Skocz do zawartości
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

Polecane posty

Napisano (edytowany)
2 godziny temu, SSydney napisał:

@Punisher jak idą przygotowania? Wziąłeś sobie moje i braci rady do serca? Mam nadzieję, że masz już parę gb dowodów na "ukochaną". 

Jeśli nie to już spaliłeś start ale myślę, że da się to nadrobić.

It's time to start the game. 

 

Jeszcze jedna rada nie miej skrupułów ona nie okaże ci litości, gdy już będziesz na dnie, nie miej złudzeń.

 

Powodzenia bracie. 

 

Chyba nie do końca się Was posłuchałem, bo sumie wylądowałem sam u Pani terapeutki. Ale już pędzę się tłumaczyć.

1. Cała ta terapia z żoną dla mnie była bez sensu, wysłuchiwałem tylko na niej jaki to jestem zły, że to, że tamto. Gdy mówiłem o swoich odczuciach, to zaczynało się beczenie. Ze strony terapeutki mogło to wyglądać bardzo na moją niekorzyść, bo żona przedstawiała siebie jako tą poszkodowaną, a ja się tłumaczyłem.  Po spotkaniach wychodziłem wkurwniony i miałem ochotę piznąć wszystko i odejść. Gdyby nie dzieciaki to bym tak zrobił. Nie wiem jaki jest sens takich terapii, być może tak musi być. Nie wiem, nie znam się. Ogólnie nie widziałem jakichś postępów (zadania domowe nie były odrabiane) to po chuj to ciągnąć.

 

2. Podejście terapeutki. Gdy słyszała cały czas, jaki to ja jestem zły itp. I wszystkie sytuacje w domu (nie mam lekkiego charakteru) były opisywane przez żonę z odpowiednim wyolbrzymieniem, to ona mogła czasem stwierdzić, że np.  ja buduje napięcie. Ale jak jej mówiłem, że czuje się tutaj szykanowany, że jak coś powiem to zaraz jest płacz i lament, że nie jestem w stanie nic powiedzieć, to terapeutka miałem wrażenie, że staje po mojej stronie i mówi, że to nie moja wina , że nie jestem tutaj "tym złym". Chociaż też zwracała uwagę, że coś mogłem zrobić inaczej (nie dosłownie, tylko w ramach sugestii, np. "czy nie sądzi Pan, że byłby lepiej, gdyby powiedział Pan tak ...)  Więc nie wiem, może mylnie, ale jakoś nie jestem do terapeutki wrogo nastawiony po tych kilku spotkaniach. Więc przystałem na indywidualne spotkania, na razie dwa razy byłem. Zresztą kilka razy sam sugerowałem spotkanie z nią w 4 oczy, bo przy żonie nie da się rozmawiać. Ale nie miałem na celu (wtedy jeszcze) indywidualnej.

 

3. Terapia indywidualna. Na niej mają być poruszane moje problemy . Powiem Wam (chyba, że już pisałem), że sam potrzebowałem jakiejś terapii, bo mam problemy ze stresem, emocjami. Więc wspólna mi nie odpowiadała, to przystałem na indywidualną. Zasady jakie ustaliliśmy , to że będziemy rozmawiali o mnie i nie ma już możliwości powrotu do terapii wspólnej u tej terapeutki. Powiem Wam, że naprawdę potrzebowałem konsultacji z psychologiem, już nawet przed małżeńską  szukałem kogoś. Tylko u mnie w mieście znaleźć dobrego terapeutę, to jakby szukać igły w stogu siana. A ta babka ma dobre opinie w mieście no i znała już trochę mnie i sytuację. Zresztą pomyślałem sobie , że pierdolę co myśli żona, ja chcę to zrobić dla siebie i ma to tylko i wyłącznie mi pomóc , wiec w tym momencie jestem egoista i robię co czego JA potrzebuję. 

Jednak cały czas się zastanawiam, czy dobrze zrobiłem.  Bo indywidualna mi pomoże, ale nie zmieni nic w związku. Z drugiej strony jak sobie poukładam w tej pomieszanej bani , to będę spokojniejszy i logiczniej będę w stanie ocenić sytuacje i podjąć pewne stanowcze decyzje. Związku moim zdaniem nie naprawi się na terapii, tylko w domu. Terapia ma być tylko drogowskazem, a praca jest w domu.

 

4. Jednak mam gdzieś z tyłu głowy myśl, że idąc tam postawiłem siebie w roli winnego rozjebanego małżeństwa (tutaj zaznaczam, że mówiłem o tym terapeutce i ona zaprzeczała temu wielokrotnie) oraz druga sprawa, że na terapii przynajmniej konfrontowane były nasze uczucia, nasze problemy. A teraz nie ma o tym mowy, bo w domu specjalnie nie rozmawiamy o nas. Ja nie mam zamiaru znowu biegać za żoną i dopytywać się . Sam nie wiem, czy dobrze zrobiłem. W sumie teraz mogę zaciągnąć żonę do innego terapeuty faceta, bo terapeutka jest już moja :) to tak trochę żartobliwie, ale jest to jakaś z opcji.  Ogólnie miałem tylko dwie sesje z terapeutką, więc jeszcze nie jest za dużo, aby wrócić do starego systemu wspólnych spotkań. Tutaj proszę Was o poradę dla zagubionego brata, czy dobrze postąpiłem. Z drugiej też strony w przypadku rozwodu terapeutka nie będzie mogła być stroną, bo jest moją indywidualną terapeutką  teraz, więc gdyby coś zeznawała, to by straciła mandat na prowadzenie terapii w mieście. Etycznie byłaby ubita. 

 

5. Jeżeli chodzi o rady od Was, to generalnie wywaliłem jajca na większość rzeczy . Nie zabiegam o względy, nie biegam za dziurą, nie błagam o jej uwagę, jestem obojętny - ma teraz sama do mnie przyleźć i błagać o uczucia. Albo skończy się rozstaniem, albo się ogarnie. Ale wiem, że sama też nie odejdzie. Przestałem skupiać się nad porządkiem w domu, często leże i odpoczywam, gdy mam ochotę. Mam w planach wdrożyć wyjścia z kumplami na miasto, ale muszę odnowić trochę znajomości. Skupiam się na sobie, na sporcie, na rozwoju oraz na dzieciakach. Spędzam z nimi czas, bawię się i nimi zajmuję. Ogólnie teraz jestem ja i dzieci. Ona ma się dopasować.

 

Wiem, że pewnie niektórzy z Was mnie nie zrozumieją i szykuje mi się opierdol, ale trudno. Konstruktywny opierdol nie jest zły.

Edytowano przez Punisher

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Spotkania u terapeuty cudów nie przyniosą A Panie są bardzo odporne na to, co słyszą w trakcie spotkań. Szybko sobie racjonalizują i są przekonane o swoich racjach. Szkoda czasu moim zdaniem, w Twojej sytuacji.

 

Pracuj nad sobą i nie zwracaj uwagi na kobietę bo ona na Twoje potrzeby i rozterki ma wyjebane totalnie.

Gdy za kilka miesięcy ustabilizujesz sobie głowę to wtedy podejmuj decyzje. 

 

PS. Poczytaj wątek brata @Szkaradny o technice szarego kamienia. Powinno Ci się spodobać 

  • Like 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Nie zdążyłem wyedytować poprzedniego postu, więc  tutaj dopiszę końcówkę:

(...)

Wiem, że pewnie niektórzy z Was mnie nie zrozumieją i szykuje mi się opierdol, ale trudno. Konstruktywny opierdol nie jest zły.  Żyje już za długo w tej toksycznej sytuacji, a jestem gościem emocjonalnym i przeżywam strasznie, że mi się pierdoli związek. A zawsze był to dla mnie fundament, zawsze chciałem mieć szczęśliwą rodzinę, bo sam jej nie miałem w domu i obiecywałem sobie, że tak u mnie nie będzie. A teraz sytuacja się powtarza ;(. Więc wewnętrznie mnie to rozpierdala.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@Punisher, popraw mnie jeżeli się mylę, ale nie zerknąłeś do żadnej z proponowanych pozycji literatury. Czy masz w ogóle jakiś plan naprawczy? Czy terapia dała ci coś pozyteywnego oprócz wbijanie cię w poczucie winy, bo mimo uczęszczania na tareapie wydaje się że nadal kręcisz się w miescu.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Własna terapia jest OK na tym etapie. Zawsze to możliwość wygadania się. Koledzy nie zawsze mają czas i nie zawsze rozumieja. Co do związku ? Na to nie ma recepty innej niż powtarzana tutaj. Zacznij od siebie. Bez tego związek jest skazany na zagładę. Jak pisałeś , zajmij się dziećmi,sobą. Pokaż że jesteś mężczyzną. Może się uda, może coś zaskoczy w głowie żony. Bez tego to równia pochyła.

 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Bądź aktywny! Zaloguj się lub utwórz konto

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to proste!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!

Zaloguj się

  • Podobna zawartość

    • Przez deleteduser28
      Tekst pochodzi z: https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-wampir-pracowal-w-szpitalu-byl-skazany-za-mord-rytualny,nId,2813692
       
      Ciężko uwierzyć, że mogło dojść do czegoś takiego w rzeczywistości, bo fabuła niczym w jakimś mrocznym filmie.
      Zawsze to lepsze, niż leczyć się psychiatrycznie w PL na NFZ, jednak i tak wyjątkowo ciężkie klimaty.
       
      Jeszcze skojarzyło mi się, jak w bajce "krowa i kurczak" był kiedyś motyw, jak czerwony sfałszował swoje papiery lekarskie, zmieniając słowo "psychiczny" na "psychiatra".

       
    • Przez t0rek
      Temat płaczu i wzbudzania poczucia winy u mężczyzny za płacz jego partnerki pojawiał się bardzo często. Tutaj ciekawy artykuł z psychologicznego fanpage'a "Evolutio - Psychoterapia Przez Ciało" - pogrubiłem ważne według mnie fragmenty:
       
      DLACZEGO PŁACZ JEST TAK ZAGRAŻAJĄCY?
       
      Płacz jest najpełniejszym aktem uznania i wyrażenia swojego bólu, bezsilności czy szczęścia. Jest równocześnie żywym świadectwem naszego człowieczeństwa, naszej kruchości i podatności na zranienie, jak i potężnej SIŁY NAPRAWCZEJ, która pozwala uczuciom osiąść, a układowi nerwowo- mięśniowemu przywrócić tonus spoczynkowy. 
      Płacz jest żywy, dotknie w nas tego, co zamarło, znieruchomiało, czy zesztywniało. „Każe” to odczuć, uznać i jeśli jesteśmy W ZGODZIE ZE SOBĄ PŁACZĄCYM: zapłakać. Jeśli nie: łykniemy, zepchniemy do środka i przykryjemy napięciem.
      Pozwolić sobie płakać, to uznać swoje uczucia i zgodzić się na ich przepływ. To stanąć otwarcie i odważnie wobec tego, co we mnie. To otoczyć się czułym ramieniem własnego zrozumienia i troski. To DAĆ SOBIE MIŁOŚĆ, gdy właśnie jej zabrakło.
      Możliwość płaczu jest tak silnie blokowana nie tylko dlatego, że skojarzona jest ze wstydem, czy słabością. Płacz jest wstrzymywany, bo łączy nas z nami samymi w pełni. A objąć pełnię, to OBJĄĆ CIENIE, KRZYWDY I WSTYDY. To objąć i KATA, i OFIARĘ. Objąć siebie. 
      Dlatego tak ważne jest, by obejmować dzieci, kiedy płaczą. By ich szlochające, rozedrgane ciałka miały doświadczenie oparcia w przyjmujących, bezpiecznych ramionach.
       
       
      „JAK TU ZROBIĆ, BY SIĘ NIE ROZPŁAKAĆ”- podstępne obrony
      W trakcie prowadzenia grup ćwiczeniowych obserwuje stale pojawiającą się potrzebę rozmawiania o płaczu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie oczekiwanie, że porozmawianie o płaczu przyniesie taki sam rezultat, jak popłakanie. W mniejszym stopniu potrzeba „omawiania” dotyczy również innych uczuć, ale płacz jest tym stanem, któremu towarzyszy największa chęć rozmawiania, a nie doświadczania.
      O ile złość budzi wyjściowo dużo oporu, to w trakcie praktyki, obawy topnieją, pojawia się przepływ i możliwość swobodnego wyrażania. Po zakończonym ćwiczeniu pozostaje żywa chęć, by wrócić do tego doświadczenia. Z płaczem jest zupełnie inaczej. Opór wyjściowy jest wysoki i utrzymuje się często przez większość praktyki, skutecznie hamując falę przepływających uczuć. Kiedy człowiek pozwolił sobie zapłakać i popłakać, nawet czując się potem dobrze, nie oznacza to wcale, że przy kolejnej możliwości będzie chciał wrócić do tego doświadczenia. Płacz jest chroniony wysoko zorganizowanym zasiekami, których zwykle nie mamy w kontakcie. Co więcej myślimy, że one są naturalne i niezbędne.
       
      Mam tu na myśli:
      • zaciskanie ust
      • przełykanie śliny
      • wciskanie palców w kąciki oczu
      • nie oddychanie
      • przepraszanie otoczenia
      • zezłoszczenie się na siebie
      • tłumaczenie się
      • ocenianie się
      • i całe spektrum uruchamianych przekonań.
       
      Te wszystkie sposoby służą jednemu: nie rozpłakać się. I wcale nie chodzi tu o niesprzyjające okoliczności, jak przebywanie akurat w pracy czy w metrze. Stwierdzenia: „nie płaczę od lat”, czy „nie płaczę od dzieciństwa” są powszechne. Często tym zdaniom towarzyszy duma i poczucie dobrze wykonanego zadania. Z czasem pojawia się niejasne poczucie straty. Bywa, że stajemy się umęczeni własną kontrolą i ograniczeniami z niej płynącymi. Zwykle też dość dokładnie pamiętamy moment decyzji, kiedy postanawiamy więcej nie płakać.
      I można by pomyśleć: „no i co z tego? Płacz nie jest nikomu potrzebny”. Tylko, że prawda jest zupełnie inna…
      Każde uczucie ma swój kanał ekspresji. Płacz jest głównym kanałem dla smutku. A smucenie się bez płakania (zwłaszcza długoterminowe) staje się procesem tłumienia, prowadzącym do rozpaczy i beznadziei. Smutek to uczucie, które WYMAGA CZUCIA. Mam wrażenie, że smutek, co raz częściej jest omawiany, a nie przeżywany. Stał się permanentnym stanem, obciążającym nas, posępnym i martwym. A smutek tak jak i każde inne uczucie, ma swoją dynamikę, przepływ i bardzo ważną cechę: PRZEMIJALNOŚĆ. Tę cechę obserwujemy u dzieci. One ani nie smucą się bez końca, ani ciągle się nie złoszczą, ani nie są stale radosne. Są w przepływie uczuć, pozwalając na tą zmienność i poddając się jej.
      Stało się tak, że smucenie się przestało być kojarzone z płakaniem, a jeśli już płaczemy, to mamy na myśli kilka niemych łez płynących po policzkach. To jest bardzo ograniczone płakanie. Można je porównać z tym, jakby nadchodziła burza, było ciemno, szaro, błyskało, a na koniec spadło tylko kilka kropli deszczu. Świat dalej zostaje ciężki i duszny.

      Płacz to szloch przy którym brzuch się rusza, z gardła płynął dźwięki, łkamy, broda i ręce się trzęsą, twarz jest mokra od łez, a z nosa cieknie. Zwykle trwa 10- 15 minut (mam na myśli osoby, które regularnie pozwalają sobie płakać), przebiega falami, które nas ponownie wzbudzają, aż dochodzi do uspokojenia, wyciszenia i odpoczynku.
      Po płaczu oddychamy głęboko (spontanicznie, bez udziału woli), twarz jest miękka, gardło rozluźnione, całe ciało delikatnie pulsuje. Pojawia się coś, co nazwałabym wewnętrzną słodyczą: połączenie smutku, z ulgą i ukojeniem. Głowa jest przyjemnie ciężka, myśli spokojnie płyną.
      Można by się zastanowić, dlaczego skoro tak dobrze czujemy się po płaczu, unikamy go, jak ognia?
      Mam wrażenie, że o ile kontakt ze złością daje nam poczucie siły i sprawczości, to przeżywanie smutku oznacza poddanie się uczuciom, które czynią nas bezbronnymi, przypominając o naszej kruchości, o naszej podatności na zranienia i o bólu, którego doświadczyliśmy. Płacząc uznajemy swoją słabość i zależność od innych.
      Czujemy się odkryci.
       
      Jeśli do tego dołączymy przekazy:
      • i co się mażesz...
      • nie ma, co płakać!
      • tylko słabeusze płaczą...
      • płakanie Ci nie pomoże...
      • chłopaki nie płaczą!
      • zaraz dam Ci powód do płaczu!

      I doświadczenia:
      • kiedy w trakcie płaczu byliśmy upokorzeni,
      • gdy widzieliśmy innych ciągle rozpaczających, a bezmiar ich uczuć przykrywał wszystko inne, w tym nas i nasze potrzeby,
      • gdy byliśmy karani za płacz,
      • gdy nie mogliśmy zatrzymać płaczu i narażało nas to na dalsze cierpienia,
      • gdy płakaliśmy w samotności i nie było „do kogo płakać”.
       
      Nic dziwnego, że płacz stał się tak zagrażający.
      Myślę, że jest jeszcze jeden ważny powód. Przeczuwamy, że płacz może połączyć nas z głęboko skrywaną, często zaprzeczoną rozpaczą. O ile czujemy, że nad smutkiem możemy zapanować, tłumiąc go, to pozwalając sobie na głębokie zapłakanie obawiamy się, że dotkniemy rozpaczy otwierając bezdenną studnię, zalewających uczuć. Wierzymy, że kiedy je spychamy, one przestają istnieć. Niestety chroniąc się przed odczuwaniem jednych uczuć, ograniczamy możliwość przeżywania innych, również tych pozytywnych, takich jak radość czy przyjemność.

      Lowen mówi: „Płacz wyraża akceptację naszej ludzkiej natury…”, a to znaczy zgodę na to, że różne rzeczy nas dotykają, bolą i potrzebują być uznane i wyrażone. Pozwolenie sobie na płacz jest aktem potwierdzającym prawo do czucia i przeżywania naszych uczuć. Z jednej strony płacz zbliża nas do bolesnych uczuć, z drugiej pozwala je akceptować, a z czasem, co raz lepiej przyjmować, co z kolei wpływa na zdolność przeżywania uczuć przyjemnych. Lowen bezpośrednio łączy: na ile możesz płakać, na tyle możesz przeżywać przyjemność (w tym tą seksualną), na ile możesz się złościć, na tyle możesz czuć radość.
      Tłumienie uczuć nie jest operacją selektywną. Tłumiąc jedno uczucie wpływamy na inne. Limitując przeżywanie jednych uczuć, ograniczamy możliwość ekspresji innych. Kiedy spłycamy oddech i zaciskamy usta, by się nie rozpłakać, to nie tylko blokujemy kontakt ze smutkiem, ale wpływamy na całą nasza psychofizjologię: począwszy od nastroju, zakończywszy na objawach fizycznych.
      Tłumienie uczuć usztywnia nasze ciało. Powstaje zorganizowany pancerz mięśniowy, który przez lata traktujemy jako swoje najlepsze uposażenie. Zbroja, która kiedyś miała chronić, z czasem staje się ciężarem noszonym każdego dnia, którego sztywność ogranicza oddech, zabiera spontaniczność, a w końcu niszczy żywotność. Właśnie dlatego płacz jest tak silnie ustawiony w konflikcie do obron ego, które pamięta dlaczego powstała zbroja i przed czym miała ochronić. Ego „każe się trzymać”, pozwolenie na płacz oznacza zagrożenie dla sztywności, która kiedyś ratowała przed nadmiernym bólem. 

      Kiedy zaczynamy płakać pojawia się szloch, przepona się porusza więc głębiej oddychamy, wydobywają się dźwięki. To wszystko sprawi, że poczujemy nasz smutek, ten z dziś, a jeśli dotąd był wypierany, również ten z kiedyś.
      Lowen opisuje smutek jako pierwotną utratę obiektu miłości. Coś co było źródłem szczęścia i przyjemności zostaje utracone, stąd pojawia się ból, ale równocześnie towarzyszy temu wspomnienie ciepłych, napełniających uczuć, doświadczania wzajemności, przepływu i bliskości.
       
      I tak używając tego odniesienia wyróżnia:
      • SMUTEK, kiedy wspomnienie dobrych uczuć przeważa nad cierpieniem
      • ŻAL, kiedy ból utraty przeważa nad dobrymi przeżyciami, trudno jest je mieć w kontakcie, trudno wspominać, czy tęsknić.
      • ROZPACZ, kiedy ból dominuje zabierając całkowicie przyjemność, nawet tą wspominaną. To uczucie, gdzie brakuje nadziej, że aktualna sytuacja może minąć, że przyjdzie coś dobrego, że pojawi się nowy „dobry obiekt”.
      Każdemu z tych uczuć należy się uznanie. Każde potrzebuje czasu i miejsca na wybrzmienie. Każde domaga się ekspresji.
      I każde potrzebuje PŁACZU.
      A właściwie to my potrzebujemy płakać, by pozostać żywymi, czującym, po prostu ludzkimi wobec naszych doświadczeń i historii.
       
      Marzena Barszcz
      Psychoterapeuta w Analizie Bioenergetycznej
       
    • Przez BrightStar
      Co sądzicie o tezach tej Pani? Dla mnie manipuluję i przedstawia strasznie skrajny obraz rzeczywistości na korzyść korporacji watykańskiej. Już sam fakt, że mianuję się psychologiem, a uważa że psychologia i psychoterapia nie ma nic na poparcie swoich tez jest absurdalny i wrzucanie wszystkich technik do jednego wora też nie najlepiej świadczy. Nie podawanie żadnych alternatyw, to kolejny argument przeciw.
    • Przez RRRR_WWWW
      Hey,
       
      Niedawno brałem ślub, po 10 latach a teraz jest mega krysys ale taki na max.
      Rozmawiamy o terapii u psychologa? czy ktoś był na czymś takim? możecie opisać jaki to na wasz związek efekt wywarło?
    • Przez Tamten Pan
      Jak wiecie od pewnego czasu zmagam się z depresją.
      W takim stanie umysł naturalnie ciągnie w stronę negatywnej i dołującej muzyki. Np. uwielbiam Nine Inch Nails, ale słuchanie tego typu przekazu jeszcze bardziej pogrąża i dołuję.
       
      Przypomniało mi się, że podczas mojego ostatniego epizodu depresyjnego ponad 2 lata temu dosłownie zacząłem zmuszać się do słuchania pozytywnej muzyki i bardzo mi pomagało. Po jakimś czasie autentycznie poczułem się lepiej, mój mózg wypełnił się pozytywnymi tekstami i dobrymi wibracjami. 
       
      Muzyka niewątpliwie bardzo mocno wpływa na podświadomość, gdyby tak nie było to muzykoterapia nie miałaby racji bytu, tymczasem mamy na całym świecie mnóstwo instytutów muzykoterapii, wiele efektów w pracy z autyzmem, depresją, PTSD itp, itd.
       
      ***Wklejamy w tym temacie pozytywne utwory/piosenki które zawsze podnoszą nas na duchu, poprawiają humor i nastrój, kiedy czujemy się po prostu chujowo.
      Od muzyki poważnej po rockową.***
       
      Prosiłbym tylko o niewklejanie muzyki z negatywnymi tekstami (aka "moje życie jest chujowe, wszystko się sypie, świat jest niesprawiedliwy"), prawilnych rapsów o ziomkach, jebaniu policji & karynek z przekleństwami co drugie słowo , oraz oczywistych kawałków które wszyscy znają i które co chwilę lecą w radiu, np. "We Will Rock You" Queen i innych mega znanych szlagierów które każdy słyszał już co najmniej miliard razy.
      Poza tym, anything goes.
       
      Może skompilujemy tutaj fajną samczą playlistę dającą nam siły i mocy.
      Pozytywne teksty i pozytywne wibracje.
       
      Ok, ja zaczynam.
      Wczoraj niechcący natrafiłem na youtube zespół który mocno poprawił mi nastrój. Zespół niestety już nie istnieje od 1999 roku, ale muzyka mega pozytywna i do tego ambitna. Nie mogę przestać słuchać:
      Wkleiłem tylko dwa utwory, ale polecam ich całą dyskografię. Nawet te wolniejsze i bardziej spokojne utwory bardzo dobrze na mnie działają.
       
      The Heavy, również polecam. Ich "How You Like Me Now" również świetne.
       
      Popieprzony Primus z genialnym Les Claypoolem. Oglądacie South Park? Kto gra czołówkę? Oni  
       
      Electric Six, od nich również polecam wszystko na poprawę nastroju. Możnaby powiedzieć, że to taki amerykański Big Cyc/Nocny Kochanek (w sensie, że grają dla jaj i ich teksty są w 95% o niczym), tylko dużo lepszy muzycznie od BC. 
      "Naked Pictures of Your Mother":
      https://www.youtube.com/watch?v=ej19bbA9Pcw
       
      Lecimy dalej. Trochę wyższej kultury, żeby się odchamić. A. Corelli:
      Muzyka barokowa podobno bardzo dobrze oddziałowuje na psychikę. Do tej playlisty dodałem póki co 5 utworów, jest też Vivaldi, Boccherini oraz koncerty na trąbkę.
      Bardzo polecam. Wspomaga też myślenie i koncentrację. 
       
       
       
×

Ważne informacje

Umieściliśmy pliki cookie na Twoim urządzeniu, aby pomóc Ci ulepszyć tę witrynę. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym razie zakładamy, że możesz kontynuować.