Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

Recommended Posts

Zastanawiałem się, czy ktoś z Waszego otoczenia (rodzina, znajomi, sąsiedzi) popełnił samobójstwo.

 

Jeśli tak, to kto to był? Jaka była Wasza reakcja na wieść o tym zdarzeniu, jak się zachowywaliście, jakie przemyślenia się pojawiły?

 

Ważne: jak zareagowała rodzina osoby, która odebrała sobie życie? Czy mówili coś później na ten temat, komentowali całe zdarzenie albo swoje przeżycia? Czy próbowali się domyśleć, jaka była przyczyna? Jak to później wpłynęło na rodzinę?

 

Jak zareagowało otoczenie? Pojawiły się jakieś plotki? Wspomagali rodzinę?

 

Interesuje mnie wszystko, co mogło pojawić się w tym temacie.

 

Ja miałem jedną taką sytuację, może ona posłużyć jako przykład:

 

1. Kto?

Znajomy rodziny z naszej wsi. Czasem u nas popracował np. w sadzie, coś pomagał. Był lekko po pięćdziesiątce. Nie miał żony i dzieci, tylko starą już matkę i brata z rodziną. Nie przychodził już do nas jednak od dłuższego czasu, ja go chyba ze dwa lata nie widziałem, bo wyjechałem na studia.

 

2. Jak?

Dość standardowo - powieszenie.

 

3. Jak się dowiedziałem?

Jedliśmy z rodzicami śniadanie, czy tam obiad i przyszedł do nas sołtys wsi. No i powiedział, że Irek nie żyje. Że się powiesił w oborze. Znalazł go właśnie sołtys. Oczywiście wcześniej było już wezwane pogotowie itp. itd., nie wiem, czy nie przyszedł do nas na drugi dzień.

 

4. Moja reakcja

Z początku wszyscy przy stole popatrzyliśmy na siebie, tak w oczy. Ojciec pokiwał głową przy stole. Matka jakieś tam "O Jezu, o masz". Zaczęliśmy jakoś wypytywać, co się stało, kto znalazł, czy było pogotowie, policja itp. Sołtys opowiadał, ale ja tak właściwie nie słuchałem, byłem na poły myślami gdzieś daleko. Nie wiem do końca, o czym myślałem, nie wiem czy w ogóle wtedy myślałem. Nie był to dla mnie jakiś ogromny szok, ale na pewno zaskoczenie, bo nigdy nikt kogo znałem, nie popełnił samobójstwa. A tu taka nowina. Nie mogłem za bardzo słuchać, wyszedłem z kuchni.

 

Później jeszcze sąsiadka zaczęła coś opowiadać, co zasłyszała, trochę takie szczegóły techniczne; a to że Irek brzydko wyglądał na tym sznurze, że język siny mu wyszedł, że nieogolony był. I pachniało alkoholem, był pijany. No tak, bo on był pijakiem / alkoholikiem. Jego świnie zaczęły jakoś po podwórku czy po wsi biegać, to sołtys się wkurzył i chciał go pijanego naprostować, a tu niespodzianka...

 

5. Dlaczego?

Sprawy majątkowe, brak pieniędzy. Kiedyś rodzina Irka była najbogatsza we wsi, za PRLu mieli jak na tamte standardy, jak w raju. Dostał swoją część majątku, ale wszystko wyprzedał przepił, stara matka musiała go utrzymywać. No i jak do roboty gdzieś poszedł, to coś zarobił. Nie miał więc pieniędzy, a chlać się chciało. Poszedł więc do Providenta. Kasę dostał, ale jej nie spłacał. Zaczęli go mocniej dociskać, chyba były już pierwsze procesy, chyba groziło mu więzienie. No to zrobił to, co zrobił.

 

Tu raczej nikt nie miał wątpliwości, czemu targnął się na życie. Cała wieś wiedziała. Pewnie doszły do niego po pijaku jakieś jeszcze myśli... A po pijaku ludzie często się wieszają, tak słyszałem.

 

6. Moje przemyslenia

Nie było ich jakoś bardzo dużo. To nie był okres, w którym interesowałem się motywami działania innych ludzi. Było mi jednak szkoda chłopa. Zabawny był, jak u nas pracował, to sobie gadaliśmy, często jaja odchodziły, było wesoło, ale tak w pozytywnym znaczeniu. A tu buch! Takie coś... Nie wiedziałem, co o tym wszystkim sądzić, czy źle zrobił, czy może dobrze dla siebie. Ostatnio znalazłem jego grób i postawiłem mu lampkę, mam nadzieję, że na Wielkanoc wrócę do domu i postawię jeszcze jedną. Na pogrzebie niestety nie byłem.

 

7. Reakcja rodziny zmarłego

Jego stara matka przebywała wówczas u jego brata, bo była chora. Gdy się dowiedziała, poczuła się jeszcze gorzej, ale to zrozumiałe. Było takie wyżalanie się, zawodzenie, jak to zawsze "O Ireczku, mój synku...". Standard. Z drugiej jednak strony uspokoiła się. I cała jego rodzina się uspokoiła. Dlaczego? No właśnie przez to, że nie będzie już wyprawiał żadnych cyrków, że nie zrobi już niczego głupiego, bo różne rzeczy do głowy mu przychodziły. I nie wyprzeda już więcej majątku, gdyby po matce dostał. I matka spokojniejsza, bo już nie będzie nic od niej chciał, bo pożyczał i kradł od niej pieniądze. Nie dbał o nią, a mieszkali razem aż się rozchorowała.

 

Pozostała rodzina też się uspokoiła - nie chcę powiedzieć, że ucieszyła, ale zapanował spokój. Z powodów jak wyżej. Pojawiły się łzy, ale pochowali go i chyba jakiejś ogromnej tragedii tam nie było. Osobiście odniosłem wrażenie, że poniekąd dla rodziny Irka lepiej było, że skończył.

 

8. Reakcja otoczenia

Gdy sołtys do nasz przyszedł, był zdenerwowany, zły, jak ojciec na dziecko. Ale nie ma się co dziwić w takim wypadku. Wieś zrobiła swoje - była składka na wieniec, dużo osób poszło na pogrzeb. Rodziny nie było za bardzo jak wspierać, bo już nikt nie mieszkał w tym domu.

 

Ludzie później troszkę rozmawiali o całej sytuacji, ale w zasadzie wszystko było jasne. Kiwali tylko głową ze zrozumieniem i mówili, że zadłużył się był pijany, to zrobił to. I mówili, że matka będzie miała spokój. I ludzie troszkę też, bo czasami potrafił coś podkraść, a to jakieś jajka, a to jakąś kurkę, a to warzywa z pola. Nie jakoś bardzo, ale zdarzało się.

 

Nawet nam coś gwizdnął, ale tak na wesoło. Miał być u nas jakiś grill i była kupiona cała torba piw, leżała gdzieś koło drzwi wejściowych, na widoku. I przyszedł kiedyś do ojca po coś, ale go nie było. Nikogo nie było, a babcia nie zdążyła dojść do drzwi, żeby mu otworzyć. A ten odczekał chwilkę, obejrzał się na wszystkie strony i cap, dwa browce z torby i w długą! Babcia widziała przez okno. Kurde, później tyle śmiechu było, podpuszczaliśmy go; "Irek, a nie widziałeś piw, nie byłeś u nas? Bo dwóch brakuje?". Niezłe jaja. Później powiedzieli, że babcia widziała i w końcu się przyznał, że zachciało mu się pić, to po co piwerka mają się marnować?

 

Oczywiście nie musicie rozpisywać się tak jak ja i możecie spokojnie opisać to krócej.

 

Z góry dzięki za odpowiedzi!

  • Like 2
  • Sad 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mój kolega raz swojego sójka na sznurze znalazł ( a już tam trochę wisiał ) nic fajnego, ale nie wypytywałem o szczegóły bo to nie przyjemna sprawa. Mówił że już śmierdział itp. ( Poszło o długi ) 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moja sąsiadka z bloku obok widziała jak jej Tata wyskoczył z okna i się zabił. Laska zwariowała, dostała na głowę i chodzi jakaś uwsteczniona.

Share this post


Link to post
Share on other sites

1. Matka mojego kolegi z dzieciństwa, dowiedziałem się o tym od mojej matki. 

2. Moja sąsiadka z piętra(też z dzieciństwa), miała dwoje dzieci ( córkę w moim wieku oraz 5 lat młodszego ode mnie syna)

3. Ojciec mojej koleżanki ze szkoły, koleżanka znalazła go powieszonego w mieszkaniu jak miała 17 lat.

4. Chłopak z równoległej klasy (gimnazjum)

 

Ja sam myśli samobójczych nie mam. Chce żyć...

 

 

  • Like 2

Share this post


Link to post
Share on other sites
Posted (edited)

Słyszałem od mojej babci, że jakiś jej sąsiad się powiesił. Jak to najczęściej bywa chodziło o długi. Problemy finansowe są jedną z najczęstszych przyczyn samobójstw @Firestarter.

Edited by DanielS

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jakieś 5 lat temu, kilkaset metrów od mojego domu w lesie w nocy powiesiła się kobieta po 30, i to z powodu że miała jakieś zaburzenia czy coś. A znalazł ją sąsiad jak poszedł na spacer z wnukiem, tyle dobrze że tego mały tego nie widział i jakoś chyba wtedy z 2 lata miał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przyjaciółka mojej byłej - laska paliła papierosy, nie uprawiała sportu, złe jedzenie i wielu partnerów seksualnych. Wiem, że powiesiła się w domu po kłótni z matką. Najprawdopodobniej chodziło o liczne zawody miłosne.

 

Dziewczyna była bardzo smutna i źle to znosiła. Długo płakała. Co ciekawe kilka tygodni wcześniej z koleżankami obgadywały tą dziewczynę, oraz nie zaprosiły jej na imprezę sylwestrową 😛

Początkowo dziewczyna nie chciała mi powiedzieć o co chodzi, a był to okres sesji. Starałem się jej pomóc jak mogłem, ale ona nie chciała mi nic powiedzieć. Oczywiście potem zaczęła mi wypominać, ze jej nie wspierałem 😛

  • Sad 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Krzysiek. Koleś z osiedla. Smykałka techniczna. Byłem wówczas we wczesnej podstawówce on w liceum. Nauczył mnie układania i kombinowania z Kostką Rubika. Pamiętam jak skonstruował "radiotelefon" - dwie puszki po paście do butów połączone napiętą żyłką wędkarską. Pierwszy raz gadaliśmy, on ze swojego okna w mieszkaniu a ja na podwórzu. Taki trochę starszy brat-kumpel. Zniknął któregoś dnia po swojej maturze. Oblał. Znaleźli go po jakimś czasie wiszącego w lesie. Nie mogłem zrozumieć. Reszta ludzi po krótkim okresie pokazowej żałoby i żalu wróciła do swoich spraw. Jego rodzice się potem rozeszli czy coś.

 

Niegdysiejszy sąsiad z dołu. Wracałem z zajęć jak wynosili go w plastikowym worku klatką schodową. Powiesił się w kuchni. W sumie mało mnie obeszło dlaczego. Jego syn trafił potem do pierdla, córka została dziwką-ćpunką a żona związała się z kryminalistą. Ten próbował lokalnie rządzić, tyle że był cwany ale kompletnie głupi. Skończył w formie zwłok, jako menel bez zębów w bramie. 

 

Syn znajomej B. Pamiętam telefon którejś popołudniowej niedzieli do niej. Nie wiedziałem o co chodzi, tylko wszystkie włosy na rękach stanęły mi dęba. Pokazałem to B. w trakcie jej rozmowy i tylko dostała wytrzeszczu (zna efekt skądinąd). Odłożyła słuchawkę i mówi że dzwoniła matka "X" bo nie wrócił do domu na noc. Widząc sterczące owłosienie, dopytała - "on nie żyje?". Tydzień czy dwa później wyłowiono jego zwłoki z rzeki. Przedtem poszedł chłopak do spowiedzi. Licealista. 

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
Posted (edited)

Miałem kolegę - nie wytrzymał ciśnienia, zbyt wiele mu się nazbierało - problemy ze zdrowiem, a więc zaraz i z pracą , szybko pojawiły się długi, baba  też dołożyła swoje 5gr - zamiast zgodnie z przysięgą  " na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie ....."

Nie mógł tego ogarnąć..., któregoś dnia miarka się przebrała i się wylogował.

Rodzina była w szoku, ale robiła wszystko by uznano to za nieszczęśliwy wypadek... - byle nie za samobójstwo ( a feee ..wstyd - samobójstwo ) szkoda że nie chcieli mu tak pomóc jak żył. 

Edited by wojkr
  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moja ex. Trzy próby. Ja mentalnie byłem przy jednej(atak fobii społecznej przy nieleczonym BPD). Emocje nie do opisania. Strach, wnerwienie.

Siostra jej byłego, skok z wysokości.Chłopak zupełnie załamał się,popadł w depresje. Powodów nie znam..

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oki, dzięki za odpowiedzi. A czy pojawiły się u Was jakieś przemyślenia dotyczące zaistniałej sytuacji? Czy według Was to, co zrobili było w jakiś sposób zrozumiałe, zasługujące na usprawiedliwienie? Czy ktoś mógłby pokiwać głową i powiedzieć: "Tak, miał dużo problemów, nie ma się co dziwić..."

 

Czy słyszeliście o jakiś problemach z pochówkiem tak zmarłej osoby?

Share this post


Link to post
Share on other sites
Posted (edited)

Kuzyn wlazł do zamrażarki z butlą gazową. Wcześniej masa prób samobójczych. Wcześniejsze próby zamiatane przez matkę pod dywanik. Wierzyła,  że modlitwa mu pomoże, a nie szpital. Szok dla całej rodziny, mimo iż wszyscy wiedzieli, że to zrobi. Jego siostra alkoholiczka związana z alkoholikiem, troje dzieci wszystkie są DDA. Wojny krzyki. Matka cały czas zamiata wszystko pod dywanik. Jest najbardziej szanowaną katoliczką w okolicy. Kółka różańcowe, pielgrzymki i takie tam. 

 

Lata ciągłych wojen, obwiniania i pogardy wzajemnej. Rozpierdol na max. Jezus, wóda i disco polo. 

Edited by vodkas85

Share this post


Link to post
Share on other sites
9 minut temu, Libertyn napisał:

Jakie to polskie...

 

26 minut temu, vodkas85 napisał:

Jego siostra alkoholiczka związana z alkoholikiem, troje dzieci wszystkie są DDA. Wojny krzyki.

@Libertyn

Bo w tym kraju jest jakiś pojebany kult alkoholu.

Share this post


Link to post
Share on other sites
19 minut temu, Patton napisał:

Bo w tym kraju jest jakiś pojebany kult alkoholu.

Jest, wszystko się wokół tego kręci. Ja sam lubię czasami poimprezować, ale bez przesady

Czy każda impreza rodzinna, wypad na ryby, na grzyby, w góry, musi zawsze być oblewany ogromną ilością alkoholu ? 

Nic dziwnego, że Polacy za granicą, mają opinie pijaków.

 

Co do samobójstwa, to nie tak dawno młody chłopak około 20 lat się powiesił....z powodu laski.... Pomijając idiotyzm samego czynu, przyczyna jeszcze gorsza... W głowie mi się to nie mieści.

Share this post


Link to post
Share on other sites
12 godzin temu, Firestarter napisał:

Oki, dzięki za odpowiedzi. A czy pojawiły się u Was jakieś przemyślenia dotyczące zaistniałej sytuacji? Czy według Was to, co zrobili było w jakiś sposób zrozumiałe, zasługujące na usprawiedliwienie? Czy ktoś mógłby pokiwać głową i powiedzieć: "Tak, miał dużo problemów, nie ma się co dziwić..."

 

Czy słyszeliście o jakiś problemach z pochówkiem tak zmarłej osoby?

Zadajesz podejrzane pytania,  ogarnij dupę bo ucieczka od problemów to żadne rozwiązanie. 

Nigdy nie jest tak źle żeby uciekać do ostateczności. 

Moim zdaniem potrzebujesz fachowej pomocy i to na już. 

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

15 lat temu powiesił się mój kolega z pracy...

Zawód miłosny, ona pracowała z nami w tej samej firmie, młoda, atrakcyjna, głupia...

Gość był bardzo porządny, przyjechał ze wsi do miasta szukać szczęścia... Znalazł zupełnie coś innego...

Share this post


Link to post
Share on other sites
38 minut temu, Leniwiec napisał:

 Ja sam lubię czasami poimprezować, ale bez przesady :

No ja rzadko mam okazję, chociaż kilka razy zdarzyło mi się jak chyba większości przesadzić z alkoholem, ale tak szczerze mówiąc to od swojej 18 mam jakiś uraz do wódy.

 

43 minuty temu, Leniwiec napisał:

Czy każda impreza rodzinna, wypad na ryby, na grzyby, w góry, musi zawsze być oblewany ogromną ilością alkoholu ?

Dla Januszy których w tym kraju jest chyba większość to tak.

 

44 minuty temu, Leniwiec napisał:

chłopak około 20 lat się powiesił....z powodu laski.... Pomijając idiotyzm samego czynu, przyczyna jeszcze gorsza... W głowie mi się to nie mieści.

Mnie kopnęła w dupę jak miałem 19 lat, no i tak z 2 może 3 miesiące chodziłem zdołowany, a po tym czasie to się nawet cieszyłem bo wtedy to miałem myśli typu np że kiedy byłem u niej to mogłem robić to co lubię a zamiast tego się męczę. No i oczywiście od tego czasu zero związków, bo tak szczerze mówiąc to mam wrażenie że się do tego zwyczajnie nie nadaję.

 

5 minut temu, Myrmidon napisał:

Zawód miłosny, ona pracowała z nami w tej samej firmie, młoda, atrakcyjna, głupia...

Gdzie pracujesz tam nie ruchasz.

 

6 minut temu, Myrmidon napisał:

przyjechał ze wsi do miasta szukać szczęścia... Znalazł zupełnie coś innego...

Wniosek z tego taki że z kobietami może być jak z narkotykami, tzn jak przedawkujesz to umierasz.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja to miałem tyle przykładów znajomych/dalszych znajomych, że musiałbym tutaj dziennik stworzyć.

 

-dobrego kumpla ojciec się powiesił (nie znałem go ani ojca, ani kumpla). Mówił, że tylko powiedział do syna, żeby opiekował się matką. Kolega obecnie po dwóch próbach. Przy jednej tak się uszkodził, że jest nie jest sprawny do końca ale bez jakiejś większej dramy. Trochę już sił nikt do niego nie ma.

- znajomy ze szkoły kupę lat temu, w wieku 13 lat zawisł na drzewie jak poszedł z psem na dwór. Szedłem do szkoły rano i wszyscy w szoku.

- dobrego, nawet bardzo dobrego kumpla osiedlowego brat zawisł w piwnicy: życie total syf, ojciec psychol, bez szkoły, patolka w domu. 18 lat miał, pamiętam.

- znajomego ojciec chyba się zaczadził w samochodzie o co tam chodziło to nie wiem.

- chyba najbardziej dotkliwe dla mnie. Mojego przyjaciela szwagier, dziecko chyba 12 lat- dosyć głośno o tym było, zginął z radarów na jakiejś wiejskiej imprezie. Szukali całą noc, aż w końcu nad ranem znaleźli powieszonego na jakiejś huśtawce. Szok niesamowity, rodzina do tej pory jest przekonana, że musieli się bawić i takie coś wyszło. W chuj ciężkie to było.

- przypadek 2 tyg wcześniej. Znajomy ze szkoły średniej, taki trochę osiedlowy gangsta. Powiesił się, tydzień po narodzeniu drugiego dziecka. Kumpel mi mówił, że dowiedział się że to nie jego dziecko ale wiadomo jak to jest.

 

Jakbym tak pomyślał to miałem na prawdę dużo takich przypadków, w jakiejś mrocznej części Polski żyje/żyłem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pewnie jest to mało spotykane, ale uwaga! U nas a zresztą moja koleżanka z klasy, powiesiła się po odejściu chłopaka 😲. Byłem w lekkim szoku, gdyż Panna to na prawdę atrakcyjna szczupła blondynka a kolo zwykły wymoczek bez siana, zdziwko spore.

 

Jak byłem w podstawówce to na drągu do dywanów znaleźli chłopaka, laska go rzuciła 😕

Share this post


Link to post
Share on other sites
Posted (edited)

Kolega z podstawówki, który pochodził z patologicznej rodziny. Zabił się w wieku gimnazjalnym, licealnym. 

 

Całe życie funkcjonował z patologią. Z matką mieszkał, chlała cały czas. Dostawali jakieś zasiłki. Typowe w tym kraju. 

 

Spotkałem go na kilka dni przed samobójstwem, chwilę pogadaliśmy, trochę pośmialiśmy i każdy poszedł w swoją stronę. 

 

Samobójstwo popełnił w genialny sposób podobno, bo słyszałem na pogrzebie, że bardzo długo kompletował i testował zestawy leków. 

 

Obniżył sobie ciśnienie tabletkami i zszedł bez bólu we śnie. Ileś tam tabletek wypił, aby wywołały różne efekty. Nikt nie wiedział nawet, skąd taką wiedzę miał. 

 

A co myślałem i myślę do tej pory? Czy on przypadkiem nie miał racji. Oszczędził sobie cierpienia. Nie miał perspektyw, pieniędzy, pomocy rodziny, ani przyjaciół. Już powoli wciągał się w handel narkotykami, a to był zawsze miły, uczynny człowiek. Twór patologicznego środowiska. Praktycznie zawsze uśmiechnięty gość, nikt go o to nie podejrzewał. 

 

W podstawówce również umarła moja pierwsza miłość, ale nie samobójstwo, tylko nagła choroba. Strasznie to przeżyłem i do tej pory o niej myślę. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ja żyję, a ona nie. I do czego to wszystko prowadzi, jaki to ma sens. 

 

W pewnym sensie podziwiam, bo sam rozmyślam o samobójstwie od czasu do czasu. To chyba idealna forma ostatecznego strajku. Rzeczywistość to gówno, a jedynie śmierć to prawdziwe lekarstwo. 

 

Ten świat przypomina bardziej piekło. Wrażliwe dusze tutaj nie mają żadnych szans. 

 

Jeszcze wykładowca ze studiów, taki straszny skurwysyn. Po tym, jak żona się z nim rozwiodła praktycznie świeżo po ślubie. Chyba chciał jej coś udowodnić, ale nie sądzę, aby kogokolwiek to obeszło. Ludzie na uczelni mówili, że był takim skurwysynem cały czas i po chuj mu te wszystkie starania były. Mógł się wyluzować. Na takiej zasadzie. 

Edited by mac

Share this post


Link to post
Share on other sites
6 minut temu, mac napisał:

W pewnym sensie podziwiam, bo sam rozmyślam o samobójstwie od czasu do czasu. To chyba idealna forma ostatecznego strajku. Rzeczywistość to gówno, a jedynie śmierć to prawdziwe lekarstwo. 

 

Ten świat przypomina bardziej piekło. Wrażliwe dusze tutaj nie mają żadnych szans. 

O chciałbyś rodzinie takie prezent zostawić?

Mamie, tacie?

 

Po drugie, już to pisałem. Również nie uważam, żeby to było idealne miejsce ale z daleka od takich pomysłów.

 

Myślałeś o emigracji, zmianie otoczenia na bardziej przyjazne?

Bo moim zdaniem, tutaj jest klucz. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przypomniało mi to może nie samobójstwo ale jak jakieś 23 lata temu umarła moja kuzynka. Tzn jakiś gość popchnął ją w szkole, upadła, lekko uderzyła głową w podłogę ale wyglądało na to że nic złego się nie stało. Potem normalnie wróciła do domu, położyła się spać, no i rano już się nie obudziła

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Similar Content

    • By Firestarter
      Cześć!
       
      Postanowiłem podzielić się z Wami kwestiami, o których myślę już od kilku lat. Jestem ciekaw Waszego zdania na ich temat.
       
      1. Czy spotkaliście kiedyś ludzi, którzy Waszym zdaniem nie powinni nigdy przyjść na świat, którzy nigdy nie powinni istnieć (dla ich własnego i innych dobra)?
       
      2. Czy byliście / jesteście / macie "nieudanymi" dziećmi, a teraz już dorosłymi? Czy widzieliście u Waszych Rodziców smutek z tego powodu, że jesteście "nieudanymi dziećmi"? Czy znacie osoby, które takimi osobami są?
       
      Do pytania nr 1
       
      Wydaje mi się, że istnieją ludzie, którzy są problemem dla samych siebie, a często też dla otoczenia.
       
      Takim najlepszym przykładem (przynajmniej dla mnie) jestem ja sam. Odnoszę nieodparte wrażenie, że zdecydowanie lepiej byłoby dla mnie, ale też dla mojego otoczenia, gdybym nigdy nie przyszedł na świat.
       
      Po pierwsze - i chyba najważniejsze - jestem sam sobie ciężarem. Oceniam moje życie, tudzież wegetację zdecydowanie na minus. Od zawsze miałem takie czy inne problemy, od zawsze liczyłem na to, że kiedyś będzie lepiej. Jak się okazało, lepiej nigdy nie było i nie jest. Już od dziecka widziałem, że jest mi źle. Marzyłem o tym, żeby kolejne lata przynosiły ogólną poprawę warunków mojego życia. Tak się nigdy nie stało, a co więcej - problemów ciągle przybywało. A to ciągle byłem gruby i chciałem lepiej wyglądać - to teraz jestem tłustą kaleką wyglądającą jak potwór. Chciałem wreszcie osiągnąć stabilność finansową i dobrobyt, to teraz jestem bez pracy i bez pieniędzy. Chciałem w końcu znaleźć sobie dziewczynę, to teraz jestem 30 letnim prawiczkiem. I tak bez końca.
       
      Moje życie to pasmo ciągłych porażek. Jak byłem młodszy, to ciągle obiecywałem sobie, ze jak zdam do kolejnej klasy / pójdę do kolejnej szkoły / minie kolejny rok, to w życiu mi się poprawi. Nic bardziej mylnego. Parę lat temu zacząłem dostrzegać, że ciągle jest źle. Zacząłem nad tym wszystkim rozmyślać. Po drodze złapałem depresję i parę innych ustrojstw. Robiłem sobie podsumowania życia - chciałem ocenić, czy więcej zyskałem, czy straciłem, przychodząc na ten świat. Niestety, jestem pod kreską, i to grubo. U lekarza czy u terapeuty pytali mnie: cieszysz się, że żyjesz? Odpowiadałem, że nie. Pytali: chcesz popełnić samobójstwo? Odpowiadałem: nie, jeszcze nie teraz, choć pewnie to zrobię w wieku np. 40-50 lat. Pytali: to o co chodzi, co się dziej? Ja odpowiadałem: żałuję, że żyję, żałuję, że się urodziłem. Żałowałem, że przyszedłem na świat, że to ja wygrałem wyścig plemników. Kurwa, co za pech: 300 milionów plemników i to ja musiałem dolecieć pierwszy do komórki jajowej. Kurwa, przecież mam normalnych, pracowitych i całkiem ładnych rodziców, a wyszedłem im ja, pasztetowa porażka o dużej zawartości smalcu. Taki pasztetman. Do tego idiota.
       
      Nigdy nie miałem do niczego talentu. Mimo że się całkiem nie najgorzej uczyłem, to każdy widział, że to nie wynika z inteligencji, bystrości, czy utalentowania, tylko stąd, że kiedyś byłem w stanie usiąść na dupie i wziąć się do nauki. Zatraciłem ten talent, pewnie w równej mierze przez zrytą psychikę i równie zryte zdrowie. Straciłem jedyny atut, którym mogłem coś ugrać. Już nie potrafię być zdyscyplinowany, nakierowany na osiągnięcie celu.
       
      Wszystko co miałem (w sensie zasobów właściwie wszelakich) inwestowałem w naukę, kolejne studia. Miały mi one zagwarantować sukces, godne i dostatnie życie. U psychologa określiłem to jako coś na kształt kolumny, na której opiera się całe moje życie. To jedyne podparcie. Jeśli ono jebnie, to wszystko mi jebnie. No i jebnęło, tak porządnie - nie mogę dokończyć tych studiów, a co gorsza okazało się, że studia wcale nie gwarantują dobrej pracy i dobrych zarobków. I cały misterny plan w pizdu. Zrozumiałem to jednak za późno. Z tego powodu nie bardzo mogę w tej chwili zmienić w życiu. Żałuje czasu poświęconego na zdobywanie wiedzy, na studia. Lepiej by dla mnie było, gdybym nauczył się jakiegoś zawodu i wypierdalał do Niemiec. A, no tak, przecież mam dwie lewe ręce i żadnej pracy nie umiałbym poprawnie wykonać. Co za żenada.
       
      W życiu nie doświadczam właściwie żadnych przyjemności. No może poza nałogowym żarciem, albo masturbacją. Tak, to jedyne rzeczy, które są przyjemne. A być może po prostu chwilowo uwalniają od bólu. Ze względu na zdrowie, teraz jednak już nawet nie mogę sobie walić tyle, ile bym chciał. Kiedyś to mogłem spokojnie po parę razy dziennie i właściwie nie odczuwałem zmęczenia, walenie nakręcało mnie do działania. Mój rekord to 31 zwaleń, i to nawet nie w ciągu całego dnia, a po przyjściu z zajęć. Kuuurła, kiedyś to było.
       
      Żarcie też na chwilę daje ukojenie. Np. taki kebab - kiedy go zżerałem w domu (bo teraz nie mam na takie luksusy kasy), to przez to parę minut było mi jak w niebie. O, i jeszcze sen. Tak, sen to jest to, na co czekam cały dzień cudowny stan nieświadomości - nic nie trzeba robić, niczym się przejmować. Chciałbym nigdy się nie budzić, zasnąć na wieki. Wiem jednak, że to niemożliwe.
       
      Mój ulubiony zestaw przyjemności: zeżarcie ze 2-3 kebabów, zwalenie konia i pójście spać. To moja maksymalna przyjemność, jaką osiągnąłem w życiu.
       
      Wegetuję bez żadnego celu, bez chęci do przebywania na tym kurwidołku. Zabijam czas siedząc przed komputerem. Uciekam od rzeczywistości, która jest dla mnie okrutna i mnie przeraża. Nie potrafię nic zmienić w życiu.
       
      Męczę się, bardzo się tutaj męczę, a nie wiem po co. Nie widzę sensu swojego istnienia. Lepiej by było, gdybym się nie urodził.
       
      Ja znałem dwóch innych gości, którzy nie powinni istnieć. Obaj byli facetami:
       
      Z pierwszym z nich chodziłem do liceum. Uczył się źle, w drugiej klasie kiblował, nie wiem, czy później zdał maturę. Miał jakiś taki dziwny głos i dziwną mowę - jak tylko zaczynał coś gadać, to od razu każdy robił się senny, nikt nie miał też cierpliwości go słuchać - ciągle tak zamulał, narzekał, gadał o jakiś pierdołach. Każdy odczuwał, że był on niewiarygodnie irytujący, ciągle podchodził do ludzi, krzyżował ręce na piersiach i tak stał. I patrzył na wszystkich z góry, bo to drągal był. Serio, chyba jedyny przypadek, gdzie widziałem, że nawet najcierpliwsi i najbardziej wyrozumiali ludzie nie mogli go słuchać, rozmawiać z nim, bo zaraz wywoływał nerwy i agresję, po prostu wkurzał wszystkich swoim jestectwem. Nikt nie chciał się z nim zadawać, ciągle się każdemu wpieprzał na doczepkę. Mówił, że miał jakieś problemy z sercem, nie ćwiczył nigdy n a wf, nigdy się nie ruszył, co było wręcz wkurzające dla innych chłopaków. Tak w ogóle, to też dawał sobą pomiatać i robić z siebie jaja.
      Jedna z nauczycielek wysłała go do psychologa - rzeczywiście miał jakieś problemy psychiczne. I rodzinne, też tam zdarzały się jazdy - brak kasy, utrata mieszkania, eksmisja i inne... Źle się działo. Kiedyś go spotkałem, mówił, że nie utrzymuje kontaktów z nikim z klasy (podobnie jak ja). Później chyba miał problemy ze znalezieniem pracy (jak ja), wszyscy byliśmy z zadupia. On miał (ma?) złe życie. Coś kiedyś mówił o samobójstwie, że chciałby mieć kolegów, że sobie nie radzi... Na 100% był bardzo samotny (jak ja).
      Chyba mówił, że wolałby nie żyć, ze to wszystko bez sensu, i że się tu po prostu męczy. W sumie mu się nie dziwię. Całe otoczenie właściwie myślało podobnie. Nie chcieli się z nim zadawać, był dla ludzi po prostu kulą u nogi, utrapieniem. Nie było nic gorszego jak to, że podszedł i coś od ciebie chciał.
      Ja sam też uważam, że lepiej by dla niego było, gdyby się nie urodził. Nie musiałby tyle cierpieć, ludzie nie musieliby go znosić. Zresztą pewnie sam wiedział, że nikt go nie chce. Drugi z nich to gość w okolicach 40, taki mój trochę sąsiad, trochę współlokator. Wyglądał normalnie, choć był niskawy, ale w normie. Ciągle narzekał na zdrowie, był tak zwanym hipochondrykiem. Kurwa, ciągle mówił, że coś mu jest, ja pierdolę, to było takie wkurzające... Mimo że miał w teorii pracę, to ciągle siedział w domu na jakiś zwolnieniach i wymyślał nowe choroby. Nie wiem, czy go nie wyjebali, ja bym tak od razu zrobił. Fanatyczny katolik, chciał nawracać wszystkich wokół i być rachunkiem sumienia, wypominać grzechy. W ogóle niedostosowany do życia. Nie rozumiał najprostszych żartów, ironii, tego, że ludzie czasami żartują. I gadał takie pierdoły, że głowa mała. Że komputer to zło, internet to narzędzie szatana, a Harry Potter to taka czarna biblia. Jezu, jaki pojeb. Nawet jak schodził z tematów religijnych, to gadał niesamowite pierdoły. Naprawdę nie dało się go słuchać. On zdecydowanie powinien iść do lekarza i terapeuty. Nie wiem co sam myślał o swoim życiu, ale w mojej opinii, przynajmniej dla osób go otaczających, zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby nie istniał. On wkurwiał niemiłosiernie, był przegrywem i tylko denerwował otoczenie. To człowiek szkodliwy. Oczywiście ciągłe problemy z kasą, ale tu nie ma się co dziwić.  
      Do pytania nr 2:
       
      To być może jest jeszcze gorsze od punktu pierwszego. Czuję, że jestem ciężarem dla mojego otoczenia. Wiem, że jestem nieudanym dzieckiem moich Rodziców. Mimo że jestem już dorosły, to tak naprawdę jestem jak dziecko, ciągle muszą Oni mnie ratować. Ja wiem, że Oni uważają mnie za nieudanego - i mają 100% racji. Często patrzą na dzieci sąsiadów, swoich znajomych - jakoś każdy lepiej lub gorzej daje sobie radę. Tylko ja nie. Wiem, ze im zazdroszczą. Wiem, że jeśli mieliby wybór, to z chęcią by się zamienili na dzieci.
       
      Widzę to praktycznie od dziecka. Od dziecka byłem wolniejszy, mniej inteligenty niż inni. Byłem (i jestem) strasznie nieporadny. Wyczuwałem z ich zachowania (szczególnie Ojca), że potomkowie ich znajomych bardzo im się podobają - np. kiedy siedzieliśmy przy stole, z podziwem na nich patrzyli, rozmawiali i zachowywali się w taki sposób, jakby chcieli te dzieci znajomych wychwalić. Było mi strasznie przykro i bardzo mnie to bolało, no ale w pełni rozumiem Rodziców.
       
      Zresztą, jakoś tak bardzo się z tym nie kryli. Szczególnie Matka ciągle powtarzała i powtarza: spójrz na X, zobacz jak sobie radzi, ma pracę, samochód, a Y to się już ożenił i ma dziecko. A Z to mieszkanie już kupił i zaraz się ożeni. A ja co mam do zaproponowania? Nic. nawet teraz, kiedy jestem bezrobotny i wariuję, to Rodzice ciągle muszą mnie wspierać finansowo, bo bym zdechł z głodu pod mostem. Taki wstyd, taki wstyd... Kilka razy powiedzieli mi wprost, że inni są lepszymi dziećmi, bo lepiej sobie radzą. Mimo to martwią się o mnie, i to bardzo. Matka nie może spać po nocach, bo ciągle się o mnie denerwuje. A to że roboty nie mogę znaleźć, a to że się rozchorowałem. Ojciec niedawno powiedział, że on musi o wszystkim myśleć i pamiętać, bo co do mnie, to nie ma pewności, co dalej będzie się działo. I że się martwi. No i oczywiście miał rację. Pamiętam jak kilka lat temu trochę był podpity i o coś się pokłóciliśmy. Powiedział mi wtedy, że jestem niedorobiony. Niby z początku myślałem, że mam to w dupie, bo ogólnie mieliśmy słaby kontakt i wydawało mi się, że mało mnie obchodzi Jego zdanie. Ale po pewnym czasie strasznie mnie to zabolało, strasznie to przeżywałem. A przeżywałem dlatego, że miał rację. Dlatego, że powiedział prawdę.
       
      Jestem tym samym obciążeniem dla Rodziny. Lepiej dla niej by było, gdybym się nie urodził. Nie musiałaby ponosić kosztów finansowych, nie musiałaby się martwić. Nie musiałaby nikomu zazdrościć.
       
      Nie chce mi się wspominać o relacjach społecznych, bo jestem odrzutem, z którym nikt nie chce mieć do czynienia, czy to w pracy, czy to w grupie, czy gdziekolwiek.
       
      Wiem, że Rodzice tak naprawdę też czasem widzą, że lepiej byłoby dla innych rodziców, żeby ich dzieci nigdy nie przyszły na świat. Dzieje się tak w przypadkach, gdy sprawiają oni problemy, np. kradną, biorą narkotyki, wyprzedają majątek itp. Tylko kto by pomyślał, że będę grał z takimi ludźmi w jednej lidze?
    • By deleteduser28
      https://www.rbb24.de/panorama/beitrag/2018/12/Kraetze-kraetzeerkrankungen-berlin-brandenburg-skabies.html
       
      Zauważalny wzrost od 2011 roku, wystrzał w górę od 2015, tabelka z tekstu poniżej:
       

       
      Dobrze, że po prostu takie choroby pojawiają się cyklami co x lat i nie ma tu związku np. z masowym napływem ludzi z Afryki bez dokumentów, historii chorób i karty szczepień.
      W komentarzach piszą, że takie problemy występowały na długo przed falą uchodźców, a za taki stan rzeczy można podziękować nieszczepiącej się rdzennej ludności.
      Dorzuciłbym do możliwych przyczyn zbyt małe zasiłki oraz patriarchat.
       
      Tymczasem w Szwecji:
       
      https://nczas.com/2018/12/29/szwedzi-przygotowuja-sie-na-wybuch-epidemii-zabojczego-wirusa-ekspert-ostrzega-to-nie-kwestia-czy-ale-kiedy-do-niego-dojdzie/
       
      Inne źródło:

      https://www.document.no/2018/12/31/sverige-bygger-isolasjonsavdeling-for-ebola-pasienter/
       
      Gdzie pada zdanie, które po przetłumaczeniu na pl brzmi:
       
       
      Wspominają też o nieujawnianiu opinii publicznej stanu zdrowia imigrantów, by nie budzić niepokojów społecznych.
      To całkiem rozsądne, bo mowa jest o tak prozaicznych dolegliwościach jak hiv czy wirusowe zapalenie wątroby.
      Sytuacja wygląda stabilnie.
       
      Jedynie w Polsce jest pandemia odry, do której mogli podobno przyczynić się Ukraińcy i jeśli się masowo nie zaszczepimy, zostaniemy zdziesiątkowani i kamień na kamieniu tu nie zostanie.
       
       
    • By Velen33
      Dobry wieczór. Nie wiem czy to odpowiedni temat, ale muszę swoją historię przelać na wirtualny papier. Mam 24 lata. Mieszkam w pobliżu dużego miasta, skończyłem właśnie studia, borykam się z nerwicą, aczkolwiek jest lepiej z tygodnia na tydzień. Podejrzewam, że podobnych historii było sporo. Chodzi o to, że w ostatnim czasie mocno zaczął mi doskwierać fakt, że nigdy nie miałem dziewczyny. Nigdy nie trzymałem się za rękę, nigdy się nie całowałem nie mówiąc o czymkolwiek więcej. Jeśli kogoś interesuje co robiłem kiedy "był na to czas", to odpowiadam, że w podstawówce i gimnazjum byłem notorycznie dręczony przez praktycznie całą klasę ze względu na swoją odmienność (długie włosy, zainteresowania dziką przyrodą, specyficzny ubiór, wygląd bardziej dziewczęcy niż chłopięcy) i w ogóle nie myślałem o jakichkolwiek miłosnych podbojach. Najlepiej z tego okresu wspominam dni, kiedy byłem chory, bo nie musiałem iść do tego piekła. W liceum było trochę lepiej, aczkolwiek nie czułem w ogóle pociągu do dziewczyn, mimo, że jedna wprost poprosiła mnie o swój nr telefonu i to naprawdę całkiem ładna, obecnie jest modelką (nie żartuję). Jednak nie byłem zainteresowany. Na studiach kiedy poczułem pierwszą ciągotę do dziewczyn, okazało się, że praktycznie wszystkie są zajęte i tak zeszły 3 lata 😕 Podczas studiów jednak zostałem w końcu zaakceptowany przez grupę rówieśników, zacząłem się intensywnie udzielać w życiu uczelni, byłem prezesem koła naukowego. W tym czasie też zauważyłem, że absolutnie nie mam problemu z wystąpieniami publicznymi, czuję się podczas nich jak ryba w wodzie, intensywnie gestykulując i łapiąc kontakt ze słuchaczami. W międzyczasie myślałem aby zagadać do kilku dziewczyn z innych kierunków, ale nie byłem w stanie się przełamać. Zacząłem analizować z czego się bierze ta nieśmiałość i uświadomiłem sobie, że na tym polu jestem strasznie zakompleksiony. Głównie z powodu wyglądu. Po pierwsze jestem strasznie chudy. Mam 66 kg, przy wzroście 183 cm, a wyglądam na jeszcze sporo chudszego. W barach jestem węższy od wielu dziewczyn i mam ekstremalnie długą szyję. Z twarzy absolutnie nie wyglądam na 24 lata, raczej na 17. W porównaniu z dziewczynami w moim wieku wyglądam jak młodszy brat Zarost jest ledwo co widoczny. Sylwetka jest poniekąd skutek tego, że od wielu lat uprawiam kolarstwo szosowe i większość uprawiających ten sport ma takie sylwetki. Możecie sobie wpisać w gogle grafika frazę "hugh carthy". Wyglądam dokładnie tak samo. Spotykałem się z poradami żeby pójść na siłownię, ale mnie nie interesuje ten rodzaj wysiłku. Po prostu nudzi mnie to. Teraz przeszedłbym do charakteru i zainteresowań, bo tu też mocno odbiegam od norm społecznych. Na imprezy praktycznie nie chodzę. Na studiach byłem tylko 2-3 razy, ale nie kończyło się to dobrze, o czym wspomnę nieco później. Miejsca typu dyskoteki czy kluby mnie odrzucają, bo jest tam taki hałas, że nie słyszę własnych myśli i chce mi się żygać. Wolę ciszę i spokój. Nie interesują mnie seriale czy muzyka. W telewizji oglądam wyłącznie wyścigi kolarskie i filmy przyrodnicze. Moje pasje to kolarstwo, dzika przyroda, filozofia, gry karciane, ciąg Fibonacciego. Alkohol? Po 2 kieliszkach wódki robi mi się słabo i praktycznie każdą imprezę, na jaką byłem zapraszany kończyłem z twarzą w muszli klozetowej. W ogóle na studiach pierwszy raz wypiłem jakikolwiek alkohol. Na studiach Pierwszy raz zostałem zaproszony na imprezę. Co jeszcze? Na wakacje wyjeżdżałem tylko z rodzicami. Ostatni raz 6 lat temu. W momencie gdy skończyły się studia zapadłem na nerwicę głównie ze względu na perspektywę życia w samotności. Studia były praktycznie jedynym moim kontaktem z innymi ludźmi. Mam kolegę, z którym raz na jakiś czas wyjdę na bilard, ale często przebywa on zagranicą. Z resztą ludzi kontakt się urwał i jestem obecnie w martwym punkcie. Jestem umówiony niedługo na rozmowę o pracę i mam nadzieję, że otworzę nowy rozdział w życiu. Próbowałem szukać miłości przez internet, ale tylko nabawiłem się jeszcze większych kompleksów. Przez miesiąc na tinderze uzbierałem 18 par, z czego żadna nie odpisała. O reszcie szkoda w ogóle pisać. Dodam jeszcze, że jestem strasznie wrażliwy, i każde nieodwzajemnione serduszko na sympatii czy innym gównie bardzo mocno przeżywam. Czytałem też gotowe teksty na podryw, na pewnej stronie, ale były one tak żałosne i prostackie, że z litości nad autorem ich tu nie przytoczę. Ostatnio udało mi się zagadać do dziewczyny w autobusie, która przygotowywała się do kolokwium z matematyki. Zbierałem się do tego 20 minut, ale drżącym głosem udało mi się rozpocząć rozmowę, aczkolwiek nie dałem rady poprosić o numer czy dać znać, że mi się podoba. Po prostu 5 minut rozmowy i tyle. Stwierdziłem jednak, że lepsze to niż nic. Czy ktoś był w podobnej sytuacji i udało mu się z niej wyjść? 
       
      Pozdrawiam.
    • By SzatanKrieger
      Macie jakieś swoje przemyślenia odnośnie tego tematu?
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.