Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Sign in to follow this  
Deforcer

Psychoterapia dla par - introwertyzm

Recommended Posts

@Deforcer Nie wiem czego oczekujesz ale osoba którą opisałeś nie nadaje się do związków jeśli oczywiscie o to ci chodzi.
Szkoda czasu na nią, znajdziesz taką której poziom zaburzenia jest w akceptowalnych obszarach.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites
23 godziny temu, Deforcer napisał:

Będzie update po wizycie.

Bylem na wizycie.

 

Wrazenia:

1. Psycholog jest kobietą. Byłem u niej drugi raz a zawsze widziałem u niej tylko kobiety jako klientki. W czasie całego spotkania usilnie wracala do emocji i oczekiwań mojej partnerki. Ja z kolei usilnie wyrażalem swoje oczekiwania. Wygladało to jak przeciąganie liny. Miałem wrażenie ze gadam z adwokatem mojej partnerki. Psychoterapeuta powinien pomagać parze a nie tylko jednej stronie. Podsumowanie: Nie ufam takiej psycholog.

2. Rozmowę zaplanowałem na dwie fazy. Pierwsza to oddanie głosu partnerce, Druga to moja odpowiedź. Pierwsza faza poszła gładko, bo nie komentowałem. Druga faza to stanowcze postawienie sprawy, że obie strony mają prawo do swoich oczekiwań, obie strony mają prawo zaprezentować swoje fakty, a jeśli to konieczne to obie strony powinny się zmienić. Wynikła awantura, płacz, szok partnerki. Podsumowanie: Jesteś ok, jeśli siedzisz cicho, przytakujesz i zgadzasz się przyjąć terminologię i założenia drugiej strony. W momencie, kiedy mówisz, że chcesz zaprezentować swoje fakty i swoje oczekiwania, zaczyna się robienie z samca agresora. Samiec odpowieda = atak. Ton głosu samca = agresja. Kuźwa szach mat. Nie ma ruchu.

3. Generalnie zgadazam się że mogę być beta nieświadomym swojej uległości. Wszedłem do jaskini lwa (albo lwic). Sam jestem sobie winien. Ale najbardziej przemawia do mnie komentarz jedenego z kolegów: szkoda energii, czasu, i pieniędzy. Mam 40 lat. Chcę się cieszyć życiem. Może jest jakiś poradnik jak nie być BETA.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites
Posted (edited)
11 minut temu, Deforcer napisał:

1. Psycholog jest kobietą. Byłem u niej drugi raz a zawsze widziałem u niej tylko kobiety jako klientki. W czasie całego spotkania usilnie wracala do emocji i oczekiwań mojej partnerki. Ja z kolei usilnie wyrażalem swoje oczekiwania. Wygladało to jak przeciąganie liny. Miałem wrażenie ze gadam z adwokatem mojej partnerki. Psychoterapeuta powinien pomagać parze a nie tylko jednej stronie. Podsumowanie: Nie ufam takiej psycholog.

Za szybko. Intencją równie dobrze mogło być urealnienie idiotycznych, infantylnych wyobrażeń Twojej kobiety. To ona może mieć większe "ała" od Ciebie a psycholog może starać się je zdiagnozować. 

11 minut temu, Deforcer napisał:

2. Rozmowę zaplanowałem na dwie fazy. Pierwsza to oddanie głosu partnerce, Druga to moja odpowiedź.

Mam nadzieję, że uwzględniłeś w swoim planie fakt, że najwięcej w kwestii planowania sesji psychologicznych ma psycholog a nie klient? U lekarza też planujesz przebieg badania? No np. boli Cię noga, więc bez względu na to, co mówi lekarz, pokazujesz mu migdałki?

 

11 minut temu, Deforcer napisał:

Druga faza to stanowcze postawienie sprawy, że obie strony mają prawo do swoich oczekiwań, obie strony mają prawo zaprezentować swoje fakty, a jeśli to konieczne to obie strony powinny się zmienić. Wynikła awantura, płacz, szok partnerki. Podsumowanie: Jesteś ok, jeśli siedzisz cicho, przytakujesz i zgadzasz się przyjąć terminologię i założenia drugiej strony. W momencie, kiedy mówisz, że chcesz zaprezentować swoje fakty i swoje oczekiwania, zaczyna się robienie z samca agresora. Samiec odpowieda = atak. Ton głosu samca = agresja. Kuźwa szach mat. Nie ma ruchu.

Żaden szach-mat tylko punkt dla Ciebie. Ty się chyba strasznie przejmujesz jej oczekiwaniami. Albo jesteś makabrycznie niecierpliwy. A tu trzeba grzecznie poczekać, aż się laska sama spruje u tego psychologa - popłacze, rozzłości, nakrzyczy.

 

11 minut temu, Deforcer napisał:

Mam 40 lat

O ja jebe. Nie obraź się, ale z treści postu myślałem, że masz 15. Bez urazy.

 

Ja bym na Twoim miejscu jednak pochodził do tego (albo innego, jak ten Ci nie odpowiada) psychologa. Bez napinki, bez planowania pracy fachowca i bez zbędnych uniesień. Oboje możecie się czegoś o sobie dowiedzieć.

Edited by mirek_handlarz_ludzmi

Share this post


Link to post
Share on other sites
Posted (edited)
34 minuty temu, Deforcer napisał:

1. Psycholog jest kobietą. Byłem u niej drugi raz a zawsze widziałem u niej tylko kobiety jako klientki

Wyobraź sobie że jesteś myszą. I idziesz do psychologa ryby. I opowiadasz mu o swoich rozterkach, przemyśleniach,jak funkcjonujesz w swoim środowisku,jak unikasz ptaków drapieżnych. A ryba wytrzeszcza oczy, otwiera pyszczek,puszcza bąbelki "ale jak to tak bez wody...bo gdybyś pływał w wodzie..."

Nie przeskoczysz. Idź do chłopa.

 

Cytat

2. W momencie, kiedy mówisz, że chcesz zaprezentować swoje fakty i swoje oczekiwania, zaczyna się robienie z samca agresora. Samiec odpowieda = atak. Ton głosu samca = agresja. Kuźwa szach mat. Nie ma ruchu.

Cokolwiek powiesz i tak będzie argumentem przeciwko Tobie. Wizyty będą tylko nową amunicją żeby udowadniać Twoją winę. Bo NIC co będzie wykazane samicy nie będzie liczyło się, będzie nieistotne albo dowiesz się że to nieprawda i zmyślasz. A nie daj boże podnieś głos. Nie ma znaczenia co powiesz , liczą się emocje i ton głosu. Jesteś katem bo masz jaja.

Oczywiście szloch na zawołanie gdy padają niewygodne pytania do samicy zauważyłeś ? 

Olej ją, Pójdź kilka razy do psychologa chłopa sam żeby się podbudować. Zrozumieć siebie.

W dupie z babą. Jej i tak żaden psycholog nie pomoże. Wiesz ile trwają babskie terapie ? LATA.. Łażą , ględzą i NIC. Ale płacą bo mają poczucie że jest im lepiej. Pewnie jak mogą pierdolić przez godzinę jak w spluwaczkę.

 

Cytat

3. Generalnie zgadazam się że mogę być beta nieświadomym swojej uległości. Wszedłem do jaskini lwa (albo lwic). Sam jestem sobie winien. 

Żaden tam beta, żadne lwy. Normalny człowiek z kulturą i na poziomie który wszedł do małpiarni. A małpy chcą jedynie bananów i lusterek. I mają w nosie jak to zrobisz. Banan ma być a jak nie to wrzask i foch.

 

Edited by ntech
  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zacznę nietypowo od końca ;) 

20 minut temu, Deforcer napisał:

Generalnie zgadazam się że mogę być beta nieświadomym swojej uległości. Wszedłem do jaskini lwa (albo lwic). Sam jestem sobie winien. Ale najbardziej przemawia do mnie komentarz jedenego z kolegów: szkoda energii, czasu, i pieniędzy. Mam 40 lat. Chcę się cieszyć życiem. Może jest jakiś poradnik jak nie być BETA.

Daj sobie spokój z próbami wpisania się w jakieś role typu Beta alfa czy Omega. Po prostu bądź sobą, musisz odnaleźć w życiu równowagę i po prostu być szczęśliwym. Człowiek jest istotą zbyt skomplikowaną i złożoną aby wciskanie go w jakiekolwiek szablony przyniosły jednostce prawdziwe samozadowolenie z satysfakcje z siebie. Także  w tym roku kończę 40stkę i musze szczerze przyznać iż jestem tym faktem przerażony :) 

 

Dalszy opis Twojej wizyty u pseudopsycholożki to po prostu horror. Ja bym wyszedł, po prostu powiedział do widzenia obu Paniom i tyle. Daj sobie spokój nie jest to warte nawet Twojej uwagi, pieniędzy, nerwów i zaangażowania nie wspominając. 

 

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kurczę, z racji introwertyzmu (dokładnie to samo co opisałeś w pierwszym poście) w życiu nie zgodziłbym się na psychoterapię tylko dlatego że małomówny jestem w towarzystwie. Jeśli ktoś się czuje niekomfortowo to tej osoby sprawa. Introwertyzm to taka sama osoba jak inne, a to że nie robi ze słów kałasznikowa oraz, że nie jest osobą śmiałą - taki nasz urok.

 

Pieprzyć to.

Doradziłbym Ci inaczej ale w sytuacji gdy ktoś Ci po jakimś czasie zarzuca, że coś jest z Tobą nie tak to mam jedną zasadniczą radę - zastanów się dobrze z kim chadzasz za rękę. Najpierw introwertyzm, potem biały kaftan może jeszcze... Co za świat krzykaczy, byle ciszy nie było i każdy był duszą towarzystwa.

 

Aż mnie ten temat poddenerwował. Eh

Share this post


Link to post
Share on other sites
38 minut temu, Deforcer napisał:

Może jest jakiś poradnik jak nie być BETA.

 

Jest. 

 

Mówisz, masz.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Godzinę temu, Deforcer napisał:

Podsumowanie: Jesteś ok, jeśli siedzisz cicho, przytakujesz i zgadzasz się przyjąć terminologię i założenia drugiej strony.

To wszystko jest wielokrotnie opisane na forum, poszukaj na spokojnie, poczytaj. Zachowanie to przedstawia sobą większość kobiet w relacjach. Te drzwi są już otwarte, nie musisz ich wyważać. 

Share this post


Link to post
Share on other sites
W dniu 10.07.2019 o 12:03, Deforcer napisał:

Może jest jakiś poradnik jak nie być BETA.

No cóż,  jest tego od groma. Oprócz oczywistych książek i audycji Marka,

Sprawdź na YT kanał Rollo Tomassi, tytuł jakoś  "red pill 101 - kill your inner beta"

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wszyscy już napisali co miałeś przeczytać, ale i ja dopisze. Introwertyk + ekstrawertyczka = to się udać nie może. Na odwrót jest większa szansa, wiem to z doświadczenia. Sam jestem intro i wiem co mówię. Pancia nie ma do Ciebie szacunku. Każe Ci się zmienić, więc nie jesteś tym facetem, którego szukała. Introwertyzm to nic złego, są wady i zalety, trzeba to zaakceptować, a wtedy będziesz szczęśliwszy :) Jeździ z kolesiem do lasu xD kurwa. Albo koleś ją puka za free, bo ma okazję albo koleś jest w porządku, a ona chce go urobić i mu popuścić szpary, więc po to te wycieczki (wierze w opcje numer 1). Uciekaj jak najszybciej. Zauważ różnicę, że nie jest z Tobą, bo "coś poczuła" tylko, że jest samotna, a to już duża różnica. Kobitce na haju by to nie przeszkadzało. Niech sama idzie do psychoterapeuty.

Ciekawa sprawa z tą panią psycholog. Mam podobny przypadek, bo chodzę do pani psycholog, byłem już na kilku spotkaniach. Oczywiście znalazłem się tam, gdyż mam problemy z niską samooceną, ale wspomniałem jej też o pewnej dziewczynie, nawet tu, na forum o niej wspominałem. I zauważyłem to samo co ty, że w takich sprawach pani psycholog nie ma pojęcia. Po nabytej wiedzy na forum, z audycji trochę jej wyjaśniłem oczywiście nie mówiąc skąd taką wiedzę mam to i owo, czemu tak, a nie inaczej. I wydaje mi się, że jeżeli są jakieś problemy tego typu to lepiej iść do faceta, a nie kobiety, bo pani psycholog ma całkiem odmiennie spojrzenie, poglądy na ten temat. Mógłbym śmiało stwierdzić, że nawet lepiej Marka na YT posłuchać, jeżeli chodzi o kobiety niż iść do pani psycholog.

Share this post


Link to post
Share on other sites
2 hours ago, avceutyhh14 said:

Introwertyk + ekstrawertyczka = to się udać nie może. 

Może. Wszystko się rozbija o szacunek (i tez swego rodzaju wrażliwość). Ta wizyta po 3 miesiącach u psychologa przekreśla że pańcia miała dla kolegi szacunek. Chciała sie nim pobawić jak zabawką. Zrobić z niego wariata. Przerobić na swoją modłę a potem zrobić z niego swojego mentalnego niewolnika i bawić sie nim jak lalką na sznurkach... Uciekaj chłopie. Nawet bym się nie oglądał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By t0rek
      Temat płaczu i wzbudzania poczucia winy u mężczyzny za płacz jego partnerki pojawiał się bardzo często. Tutaj ciekawy artykuł z psychologicznego fanpage'a "Evolutio - Psychoterapia Przez Ciało" - pogrubiłem ważne według mnie fragmenty:
       
      DLACZEGO PŁACZ JEST TAK ZAGRAŻAJĄCY?
       
      Płacz jest najpełniejszym aktem uznania i wyrażenia swojego bólu, bezsilności czy szczęścia. Jest równocześnie żywym świadectwem naszego człowieczeństwa, naszej kruchości i podatności na zranienie, jak i potężnej SIŁY NAPRAWCZEJ, która pozwala uczuciom osiąść, a układowi nerwowo- mięśniowemu przywrócić tonus spoczynkowy. 
      Płacz jest żywy, dotknie w nas tego, co zamarło, znieruchomiało, czy zesztywniało. „Każe” to odczuć, uznać i jeśli jesteśmy W ZGODZIE ZE SOBĄ PŁACZĄCYM: zapłakać. Jeśli nie: łykniemy, zepchniemy do środka i przykryjemy napięciem.
      Pozwolić sobie płakać, to uznać swoje uczucia i zgodzić się na ich przepływ. To stanąć otwarcie i odważnie wobec tego, co we mnie. To otoczyć się czułym ramieniem własnego zrozumienia i troski. To DAĆ SOBIE MIŁOŚĆ, gdy właśnie jej zabrakło.
      Możliwość płaczu jest tak silnie blokowana nie tylko dlatego, że skojarzona jest ze wstydem, czy słabością. Płacz jest wstrzymywany, bo łączy nas z nami samymi w pełni. A objąć pełnię, to OBJĄĆ CIENIE, KRZYWDY I WSTYDY. To objąć i KATA, i OFIARĘ. Objąć siebie. 
      Dlatego tak ważne jest, by obejmować dzieci, kiedy płaczą. By ich szlochające, rozedrgane ciałka miały doświadczenie oparcia w przyjmujących, bezpiecznych ramionach.
       
       
      „JAK TU ZROBIĆ, BY SIĘ NIE ROZPŁAKAĆ”- podstępne obrony
      W trakcie prowadzenia grup ćwiczeniowych obserwuje stale pojawiającą się potrzebę rozmawiania o płaczu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie oczekiwanie, że porozmawianie o płaczu przyniesie taki sam rezultat, jak popłakanie. W mniejszym stopniu potrzeba „omawiania” dotyczy również innych uczuć, ale płacz jest tym stanem, któremu towarzyszy największa chęć rozmawiania, a nie doświadczania.
      O ile złość budzi wyjściowo dużo oporu, to w trakcie praktyki, obawy topnieją, pojawia się przepływ i możliwość swobodnego wyrażania. Po zakończonym ćwiczeniu pozostaje żywa chęć, by wrócić do tego doświadczenia. Z płaczem jest zupełnie inaczej. Opór wyjściowy jest wysoki i utrzymuje się często przez większość praktyki, skutecznie hamując falę przepływających uczuć. Kiedy człowiek pozwolił sobie zapłakać i popłakać, nawet czując się potem dobrze, nie oznacza to wcale, że przy kolejnej możliwości będzie chciał wrócić do tego doświadczenia. Płacz jest chroniony wysoko zorganizowanym zasiekami, których zwykle nie mamy w kontakcie. Co więcej myślimy, że one są naturalne i niezbędne.
       
      Mam tu na myśli:
      • zaciskanie ust
      • przełykanie śliny
      • wciskanie palców w kąciki oczu
      • nie oddychanie
      • przepraszanie otoczenia
      • zezłoszczenie się na siebie
      • tłumaczenie się
      • ocenianie się
      • i całe spektrum uruchamianych przekonań.
       
      Te wszystkie sposoby służą jednemu: nie rozpłakać się. I wcale nie chodzi tu o niesprzyjające okoliczności, jak przebywanie akurat w pracy czy w metrze. Stwierdzenia: „nie płaczę od lat”, czy „nie płaczę od dzieciństwa” są powszechne. Często tym zdaniom towarzyszy duma i poczucie dobrze wykonanego zadania. Z czasem pojawia się niejasne poczucie straty. Bywa, że stajemy się umęczeni własną kontrolą i ograniczeniami z niej płynącymi. Zwykle też dość dokładnie pamiętamy moment decyzji, kiedy postanawiamy więcej nie płakać.
      I można by pomyśleć: „no i co z tego? Płacz nie jest nikomu potrzebny”. Tylko, że prawda jest zupełnie inna…
      Każde uczucie ma swój kanał ekspresji. Płacz jest głównym kanałem dla smutku. A smucenie się bez płakania (zwłaszcza długoterminowe) staje się procesem tłumienia, prowadzącym do rozpaczy i beznadziei. Smutek to uczucie, które WYMAGA CZUCIA. Mam wrażenie, że smutek, co raz częściej jest omawiany, a nie przeżywany. Stał się permanentnym stanem, obciążającym nas, posępnym i martwym. A smutek tak jak i każde inne uczucie, ma swoją dynamikę, przepływ i bardzo ważną cechę: PRZEMIJALNOŚĆ. Tę cechę obserwujemy u dzieci. One ani nie smucą się bez końca, ani ciągle się nie złoszczą, ani nie są stale radosne. Są w przepływie uczuć, pozwalając na tą zmienność i poddając się jej.
      Stało się tak, że smucenie się przestało być kojarzone z płakaniem, a jeśli już płaczemy, to mamy na myśli kilka niemych łez płynących po policzkach. To jest bardzo ograniczone płakanie. Można je porównać z tym, jakby nadchodziła burza, było ciemno, szaro, błyskało, a na koniec spadło tylko kilka kropli deszczu. Świat dalej zostaje ciężki i duszny.

      Płacz to szloch przy którym brzuch się rusza, z gardła płynął dźwięki, łkamy, broda i ręce się trzęsą, twarz jest mokra od łez, a z nosa cieknie. Zwykle trwa 10- 15 minut (mam na myśli osoby, które regularnie pozwalają sobie płakać), przebiega falami, które nas ponownie wzbudzają, aż dochodzi do uspokojenia, wyciszenia i odpoczynku.
      Po płaczu oddychamy głęboko (spontanicznie, bez udziału woli), twarz jest miękka, gardło rozluźnione, całe ciało delikatnie pulsuje. Pojawia się coś, co nazwałabym wewnętrzną słodyczą: połączenie smutku, z ulgą i ukojeniem. Głowa jest przyjemnie ciężka, myśli spokojnie płyną.
      Można by się zastanowić, dlaczego skoro tak dobrze czujemy się po płaczu, unikamy go, jak ognia?
      Mam wrażenie, że o ile kontakt ze złością daje nam poczucie siły i sprawczości, to przeżywanie smutku oznacza poddanie się uczuciom, które czynią nas bezbronnymi, przypominając o naszej kruchości, o naszej podatności na zranienia i o bólu, którego doświadczyliśmy. Płacząc uznajemy swoją słabość i zależność od innych.
      Czujemy się odkryci.
       
      Jeśli do tego dołączymy przekazy:
      • i co się mażesz...
      • nie ma, co płakać!
      • tylko słabeusze płaczą...
      • płakanie Ci nie pomoże...
      • chłopaki nie płaczą!
      • zaraz dam Ci powód do płaczu!

      I doświadczenia:
      • kiedy w trakcie płaczu byliśmy upokorzeni,
      • gdy widzieliśmy innych ciągle rozpaczających, a bezmiar ich uczuć przykrywał wszystko inne, w tym nas i nasze potrzeby,
      • gdy byliśmy karani za płacz,
      • gdy nie mogliśmy zatrzymać płaczu i narażało nas to na dalsze cierpienia,
      • gdy płakaliśmy w samotności i nie było „do kogo płakać”.
       
      Nic dziwnego, że płacz stał się tak zagrażający.
      Myślę, że jest jeszcze jeden ważny powód. Przeczuwamy, że płacz może połączyć nas z głęboko skrywaną, często zaprzeczoną rozpaczą. O ile czujemy, że nad smutkiem możemy zapanować, tłumiąc go, to pozwalając sobie na głębokie zapłakanie obawiamy się, że dotkniemy rozpaczy otwierając bezdenną studnię, zalewających uczuć. Wierzymy, że kiedy je spychamy, one przestają istnieć. Niestety chroniąc się przed odczuwaniem jednych uczuć, ograniczamy możliwość przeżywania innych, również tych pozytywnych, takich jak radość czy przyjemność.

      Lowen mówi: „Płacz wyraża akceptację naszej ludzkiej natury…”, a to znaczy zgodę na to, że różne rzeczy nas dotykają, bolą i potrzebują być uznane i wyrażone. Pozwolenie sobie na płacz jest aktem potwierdzającym prawo do czucia i przeżywania naszych uczuć. Z jednej strony płacz zbliża nas do bolesnych uczuć, z drugiej pozwala je akceptować, a z czasem, co raz lepiej przyjmować, co z kolei wpływa na zdolność przeżywania uczuć przyjemnych. Lowen bezpośrednio łączy: na ile możesz płakać, na tyle możesz przeżywać przyjemność (w tym tą seksualną), na ile możesz się złościć, na tyle możesz czuć radość.
      Tłumienie uczuć nie jest operacją selektywną. Tłumiąc jedno uczucie wpływamy na inne. Limitując przeżywanie jednych uczuć, ograniczamy możliwość ekspresji innych. Kiedy spłycamy oddech i zaciskamy usta, by się nie rozpłakać, to nie tylko blokujemy kontakt ze smutkiem, ale wpływamy na całą nasza psychofizjologię: począwszy od nastroju, zakończywszy na objawach fizycznych.
      Tłumienie uczuć usztywnia nasze ciało. Powstaje zorganizowany pancerz mięśniowy, który przez lata traktujemy jako swoje najlepsze uposażenie. Zbroja, która kiedyś miała chronić, z czasem staje się ciężarem noszonym każdego dnia, którego sztywność ogranicza oddech, zabiera spontaniczność, a w końcu niszczy żywotność. Właśnie dlatego płacz jest tak silnie ustawiony w konflikcie do obron ego, które pamięta dlaczego powstała zbroja i przed czym miała ochronić. Ego „każe się trzymać”, pozwolenie na płacz oznacza zagrożenie dla sztywności, która kiedyś ratowała przed nadmiernym bólem. 

      Kiedy zaczynamy płakać pojawia się szloch, przepona się porusza więc głębiej oddychamy, wydobywają się dźwięki. To wszystko sprawi, że poczujemy nasz smutek, ten z dziś, a jeśli dotąd był wypierany, również ten z kiedyś.
      Lowen opisuje smutek jako pierwotną utratę obiektu miłości. Coś co było źródłem szczęścia i przyjemności zostaje utracone, stąd pojawia się ból, ale równocześnie towarzyszy temu wspomnienie ciepłych, napełniających uczuć, doświadczania wzajemności, przepływu i bliskości.
       
      I tak używając tego odniesienia wyróżnia:
      • SMUTEK, kiedy wspomnienie dobrych uczuć przeważa nad cierpieniem
      • ŻAL, kiedy ból utraty przeważa nad dobrymi przeżyciami, trudno jest je mieć w kontakcie, trudno wspominać, czy tęsknić.
      • ROZPACZ, kiedy ból dominuje zabierając całkowicie przyjemność, nawet tą wspominaną. To uczucie, gdzie brakuje nadziej, że aktualna sytuacja może minąć, że przyjdzie coś dobrego, że pojawi się nowy „dobry obiekt”.
      Każdemu z tych uczuć należy się uznanie. Każde potrzebuje czasu i miejsca na wybrzmienie. Każde domaga się ekspresji.
      I każde potrzebuje PŁACZU.
      A właściwie to my potrzebujemy płakać, by pozostać żywymi, czującym, po prostu ludzkimi wobec naszych doświadczeń i historii.
       
      Marzena Barszcz
      Psychoterapeuta w Analizie Bioenergetycznej
       
    • By Ksanti
      Ostatnio zainteresowałem się pewnym bardzo ważnym tematem. Wiedziałem o tym już od dawien dawna jednak nie zdawałem sobie sprawy z tego jak wielkie ma to znaczenie. Temat bardzo na czasie zwłaszcza w kontekście dzisiejszego społeczeństwa nastawionego na robieniu dobrego wrażenia i "hałasu". W rzeczywistości ten "hałas" nie ma żadnej wymiernej wartości a jest jedynie robieniem show na pokaz. Chyba znacie takich ludzi, którzy w szkole czy w pracy zbyt dużo nie zrobili a jednak dzięki temu, iż byli wygadani i potrafili "ładnie" eksponować swoje zasługi zgarniali nagrody. Ludzie cisi, spokojni i refleksyjni nie mają siły przebicia i są spychani w dół. Liczy się przebojowość i pokazywanie na siłę iluzji sukcesu. No właśnie z czego powstał kult celebrytów i aktorów? Kiedyś w gazecie czytałem, że 50 lat temu piłkarze klepali biedę i musieli dodatkowo pracować na etacie. Teraz co? Lewandowski, Szczęsny i inni wożą się sportowymi autami i kupują pozłacane wózki dla swoich dzieci. Ale zaraz zaraz czym niby zabłysnęli? Tym, że potrafią dobrze kopać jakąś tam głupią piłkę? No nie zupełnie. Na podstawie takich ludzi tworzy się mity człowieka sukcesu. Wyobraźcie sobie jakby zrobili takie serie jak hydraulik celebryta, albo śmieciarz celebryta. Dlaczego tak nie może już być? Tak wiem, że nie jest to sport, który puszczają w tv. Jednak do piłki nożnej i innych rzeczy zainteresowanie w jakiś sposób też musiało być zaszczepiane. Panuje kult byle jakości i odwrócenia wszelkich wartości, oczywiście pod warunkiem, ze jest głośno, hucznie i dużo ludzi to ogląda. Promowanie patologii? A czemu by nie? Przecież takie Rafatusy i Marlenki ludzie też chętnie oglądają a yt na tym zarobi. Hajs się zgadza.
       
      Jednak wracając do tematu chodzi o podział na introwertyków i ekstrawertyków (nie wchodząc już na stany pośrednie). Rzeczywiście jest różnica w budowie mózgów tych przeciwstawnych sobie typów osobowości. Introwertycy głębiej/ silniej przeżywają bodźce przez co potrzebują ich o wiele mniej (po prostu to aż przytłacza). Ekstrawertycy natomiast przeżywają wszystko o wiele słabiej przez co potrzebują co chwile pobudzać swój mózg jakimiś "głupotkami". Zgadnijcie kim łatwiej manipulować. Kult "charakterniaków" odszedł do lamusa za sprawą pana o nazwisku Dale Carnegie i jego książki pt. "Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi". W Ameryce pojawił się kult człowieka sukcesu i wiecznie uśmiechniętego ekstrawertyka, któremu nie zamykają się nigdy usta (przeciwieństwem są kraje Azjatyckie gdzie wciąż docenia się spokój i introwertyzm). W cywilizacji zachodniej bardzo głośno mówi się o gwałceniu praw ludzi ze środowisk LGBT czy mniejszości narodowo-religijnych. Jednak czy ktoś przejmuje się introwertykami. Otóż nie, są zagłuszani, traktowani jak ludzie chorzy i ułomni. To jedyna "mniejszość, która tak bardzo jest dyskryminowana i musi się dostosowywać. Więcej info w filmiku i w artykule poniżej. Warto się zapoznać. Przy okazji muszę skombinować sobie książkę tej pani Susan Cain "Ciszej proszę... Siła introwersji w świecie, który nie może przestać gadać". Jako jedna z pierwszych publicznie zwróciła uwagę na tej problem. Jako ciekawy spoiler napiszę, że autorka książki doszukuje się przyczyny światowego krachu finansowego w zarządzaniu rozemocjonowanych ekstrawertyków.
       
      "To introwertycy, przez swoją odporność na nacisk i opinię społeczną, często zmieniają świat i wpływają na nasze życie. Introwertycy odwagę myślą po swojemu, łamią reguły i zasady, nie troszczą się o popularność i uznanie grupy".
       
       
       
      I jeszcze to:
      https://postprawdastop.wordpress.com/2017/03/30/introwertycy-sa-super/
       
      Introwertycy są dobrymi słuchaczami, umieją wspierać i korzystać z cudzego doświadczenia. Nie ryzykują niepotrzebnie, są skrupulatni i skupieni. W dobie rozgadanego świata, często czują się jak kobiety przed rewolucją feministyczną. Czas ich docenić!
      Czemu natura dała nam introwertyków?
      Jerome Kagan, bardzo ceniony amerykański psycholog, uważał, że za introwertyzm w dużej mierze odpowiada wysoka reaktywność na bodźce. Dzieci z wyostrzoną uwagą na ludzi i rzeczy wyrastają zwykle na introwertyków. Bardziej dokładnie i skrupulatnie przetwarzają informacje, zwracają uwagę na więcej szczegółów. Silniej emocjonalnie i fizycznie reagują na bodźce, które do nich docierają (dźwięk, smak, dotyk). Gdy w eksperymencie podawano niemowlakom słodką wodę, reaktywne bardziej się śliniły. Gdy dwa lata później te same dzieci znalazły się w pokoju pełnym obcych ludzi, ich układ nerwowy mocniej reagował. Z tego powodu wycofywały się, by chronić siebie przed nadmiarem bodźców.
      Prof. David Wilson, biolog z Binghamton University, uważa, że introwertycy stanowią bardzo ważne ogniwo ewolucji. Ich receptą na przetrwanie jest spokój, wyważenie i obserwacja. Aby to udowodnić, przeprowadził serię eksperymentów na rybach słonecznicach pstrych. Wkładał do akwarium metalowe klatki. Ciekawskie osobniki szybko podpływały do nowego przedmiotu i wpadały w pułapkę. Sytuacja odwróciła się, gdy wszystkie ryby przeniósł do nowego akwarium. Ekstrawertyczne szybko się przystosowały, podczas gdy introwertyczne potrafiły nie jeść nawet pięć dni. Z tego wysuwa się wniosek, że z punktu przetrwania gatunku obie strategie są niezbędne. Nie ma lepszej i gorszej. Dlatego wśród zwierząt co najmniej 15% to introwertycy.
      Co mogą zaoferować introwertycy?
      Susan Cain jest prawniczką i autorką głośnej książki „Ciszej, proszę… Siła introwersji w świecie, który nie może przestać gadać”. Razem z zespołem pracowników założyła organizację „Quiet Revolution” („Cicha rewolucja”). Chce pokazać, że introwertycy są potrzebni światu tak samo jak ekstrawertycy i nie powinni czuć się gorsi.
      Introwertycy są bardziej wrażliwi na bodźce, dlatego potrzebują więcej czasu dla siebie. Ekstrawertycy wydają się bardziej towarzyscy, bo czerpią energię do życia z bodźców zewnętrznych. Ludzie są im ciągle potrzebni, dlatego nie pogardzą dużą ilością płytkich znajomości. Introwertycy czują innych mocniej, więc będą preferowali ograniczone grono bliskich przyjaciół. Nieprawdą jest, że w ogóle nie lubią kontaktów społecznych. Też ich potrzebują. Po prostu „co za dużo, to niezdrowo”.
      Jednak to, co dla otoczenia może wydawać się „aspołecznością”, jest jednocześnie ogromną zaletą introwertyków. Susan podaje przykład lekarza, który od grania ze współpracownikami w golfa, wolał czytać publikacje medyczne i uczestniczyć w konferencjach naukowych. Był dzięki temu na bieżąco, co musiało się przełożyć na skuteczność leczenia.
      Badania Adama Granta, profesora psychologii i zarządzania z Uniwersytetu Pensylwanii, udowodniły, że – wbrew stereotypom – introwertycy wypadają lepiej jako przywódcy. Są lepszymi słuchaczami, uwzględniają uwagi swoich pracowników i chętniej ich wspierają. Stawiają na spokojną atmosferę i wysoką kulturę pracy. W określonej dziedzinie często posiadają ogromną wiedzę, przez co wzbudzają zaufanie. Nie ryzykują niepotrzebnie. Władza sama w sobie ich nie kręci, więc jeśli zostali liderami, to znaczy, że są po prostu najlepsi. Mahatma Gandhi był introwertykiem, a mimo to pociągnął za sobą tłumy. Barack Obama jest introwertykiem, a potrafił wzbudzić zaufanie, wywołać uśmiech na twarzy i zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych.
      W kulcie niedouczonych krzykaczy, którzy opanowali gabinety prezesów największych firm, wielu upatruje przyczynę światowego kryzysu gospodarczego. Skrupulatni introwertycy mogliby szybciej dostrzec zagrożenia niż skłonni do ryzyka ekstrawertycy.
      Skąd wziął się szał na ekstrawertyzm?
      Kiedyś ludzie żyli w mniejszych społecznościach, więc było dużo czasu na poznanie każdego. Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy ludność masowo emigrowała do miast. Wśród anonimowych tłumów, umiejętność przekrzyczenia innych stała się konieczna do wybicia. Gdy porówna się poradniki z XIX wieku i te z pierwszej połowy XX wieku, wcześniejsze kładły nacisk na charakter, moralność, szlachetność, a późniejsze na bycie czarującym, magnetycznym, zjednującym sobie ludzi.
      Te zasady zakodowały się tak mocno, że poradnik Dale’a Carnegiego „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” króluje na listach bestsellerów od ośmiu dekad. Już w przedszkolu dzieci, które wolą usiąść w kącie i poskładać klocki, są przymuszane do zabawy z rówieśnikami. Gdy chcą spędzić czas z jednym kolegą, często okazuje się, że od razu musiałyby tańczyć w sporym gronie, więc wolą zostać same.
      Wraz z dorastaniem stwierdzają, że „coś jest z nimi nie tak”. Inni co chwila chodzą na imprezy, poznają ludzi, organizują nowe aktywności, a oni wolą weekend spędzić z dobrą książką. Są zalewani radami, by wyjść z domu. Z każdej strony wmawia im się, że obecna liczba kontaktów im nie wystarczy. I zaczynają w to wierzyć. Bardziej wytrwali starają się udawać dusze towarzystwa, co dla ich układu nerwowego jest potwornie męczące. Steve Wozniak, współtwórca Apple i zdeklarowany introwertyk, cieszy się, że nikt nie próbował go na siłę zmienić w typowego nastolatka. Całymi dniami siedział w domu, czytał, rozmyślał. To go ukierunkowało.
      Jak uwolnić potencjał introwertyków?
      Od lat 70. przestrzeń w biurze przypadająca na jednego pracownika, skurczyła się średnio o 3 metry kwadratowe. To jest udręką dla introwertyków, którzy są wiecznie przemęczeni nadmiarem bodźców. Szefami częściej są ekstrawertycy, którzy brylują na spotkaniach i lepiej opowiadają o swoich pomysłach. Susan Cain uważa, że niesłusznie, bo to nie oznacza, że ich koncepcje przyniosą firmie największe korzyści. W dodatku nie rozumieją tej części podwładnych, która potrzebuje spokoju i skupienia.
      Problem dostrzegła firma Backbone Entertainment, zajmująca się grami komputerowymi. Przestrzeń open space przedzielono ściankami z płyt kartonowo-gipsowych. Szefowie na początku trochę się obawiali, ale okazało się, że dzięki temu rozwiązaniu wzrosła zarówno produktywność, jak i kreatywność pracowników.
      Warto zrezygnować z myślenia, że dobre pomysły rodzą się tylko w burzy mózgów. Introwertycy wypadają w nich słabo, ponieważ korzystają głównie z pamięci długotrwałej. Każdy pomysł analizują przez to dłużej, ale jednocześnie znacznie głębiej. Dlatego na najlepsze pomysły wpadają w samotności.
      Aby współpraca pomiędzy introwertykami i ekstrawertykami układała się dobrze, muszą wzajemnie siebie zrozumieć. Dlatego w Procter and Gamble, General Electric, NASA i wielu innych przedsiębiorstwach organizowane są warsztaty, na których można się dowiedzieć, jak wykorzystać potencjał drzemiący w obu typach osobowości.
      W sytuacji konfliktowej introwertycy próbują zachować spokój i zaczynają się wycofywać, by przemyśleć sprawę. Ekstrawertycy odczytują to jako brak zaangażowania. Z kolei ekstrawertycy w razie konfliktu chcą szybkiego rozwiązania, przez co sprawiają wrażenie agresywnych i dominujących, co tylko pogłębia u introwertyka potrzebę wycofania. Gdy obie strony są świadome tych różnic, unikają wielu nieporozumień.
      Oba typy mogą świetnie się uzupełniać i wiele nauczyć. Introwertyk służy wiedzą, jak pracować w pojedynkę, utrzymać skupienie, zrozumieć innych, a ekstrawertycy chętnie pokażą, jak dobrze przemawiać, utrzymać uwagę publiczności i prezentować swoje zalety.
       
    • By Ksanti
      Część. W związku z obecną sytuacją życiową postanowiłem założyć temat z cyklu "dołek egzystencjonalny".
       
      Jakieś tam doświadczenia z pracą miałem już w szkole średniej. Hala hiperdupermarketu. Strasznie mnie wkurzało, że tak dużo ludzi tam jest, wielka przestrzeń, wszyscy mnie obserwują i jestem pod kontrolą. Poza tym non stop stanie i trzeba sie wyrabiać. [Na końcu opiszę dlaczego zwracam na to uwagę].
       
      Jednak pierwsze moje przemyślenia egzystencjonalne pojawiły się po ukończeniu szkoly średniej. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z moich raczej poważnych słabości. Pierwsze moje zderzenie ze ścianą nastapiło kiedy zobaczyłem jak wygląda rynek pracy i jak bardzo jest zjebany. Jednak z dozą entuzjazmu i nieświadomy zagrożenia zaaplikowałem m.in. CV do firmy, która reklamowała się w samych superlatywach. Standardowo dobre zarobki, nienormowany czas pracy, dobra atmosfera, praca biurowa (ahh ten prestiż wmawiany przez rodziców - biuro to przecież łatwa praca papierkowa nic nie trzeba robić itd.) blah blah blah. Wymagania natomiast to komunikatywność, dobra dykcja oraz pozytywne nastawienie do życia czy coś tego typu. Pewnie odrazu zgadniecie o jaką pracę chodzi. Tak jest!!! Call center.
       
      Wtedy nie wiedziałem co to jest, myślałem, że to start do wielkiego świata biznesu i takie tam. Entuzjazm młodego chłopaka i życie bajkami które wciskano w szkole, ogłoszeniach i przy rekrutacji do pracy. Tak więc poszedłem/ połechtali moje ego jaki ja to jestem super, że przeszedłem rekrutacje. Następnie szkolenie. Po kilku dniach nadszedł pierwszy dzień pracy. Uswiadomiłem sobie, że moja praca polega na dzwonieniu i naciąganiu ludzi. Mój pierwszy telefon i nagle poczułem wielki niepokój. To pierwszy telefon a jeszcze takich będzie pewnie ze 100 danego dnia. Przecież nie wiem co powiedzieć, mam niepewny głos, w dodatku wysoki. Przez kilka minut wstrzymywałem się z decyzją zadzwonienia. Tak... uświadomilem sobie, że jest to moją fobią - zajebiście. Wykonałem 3 telefony z czego w dwóch zostałem zwyzywany. Po tym powiedziałem kordynatorce, że idę na przerwę i już więcej tam nie wróciłem (nie podpisywałem żadnej umowy). W domu do końca dnia byłem cały roztrzepany i podenerwowany. 
       
      Za 3 lata powtórzyłem eksperyment. Wsumie też nie do końca byłem świadomy co to za praca. Myslałem, że jakaś księgowość, analizy itd. No bo pisanie biznesplanów. A to kontakt z klientami głównie telefoniczny w dodatku w pomieszczeniu nie byłem sam. Trzeba po jakichś instytucjach wydzwaniać itd. Tu jeszcze jestem na podsłuchu przez współbiurowiczów. Niestety tutaj wytrzymałem kilka dni. Znowu ten ogromny stres się pojawił na samą myśl o tym aby zadzwonić do kogos obcego i go przekonywać. Strasznie nie lubię tej całej maski i udawania miłego. Czemu oni do cholery zmuszają mnie, żebym się oddzywał wtedy kiedy nie mam na to ochoty? Telefon od kogoś obcego to dla mnie jak atak i wkroczenie w strefę osobistą. Czemu nie mogę czegoś robić tam sobie w spokoju? Aaa i w tym call center stresował mnie też fakt, że rozmowa jest nagrywana. 
       
      Po tych zdarzeniach zacząłem analizowac swoje życie pod kątem emocji i traum. W gimbie bylem alienowany w klasie i wyszydzany. A zaczeło się od wypisywania obraźliwych rzeczy na mój temat na naszej klasie. Wszyscy z klasy mogli to przeczytać. O ile wcześniej docinki mi nie przeszkadzały i każdy każdemu robil sobie na złość. To od momentu trwałych wpisów na forum klasowym zaczęło mnie to mocno boleć. Już wtedy miałem tendencje introwertyczne chociaż udawałem ekstrawertyka (w dzieciństwie nim byłem naturalnie). W 3 klasie przestałem rozmawiać z ludzmi, jedynie z 2 osobami trzymałem w klasie słaby kontakt. Oczywiście moje oceny w nauce bardzo zaczęły kuleć. W szkole średniej zacząłem jeździć autobusem. Zauważyłem, że w przypadku kiedy jest dużo ludzi zaczynam odczuwać niepokój i podenerwowanie. Obecnie tego nie mam. Nie mam też problemów w kontaktach 1 vs. 1. W przypadku grupy osób wiekowo czy społecznie do mnie podobnych również. Jedynie to szybko się męcze spędzając czas w grupie i udaje, że mnie wszystko bawi. Mam też tendencje do unikania kontaktu jak kogoś nie zznam (w sensie odkładanie spotkania). Wychodzi na to, że mam lekką fobie społeczną a nawet może i neuropatie. Współcześnie panuje kult krzykaczy i ekstrawertyków (tacy celebryci). Te sławne szukamy osoby komunikatywnej, pozytywnie nastawionej do życia, młody dynamiczny skład oraz praca zespołowa. No po prostu rzygać się chce jak widzę takie ogloszenia, niestety prawie każde.
       
      ------------------------------------------------------------
      Przedząc do meritum:
       
      Nachodzi mnie taka refleksja czy znajdę w tym wszystkim miejsce dla siebie. Nieukrywam, że chciałbym trochę zarobiči jakoś ustawić się w życiu. Studiuję i po kierunku prawdopodobnie praca w korpo (czego się obawiam zważywszy na to co opisałem powyżej). Z drugiej strony niejasne plany na przyszłość i presja z racji wieku i aby się usamodzielnić. Ktoś może te problemy uznać za śmieszne ale mi na serio nie jest do śmiechu. Wariacka praca bez prywatności i z wydzwanianiem to dla mnie droga do nerwicy. Niestety nie wiem za bardzo czy są jakieś odpowiednie zawody gdzie można byloby zminimalizować powyższe problemy. 
       
      Głównie myślałem o zawodach analityka/kontrolera finansowego. Bo tak by przebiegała ścieżka edukacyjno zawodowa. Jednak to też w dużej mierze chyba telefony, rozgardiasz i burdel emocjonalny czego się obawiam. Poza tym ubieranie maski i sztywne udawanie kogoś kim się nie jest. Nie wiem też jak jest naprawdę. Bo gdybym mógł sobie w spokoju pracować i od czasu do czasu coś pogadać bez spiny na luzie to nie ma problemu. Oczywiście fajnie by było mieć work-life balance.
       
      Z takich innych ścieżek to myślałem, żeby ewentualnie zrobić kurs na masażystę albo grafika. W przypadku tego pierwszego to zniechęca mnie wizja pracy po kilkanascie godzin za grosze w jakichś spa. IT kompletnie nie dla mnie (a tam chyba najbardziej by pasowało pod mój charakter - wolnego wilka). Jestem w tym pogubiony. Teraz jest mi dobrze jednak boje się, że kiedy pójdę do poważnej pracy i na swoje to moje życie zamieni się w emocjonalne piekło bez odwrotu. Niestety chcąć czy nie, jestem fobikiem  bez "wywoływaczy" funkcjonuje normalnie.
       
      Czy ktoś z braci ma podobne problemy/ przemyślenia? Albo jakieś sensowne rady odnośnie ścieżki zawodowej w życiu pod to co opisałem?
    • By Remaks
      Jak w tytule, czym może grozić ? 
       
      Potencjalne zalety:
      - ciche i skromne
      - brak potrzeby ciągłej atencji
      - brak problemów wynikających z siedzenia samej w domu
      - ograniczona liczba koleżanek z piekła rodem lub ich brak
      - teoretycznie silna niezależność społeczna
      - problem ze swobodnym "przeskakiwaniem z gałęzi na gałąź"
      - z reguły brak potrzeby dominacji w związku
       
      Potencjalne wady:
      - słaba samoocena (choć nie zawsze)
      - z reguły mało urodziwe
      - może przydarzyć się "cicha desperatka"
      - zdążają się niezdary, bardzo nieporadne życiowo
      - jeśli katoliczki, to z pewnością wolny związek wykluczony
      - mogą z wiekiem przerodzić się w psychopatki
       
      - coś by się jeszcze wymieniło, ale na ten moment nie pamiętam...

      Jakie jest wasze zdanie na ten temat ? Może jakieś osobiste doświadczenia ? Pozdrawiam
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.