą i związkiem . Każdy ma jakieś tak odchyły i trzeba nad sobą pracować . Ale na sesjach to jest jakaś wojna , ja się cały czas czuje przyparty do muru i muszę się bronić przed atakami (wytykaniem) żony i terapeutki . Jak to pani psycholog mówi ... Jakby to panu powiedzieć , żeby się pan nie poczuł winny , ten zly, żeby pan nie odebrał tego osobiście ... Ale to Pan jest ten zły. Rozumiecie ??? 

Wiecznie słyszę , że mam jakieś schematy w głowie , które muszę zmienić , które są wynikiem skrzywienia w dzieciństwie itp. 

A szanowna małżonka to co? Jak się pytam o jej stronę to słyszę , że się stara , że próbuje itp tylko ja jakoś tego nie widzę !!! Ze ona nie widzi sensu , bo nie widzi poprawy / zmiany u mnie. Ze jakiś czas jest no rzeczywiście i potem wszystko wraca . Tylko co to znaczy dobrze ... Jak jest po jej myśli i tak jak ona tego chce . 

 

Moje potrzeby są nie ważne . I mówię tu o wszytkim . Potrzeby rozmowy , seksu , aprobaty, poświęcenia czasu dla mnie są nieważne. Mam nie wymyślać i nie przesadzać . 

 

Jestem na skraju rozjebania łba o ścianę . Nie chcę rozbić rodziny , ale widzę to coraz czarniej. I czuję się zaszantażowany. 

 

Nie wiem czy ktoś zrozumie ten słowotok , ale emocjonalnie jestem rozbity . Może jak się rozkręci tutaj dyskusja , to opowiem o kolejnych faktach i coś chłopy podpowiecie . 

Dzięki 

 

Edytowano przez Nerwicowiec75
  • Dzięki 1
  • Smutny 8

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, Nerwicowiec75 napisał:

albo pójdziemy i coś się zmieni albo rozwód . Podstawiony pod ścianą poszedłem

A dlaczego ty się tak boisz rozwodu? Przecież w obecnej sytuacji to dla ciebie wybawienie.

  • Like 3

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Witaj, jak zauważyłeś terapia z małżonką jest o kant dupy potłuc. Wynika to z faktu, ze ona nie chodzi tam, żeby naprawić związek a po to żeby ci dowalać w asyście Pani pseudo terapeutki (inaczej się tego nie da nazwać). Zaręczam ci, ze gdyby Pani psycholożka choć w jednej kwestii przyznała ci rację i powiedziała "Pani małż wina leży po obu stronach i oboje macie problemy do przepracowania" byłaby to ostatnia wasza sesja.

 

Pierwsza rada jaką mogę ci dać to na następnej sesji wyciągnij telefon i powiedz, ze chcesz sobie wszystko nagrać i przeanalizować na chłodno w domu(nagranie może się przydać na sprawie). Ciekawy jestem tez reakcji Pani Terapeutki, jeżeli to co piszesz o jej zachowaniu podczas sesji jest prawdą. 

 

Druga BARDZO WAŻNA RZECZ małżonka nie może się dowiedzieć, ze piszesz na forum koniec kropka bez dyskusji!

 

Możesz pójść sam do psychiatry, jeżeli czujesz że masz nerwicę, będziesz potrzebował teraz dużo spokoju wewnętrznego do chłodnej oceny sytuacji. 

 

Polecam zakupić poradnik rozwodowy i zacząć się uświadamiać, być może już jest przygotowywany grunt przez twoją małżonkę pod rozjechanie cię w sądzie i jeżeli się nie przygotujesz to zostaniesz rozjechany jak walcem w asyście Pani Sędziny. Te 200 złotych zwróci ci się bardzo szybko w postaci kosztów sądowych, a może nawet zapobiegnie założeniu ci niebieskiej karty i noclegowi w areszcie. 

 

Małżonka pewnie dokładnie wie na co wydajesz i ile zarabiasz? Macie wspólne konto bankowe? 

 

Jak widzisz to co stosowałeś do tej pory nie działa, wręcz przeciwnie. Wynika z tego fakt, że czas zmienić podejście.

Masz hobby? Uprawiasz jakiś sport amatorsko? Poczytaj tematy braci @Adolf, @XYZ, @mirek_handlarz_ludzmi i innych doświadczonych braci są to faceci w kwestiach rozwodowo-małżeńskich obeznani na własnej skórze.

 

Najgorsze co możesz robić to zwierzać się ze swoich problemów małżonce, możesz być pewny, że wykorzysta każdą twoją słabość, żeby ci dowalić. Z resztą jak to opisałeś to dzieje się już. 

 

Brat @Gr4nt ma rację rozwód to będzie dla ciebie wybawienie, ponieważ tkwisz w toksynie jednak w chwili obecnej nie jesteś ani mentalnie do tego przygotowany ani prawnie.

 

Podkopywanie twojego autorytetu i zbytnie rozpasanie dziecka spowoduje, ze wyrośnie na człowieka z problemami. Czasem dla dobra dziecka lepiej żeby się rozstać, dziecko uczy się przez obserwację i naśladowanie. Jeżeli ty jesteś szmacony w związku a on to obserwuje to resztę sam sobie dopowiedz...

  • Like 8
  • Dzięki 3

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Dzięki za odpowiedzi. 

 

Zaraz będę odpisywał . Ale najpierw proszę powiedzcie mi jak ograniczyć szansę , że ona się jednak dowie , lub przypadkiem wejdzie i skojarzy fakty ? 

 

Można jakoś ograniczyć dostęp do wątku , np haslem lub dla wybranych userow lub przynajmniej zalogowanych ?

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Może zanim zaczniesz pisać, czytaj. Dużo czytaj i pozbądź się lęku przed żoną, jak na razie czuć od ciebie strach na kilometr. I to nie ona jest problemem, ona jest jak większość kobiet. Ty jesteś problemem w tym związku, jesteś słaby i wystraszony, jesteś zwyczajnym pantoflarzem, żona cię nie szanuje. Masz rację, jeśli ona teraz przeczyta twój wątek to już nie będzie szans na rozwód bo zostanie z ciebie mokra plama na ścianie.

 

Przeczytaj koniecznie No more mr nice guy, zadaj sobie pytanie, czy pozwolił byś pierwszej lepszej osobie z ulicy traktować siebie tak jak traktuje cię żona? Więc dlaczego pozwalasz na to żonie?

  • Like 4

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@Nerwicowiec75 możesz założyć na tym forum zamknięta grupę i zaprosić wybranych braci, ale ograniczysz wsparcie ludzi którzy udzielają się tylko w wąskich tematach.

 

Takich spraw jak Twoja jest tu kilka i jeśli nie podasz dużo szczegółw to nikt tego nie użyje. Możesz śmiało pisać na otwartym. 

 

Najważniejszy jest plan a @SSydney dał Ci bardzo dobre porady na start. Poprostu zacznij pomału je wdrażać. Graj w męską grę, bo w babskie manipulacje my przegrywamy. 

 

Poczytaj w necie jak chronić hasła i dostępy przed nieuprawnionym dostępem. Na początek zmień hasła swoje wszędzie, nie używaj zapamiętywania haseł, na wspólnych kompach zrób oddzielne profile, smartfon kup nowy lub zresetuj do ustawień fabrycznych i pilnuj go przed nią. Żyj tak jakby ona wynajeła prywatnego detektywa do śledzenia Cię do czasu zakończenia sprawy. 

 

Zabezpiecz swoje finanse i zapasowe lokum. 

 

Stare życie już nie wróci. Działaj by odzyskać siebie. Powodzenia! 

  • Like 2
  • Dzięki 2

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

 

12 minut temu, Nerwicowiec75 napisał:

Ale najpierw proszę powiedzcie mi jak ograniczyć szansę , że ona się jednak dowie , lub przypadkiem wejdzie i skojarzy fakty ?

Nie opowiadaj żonie że istnieje takie forum. Wystarczy.

Jeżeli już to rozmawiasz z kolegami. Ona z pewnościa nadaje z psiapsiółkami jak centrala telefoniczna.

Jeżeli zależy Ci na związku i chcesz kontynuować terapię (żeby np. dowiedzieć się jak funkcjonujecia aby na przyszłość unikać podobnych błędów) zmień psychologa na faceta. Zobaczysz reakcję żony. Jeżeli zgodzi się, to naprawdę chce coś naprawić. Jeżeli będzie upierać się przy tej psycholożce to znaczy że to ustawka i przygotowanie gruntu pod sprawę. Tak to działa.

Byłem na kilku terapiach i kobiety psycholożki bardzo często są już po rozwodach, poza tym są babami i nie potrafią tego oddzielić.Babskie łzy włączają w nich instynkty których nawet nie są świadome.Przeżyłem takie coś jak "przyprowadziłam męża aby Pani go naprawiła bo się popsuł". Z boku wygląda to tak. Chłop czuje się nieswojo więc jest mówi spokojnie,cedzi słowa ,zastanawia sie, kobieta zalewa się łzami. Czyli jasna relacja kat-ofiara. Niestety nie wszyscy potrafią odeprzeć manipulację. Z kolei w pierwszym małżeństwie pomógł mi psycholog facet który nie dał się omotać łzami za to jasno i klarowanie wytłumaczył mi na czym polega problem, podbudował moją samoocenę i wskazał jedyną sensowną drogę. Rozwód.

 

  • Like 5

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Bo w "terapii małżeńskiej" inicjowanej przez małżonki, zwykle nie chodzi o naprawianie czegokolwiek, tylko o kolejny oręż na froncie niszczenia i element nacisku na "swojego" samca. Coś na zasadzie: "ja jestem w porządku a ty nie i nawet psycholożka-mediatorka (ykhhmm) to potwierdzi, więc rób jak mówię bo mam jednego, profesjonalnego sojusznika więcej". Klasyczne budowanie przewagi liczebnej a nie merytorycznej.

3 godziny temu, Nerwicowiec75 napisał:

Nie chcę rozbić rodziny , ale widzę to coraz czarniej.

No widzisz, już wziąłeś odpowiedzialność i przyjąłeś winę za "rozbicie" na siebie. Podczas gdy to ona ją rozbija tak, żeby sama w swoich oczach wyszła "czysta" z gówna, które być może własnodupnie zrobiła. Każdą potrawę można przyrządzić na dwa sposoby - dobry i zły. Tak samo z komunikacją. Jest różnica celów i intencji pomiędzy np: zdaniami: "nie nadajesz się nawet do wychowania i zmotywowania dziecka" (czyli - jesteś do niczego = bierna agresja, mimo że jej odpowiedzialność wobec dziecka jest dokładnie taka sama) a "kochanie, pomyślmy nad innymi metodami bo obecne nie działają". Jedno i drugie demaskuje intencje i to im się przyjrzyj. 

 

Wprawdzie nie ma kija tylko z jednym końcem, więc też nie czuj się zwolniony z autorefleksji. 

  • Like 8
  • Dzięki 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Może właśnie należy poszukać dowodów zdrady... Bo coś tu śmierdzi. Ona chce się wycofać ze związku - ale oczywiście nie z gołą ręką, ale jako ta niewinna, czysta, i zamożniejsza. A Ty, Bracie, najlepiej jakbyś zdechł pod mostem. Z poczuciem winy o rozpad związku. Klasyka gatunku.

 

Kup "Poradnik rozwodowy", czytaj forum w zakresie tematyki rozstań. I jak dla mnie - graj na czas. Szykuj się do ewakuacji, bo to już się dzieje, ale na razie przegrywasz. Dyktafon by się przydał. Poduszka finansowa. I jakiś dobry prawnik chyba...

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)
3 godziny temu, Gr4nt napisał:

A dlaczego ty się tak boisz rozwodu? Przecież w obecnej sytuacji to dla ciebie wybawienie.

Boję się , bo nie chce być bez dzieciaków. Z nimi mam zajebisty kontakt . 

 

 

W domu też nie jest tak , że ona po mnie jedzie , na to sobie nie pozwolę . Jak przy dziecku zwróciła mi uwagę to dostała w odpowiedzi z nawiązką , żeby się nie mieszała  . 

 

Ale fakt czuje się zaszczuty przez to że w naszym zasranym systemie sądowniczym nie mam szans na wygranie dzieciaków i tego się boje. 

Edytowano przez Nerwicowiec75

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@Nerwicowiec75 Taka terapia jest chuj warta i wątpię, że coś z niej wyjdzie, niemniej masz też co nieco za uszami. Z Twojej wypowiedzi jasno wynika, że jesteś rozhisteryzowanym, słabym kapciem, który ma ból dupy, że nie stoi na piedestale i nie jest podziwiany (chuj wie za co). No sorki, ale tak to właśnie wygląda.

Do rzeczy - budujesz napięcie. Tak. Twój post jasno to pokazuje. Przyjmij to do wiadomości. Czepiasz się o szczegóły - jakie? Sam jesteś perfekcjonistą? Robisz wszystko idealnie? Przyjmij do wiadomości, że jest to bardzo wkurwiająca cecha charakteru i płynnie przechodzi w małostkowość. Więcej luzu, miej wyjebane. I jak czegoś od Ciebie chcą to tak samo - rób byle jak, na odpierdol i nigdy od razu, a wszystkie uwagi zbywaj tekstami o czepianie się szczegółów i budowanie napięcia. Zacznij budować luz i wyjebanie na wszystko.

 

Dalej, dzieci mają bałagan. Jak dziecko ma w pokoju ład i porządek, to najprawdopodobniej ma też autyzm czy inne zaburzenie. Potrzeba utrzymywania otoczenia w jakimś określonym porządku przychodzi z czasem, kiedy zaczyna to być potrzebne. Twoje czepianie się jest odbieranie przez dziecko jako bezsensowne, a to, czego wymagasz (porządek) nie przynosi żadnych korzyści. Ot, taki sam burdel, tylko estetyka inna. W oczach dziecka promujesz stratę czasu. Sam ruinujesz swój autorytet. Z czasem człek sam odkrywa, że łatwiej się szuka śrubki, jeśli są posegregowane rozmiarami. I wtedy faktycznie jest porządek, a nie estetyczny bałagan.

 

Kolejna sprawa - być może jest jak napisał @ntech, że to ustawka, która ma dwa cele: zmiękczyć Ciebie i stworzyć pozór (na potrzeby sądu), że pani próbowała ratować małżeństwo, gdy tak naprawdę pracuje nad jego rozpierdoleniem. Jak by nie było, potrzeba Ci dystansu, luzu i dyktafonu. Najlepiej jakbyś nagrał sesję z terapeutką nie informując nikogo o tym, a następnie poszedł z tym do psychologa z prośbą o analizę. Wtedy będziesz miał odpowiedź na pytanie, co Twoja małża kombinuje. Jak się odkryjesz z dyktafonem to utrudnisz sobie zadanie, znowu będziesz ten zły, masz paranoję, węszysz wszędzie spisek itp.

 

Boisz się rozwodu...ale to Cię nie ochroni. Twój strach rozzuchwali jedynie Twoją małżę. Nie cofnie się przed niczym, bo ten przecież tez zesrany w gacie kapeć nic nie zrobi. System jest przeciwko Tobie. Przygotuj się, to wyjdziesz z tej sytuacji cało. Bez przygotowania zostaniesz zmiażdżony i rozjechany.

 

  • Like 4
  • Dzięki 2

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Faktycznie może być tak jak bracia piszą - żona wzięła cię na terapię aby mieć dodatkowego sojusznika w udowodnieniu swoich racji, czyli ona tam poszła już z gotowym wynikiem jaki terapia ma dać.

 

Chodzi tylko o dzieci czy jeszcze do żony coś czujesz? To jest istotne.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, Nerwicowiec75 napisał:

 

Zaraz będę odpisywał . Ale najpierw proszę powiedzcie mi jak ograniczyć szansę , że ona się jednak dowie , lub przypadkiem wejdzie i skojarzy fakty ? 

Chłopie, nie potrafisz swoich danych przed babą uchować? Na bank siedzi Ci w kieszeni i jak nie będziesz potulnym beta bankomatem to zniszczy Cię w sądzie. Nagrywaj wszystkie kłótnie, zainwestuj w sprzęt: kamery, dyktafony. Kup poradnik rozwodowy tak jak wyżej powiedziano. O dzieci się nie martw, martw się o siebie, inaczej będą patrzeć na ojca przegrywa.

 

Rozwód koniecznie, ale żebyś jak najmniej na nim ucierpiał. Od razu zaznacz, że z dziećmi chcesz się spotykać, przedstaw materiały dowodowe z kłótni, idź do lekarza, może jakiś papier na nerwicę dostaniesz. Generalnie zasyp babsko dowodami i zrzuć na nią winę zgodnie z prawdą, a terapie pierdol bo ta psycholożka to jakaś femina.

Nic z tego nie będzie, obyś chłopie nie miał kłopotów. Powodzenia!

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Uważam, że aby cokolwiek zdziałać, musisz być mentalnie gotowy na rozstanie. Obecnie ona ma cię w garści bo ty "nie chcesz rozbijać rodziny".

 

Ciekawe czy usłyszałeś już tekst: -twoje imię- my się już nie dogadujemy. Jeśli tak, to masz 90% szans, że nowa gałąź obrasta pączkami na wiosnę.

  • Like 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)

@Nerwicowiec75 z tego co opisałes, Twoja terapia służy małżonce tylko do udowodnienia jaki jesteś nieporadny w związku, że jesteś przyczyną zła.

 

Flagowym okrętem jest stwierdzenie że "budujesz napięcie". Potwierdzeniem mają być słowa terapeutki, AUTORYTETU, który używa zona.

 

Niestety przeżywam bardzo podobne gówno - byłem z partnerką RAZ na terapii dla par.

Padło na terapii stwierdzenie "pan usuwa pani grunt pod nogami" oraz "pan sabotuje ten związek".

 

Od tego czasu (ponad rok), to wspaniale wystarczyło jako amunicja do wiecznego działka szybkostrzelnego "ty jesteś winny tego gówna, terapeuta potwierdza".

Ona używa co dramę/kłótnię/monolog/monodram (codziennie wlaściwie) argumentu w stylu:

Widzisz, mi nie wierzysz, ale autorytet terapeuty powiedział że jesteś zjebany. Łyknij to i zmień swoje zachowania.

 

To niestety jest ordynarna manipulacja na Twojej osobie i Twojej psychice.

Pani terapeutka widzę nie pomaga Wam złapać balansu i przyciskająć Ciebie do ściany przycisnąć i ją.

 

4 godziny temu, Nerwicowiec75 napisał:

Wiecznie słyszę , że mam jakieś schematy w głowie , które muszę zmienić , które są wynikiem skrzywienia w dzieciństwie itp. 

Spoko, też to słyszę. Bardzo niebezpieczna manipulacja. To może zdiagnozować Twój terapeuta a nie małżonka czy pani terapeutka pracująca nad Waszą parą.

Na pewno masz schematy, mogą być do poprawy, owszem! Najpierw trzeba je poznać.

 

Ja mam to szczęście że u mnie to tylko gadanie bo nie mamy ślubu.

W Twoim wypadku przebieg terapii to jakaś karta przetargowa w rozwodzie.

Tutaj bardziej doświadczeni Bracia musieliby się wypowiedzieć, jak "prowadzić" tę terapię.

 

Bo pomóc to ona chuja pomoże.

Teraz tylko z zimną krwią musisz uczęszczać żeby było w papierach że "wykazałeś wolę naprawy związku" czy coś takiego.

 

4 godziny temu, Nerwicowiec75 napisał:

Poszedłem na ta terapię z uczciwej chęci pracy nad sobą i związkiem . Każdy ma jakieś tak odchyły i trzeba nad sobą pracować . Ale na sesjach to jest jakaś wojna ,

Jako przeciwwagę do tej manipulacyjnej farsy wspólnej terapii, którą przeżywasz (porzuć wszelką nadzieję o naprawie, widać że tu nie o to chodzi) proponuję:

 

Jeśli możesz, to idź na swoją indywidualną terapię do faceta - to polecam.

On Ci pomoże się uspokoić i skupić na FAKTYCZNE TWOICH punktach do przepracowania.

 

4 godziny temu, Nerwicowiec75 napisał:

Jestem na skraju rozjebania łba o ścianę . Nie chcę rozbić rodziny , ale widzę to coraz czarniej. I czuję się zaszantażowany. 

Oj, z tego co widze to jesteś mistrzowsko wmanipulowywany w białych rękawiczkach w rozbicie rodziny z Twojej winy. Uważaj na to.

 

I nie broń się jakoś rozpaczliwie przed atakami. Tak, stanowczo i pewnie ale bez słowotoku. "Winny się tłumaczy", woda na młyn oskarżycielki.

Natomiast obserwuj poczynania i strategię żony, wnioskuj, konsultuj w WŁASNYM terapeutą.

Nikomu nie mów o treści sesji terapeutycznych, nikomu!

 

Możliwe że sesje indywidualne będą mile widziane jako "praca  nad sobą w celu ratowania małżeństwa" ale tego nie wiem, gdybam sobie.

 

Takie moje subiektywne zdanie.

 

1 godzinę temu, Jerzy napisał:

@Nerwicowiec75 Taka terapia jest chuj warta i wątpię, że coś z niej wyjdzie, niemniej masz też co nieco za uszami. Z Twojej wypowiedzi jasno wynika, że jesteś rozhisteryzowanym, słabym kapciem, który ma ból dupy, że nie stoi na piedestale i nie jest podziwiany (chuj wie za co). No sorki, ale tak to właśnie wygląda.

Słuszna uwaga!

Ty tam @Nerwicowiec75musisz siebie znać i wiedzieć czym Ty wkurwiasz otoczenie. Ale realistycznie. W miarę obiektywnie. Dlatego terapia indywidualna.

1 godzinę temu, Nerwicowiec75 napisał:

Boję się , bo nie chce być bez dzieciaków. Z nimi mam zajebisty kontakt . 

Poczytaj koniecznie wątki Braci, którzy są ojcami tu na Forum. Mają takie dylematy, popatrzysz na ich punkt widzenia i ich doświadczenia, również emocjonalne.

"boję się" nie jest dobrym motywatorem.

Edytowano przez Imbryk
błendy i dalsze złote myśli

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Taka wspólna terapia tzw. małżeńska nic nie daje według mnie. Obserwuje to po sobie, po znajomych. Mam nieodparte wrażenie, że jest to rodzaj alibi dla kobiety przed rodziną, znajomymi, czasami dziećmi. Poza tym co to za smutne pierdolenie: "albo terapia albo rozwód". Miałem to samo "albo hobby (rzekomo zbyt czasochłonne) albo rozwód," później "albo terapia albo rozwód", takie powolne gotowanie statecznego dobrze zarabiającego o wysokiej pozycji zawodowej faceta przez panią kurwa nikt której jedynym sukcesem było że jest matką  jednego dziecka bo nawet nie to że pracowała (nie pracowała) Stary, dziesięć lat za późno bo niby "dobro dziecka" bo może "jakos sie ułoży". 

Chcesz z nią rozmawiać o tym forum? Gratuluje. Ja kilka razy próbowałem rozmawiać z kolegami, z mężczyznami i reakcja jednoznaczna - że zwariowałem. Z facetami z ziomkami po przejściach (widocznie do końca nie wyszło z nich biało-rycerstwo) ale z kobietą z która jesteś w poważnym kryzysie? Nawet nie próbuj. Boisz sie ze sie dowie? Masz problem ale nie z tym że moze sie dowiedzieć tylko , że boisz się żony na podobnej zasadzie jak rodzica. NIC ZŁEGO NIE ROBISZ BĘDĄC TUTAJ.

Dzieci? Masz bardzo dobry kontakt i o ile masz względnie dobrą sytuacje finansowa przez co rozumiem , że stać Cie na wynajem mieszkania to nawet sie nie wahaj. Dzieci zrozumieją i docenią. Mowie to ze swojej perspektywy 48 letniego mężczyzny. Pozdrawiam 

  • Like 7
  • Dzięki 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)
1 godzinę temu, Nerwicowiec75 napisał:

Ale fakt czuje się zaszczuty przez to że w naszym zasranym systemie sądowniczym nie mam szans na wygranie dzieciaków i tego się boje. 

Jest źle ale nie najgorzej. Ktoś tu na forum wrzucił filmik, ale na szybko nie znajdę. Gość w filmiku mówił że sąd przydziela opiekę temu rodzicowi u którego dziecko przebywa (gdy przed rozwodem już mieszkają osobno). I się tego potem nie da zmienić. Więc jakbyś jakimś cudem dał radę mieć dzieci u siebie to teoretycznie sąd musiał by opiekę nad nimi przyznać Tobie. Inna sprawa że prawo i policja działa poniżej krytyki, bo matka w asyście policji przychodzi (przed rozprawą sądową) do męża po dzieci. Mąż nie musi ich wydawać, a policja nie ma prawa ich odebrać. Ale policja obezwładnia męża, matka zabiera dzieci i dla sądu wszystko jest ok (dzieci zabrała matka a nie policja).

Więc trzeba na to uważać. Jakoś się to da obejść. Chyba można się po prostu ukrywać a sprawy formalne załatwiać przez pełnomocnika (adwokata). Ale niech bracia potwierdzą bo nie mam pewności.

 

1 godzinę temu, Jerzy napisał:

Najlepiej jakbyś nagrał sesję z terapeutką nie informując nikogo o tym, a następnie poszedł z tym do psychologa z prośbą o analizę. Wtedy będziesz miał odpowiedź na pytanie, co Twoja małża kombinuje. Jak się odkryjesz z dyktafonem to utrudnisz sobie zadanie, znowu będziesz ten zły, masz paranoję, węszysz wszędzie spisek itp.

Dokładnie. Jak tych sesji jest odpowiednio dużo to najpierw nagraj jedną (albo nawet kilka) nie informując o tym. Będziesz miał nagranie z sesji takiej jaka ona jest, czyli żona i terapeutka nie będą się ograniczały w manipulacjach wiedząc że są nagrywane. Ważne, dyktafon włączaj wcześniej żeby nikt się nie zorientował. Nawet osoby postronne. I żadnego włączania w kilku przed sesją bo to tez podejrzane. Trzeba by włączać przed spotkaniem z żoną w budynku terapeutki. Czyli nie wiem, jeszcze w domu przed wyjazdem (dyktafon musiał by mieć wiele godzin nagrywania, ale to dzisiaj nie problem).

Dopiero później poproś o możliwość nagrania (to też sprawi że nie będą podejrzewać że nagrywałeś już wcześniej).

Będziesz dzięki temu miał dwa rodzaje nagrań. Gdy wiedzą i gdy nie wiedzą. To też będzie dowód na to że próbowały Cię manipulować.

Edytowano przez imprudent_before_the_event
  • Like 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Dygresja mała - mój znajomy poszedł ze swoją partnerką na terapię dla par i pani psycholożka orzekła, że ten znajomy jest ok, ale jego partnerka jest popierdolona. Także solidarność jajników nie zawsze działa. Wspominam o tym na zasadzie potrzeby zachowania otwartego umysłu, bo być może terapeutka ma jakiś cień racji.

Natomiast to, co napisał @SSydney:

3 godziny temu, SSydney napisał:

gdyby Pani psycholożka choć w jednej kwestii przyznała ci rację i powiedziała "Pani małż wina leży po obu stronach i oboje macie problemy do przepracowania" byłaby to ostatnia wasza sesja.

znajduje pewne potwierdzenie w tej historii. Ze dwa czy trzy razy byli jeszcze potem, ale ostatecznie i tak stanęło na tym, że terapeutka jest głupia i się nie zna.

  • Like 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
3 godziny temu, Nerwicowiec75 napisał:

Można jakoś ograniczyć dostęp do wątku , np haslem lub dla wybranych userow lub przynajmniej zalogowanych ?

Ten wątek jest publiczny. I taki zostanie, z tego co rozumiem zasady Forum.

 

Możesz za to założyć osobny prywatny i pozapraszać Braci do niego, tylko zaproszeni zalogowani go zobaczą. 

 

Poza tym pilnuj na jakich urządzeniach się logujesz, zawsze tryb incognito i takie tam undercover podziemne ruchy.

13 minut temu, imprudent_before_the_event napisał:

Czyli nie wiem, jeszcze w domu przed wyjazdem

Tuz przed sesją szybkie nerwowe siku i w kibelku klik i smartfon włączony. I dyktafon zapasowy. Trudno, nagranie zacznie się dźwiękiem spuszczanej wody ;)

@Nerwicowiec75 co do terapii małżeńskich, wyszukaj i przejrzyj wątki Braci co na takowej byli.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)
8 minut temu, Jerzy napisał:

terapeutka jest głupia i się nie zna

U mnie tak było. Jedna sesja - terapeutka stwierdziła, że źle są poukładane relacje w rodzinie - że żona tworzy związek z dzieckiem, a nie ze mną. I ta jedna sesja okazała się ostatnią, no bo przecież terapeutka opowiada głupoty. Szkoda gadać.

Edytowano przez Pazur2000

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)

Na początku zanim nie znałem forum sam planowałem terapię. Później zobaczyłem, że to skończyłoby się tak jak u Ciebie. Połknąłem czerwoną tabletkę, przefiltrowałem wiedzę z forum, ciekawych kanałów na YT i zabrałem się do dzieła. Tak, mógłbym odejść i zostawić dzieci (za którymi szaleję) ale to najłatwiejsze rozwiązanie. Zabrałem się za siebie wolnymi krokami. Na początek to co najmniej wysiłku kosztuje a przynosi efekty od razu. Siłownia, dieta, ubiór ... Potem z czasem przyszła świadomość i przeskoczył trybik w głowie- robisz to dla siebie a nie dla kogokolwiek innego. Jesteś gotowy odejść w każdym momencie. Potem skupiłem się na poznaniu nowych ludzi z którymi mam teraz lepszy kontakt niż z niby prawdziwymi przyjaciółmi. Zacząłem być asertywny i przestałem pozwalać ludziom wchodzić sobie na głowę. Po wyprowadzce żony na kanapę nie prosiłem o powrót. Codziennie schludny ubiór, fryzura, odpowiednie nastawienie i ..... Panie, kuuurła cuda się dziejo. Trwało to wszystko rok. Ale warto było. Wrócił szacunek, radość, aż chce się żyć. Oczywiście oczy szeroko otwarte i czujność. Każdy shit test ze strony kogokolwiek niszczony jest w zarodku. Widzę, że żonie się to podoba. Tak samo z seksem. Niby broniła się przed pewnymi sprawami, ale jej nie słuchałem. Szedłem jak po swoje. Potem się dowiedziałem, że było nieziemsko. Utwierdziło mnie to w przekonaniu aby nie patrzeć na innych i nie słuchać pierdololo kobiet. Słuchać mądrej krytyki i wyciągać wnioski. Nie robić nic pod inną osobę. Sam jestem żaglem, sterem i okrętem. Przestałem robić cokolwiek pod żonę. Biznes kwitnie, koleżanki żony patrzą innym wzrokiem... Nie zrozum, że stałem się egoistą. Jak trzeba to przybiałorycerzę, ale tylko dlatego, że ja tak chcę. Jak trzeba być dżentelmenem to jestem. Dobrze, że znalazłem to forum. Chłopaki, odwalacie kawał dobrej roboty!

 

P.S Zaprowadziłem żonę do notariusza. Podpisała intercyzę 😁

Edytowano przez Marvin
  • Like 7
  • Dzięki 2

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)

dzięki chłopy za odpowiedzi. 

mam info do przemyśleń na wiele godzin. zaraz zabieram się do śledzenia wątków: @mirek_handlarz_ludzmi @Adolf @XYZ , @Marvin

 

na szybko: 

1.      blokowanie forum i moja "niewiedza" jak się chronić. Spokojnie , telefony poblokowane, komputer też, tryb incognito, hasła nie znane innym, więc ryzyko małe. Tylko jest ryzyko, że wejdzie przez google, czy w inny sposób się dowie (może od jakiegoś kolegi), że jest coś takiego i zacznie wertować, aż znajdzie. Znajdzie bo skojarzy fakty z życia , które się tutaj pojawią. A chcąc się tutaj jednak otworzyć i poszukać pomocy. Jeżeli znajdzie to miejsce, to będzie miała na tacy wszystko wyłożone. Tylko stąd są moje obawy. I wiadomo jest małe ryzyko, ale zawsze jest.  Szukałem opcji założenia tajnej grupy, ale nie widzę. możecie podpowiedzieć. 

2.      dyktafon, już wcześniej o tym myślałem i to będzie zrobione. 

3.      Zmiana na męskiego terapeutę też dobry pomysł. 

 

@Marvin podrzucić jakieś wątki, posty, youtuby , które szczególnie na Ciebie wpłynęły ? Myślę, że to też innym się przyda. 

Edytowano przez Nerwicowiec75
  • Like 1
  • Dzięki 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)

@Nerwicowiec75, nie będę oryginalny: 

 

- forum

- audycje Marka

- zen jaskiniowca na YT

- OcalSiebie na YT 

- Kobietopedia

- No more Mr Nice Guy

- Hieny, modliszki, czarne wdowy

- świadoma obserwacja otoczenia, związków i wyciąganie wniosków

- Alpha Małe Strategies AMS na YT

- Darius M na YT

 

Te dwie ostatnie pozycje to znalezisko sprzed paru dni z jakiegoś wątku z naszego forum. Nawet spoko chłopaki gadają. Nie ze wszystkim się zgadzam, ale kierunek jest właściwy. Tak z ciekawości słucham jak chłopaki zza oceanu walczą z niebiańskimi istotami 😉

 

 

Edytowano przez Marvin
  • Like 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
4 godziny temu, Nerwicowiec75 napisał:

Dzięki za odpowiedzi. 

 

Zaraz będę odpisywał . Ale najpierw proszę powiedzcie mi jak ograniczyć szansę , że ona się jednak dowie , lub przypadkiem wejdzie i skojarzy fakty ? 

Nie opisuj szczegółowo tych sytuacji. Bez faktów. Uwierz mi - to co tu opisujesz jest schematyczne do wyrzygania. 

 

Że tak się wyrażę - czasami nie warto pracować nad związkiem tylko wywalić kobietę na szrot i wziąć nowy, ładny model. To twój przypadek. 

  • Like 2

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Bądź aktywny! Zaloguj się lub utwórz konto

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to proste!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!

Zaloguj się

  • Podobna zawartość

    • Przez deleteduser28
      Tekst pochodzi z: https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-wampir-pracowal-w-szpitalu-byl-skazany-za-mord-rytualny,nId,2813692
       
      Ciężko uwierzyć, że mogło dojść do czegoś takiego w rzeczywistości, bo fabuła niczym w jakimś mrocznym filmie.
      Zawsze to lepsze, niż leczyć się psychiatrycznie w PL na NFZ, jednak i tak wyjątkowo ciężkie klimaty.
       
      Jeszcze skojarzyło mi się, jak w bajce "krowa i kurczak" był kiedyś motyw, jak czerwony sfałszował swoje papiery lekarskie, zmieniając słowo "psychiczny" na "psychiatra".

       
    • Przez t0rek
      Temat płaczu i wzbudzania poczucia winy u mężczyzny za płacz jego partnerki pojawiał się bardzo często. Tutaj ciekawy artykuł z psychologicznego fanpage'a "Evolutio - Psychoterapia Przez Ciało" - pogrubiłem ważne według mnie fragmenty:
       
      DLACZEGO PŁACZ JEST TAK ZAGRAŻAJĄCY?
       
      Płacz jest najpełniejszym aktem uznania i wyrażenia swojego bólu, bezsilności czy szczęścia. Jest równocześnie żywym świadectwem naszego człowieczeństwa, naszej kruchości i podatności na zranienie, jak i potężnej SIŁY NAPRAWCZEJ, która pozwala uczuciom osiąść, a układowi nerwowo- mięśniowemu przywrócić tonus spoczynkowy. 
      Płacz jest żywy, dotknie w nas tego, co zamarło, znieruchomiało, czy zesztywniało. „Każe” to odczuć, uznać i jeśli jesteśmy W ZGODZIE ZE SOBĄ PŁACZĄCYM: zapłakać. Jeśli nie: łykniemy, zepchniemy do środka i przykryjemy napięciem.
      Pozwolić sobie płakać, to uznać swoje uczucia i zgodzić się na ich przepływ. To stanąć otwarcie i odważnie wobec tego, co we mnie. To otoczyć się czułym ramieniem własnego zrozumienia i troski. To DAĆ SOBIE MIŁOŚĆ, gdy właśnie jej zabrakło.
      Możliwość płaczu jest tak silnie blokowana nie tylko dlatego, że skojarzona jest ze wstydem, czy słabością. Płacz jest wstrzymywany, bo łączy nas z nami samymi w pełni. A objąć pełnię, to OBJĄĆ CIENIE, KRZYWDY I WSTYDY. To objąć i KATA, i OFIARĘ. Objąć siebie. 
      Dlatego tak ważne jest, by obejmować dzieci, kiedy płaczą. By ich szlochające, rozedrgane ciałka miały doświadczenie oparcia w przyjmujących, bezpiecznych ramionach.
       
       
      „JAK TU ZROBIĆ, BY SIĘ NIE ROZPŁAKAĆ”- podstępne obrony
      W trakcie prowadzenia grup ćwiczeniowych obserwuje stale pojawiającą się potrzebę rozmawiania o płaczu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie oczekiwanie, że porozmawianie o płaczu przyniesie taki sam rezultat, jak popłakanie. W mniejszym stopniu potrzeba „omawiania” dotyczy również innych uczuć, ale płacz jest tym stanem, któremu towarzyszy największa chęć rozmawiania, a nie doświadczania.
      O ile złość budzi wyjściowo dużo oporu, to w trakcie praktyki, obawy topnieją, pojawia się przepływ i możliwość swobodnego wyrażania. Po zakończonym ćwiczeniu pozostaje żywa chęć, by wrócić do tego doświadczenia. Z płaczem jest zupełnie inaczej. Opór wyjściowy jest wysoki i utrzymuje się często przez większość praktyki, skutecznie hamując falę przepływających uczuć. Kiedy człowiek pozwolił sobie zapłakać i popłakać, nawet czując się potem dobrze, nie oznacza to wcale, że przy kolejnej możliwości będzie chciał wrócić do tego doświadczenia. Płacz jest chroniony wysoko zorganizowanym zasiekami, których zwykle nie mamy w kontakcie. Co więcej myślimy, że one są naturalne i niezbędne.
       
      Mam tu na myśli:
      • zaciskanie ust
      • przełykanie śliny
      • wciskanie palców w kąciki oczu
      • nie oddychanie
      • przepraszanie otoczenia
      • zezłoszczenie się na siebie
      • tłumaczenie się
      • ocenianie się
      • i całe spektrum uruchamianych przekonań.
       
      Te wszystkie sposoby służą jednemu: nie rozpłakać się. I wcale nie chodzi tu o niesprzyjające okoliczności, jak przebywanie akurat w pracy czy w metrze. Stwierdzenia: „nie płaczę od lat”, czy „nie płaczę od dzieciństwa” są powszechne. Często tym zdaniom towarzyszy duma i poczucie dobrze wykonanego zadania. Z czasem pojawia się niejasne poczucie straty. Bywa, że stajemy się umęczeni własną kontrolą i ograniczeniami z niej płynącymi. Zwykle też dość dokładnie pamiętamy moment decyzji, kiedy postanawiamy więcej nie płakać.
      I można by pomyśleć: „no i co z tego? Płacz nie jest nikomu potrzebny”. Tylko, że prawda jest zupełnie inna…
      Każde uczucie ma swój kanał ekspresji. Płacz jest głównym kanałem dla smutku. A smucenie się bez płakania (zwłaszcza długoterminowe) staje się procesem tłumienia, prowadzącym do rozpaczy i beznadziei. Smutek to uczucie, które WYMAGA CZUCIA. Mam wrażenie, że smutek, co raz częściej jest omawiany, a nie przeżywany. Stał się permanentnym stanem, obciążającym nas, posępnym i martwym. A smutek tak jak i każde inne uczucie, ma swoją dynamikę, przepływ i bardzo ważną cechę: PRZEMIJALNOŚĆ. Tę cechę obserwujemy u dzieci. One ani nie smucą się bez końca, ani ciągle się nie złoszczą, ani nie są stale radosne. Są w przepływie uczuć, pozwalając na tą zmienność i poddając się jej.
      Stało się tak, że smucenie się przestało być kojarzone z płakaniem, a jeśli już płaczemy, to mamy na myśli kilka niemych łez płynących po policzkach. To jest bardzo ograniczone płakanie. Można je porównać z tym, jakby nadchodziła burza, było ciemno, szaro, błyskało, a na koniec spadło tylko kilka kropli deszczu. Świat dalej zostaje ciężki i duszny.

      Płacz to szloch przy którym brzuch się rusza, z gardła płynął dźwięki, łkamy, broda i ręce się trzęsą, twarz jest mokra od łez, a z nosa cieknie. Zwykle trwa 10- 15 minut (mam na myśli osoby, które regularnie pozwalają sobie płakać), przebiega falami, które nas ponownie wzbudzają, aż dochodzi do uspokojenia, wyciszenia i odpoczynku.
      Po płaczu oddychamy głęboko (spontanicznie, bez udziału woli), twarz jest miękka, gardło rozluźnione, całe ciało delikatnie pulsuje. Pojawia się coś, co nazwałabym wewnętrzną słodyczą: połączenie smutku, z ulgą i ukojeniem. Głowa jest przyjemnie ciężka, myśli spokojnie płyną.
      Można by się zastanowić, dlaczego skoro tak dobrze czujemy się po płaczu, unikamy go, jak ognia?
      Mam wrażenie, że o ile kontakt ze złością daje nam poczucie siły i sprawczości, to przeżywanie smutku oznacza poddanie się uczuciom, które czynią nas bezbronnymi, przypominając o naszej kruchości, o naszej podatności na zranienia i o bólu, którego doświadczyliśmy. Płacząc uznajemy swoją słabość i zależność od innych.
      Czujemy się odkryci.
       
      Jeśli do tego dołączymy przekazy:
      • i co się mażesz...
      • nie ma, co płakać!
      • tylko słabeusze płaczą...
      • płakanie Ci nie pomoże...
      • chłopaki nie płaczą!
      • zaraz dam Ci powód do płaczu!

      I doświadczenia:
      • kiedy w trakcie płaczu byliśmy upokorzeni,
      • gdy widzieliśmy innych ciągle rozpaczających, a bezmiar ich uczuć przykrywał wszystko inne, w tym nas i nasze potrzeby,
      • gdy byliśmy karani za płacz,
      • gdy nie mogliśmy zatrzymać płaczu i narażało nas to na dalsze cierpienia,
      • gdy płakaliśmy w samotności i nie było „do kogo płakać”.
       
      Nic dziwnego, że płacz stał się tak zagrażający.
      Myślę, że jest jeszcze jeden ważny powód. Przeczuwamy, że płacz może połączyć nas z głęboko skrywaną, często zaprzeczoną rozpaczą. O ile czujemy, że nad smutkiem możemy zapanować, tłumiąc go, to pozwalając sobie na głębokie zapłakanie obawiamy się, że dotkniemy rozpaczy otwierając bezdenną studnię, zalewających uczuć. Wierzymy, że kiedy je spychamy, one przestają istnieć. Niestety chroniąc się przed odczuwaniem jednych uczuć, ograniczamy możliwość przeżywania innych, również tych pozytywnych, takich jak radość czy przyjemność.

      Lowen mówi: „Płacz wyraża akceptację naszej ludzkiej natury…”, a to znaczy zgodę na to, że różne rzeczy nas dotykają, bolą i potrzebują być uznane i wyrażone. Pozwolenie sobie na płacz jest aktem potwierdzającym prawo do czucia i przeżywania naszych uczuć. Z jednej strony płacz zbliża nas do bolesnych uczuć, z drugiej pozwala je akceptować, a z czasem, co raz lepiej przyjmować, co z kolei wpływa na zdolność przeżywania uczuć przyjemnych. Lowen bezpośrednio łączy: na ile możesz płakać, na tyle możesz przeżywać przyjemność (w tym tą seksualną), na ile możesz się złościć, na tyle możesz czuć radość.
      Tłumienie uczuć nie jest operacją selektywną. Tłumiąc jedno uczucie wpływamy na inne. Limitując przeżywanie jednych uczuć, ograniczamy możliwość ekspresji innych. Kiedy spłycamy oddech i zaciskamy usta, by się nie rozpłakać, to nie tylko blokujemy kontakt ze smutkiem, ale wpływamy na całą nasza psychofizjologię: począwszy od nastroju, zakończywszy na objawach fizycznych.
      Tłumienie uczuć usztywnia nasze ciało. Powstaje zorganizowany pancerz mięśniowy, który przez lata traktujemy jako swoje najlepsze uposażenie. Zbroja, która kiedyś miała chronić, z czasem staje się ciężarem noszonym każdego dnia, którego sztywność ogranicza oddech, zabiera spontaniczność, a w końcu niszczy żywotność. Właśnie dlatego płacz jest tak silnie ustawiony w konflikcie do obron ego, które pamięta dlaczego powstała zbroja i przed czym miała ochronić. Ego „każe się trzymać”, pozwolenie na płacz oznacza zagrożenie dla sztywności, która kiedyś ratowała przed nadmiernym bólem. 

      Kiedy zaczynamy płakać pojawia się szloch, przepona się porusza więc głębiej oddychamy, wydobywają się dźwięki. To wszystko sprawi, że poczujemy nasz smutek, ten z dziś, a jeśli dotąd był wypierany, również ten z kiedyś.
      Lowen opisuje smutek jako pierwotną utratę obiektu miłości. Coś co było źródłem szczęścia i przyjemności zostaje utracone, stąd pojawia się ból, ale równocześnie towarzyszy temu wspomnienie ciepłych, napełniających uczuć, doświadczania wzajemności, przepływu i bliskości.
       
      I tak używając tego odniesienia wyróżnia:
      • SMUTEK, kiedy wspomnienie dobrych uczuć przeważa nad cierpieniem
      • ŻAL, kiedy ból utraty przeważa nad dobrymi przeżyciami, trudno jest je mieć w kontakcie, trudno wspominać, czy tęsknić.
      • ROZPACZ, kiedy ból dominuje zabierając całkowicie przyjemność, nawet tą wspominaną. To uczucie, gdzie brakuje nadziej, że aktualna sytuacja może minąć, że przyjdzie coś dobrego, że pojawi się nowy „dobry obiekt”.
      Każdemu z tych uczuć należy się uznanie. Każde potrzebuje czasu i miejsca na wybrzmienie. Każde domaga się ekspresji.
      I każde potrzebuje PŁACZU.
      A właściwie to my potrzebujemy płakać, by pozostać żywymi, czującym, po prostu ludzkimi wobec naszych doświadczeń i historii.
       
      Marzena Barszcz
      Psychoterapeuta w Analizie Bioenergetycznej
       
    • Przez BrightStar
      Co sądzicie o tezach tej Pani? Dla mnie manipuluję i przedstawia strasznie skrajny obraz rzeczywistości na korzyść korporacji watykańskiej. Już sam fakt, że mianuję się psychologiem, a uważa że psychologia i psychoterapia nie ma nic na poparcie swoich tez jest absurdalny i wrzucanie wszystkich technik do jednego wora też nie najlepiej świadczy. Nie podawanie żadnych alternatyw, to kolejny argument przeciw.
    • Przez RRRR_WWWW
      Hey,
       
      Niedawno brałem ślub, po 10 latach a teraz jest mega krysys ale taki na max.
      Rozmawiamy o terapii u psychologa? czy ktoś był na czymś takim? możecie opisać jaki to na wasz związek efekt wywarło?
    • Przez Tamten Pan
      Jak wiecie od pewnego czasu zmagam się z depresją.
      W takim stanie umysł naturalnie ciągnie w stronę negatywnej i dołującej muzyki. Np. uwielbiam Nine Inch Nails, ale słuchanie tego typu przekazu jeszcze bardziej pogrąża i dołuję.
       
      Przypomniało mi się, że podczas mojego ostatniego epizodu depresyjnego ponad 2 lata temu dosłownie zacząłem zmuszać się do słuchania pozytywnej muzyki i bardzo mi pomagało. Po jakimś czasie autentycznie poczułem się lepiej, mój mózg wypełnił się pozytywnymi tekstami i dobrymi wibracjami. 
       
      Muzyka niewątpliwie bardzo mocno wpływa na podświadomość, gdyby tak nie było to muzykoterapia nie miałaby racji bytu, tymczasem mamy na całym świecie mnóstwo instytutów muzykoterapii, wiele efektów w pracy z autyzmem, depresją, PTSD itp, itd.
       
      ***Wklejamy w tym temacie pozytywne utwory/piosenki które zawsze podnoszą nas na duchu, poprawiają humor i nastrój, kiedy czujemy się po prostu chujowo.
      Od muzyki poważnej po rockową.***
       
      Prosiłbym tylko o niewklejanie muzyki z negatywnymi tekstami (aka "moje życie jest chujowe, wszystko się sypie, świat jest niesprawiedliwy"), prawilnych rapsów o ziomkach, jebaniu policji & karynek z przekleństwami co drugie słowo , oraz oczywistych kawałków które wszyscy znają i które co chwilę lecą w radiu, np. "We Will Rock You" Queen i innych mega znanych szlagierów które każdy słyszał już co najmniej miliard razy.
      Poza tym, anything goes.
       
      Może skompilujemy tutaj fajną samczą playlistę dającą nam siły i mocy.
      Pozytywne teksty i pozytywne wibracje.
       
      Ok, ja zaczynam.
      Wczoraj niechcący natrafiłem na youtube zespół który mocno poprawił mi nastrój. Zespół niestety już nie istnieje od 1999 roku, ale muzyka mega pozytywna i do tego ambitna. Nie mogę przestać słuchać:
      Wkleiłem tylko dwa utwory, ale polecam ich całą dyskografię. Nawet te wolniejsze i bardziej spokojne utwory bardzo dobrze na mnie działają.
       
      The Heavy, również polecam. Ich "How You Like Me Now" również świetne.
       
      Popieprzony Primus z genialnym Les Claypoolem. Oglądacie South Park? Kto gra czołówkę? Oni  
       
      Electric Six, od nich również polecam wszystko na poprawę nastroju. Możnaby powiedzieć, że to taki amerykański Big Cyc/Nocny Kochanek (w sensie, że grają dla jaj i ich teksty są w 95% o niczym), tylko dużo lepszy muzycznie od BC. 
      "Naked Pictures of Your Mother":
      https://www.youtube.com/watch?v=ej19bbA9Pcw
       
      Lecimy dalej. Trochę wyższej kultury, żeby się odchamić. A. Corelli:
      Muzyka barokowa podobno bardzo dobrze oddziałowuje na psychikę. Do tej playlisty dodałem póki co 5 utworów, jest też Vivaldi, Boccherini oraz koncerty na trąbkę.
      Bardzo polecam. Wspomaga też myślenie i koncentrację. 
       
       
       
×

Ważne informacje

Umieściliśmy pliki cookie na Twoim urządzeniu, aby pomóc Ci ulepszyć tę witrynę. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym razie zakładamy, że możesz kontynuować.