Jump to content

Wykolejone życie.


Recommended Posts

Witajcie 

 

Byc moze ktos bedzie w stanie pomoc/podpowiedziec w znalezieniu rozwiazania z mojej kuli sniegowej problemow ktore sam na wlasne zyczenie stworzylem.

Moj wiek 32 lata.

Zawsze chcialem miec wlasne firmy, niewyobrazalem sobie pracowac dla kogos /mlodziencze fascynacje Kiyosaki i pozostala litratura motywacyjno-biznesowa/. Zrezygnowalem po drugim roku z technicznego kierunku na polibudzie i skonczylem zarzadzanie (pomimo ze nalezalem do scislej czolowki na pierwszym kierunku, wydawalo mi sie ze nie ma lepszych studiow niz zarzadzanie wkoncu chcialo sie zostac biznesmanem, majac mlodziencze idealy ze wszystko jest mozliwe i ze skoro nauka tak latwo mi przychodzi to i z biznesem sobie poradze). W trakcie studiow wyjezdzalem na saksy w celu uzbierania kapitalu na wlasne drobne przedsiewziecia. Zadna z firm nie wypalila.pozostaly dlugi niby nie wielkie bo ok 30tys pln/mam juz komornikow/. Przedmiotem dzialalnosci bylo glownie posrednictwo w handlu. W pewnym momencie nie majac juz kasy na funkcjoniwanie a pojawila sie mozliwosc zawarcia naprawde duzego kontraktu /a razem z tym sowitej prowizji/ zdarzylo mi sie  jechac spora razy na kredytowych biletach  pkp i raz na stacji cpn nie moglem zalacic za paliwo /komornik zajal kase wiec zostawiajac swoje dane obiecalem splacic na dniach/, sadzac ze kontrakt prawie zapiety wiec sie potem to splaci z zysku. Kontrakt nie zostal podpisany /decyzja rzadu/

W miedzyczasie dostalem wyrok za bojke i razem z nim sporo miesiecy prac spolecznych/ktore dalej trwaja/ czyli niepowinienem opuszczac kraju bez zgody sadu.

Potem grzywna za stacje benzynowa - nieoplacona wiec mialem areszt 10dniowy.

A teraz przesluchanie za wyludzenie przejazdow pkp mam na dniach.

 

Na dzien dzisiejszy nie mam swojego lokum, majatku, oszczednosci ani nawet doswiadczenia zawodowego poza 'wlasnymi dzialalnosciami/spolkami' . Nocuje u znajomej a czasami na dworcu. Mam ciagly wstret do pracy u  kogos.... 12 lat temu sobie postanowilem ze zrobie wszystko zeby zostac biznesmanem bo jak nie to bede 'zulem/bezdomnym' no i stalo sie.... wyladowalem na dnie. Na wlasne zyczenie. Problemow z alkoholem nie mam ani innymi uzywkami nie mam.

 

W glowie pojawia mi sie mysl ucieczki do azji i nauczanie angielskiego i oszczedzanie a moze tam sie uda zaczac od zera i cos rozkrecic?? Znam takich co im kilka razy nie wychodzilo nawet w usa a w azji za pierwszym podejsciem biznes wypalil. Jedyny minus to na 10lat niemoglbym wrocic do kraju bo mnie od razu zamkna.

 

Nawet nie mam pomyslu na dalsze zycie... moze ktos podsunie cos dla takich wykolejncow zyciowych?

Edited by lars3
Link to post
Share on other sites

Zdrowy rozsądek podpowiada żebyś poszedł do pracy na początek zaplanuj sobie życie do 2 lat, popracuj na etacie, uporządkuj sobie wszystkie sprawy a następnie wyruszaj w świat gdzie tylko zechcesz. Ze mną jest tak że mam duszę nomada, praca na etacie hańba nie jest jeśli chce się uzbierać kapitał na początek. Takie jest moje zdanie.

  • Like 2
Link to post
Share on other sites

Szukaj pracy fizycznej. Będziesz mniej myśleć/analizować. W pracy przede wszystkim skupiaj się na porządnie wykonanej pracy, i nie dawaj sobie wciskać dodatkowej roboty. 

  • Like 3
Link to post
Share on other sites

Miałem średnie samopoczucie w ostatnim czasie i mimo, że kompletnie nie równam swojej historii z Twoją, to znalezienie etatowej pracy na jakiś czas dało mi ogromny spokój wewnętrzny. 

 

Wyjdziesz do ludzi, zarobisz kasę, i możesz planować co dalej. ;) Spokojnie do tego podejdź.

  • Like 2
Link to post
Share on other sites
35 minut temu, Trevor napisał:

Szukaj pracy fizycznej. Będziesz mniej myśleć/analizować. W pracy przede wszystkim skupiaj się na porządnie wykonanej pracy, i nie dawaj sobie wciskać dodatkowej roboty. 

To ja mam odwrotną propozycję @lars3. Praca fizyczna osobiście pogłębiała moją depresję, bo nie musiałem przy niej myśleć za dużo, przez co obszar moich myśli wciąż krążył wokół problemów. Co myślisz o pracy z klientem? Wtedy możesz się odciąć, bo musisz dużo mówić i rozmawiać z ludźmi. Takie prace można często znaleźć nawet bez doświadczenia, tylko sprawdź w miarę możliwości firmę z którą podpisywałbyś umowę. 

  • Like 1
Link to post
Share on other sites

@lars3, plany się nie powiodły, ale to z prostego powodu.

Poszedłeś od razu na całość, nie sprawdzając, czy ten biznes w ogóle wypali. Tak kończy wielu przedsiębiorców.

 

To co polecam, to:


1. Odbicie Od Dna:

Musisz stanąć na nogi, idź do zwykłej pracy i zacznij zarabiać, aby poradzić sobie z komornikiem i długami.

Założenie kolejnej działalności to może być kolejny strzał w kolano, który pociągnie Cię jeszcze niżej.

 

2. Rozkręcanie Biznesu Na Boku:

Zakładając biznes nie idziesz w niego od razu na 100%, tj. nie rzucasz pracy i nie pracujesz nad niesprawdzonym biznesem licząc na cud z nieba.

Zakładając biznes pracuj nad nim w weekendy i po godzinach. Gdy zauważysz, że coś się zaczyna rozkręcać i gdy masz już jakieś sensowne stałe dochody, to wtedy dopiero możesz rzucić pracę i przejść 100% w ten biznes. Ale dopiero wtedy, gdy biznes się zaczyna kręcić i gdy widać w nim potencjał.

 

Jesteś na dnie, bo poświęciłeś się biznesowi, który nie miał potencjału. Gdybyś rozkręcał go "po godzinach", to szybko byś się zorientował, że z tej mąki nie ma chleba i pomyślałbyś nad czymś innym.

  • Like 3
Link to post
Share on other sites

Podjełeś duże ryzyko ( zbyt duże ) sam raz popłynełem na firmie ( z winy kotrachentów i dziwnego wspólnika ) były straty ale na szczęscie obyło się bez komorników. Biznes powinno się rozkręcać powoli w tle nie rezygnując z dochodów czy zaciągając kredyty. Biznes to nie jest lekki kawałek chleba i czasem lepiej rzeczywiście jest być na etacie.  Filmiki na You tube kontra rzeczywistośc często wypadają fatalnie, są tam ludzie co tworzą tak zwany "hype" i nakłaniają ludzi do dużego ryzyka. Ostatnio nawet oglądałem taki filmik z TedeXa gdzie koleś stwierdził że przebiegnie 100km przez Sacharę zaryzykował życiem i chełpił się tym kwitując to że każy może robić niemożliwe. ( czysty idiotyzm )

 

30 tyś to nie jest kwota nie do spłacenia idz na miejscu gdzieś do dobrze płatnej pracy, dogadaj się jakoś ze spłacaniem i myśl dalej o swoim ale może tym razem bardziej realnie bez nadmiernego ryzyka. Jeśli chcesz szybko stanąć na nogi to staraj się tyle ile możesz inwestować ( w co rada tylko na PM )  Powodzenia.

  • Like 1
Link to post
Share on other sites

Najważniejsze to wiedzieć w życiu kim tak naprawdę się nie jest. Twoje poczynania bardziej przypominają mi poczynania hazardzisty niż biznesmena. Ryzykowaleś kapitałem którego defacto nie miałeś. 

 

Co zrobić w takiej sytuacji? Iść do pracy na etacie. Miesiąc po miesiącu spłacać długi i odkładać. Ambicje biznesmena odłożyć na półkę na najbliższe kilka lat. A gdy się odbijesz dzięki pracy i pokorze to realizuj te swoje biznesy ale nie za wszystkie pieniądze jakie masz a za nadwyżkę kasy odłożoną i której strata (nawet w 100%) nie ściągnie Cię na dno.

 

Cierpliwość...

  • Like 1
Link to post
Share on other sites

Dłużników w naszym kraju jest bardzo dużo. Niestety nic dobrego i wstyd się przyznać przed kimś. Ja postanowiłem się zająć swoim biznesem w wieku 19 lat. Po 2 latach zostało mi 35 tys długu do zapłaty. Obecnie pracuję w dzień, 3 razy w tygodniu w nocy a do tego prowadzę swoje sweris komputerowy. Zostało mi do spłaty około 15 tys. Cóż u mnie zadłużenie wynikło z innego powodu i spokojnie Wyżyłbym z prowadzenia swojej działalności ale niestety trzeba się wziąć do roboty i naprawiać błędy. Też nie lubię pracować dla szefa ale trzeba mieć pokorę i idąc do pracy myśl że pracujesz żeby wyjść z kłopotów a nie dla szefa. Praca na etacie tylko zostaje ale ja radzę wybrać się np. Do Niemiec. Bez znajomości języka dasz radę, a po 8 miesiącach masz wszystko spłacone bo w Polsce będziesz z tym długiem kilka lat. 

 

Uważam że dobrze poinformować przy podejmowaniu pracy o zajęciu komorniczym. Szef będzie wiedział że jesteś szczery, a nie dowie się z listu od komornika. 

Edited by igor_1996
  • Like 1
Link to post
Share on other sites

@lars3 trochę jakbym o sobie czytał, a nawet bardzo.

 

Mnie już życie nauczyło pokory ale Twoje podejście jest mi bardzo znane.

 

Więc zaczynamy:

1. Przestań myśleć że jesteś kimś ponad resztą (reszta ciężko pracowała i ma już domy/mieszkania mniej lub bardziej ogarnięte pasje i życie)

 

2. Wsadź sobie w dupę podejście że nie będziesz u kogoś pracować bo całe życie będziesz niespełnionym marzycielem z 5zl w kieszeni.

 

3. Na razie biznesy całkowicie odpuść bo działając pod wpływem emocji znowu się podjarasz i narobisz głupot.

 

4. Kwota którą jesteś w plecy to jeszcze nie tragedia, z komornikiem łatwiej się dogadać niż z bankiem.

 

5. Nie wchodz teraz w żadne związki bo ostatnie czego Ci potrzeba to Karinki która Cię całkiem ściągnie na dno.

 

6. Coś czego nigdy nie rozumiałem -CIERPLIWOSC. Przez lata byłem niecierpliwy i gówno tym ugralem a czas minął i ci którzy byli cierpliwi wyszli na swoje.

 

7. Przy okazji udaj się do psychiatry i sprawdź czy przypadkiem nie jesteś narcyzem, wiele na to wskazuje.

 

Nie oceniam Cię, te rady mogą Cie wkurwic. Ale takie jest życie.

 

 

 

 

  • Like 7
Link to post
Share on other sites
4 godziny temu, lars3 napisał:

Mam ciagly wstret do pracy u  kogos

Widzisz do czego Cię to przekonanie doprowadziło. Trzeba to zmienić w głowie żeby się ratować.

Najpierw zmień to w głowie z "etat to niewolnictwo" na "praca dla kogoś to mój sposób na diametralną poprawę życia"

 

Następnie, wg mnie subiektywnie, skup się na strategii i planie.

 

Strategia wg priorytetów:

 

1. Utrzymywać dobre samopoczucie, wizja że można z tego gowna wyjść, budować  wspierajace przekonania jak wyżej

 

2. Stworzyć grupę wsparcia: znajomi co coś tymczasowo pomogą, przyjaciel czy dwóch, ośrodki pomocy, to Forum

 

3. Ustalić logistykę: miejsce do spania i mycia się, ubezpieczenia i koszty zycia: miejsce do spania, darmowe stołówki, rejestracja w PUP w celu ubezp.zdrowotnego i ofert pracy

 

4. ZARABIAĆ, SKUPIĆ SIĘ NA SPŁACIE  DŁUGÓW PLUS BUDOWAĆ MINIMUM OSZCZĘDNOŚCI 

 

Plan do każdego punktu strategii, na najbliższe 6 miesięcy:

 

1. Pilnować aby czarne myśli nie zdominowały głowę. NIE OSZUKIWAĆ SIĘ, ODRZUCIĆ WIZJE BIZNESU I SZYBKIEGO ZYSKU, ODRZUCIĆ FAŁSZYWE POCZUCIE GODNOŚCI "szlachta nie pracuje".

 

2. Często i odważnie kontaktować się z odpowiednimi ludźmi, prosić o pomoc ludzi prywatnych i instytucje. Tu u mnie funkcjonuje ośrodek pomocy w wychodzeniu z długów. 

 

3. Patrz p.2, dbaj o zdrowie.

 

4a. Znaleźć pracę na jakąkolwiek umowę, nie wybrzydzać, zacząć zarabiać cokolwiek. Trzymać się z daleka od MLM, doradztwa finansowego i ubezpieczeniowego, wykorzystać swoje mocne strony. Może jakaś praca na linii produkcyjnej itp.

 

4b. Zarobki co miesiąc w sposób zdyscyplinowany przeznaczać na ratę długu oraz kupkę oszczędności. Ścisła kontrola wydatków to ma być Twój fetysz!  

 

4 godziny temu, lars3 napisał:

W miedzyczasie dostalem wyrok za bojke i (....) prac spolecznych (...).

Potem grzywna (....) wiec mialem areszt 10dniowy

A więc jesteś karany? 

Może być ciężej z szukaniem dobrej pracy, ale jakąkolwiek na początek znajdziesz.

 

Widzę że dostęp di kompa czy smartfonu z netem masz, więc szukanie pracy i kontakt ze światem załatwione. 

Z PUP możesz chyba dostać jakieś zaświadczenie żeby jeździć darmo komunikacją w celu szukania pracy.

 

Szukaj rozwiązań praktycznych, prostych, niskokosztowych.

Edited by Imbryk
  • Like 1
  • Thanks 2
Link to post
Share on other sites

Mały dodatek z mojej strony.

Kiedyś miałem działalność jednoosobową, pracowałem sam + zatrudniałem do zleceń freelancerów i myślałem, że jestem biznesmenem.
Później uświadomiłem sobie, że tak naprawdę to byłem dupą a nie biznesmenem, bo harowałem gorzej niż na etacie (7 dni w tygodniu, 12-16 godzin to norma była), a miałem nawet mniejszą kasę, niż na etacie - jedyny plus był taki, że byłem na plusie.

 

Teraz dopiero w wieku 30-kilku lat mam już pomysł jak rozkręcić działalność, powoli sobie działam, po godzinach, jak coś zaskoczy, wtedy IDĘ W TO. Na razie eksperymentuję.

 

 

  • Like 2
Link to post
Share on other sites
28 minut temu, Imbryk napisał:

A więc jesteś karany? 

Może być ciężej z szukaniem dobrej pracy, ale jakąkolwiek na początek znajdziesz.

 

Eee, jeszcze się nie spotkałem żeby ktoś chciał świadectwo niekaralności. Co najwyżej podpisujesz, że jesteś niekarany i już.

Zwykle biega o karno-skarbowe historie a nie o przemoc czy coś.

Coś mi świta, "celowe cosik przeciwko mieniu". Nie wiem czy kradzież zwykła czy rabunek jest na rzeczy. O życiu i zdrowiu ani słowa.

Ściągnięcie takiego papieru przez osoby trzecie nie wiem czy jest wykonalne, to raczej sądowa sprawa.

 

Pomysł skrajnie kretyński, coś jak "aktualna książeczka Sanepidu" robiona na własny koszt.

 

Reasumując. Kto ci to sprawdzi?

Myślisz, że sprawdzają wykształcenie bądź pracodawców poprzednich? Nie, nie sprawdzają.

Wystarczy, że masz papierek. Często nawet tego nie przeglądają.

Edited by wroński
  • Like 1
Link to post
Share on other sites
1 minutę temu, wroński napisał:

Eee, jeszcze się nie spotkałem żeby ktoś chciał świadectwo niekaralności

No OK, ja musiałem takie świadectwo pokazywać, choć nie w pracy a przy wynajmie pokoju, ale nie było to w Polsce.

 

No to tym lepiej, to każda robotę może mieć!

  • Like 1
Link to post
Share on other sites
5 minut temu, Imbryk napisał:

No to tym lepiej, to każda robotę może mieć! 

 

To też niekoniecznie. Konwojentem, policjantem itd. nie zostanie. W normalnej pracy nie sprawdzają, w takiej "innej" już trzeba świstka albo sprawdzają.

Ciekawe czy kasjer w banku też coś musi pokazać czy po prostu jeśli już podpisuje.

Jak gadałem o robocie w kantorze walut tylko się facet pytał czy jestem karany. :):):)

 

Swoją drogą głupio trochę. Tak na sklepie jako ochronę zatrudniłbym właśnie złodzieja na zawiasach.

No, ale ludzie nie myślą.

Edited by wroński
  • Like 1
  • Haha 1
Link to post
Share on other sites

Idź pracować na etat, dopóki nie spłacisz długów. Uciekanie przed konsekwencjami swoich działań powoduje, że nie przyswoisz sobie lekcji, którą dało ci życie. Popatrz na to jak na okazję do zdobycia nowego doświadczenia, nie jak na dramat życiowy.

 

Idź pracować do takiej pracy, która nauczy cię dyscypliny, umiejętności skupienia się na konkretnym problemie i która będzie od ciebie wymagała konsekwentnego, sumiennego, długofalowego wysiłku. I wykorzystaj ten czas nie tylko, żeby uporządkować swoje finanse, ale przede wszystkim, żeby zastanowić się, czemu ci nie wyszło i jakich błędów w przyszłości nie popełniać. Jeśli twoją odpowiedzią będzie wyłącznie: "to był pech, to była czyjaś inna wina", to daruj sobie dalsze bycie przedsiębiorcą. W Azji schrzanisz tak samo jak tutaj, tylko będzie ci ciężej znaleźć potem kogoś, kto cię przenocuje.

 

A jak już się odkujesz, to wybierz sobie taką działalność gospodarczą, którą będziesz znał od podszewki i która da ci realną szanse na to, żeby być lepszym niż inni (możesz wykorzystać zatrudnienie do tego, żeby się na czymś zaczać znać). A nie taką, która wydaje się dawać łatwą kasę przy małej robocie. Znajomość samego "zarządzania" da ci tylko wielkie, okrągłe "G". A łatwa kasa w 9 przypadkach na 10 jest tylko wtedy, kiedy ją kompensuje duże ryzyko.

 

I nie zaczynaj "bycia przedsiębiorcą" w opcji zerowej. Zrób tak, jak ci tu słusznie radzą - najpierw po godzinach, póki nie będziesz wiedział, że pomysł da ci utrzymanie i wypali na dłuższą metę.

 

 

 

 

 

 

  • Like 1
Link to post
Share on other sites
5 godzin temu, lars3 napisał:

mlodziencze fascynacje Kiyosaki i pozostala litratura motywacyjno-biznesowa/

Hm... zadziwiające są losy ludzkie. A jeszcze bardziej wpływ miernych amerykańskich osób/osobowości robiących taką karierę w Polsce.

 

Cóż, nasza gościnność, otwartość, czym chata bogata. Cierpieliśmy przez lata na kompleks mniejszości, wszystko z zagranicy było lepsze.

A nasi mądrzy odeszli w niepamięć. Bo medialni nie byli, nie potrafili się sprzedać itd. 

 

Teraz też obserwuję jak dwudziesto-trzydziestolatkowie chłoną "wiedzę", którą sprzedają im "złotouści managerowie".

Nie oceniam. Ich wybór. Tyle, że niekoniecznie najlepszy. Ale sami mają swoje życie do przeżycia.

 

Literatura motywacyjno - inspirująco - poradnikowa. Są osoby, które ulegają wpływom, muszą czytać takie podręczniki.

Ktoś musi zarobić, sprzedać, wymusić na czytelnikach pewne zachowania. Podobnie jak osoby czytające książki o tematyce ezoteryki. 

Rzecz absolutnie normalna.

 

Przychodzi mi na myśl jedna ocena. Otóż, gdy udajesz się na szkolenia, warsztaty, lekcje. Poświęcasz swój czas, pieniądze. 

Czy ktoś się zastanowił nad jednym. Czy masz gwarancję sprzedawcy/szkolącego na efekt Twojej pracy?

 

Bo tak patrzę na tych, którzy chodzą po tych różnych inspirująco-motywujących szkoleniach, kupują książki od autora, robią sobie z nim zdjęcie,

wieszają na ścianie/kładą na półki obok książki. I na tym wszystko się kończy.  Po paru tygodniach zapomnieli o czymkolwiek.

A złotousty nadal zarabia na osobach, chcących poczuć podmuch wiedzy...

  • Like 1
Link to post
Share on other sites
15 minut temu, kosmoski napisał:

Szczerze polecam tę formę pracy u kogoś, jesteś wolny, oficjalnie prowadzisz swoją działalność i Ci mogą koło chuja naskoczyć z jakimiś dyscyplinarkami i innymi bzdurami.

Nie jest tak różowo, przyjacielu.

 

Pracując na Umowie o Pracę jesteś pracownikiem chronionym prawnie. Jeśli pracując na B2B coś porządnie spier... i jeśli klient straci na tym dużo kasy, to nie masz żadnej ochrony prawnej, mogą założyć sprawę i ściągnąć z Ciebie kasę bez ograniczeń (tyle, ile prawnikowi się uda). Na UoP jest chyba ograniczenie do kilku pensji (zdaje się, że 3-4 pensje, ale to gdy zrobisz coś celowo - jeśli zrobisz coś niechcący, to jesteś chroniony, firma za Ciebie odpowiada, a nie Ty).

 

Poza tym, na umowach B2B masz też różnego rodzaju kary umowne, np. 50.000 zł za X, 100.000 zł za Y (głównie chodzi o sprawy związane z udostępnianiem informacji itd).

 

Piszę o tym, bo w kilku projektach ten problem był przerabiany (w kilku firmach, w których pracowałem). Pracowałem zarówno na B2B, jak na UoP. W niektórych umowach B2B miałem zapisane kary finansowe na 100.000 zł właśnie za zdradzanie różnych tajemnic projektowych itd.

 

Jeden z klientów chciał podpisywać nawet osobne umowy z pracownikami z umowami B2B dotyczących rozpraw sądowych (klient z innego kraju, chciał, aby sprawy w razie czego były przeprowadzane w jego kraju).

Edited by Texudo
  • Like 1
Link to post
Share on other sites
6 godzin temu, lars3 napisał:

12 lat temu sobie postanowilem ze zrobie wszystko zeby zostac biznesmanem bo jak nie to bede 'zulem/bezdomnym' no i stalo sie

Aha na przyszłość przypomnij sobie zajęcia z "zarządzania ryzykiem".

 

Pewnie miałeś na studiach, a jak nie tam no to pewnie prowadząc własną działalność się zastanawiałeś nad ryzykiem jakie ponosisz. 

 

Ryzyko się ziściło, teraz należy wyciągnąć wnioski i iść dalej.

  • Like 1
Link to post
Share on other sites

Do Azji uciekniesz przed tym co narobiłeś w Polsce. Niemniej nie uciekniesz przed samym sobą i tym co sobą reprezentujesz. Myślisz, że w obcej kulturze, bez znajomości, barier językowych,lepiej sobie poradzisz niż w Polsce? Dorośnij.

 

Nabyte doświadczenie poprzez swoje porażki lepiej wykorzystasz w Polsce. Nie zapominaj, że masz już więcej doświadczenia, jesteś dojrzalszy o to co robiłeś i co straciłeś. Z tego co piszesz to 30 000 zł-naprawdę śmieszne pieniądze. 

 

Nie obraź się, piszę to raczej po przyjacielsku- jesteś Piotrusiem Panem interesów. Czytając Twoją historię, mam wrażenie, że pisze ją max. 20-letni człowiek.

 

Osobiście prowadzę firmę 10 lat. Zatrudnionych mam 16 osób, w tym kierowników. Uwierz mi codziennie jestem ujebany syfem. Mimo, że prowadzę agencje reklamową. Każdy mój klient to mój szef. Lizać dupę potrafię najlepiej, aż mi ślinka cieknie. Kurwa, wkurwiłem się. Pierwsze trzy lat to praca na etacie plus firma. Pracowałem po 14-16 godzin. Poniedziałek-niedziela KURWA, aż mi siebie żal, ale z drugiej strony podziw- teraz nie dałbym rady. Młodzieńczy zapał i wiara. Mimo, że teraz mam 31 lat, chyba by mi się nie chciało. Pieniędzy zawsze będzie za mało. ZAWSZE.

  • Like 5
Link to post
Share on other sites

Przesadzasz. Ciesz się że jesteś zdrowy, bez nałogów i przede wszystkim nie żonaty.

 

Kasę zawsze można odrobić, młody jesteś, jeszcze staniesz na nogi. 30k PLN to jest do odłożenia w rok za granicą.

 

Później możesz rozkręcić jakiś biznes korzystając z doświadczenia które masz, głowa do góry.

  • Like 2
Link to post
Share on other sites

O k...a. Odważny z Ciebie człowiek. 

Wnioskuję, że nie masz rodziny, także jak się uprzesz to te 30 tyś. spłacisz pracując gdzieś na etacie. 

Cholera, najlepiej było by za granicę wyjechać, jakieś Niemcy czy Holandia czy Norwegia. U nas to dorobisz się jedynie garba... 

  • Like 1
Link to post
Share on other sites

Rozumiem chęć autora do prowadzenia firmy. Miałem w swoim życiu epizod na etacie, ale się w tym dusiłem. Założyłem jednoosobową działalność i tak się to już kręci prawie 5 lat. Zarobków nigdy nie miałem rewelacyjnych, ale nie to było najistotniejsze. Niestety działalność w tym roku będę musiał zamknąć i rozglądać się za etatem, dobrze, że raczej bez długów (pewne kwestie muszą się rozstrzygnąć). W moim przypadku jest to powiększająca się z roku na rok konkurencja, niejednokrotnie  szokuje mnie ilość firm, które zgłaszają się do przetargów.

  • Like 1
Link to post
Share on other sites

Układaj się z wierzycielami w ten sposób, że pospłacasz w ratach należności główne, a w zamian za to niech umarzają ci odsetki i inne koszty. Zagroź, że jak się nie zgodzą to wyjeżdżasz za granicę i ani grosza nie odzyskają. W międzyczasie idź do normalnej pracy, popracuj, naucz się czegoś i dopiero będziesz już mógł stwierdzić, czy to dla ciebie czy nie. Biznes nie jest dla każdego, a w Polsce jest bardzo ciężko, bo rynek trudny i zewsząd chcą cię wydymać. 

Link to post
Share on other sites
  • Similar Content

    • By niemlodyjoda
      Dzień dobry Panowie dziś odcinek numer 12345 czyli co się stanie jeśli pokażesz kobiecie z która jesteś w związku słabość. Po prostu zacznie Cię traktować jak...
      Póki był kredyt i pieniążki, facet wykastrowany biegał z dzieckiem w getrach - super życie.
      Skończyła się kasa i musi utrzymywać Pana - koszmar kobiet.
       
      ---------------------------------------------------------------------------------------------------
       
       
      „Gdyby chłopiec był mały, wątły, zniekształcony, zrzucono by go ze skały”
       
      Ubezpiecz się na wysoką sumę, to popełnię samobójstwo, ale upozoruję wypadek. Bo przecież chodzi ci o kasę, nie o mnie – powiedział mąż Doroty. Zamiast współczucia poczuła pogardę. Szantażować samobójstwem? Trzeba nie mieć jaj. Odpaliła „300” na Netflixie. Z nadzieją, że Sparta mężowi je przywróci.
      – Netflix, wino, wino, Netflix, Teamsy, kawa, Netflix, wino, tak nam minął rok pandemii – mówi Dorota. W marcowym lockdownie, rok temu, w tej wyliczance byłaby jeszcze joga. Ale skończyła się na trzech razach. Entuzjazm w ich domu zdechł jeszcze szybciej, niż noworoczne postanowienia. Myślała, że to już szczyt degrengolady, ale okazało się, że może być jeszcze gorzej.
      – Mąż wpadł w depresję – mówi. Po chwili: – W każdym razie on i jego psychiatra ten stan tak definiują.
      – A ty? – pytam.
       
      1.
      – Ja tu tylko sprzątam… Dorota siedząc przed ekranem, nabiera powietrze, jakby miała zanurkować. I wypuszcza głośno. A może to głośnik na Teamsach tak podbija dźwięk. Rozmawiamy na nich, bo tak często używa ich w pracy, że hasło do Skype'a już dawno uleciało jej z głowy.
      REKLAMA
      – Wracam do domu po pracy i przekręcając klucz w zamku, czuję, jak wali mi serce. Przez głowę przelatują obrazy: Rafał dyndający na linie wspinaczkowej, Rafał leżący w pościeli, a z ust cieknie mu ślina i krew. Psychiatra mówi, że jest z nim lepiej, że gdyby było niebezpieczeństwo samobójstwa, doradziłby szpital. A ja nie mogę uwolnić się od obsesyjnego lęku, że Rafał popił psychotropy alkoholem, że się powiesił… I że tak go znajdę.
      I zawsze go znajduję. W pościeli. Ale nie w krwi i ślinie. W papierkach. I pierwsze, co robię, to zbieram te papierki. Po snickersach, po papierosach, po lionach, usiane wokół łóżka męża, który w nim zalega 24 h. Zbieram piętrzące się talerzyki i szklanki. Wyrzucam butelkę po winie, która też na mnie czeka. Jak robię nadgodziny, to czekają dwie – wylicza.
       
      2.
      – Nie byłam przygotowana na depresję męża. Jakkolwiek głupio to zabrzmi. Gdyby dostał raka, to bym się z tym jakoś pogodziła. Tak, jak pogodziłam się z pandemią – mówi Dorota. Znalazła mnie na Messengerze po tekście „Czy mężczyzna może mieć depresję, w dodatku w pandemii?”. Na zdjęciach na Facebooku był obok niej brodacz w czarnych legginsach do biegania, z wózkiem przypiętym do roweru, w jakim Skandynawowie dzieci wożą od zawsze, a Polacy od lat.
      – Te foty? Przeszłość. Nie wywaliłam, jeszcze się łudzę. Zresztą nie muszę jak Żyła z Zamachowską robić Big Brothera, ustawiać status związku na „to skomplikowane” – powiedziała. – Ale skomplikowało się. Podle.
      Dorota pracuje w banku, trzy dni z domu, dwa z firmy, bo ze zdalnej przeszli na hybrydę. Rafał też był w korpo. W agencji PR obsługiwał firmy branży farmaceutycznej. Kilka miesięcy temu go zwolnili.
      – Ukrywaliśmy to przed rodziną do marca – pół roku. Depresję zresztą też. Aż pół roku, wyobrażasz sobie?
      – O pół roku za długo?
      – Nie. O pół roku za krótko.
       
      3.

      19 marca Dorota zmusiła męża, żeby poszedł do jej rodziców. – Był nafaszerowany prochami, ale chyba już zaczynały działać, bo od dwóch dni wstawał z łóżka i snuł się po domu w dresie. Postęp. Pierwszy wieczór od pół roku, gdy udało mi się go wyciągnąć z domu. Bo psychiatrę ma on-line. Cholerny 19 marca – mówi Dorota. – Nie myśl, że mam w głowie jakiś pieprzony kalendarz z Excela, pamiętam, bo Bogdana – imieniny mojego taty.
      – „W medycynie bezrobocia nie ma, szczególnie w pandemii. Jak widać, są wyjątki. Rafał zawsze był utalentowany” – tak na wieść o stracie pracy zareagował mój tato, gdy już wszyscy trochę wypiliśmy.
      – I co wy na to?
      – Nic. Rafał, wiadomo... ale że ja nic nie odpowiedziałam? Poczułam tylko złość na ojca, ale po chwili na męża. Tak, jakby ojciec jednym zdaniem wykastrował Rafała. A właściwie dwoma. Bo dodał: „takie miałaś powodzenie, kolejki chłopaków się ustawiały, ale pokazałaś, na co cię stać… na utrzymanka”.
      Bo chwilę wcześniej mąż zrobił mi niedźwiedzią przysługę, mówiąc do moich rodziców: „Dorcia jest taka kochana, utrzymuje mnie drugi miesiąc i jeszcze płaci mi terapię”. Zarejestrowałam kątem oka, że na słowo „terapia”, mój tato uśmiechnął się ironicznie.
      Byłam wściekła na Rafała. Zawsze był introwertyczny, skryty. Ale widać już po dwóch spotkaniach on-line z psychiatrą coś mu się w głowie przestawiło. Jeszcze niedawno, słysząc, że Meghan i Harry u Oprah, skwitował: „Księciuniowi już zupełnie odpierd***".
      A może to te psychotropy połączone z alkoholem uderzyły do mózgu. Chwalił się, że psychiatra zapisał mu takie, po których można „normalnie żyć”. Co to znaczy normalnie? Definicja mojego męża: „pić albo prowadzić samochód”.
       
      4.

      Z imienin ojca nikt nie prowadził, wracaliśmy Uberem. W kompletnej ciszy. Pierwsze słowa, jakie wypowiedział mój mąż po wejściu do domu?
      „Ubezpiecz się na wysoką sumę, a ja popełnię samobójstwo. Bo przecież nie chodzi ci o mnie, ale o kasę”.
      – Żałosne… – powiedziałam. W pierwszej chwili chciałam podejść do niego, wtulić się, błagać, żeby tak nie mówił, że go kocham, że musi żyć – dla mnie, dla naszego synka. Ale to był tylko moment. Bo zaraz zamiast współczucia, poczułam pogardę.
      – Kasy nie dostanę, za samobójców nie wypłacają – prowokowałam.
      – Nie przejmuj się, upozoruję wypadek – powiedział. Próbował przetrzymać mnie wzrokiem. Palant. Zamiast brać się w garść, szantażować żonę depresją? Trzeba kompletnie nie mieć jaj. Włączyłam „300” na Netflixie. W nadziei, że Sparta mu je przywróci. Zamiast tego przywróciło mi wspomnienia.
      „Gdyby chłopiec się urodził, zostałby sprawdzony jak inni Spartanie. Gdyby był mały, wątły, albo zniekształcony, zrzucono by go ze skały” – z ekranu dobiegł głos lektora, a ja w swojej głowie wchodziłam z nim w polemikę.
      – Mojego męża by nie zrzucono. 10 punktów w skali Agpar. Teściowa wspominała, że „jak po porodzie zobaczył Rafałka neonatolog, to powiedział, cześć chłopie, oby się więcej takich wojowników rodziło”. Jak to dzisiaj żałośnie brzmi… Wojownik. Mój mąż wojownik... korporacyjny. Tylko że to nie były żadne Termopile. Poległ bez walki.
       
      Wolał zajadać stres. Za chwilę będzie mówił jak Lubaszenko, że otyłość to siostra depresji. I poprosi mnie o pieniądze na operację bariatryczną.
      Wojownik to sobie może mówić o sobie Tomek Adamek. Jak pytali go w wywiadzie, dlaczego został bokserem: „Jak się urodziłem, tato wskazał na mnie palcem i powiedział do mamy: to będzie wojownik".
       
       
      „Odkąd chłopiec nauczył się sam stać, szkolono go do walki”. Uczono go, że nie wolno mu się wycofać ani poddać” – padło z ekranu, tylko mnie rozsierdziło. "Uczono go, że nie wolno mu się wycofać ani poddać”? No nie, nie uczono, nie mojego męża… Może nigdy nie dowiedziałabym się, że jest takim tchórzem, gdyby nie ta cholerna pandemia i praca zdalna. Na Teamsach wyszło wszystko. Przez pierwsze dni, gdy miał zebranie, wychodziłam do drugiego pokoju, żeby nie przeszkadzać. Ale lubiłam nasłuchiwać, jak mój mąż zabiera głos. Wyluzowany, pewny siebie, tłumaczył wszystko wszystkim na zebraniach, stawiał trafne diagnozy, że np. problem Polski to uzależnienie farmacji od Chin i Indii, które produkują większość substancji aktywnych zawartych w lekach.
       
      Przegapiłam moment, w którym wszystko zaczęło się zmieniać. Musiały być chyba jakieś przepowiadające znaki. Ale dla mnie to zmieniło się „na pstryknięcie”. Wieczorem weszłam do domu, myśląc, że Rafała nie ma, bo światła było pogaszone. Nim zapaliłam, usłyszałam „hej” z głębi mieszkania. „Wywaliło korki?” – zapytałam. Ale to nie było to. Mąż siedział po ciemku na łóżku w sypialni. Zawsze witał mnie już w korytarzu, przy drzwiach, tak jak psy.
      – Stało się coś? – zapytałam. – Nic – odpowiedział. Czekałam, aż sam powie. Nie powiedział. „Nerwówka w pracy i tyle” – to jedyne, co wyciągnęłam od niego tego wieczora.
      „Pamiętaj o szacunku i honorze. A tak samo będziesz traktowany”. „Im więcej się napocisz tutaj chłopcze, tym mniej krwi stracisz w bitwie”.
       
      Honor? Serio? A co jest honorem w korpo? Utrata krwi w „bitwie” na e-maile, na calle albo na Teamsach? Dzień po „nerwówka w pracy” usłyszałam, jak mój mąż płaszczy się przed szefem. Nie wierzyłam. Słyszałam, jak Rafał się jąka, zacina, jak go zatyka, jak zmienia mu się głos. Czułam się zmieszana, że on wie, że słyszę, że jestem świadkiem jego upokorzenia. Schowałam się w łazience, bo jest w głębi mieszkania. Ale i tam dobiegł mnie głos szefa: „jesteś tylko słabym, głupim fi..kiem”. Byłam pewna, że to nie było do Rafała. Ale jak tylko wróciłam, gdy zebranie się skończyło, odwrócił się w moją stronę na obrotowym krześle i powiedział: „Słyszałaś, jak mnie nazwał?!”. Nie mogłam uwierzyć, że mi się z tego zwierza.
      – I nic mu nie odpowiedziałeś?! – zapytałam, choć przecież wiedziałam, że nie.
      – Kredyt mamy, ot tak ci mówię, jakbyś zapomniała.
      – Nie zapomniałam. Kredyt to nie powód, żebyś się stawał wycieraczką, w którą szef sobie buty wyciera – powiedziałam.
      – Pier..l się! – syknął. Po raz pierwszy tak się do mnie odezwał. Przeprosił dopiero w nocy, gdy już byliśmy w łóżku – wspomina Dorota. – Próbowaliśmy się kochać. Ale pierwszy raz nam nie wyszło. Nam? Nie, nie nam. Jemu. Nie dotknął mnie przez kolejne trzy tygodnie.
       
      „Spartańskie koszary od 300 lat tworzą najdoskonalszych żołnierzy na świecie” – padło z ekranu. Korporacyjne koszary tworzą najdoskonalszych, ale wazeliniarzy, nie żołnierzy. W każdym razie z mojego męża stworzyły. Na zebraniach przepraszał, że żyje. Bo nie skończyło się wtedy na tym jednym. Cięte riposty miał już tylko do mnie. W domu zrobił się agresywny. Całe dnie cisza. I od czasu do czasu ciszę przerywał wybuch Rafała, po którym przepraszał, ale dopiero, gdy zasypialiśmy. Łóżko służyło nam już tylko do spania.
      – Weź się w garść! – powiedziałam którejś nocy. – Daj mi spokój. Kup sobie wibrator, znajdź kochanka, albo jedno i drugie, wszystko jedno – odburknął, gapiąc się w sufit. Byłam wściekła, że nie jestem już dla niego żadnym bodźcem, ale bardziej niż o seks, chodziło mi o to jego wieczne podminowanie, wieczny wkurw. Kochać się i tak próbowałam już tylko z desperacji, że może to go wyrwie z letargu, a mnie utwierdzi, że nic się nie zmieniło. Rafał nie golił się i chodził w starym dresie Pumy, na którym plamy od kaszki mlecznej naszego synka wyglądały jak zaschnięte nasienie. Któregoś dnia poczułam, że śmierdzi. I wtedy uświadomiłam sobie, że dawno nie słyszałam, żeby brał prysznic. Przestał mnie pociągać.
       
       
      „Wróć z tarczą lub na niej. – Tak moja pani” – Leonidasa przed walką żegnała żona. Tylko że z Rafałem to nie były żadne Termopile. Mąż poddał się w pracy walkowerem. Z każdym kolejnym dniem, gdy widziałam, jak przed monitorem kurczy się tak, jak w łóżku, czułam, że go wywalą. Raz krzyknęłam: „Dziwię się, że cię jeszcze nie zwolnili. Ja bym cię dawno wywaliła, gdybym była twoim szefem!”. I dwa dni później to właśnie się stało. Było mi strasznie wstyd.
      – Wykrakałaś. Zadowolona, zadowolona? – zacisnął pięść i podszedł do mnie. Ale na nic więcej się nie odważył. Założyłam maskę, wyszłam z domu. Wsiadłam do samochodu i zaczęłam słuchać podcastu wybranego na chybił trafił. Jeden, drugi, trzeci… jakoś trafiłam na „Farbowanie życia” jakiejś kobiety, ale trochę mnie znudziło, wybrałam to, co podpowiadał algorytm, to był „Co brać czy co ćpać po odwyku”… Coś w tym stylu. Żulczyka. Jacyś faceci opowiadali o problemach z głową i terapiach.
      – Rafał, a może ty masz depresję. I maskujesz agresją – zapytałam po powrocie. Ale tak, jak z tym „nic nie odpowiedziałeś szefowi?!”, to było raczej stwierdzenie, takie tam, na zagajenie...
      – Znowu się czegoś nasłuchałaś na YouTube?
      – Nie. Na Spotify.
      – Pierd…nie o Chopinie.
       
       
       
      Nalegałam tak długo, aż zgodził się na rozmowę z psychiatrą. Tele-, a raczej wideoporada na Skypie. Psychiatra z polecenia przyjaciółki. Chciałam, żeby ktoś mojego męża wreszcie postawił na nogi. Żeby wrócił dawny Rafał. To było jeszcze zanim go zwolnili. Zaczęłam się bać, że straci robotę i nie spłacimy kredytu z jednej pensji. Ale i tak ją stracił, nim psychotropy zaczęły działać. Wyrzucałam sobie, że trzeba było szukać lekarza, który zapisuje benzidiazepiny i nie szczypie się jak inni, że nie, nie, bo uzależnią. Może by i uzależniły, ale zadziałały przed wypowiedzeniem. No i tak mąż przestał „chodzić” do pracy i nie wychodząc z pokoju, zaczął do psychiatry. Zmiana fioletowego okienka Teamsów na Skype w kolorze niebiańskim.
      „Ojciec nauczył mnie, że strach nigdy nas nie opuszcza. A kiedy się z tym pogodzisz, staniesz się silniejszy”.
      – „Tato nie ma siły” – to zdanie, które nasz syn słyszy w domu chyba najczęściej. Gdy chce na spacer, gdy chce się bawić w wyścigi dinozaurów. Całe życie byłam pewna, że „tato nie ma siły”, to coś jak oksymoron. No, ale Rafał to zmienił – mówi Dorota. – Syn ciągle powtarza: „tata nie sili, tata nie sili!”.
       
      Jak nakręcony. Jeśli to prawda, że psychika nasiąka wszystkim do trzeciego roku życia, to czarno widzę, kim to dziecko kiedyś będzie. Bezradnym 30-latkiem na kanapie psychoanalityka.
      „Uczono go, że śmierć na polu bitwy, w służbie Sparcie, jest największą chwałą w jego życiu” – usłyszałam, na ekranie było coraz więcej krwi i trupów. Mojemu mężowi była przeznaczona śmierć na ołtarzu korporacji. I nie w chwale. Poległ roztrzęsiony, jak tylko zaczęły się zwolnienia i mobbing.
      Moje życie to segregowanie śmieci – butelki do butelek, papierki spod łóżka do folii. Dom – babcia – praca. Praca – babcia – dom. Bo w te dwa dni, gdy nie jestem na zdalnej, syna zaprowadzam do mamy. Rafał jest w domu, ale nie ma siły zająć się synem. Nawet nie jestem w stanie mamie tego wytłumaczyć: że Rafał w domu jest, ale „jakoby nikogo nie było” – trochę, jak u Kochanowskiego, w trenach.
       
      „Kiedy miał siedem lat, zgodnie ze spartańskim zwyczajem chłopca odebrano matce i trafił prosto do świata przemocy. Chłopca karano pałką i biczem. Ćwiczono go, by nie okazywał bólu ani litości. Jego szkolenie nie miało końca” – na ekranie scena, w której ojciec Leonidasa uczył go fechtunku. Czego ojciec Rafała go nauczył? Nie wiem, ale na pewno „zabrał do świata przemocy”. Zamiast pałki była pięść, zamiast bicza pas. Choć nie zabrano go od matki.
      Z teściową nie mam nadzwyczajnej relacji, ale która kobieta ma? Ale nie miałam pojęcia, że była fatalną matką. Rafał chyba też nie wiedział. Dopóki nie odkrył tego za pomocą psychiatry. Wcześniej wiedziałam tylko, że miał walniętego ojca, który musztrował żonę, a Rafała bił. Teraz ruszyła lawina przewin mojej teściowej. Nagle okazało się, że była bierno-agresywna, że neurotyczna, że karała Rafałka ciszą aż do „Dobranocki”, że była sknerą, że nie kupiła mu jakiegoś dużego zestawu Lego, tylko mikro. I to wszystko niby miało sprawić, że Rafał w dorosłym życiu ma fobię społeczną, bo szef uosabia „figurę rodzica”. Sknerowata, znerwicowana matka i ojciec – raz despota, raz pierdoła, już zresztą nieżyjący, doprowadzili mojego męża rzekomo do depresji.
      – Matka nic nie zrobiła, jak ojciec mnie lał – po kolejnej rozmowie z psychiatrą opowiadał mi kolejne rewelacje. Miał minę jak mały chłopiec, drżała mu broda. Jakby terapia to była teleportacja do przedszkola. Jakby był w wieku naszego syna. Miałam wrażenie, że jeszcze dwa spotkania i cofnie się do łona matki. Mój mąż zamiast się składać, rozpadał się na moich oczach.
       
       
       
      „Robimy to, do czego nas wyszkolono, do czego nas wychowano, do czego się urodziliśmy. Żadnych jeńców, żadnej litości” – padało z ekranu… Kiedyś trafiłam na post Jastruna, tego poety, który całe życie zmagał się z depresją i opowiada, jak poddał się elektrowstrząsom. Trafiłam na to, bo przetrząsałam cały internet, szukając ratunku dla Rafała. Na grupie, „Twarz męskiej depresji” czy „Męska twarz depresji” pisał, że człowiek w depresji jest jak w zaciśniętej stalowej pieści, a pogrążyć się w niemocy to nie słabość, bo przecież jest się ciężko rannym. A depresja to fala, która porywa człowieka, to obóz koncentracyjny, z którego nie ma ucieczki. Można tylko w nim żyć i czekać wyzwolenia. Czułam, jak ogarnia mnie furia. Jak może porównywać tsunami do leżenia w łóżku pod ciepłą kołdrą, przy zasuniętych roletach? Jak może porównać popijanie snikersów winem do obozu koncentracyjnego? Więźniowie Dachau w grobie się przewracają. Spróbuj pobyć jeden dzień Nawalnym!
       
      „Spartańskie agoge zmusza chłopców do walki. Głodzi ich, zmusza do kradzieży i zabijania, jeśli to konieczne”, „chłopiec nie odczuwał strachu, lecz niepokój płynący z wyostrzonych zmysłów”.
      Rafał, wielki fan wczesnego metalu, cała skrytka w samochodzie zawalona płytami Led Zeppelin i TSA. Niech teraz zaczerpnie siłę od swojego idola – przypomni sobie, jak katował mnie jakąś nocną audycją radiową, w której Piekarczyk mówił, że miał deprechę i nie mógł ruszyć ręką ani nogą, ale szedł do pracy. „Szedłem jak wytresowany pies. Wbiłem sobie do mózgu, że idę do pracy”. Dlaczego Rafał tak nie może? Nie może? Ta „praca” to przejść dwa metry – z łóżka do komputera. Nawet nie musi wstawać z łóżka. Wystarczy, że wyłączy kamerę.
       
       
       
      Znów wrócił do mnie ten Jastrun, jedno zdanie. Że nie słyszał, by ktoś wyszedł z ciężkiej depresji o własnych siłach. Że lekarze mówią, że to niemożliwe… Przeraziłam się, co będzie…
      – Że z tym samobójstwem to Rafał jednak nie straszył?
      – Nie. Co będzie, jak już taki zostanie. Jak będzie taki już zawsze… A zresztą, niech to wszystko się skończy, wszystko jedno jak – przemknęło mi. I przeraziło. A jak któregoś dnia naprawdę upozoruje ten wypadek? Co, jeśli nie straszy. – Kto straszy samobójstwem, ten się nie zabija? – zapytałam jego psychiatry. Powiedział, że to mit. I że przed nami najgorszy czas – jeszcze nie mija depresja, ale leki już dają o sobie znać i wraca energia. Wtedy ludzie to robią. Wtedy się zabijają. Jak Robin Williams? Nikt się tego nie spodziewał, świat miał go za komika. Oscar, parę Złotych Globów to za mało, by żyć. Mnie nie dadzą wtedy żyć wyrzuty sumienia.
      „Wysłano go w dzikie ostępy. Furii natury mógł przeciwstawić tylko swój rozum i wolę. Przechodził inicjację, próbę w dziczy. Miał wrócić jako Spartanin albo nie wrócić w ogóle”.
      Dlaczego Rafał mi tego nie ułatwia, dlaczego zachowuje się tak, jakbym to ja była winna jego depresji? Ja, jego matka, jego ojciec. To pieprzone psychologizowanie. Szukanie winy wszędzie, ale nie w sobie.
      Jest jak profesor Mikołejko, który po "60" wciąż pamięta, jak mama biła go kablem do żelazka, jak były ministrant, który pcha się do Sekielskiego, bo nie może zapomnieć tego, co zdarzyło się 40 lat temu...
      Czekam aż mózg Rafała napęcznieje serotoniną jak gąbka. Czekam na zakończenie tej terapii, jak choroby zakaźnej. Odra, świnka, różyczka – wiesz, ile trwa, co do dnia. Ile można chodzić na terapię? Tego nie wiesz. Boję się, że do końca życia. Jego albo mojego. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam...
       
      „I tak chłopiec, uznany za martwego powrócił do swojego ludu, do świętej Sparty jako król Leonidas”.
      Dwa dni temu Rafał pierwszy raz od miesięcy się uśmiechnął. Zaklinam rzeczywistość: „Wróci… do siebie, znów będzie sobą. Wróci do mnie, wróci do syna, wróci do domu”. Wyobrażam sobie, że mój mąż jest jak Neo w „Matrixie”. Ma tylko wziąć tabletki. I odbierać połączenia od psychiatry. Nic więcej. Jest seronil, jest viagra. Może dla nas jeszcze nie jest za późno…
      Tylko do domu rodziców mój mąż już nigdy nie powróci jako król. Mój ojciec, w swojej pieprzonej Sparcie uznał go za martwego.
       
      https://kobieta.onet.pl/depresja-u-mezczyzny-maskowana-alkoholem-i-agresja-koronawirus-polska/v5v0h7q
       
      Płaczcie i okazujcie uczucia przy Paniach Waszego życia. Zwierzajcie się z problemów. Mówcie o wszystkim. One już będą wiedziały co z tym zrobić
      Jestem ciekaw czy Panu już znalazła "pocieszyciele".
    • By Duch Zgubiony
      Cześć wszystkim, miałem tu założyć konto i opisać swoją historię jakiś czas temu, ale byłem pozbawiony sił. Nie wiem, co zrobić, trochę nieracjonalnie teraz myślę, jak małe dziecko.
       
      W zasadzie, co niby można to odpowiedzieć, nic. Ale opisanie tego będzie może dla mnie terapeutyczne... z góry dziękuje za wysłuchanie.
       
      Mam 2 dni. 2 dni na podjęcie decyzji, od której zależy czy skończę na ulicy, a każda opcja jest dla mnie niewiadomą. W ostatnim czasie dużo się na mnie zwaliło, choć gdyby nie to że byłem z własnej woli zależny od kogoś innego, dzisiaj pewnie byłbym w innym położeniu. Pozwoliłem się zasłonić depresją i życiowym rozkrokiem, by się zwyczajnie opieprzać, zamiast o siebie walczyć, a potem spotkał mnie nagle szereg nieprzyjemności losowych. 
       
      Mam 24 lata. Mieszkałem od roku w domu Babci, coś w rodzaju domu rodzinnego, gdzie mieszka parę osób. Trochę pracowałem, trochę się opieprzałem, zajmowałem się ogrodem, jak wpadały mi pieniądze to się dzieliłem kosztami. Takie połowiczne pasożytowanie. Chciałem wykorzystać taką lukę w życiu, by poukładać sobie w głowie po ciężkich przeżyciach z depresją, żałobą po bliskiej osobie, pobyciu w klinice zdrowia psychicznego (ładniejsze określenie na psychiatryk) itp. 
       
      Kątem ucha dosłyszałem że mój tata, z którym dawno nie rozmawialiśmy przez toksyczne zachowania matki, na coś choruje. W domu jakieś dziwne tajemnice, ukrywanie przede mną, jakbym był jakimś Januszem-Alkusem co wybucha przy złych wiadomościach, a z charakteru jestem w zasadzie jak szczur, siedzę cicho i podjadam trochę swojej karmy w samotności.
       
      Do domu wprowadził się wujek, syn Babci (prawnej właścicielki) domu. Zawsze był mi jak starszy brat, wyluzowany 50 latek, trochę pijak i furiat, ale dla rodziny zawsze był dobry. Znacie może ten schemat, że łobuz niby łobuz, ale o swoich dba. I nagle mu coś odstrzeliło. Znam go od urodzenia, nigdy nawet nie mieliśmy ścięcia ze sobą, skrywanych żali. Po prostu zero kwasu przez całe życie. 
       
      A ten się nagle na mnie odpalił, bo mu ładowarki nie chciałem pożyczyć. Miałem tylko jedną i mu normalnie o tym powiedziałem. A ten z tekstami że jestem dla niego szmata, śmieciem, ludzkim gównem, i jak coś odpowiadam że o co mu chodzi, to przybliżał się z twarzą w pozycji, "zaraz ci napierdolę". Wiedziałem o tym, że on takie odpały w głowie ma, bo tu się z kimś bił na mieście, tu się po pijaku wieszać chciał, tu wpadł gdzieś tam kiedyś do domu z awanturą o nic. Ale jednak sądziłem że rodzina to dla niego rodzina. Potem odszedł, dał mi spokój. Ja byłem już wtedy przerażony, jestem lękowcem i dom Babci był jednak dla mnie zawsze sanktuarium bezpieczeństwa, w którym można się skryć.
       
      Zamknąłem drzwi na klucz jak poszedł, sądziłem że będzie spokój. Ten wrócił potem i szarpał za klamkę, jak wystraszony powiedziałem że jak mi nie da spokoju to zadzwonię na policje, to wywarzył zamek z buta, wpadł, kopnął w laptopa, rzucił się na mnie i bił mnie na łóżku. Bredził coś w amoku, ja wtedy poległem. Nie byłem na to psychicznie przygotowany. Gdyby to się stało z obcym człowiekiem na ulicy, to bym się po prostu bił, nawet gdybym dostał wpierdol, to takie życie, ale nie przeżywałbym tego psychicznie. Tutaj jednak zderzyły się ze sobą dwa światy - świat bezpieczeństwa w "rodzinie", i świat lęków. Poległem już w głowie - nie byłem nawet w stanie psychicznie go odepchnąć, nic, byłem jak sparaliżowany. Jak ostatnia pizda tylko prosiłem go w trakcie by przestał. A ten niby dobry wujek, zwykły śmieć, zachowywał się jakby czerpał z tego satysfakcję. 
       
      Spakowałem plecak i poszedłem spać do domu prababci, który był jakieś parę metrów dalej. Ten psychol poszedł nagle za mną, zaczął mnie kopać i grozić że jak tam pójdę to mnie zajebie. Więc poszedłem w miasto, na policję, ale powiedzieli mi że mogę złożyć sobie do sądu pozew przeciwko niemu, no to nawet nie było o czym mówić, bo nie byłem tak mocno obity by obdukcja pokazała cokolwiek "mocniejszego", nie miałem lima tylko napuchnięte usta i ból głowy po uderzeniach itp, bardziej to niż pobity i zeszmacony czułem się zgwałcony psychicznie. Do tego co by mi dał pozew przeciwko debilowi, jak on by to zlał, a jeszcze w rodzinie dzieje się to co się dzieje. Do czego zaraz dojdę.
       
      Poszedłem przespać się na cmentarzu, bo bezpieczniejszych opcji w tym miasteczku gdzie mieści się dom Babci nie wymyśliłem. Potem babcia mi napisała żebym poszedł do prababci, przespałem tam, przespałem się umyłem itp. I potem nadeszło zderzenie z prawdą. Dowiedziałem się od prababci, że Tata ma nowotwór mózgu i jest częściowo sparaliżowany. Myślałem że się na plecy wypieprzę. No nie wierzyłem. To sen? Błagałem w głowie by się już obudzić. Rok temu zmarł dziadek również na nowotwór - bardzo to przeżyłem, bo był świetnym człowiekiem, takim charakternym i z honorem, gardzącym patologią. Więc ból po akcji wujka był podwójny, bo wiem że gdyby dziadek żył, to ten psychol po tym co odwalił wyleciał by z jego domu w podskokach. Zmarł honorowy facet (64 lata), z którym miałem bliską relację, a został taki ludzki gnój, jak "wujek". 
       
      I znowu to samo. Znowu widzę jak szczyny ludzkie chodzą i śpiewają, a dobrzy ludzie cierpią i umierają.
       
      I tego samego dnia jak się o tym dowiedziałem, wpadł ten pierdolony gnój, i zaczął mi grozić, drzeć ryja, że mnie zajebie i mam wypierdalać, że daje mi 2 dni, za to że "taki niedobry jestem". Ja nie wierzyłem. Ja jestem niedobry? Nic nie zrobiłem, byłem niewidzialny w tym domu jak mysz, a On takie coś robi i wygaduje. Pojechałem do miasta, w którym mieszka mój Tata i ja kiedyś mieszkałem. Gdy go zobaczyłem, jeszcze rok temu zdrowego chłopa 45 letniego, sportowca, który nagle musi poruszać się z pomocą i się zacina mówiąc, chłopa który wziął sobie kobietę z dzieckiem którym byłem ja, i kazał mi mówić do siebie "per tato" gdy mój biologiczny ojciec miał mnie w dupie, to poczułem już tylko pustkę. Że to pierdolone życie jest takim chorym gównem. Innego ojca nigdy nie miałem, może poza dziadkiem, który zmarł. 
       
      Matka mówi coś o wydarzeniach z wujkiem psycholem, zrównując nas, takim tonem jakbyśmy obaj się pobili czy coś takiego. To mnie zdołowało, to brzmiało jak "Niemcy zabijali Polaków, ale przecież zawsze winne są obie strony". Gdy mówiłem jej jak było, słyszałem "dobra dobra". Ale nie wymagam żadnego wsparcia czy wysłuchania, kiedy jej mąż jest w takim stanie, to nie jej problem, zresztą co ty porównywać, pobicie i wygnanie (warto dodać że wujek to nierób i nie jest właścicielem domu Babci) jakiegoś śmiecia co nawet szkoły średniej nie skończył i nic nie ma, do śmiertelnej choroby męża. Priorytety, to jasne. Ja zresztą też dopiero po jakimś czasie zacząłem znów to przeżywać i wściekać się, fantazjując że tam wparowuje i wydłubuje gnojowi oczy wiertarką. 
       
      Nie jestem samcem. Co najwyżej samczykiem. Nie dorosłem jeszcze do tego, by czuć się facetem, mimo posiadania 24 lat. Nie skończyłem liceum (robiłem ostatnio zaocznie, ale skończyłem na 4 semestrze, chciałem je dokończyć). I rozpierdala mnie to, że w życiu nawet rodzina cierpienie dostarcza. Rozpieprza mnie to, że moi 90 letni pradziadkowie zostali tam w tym domu, i już nie mogą liczyć na to że im zrobię zakupy i pomogę w codziennych sprawach, że mój Tata za bycie normalnym spokojnym gościem dostał w nagrodę złośliwy nowotwór. 
       
      Mój majątek życia wynosi około 2 i pół tysiąca złotych, i za to muszę gdzieś zacząć życie. Miałem mieć załatwioną pracę u kumpla w miasteczku na Pomorzu, z darmowym mieszkaniem, ale nagle dzisiaj napisał że jednak nic z tego nie będzie. Teraz od 2 tygodni pomieszkiwałem u kumpla, spędzałem z nim czas, chciałem w jego mieście może spróbować, ale największy problem jest z mieszkaniem. Najtańsza opcja to akademik, a one są zamknięte z powodu koronawirusa, zostają więc tanie pokoje do wynajęcia, a one są najbardziej ryzykowne - często można spotkać w takich lokalach patologię, ukraińców, kryminalistów, a ja już się nażarłem dość lęków, i nie wyrobię jakbym znowu miał zostać gdzieś pobity czy okradziony.
       
      Niestety moja opcja z pracą u kolegi zniknęła, ja mam 2 , 5k na koncie, mieszkania "bezpieczniejsze" (a raczej pokoje w mieszkaniach) to już są większe kwoty z kaucjami, które szczyciłyby mi budżet, a wystartować jakoś muszę po znalezieniu pracy. I sam nie wiem co mam teraz robić z życiem, bo w chwili obecnej jestem bezdomny, bez kwalifikacji, i w zasadzie myślę że najlepiej by było w tej sytuacji ze sobą skończyć, ale cierpienie jakie by miał przez to chory Tata, dla którego minimalny stres działa tragicznie na stan zdrowia, sprawa że muszę ciągnąć to ciągnąć.
       
      Te dwie rzeczy mnie wyniszczają wewnętrznie. Z jednej strony choroba taty, z drugiej moja sytuacja życiowa, a w tle jeszcze podgryzają mnie natrętne myśli, o tym gnoju wujku, powodujące histerię wymieszaną z dziką furią. A ja, mimo 24 lat na karku, czuje się chłopcem, który własnie staję się jeszcze bardziej samotny w świecie, niż był dotychczas, a był od dawna. 
       
      Patrzę miasta do których mogę pojechać odbić się od dna i zbudować jakąś małą poduszkę oszczędności. Podobno Katowice są w porządku. Rozmawiałem z psychologiem na słuchawce, czy może to nie jest niemoralne, że powinienem być blisko Taty, jest to miasto na Pomorzu Zachodnim (inne niż miasteczko w którym mieścił się dom Babci). Niestety obawiam się, że ja tam nie wyrobię, bo wszystko mi będzie przypominać o traumach, o stanie Taty. Psycholog twierdzi że gdybym był w innym mieście, dzwonił do Taty i odwiedzał co jakiś czas byłoby w porządku. Ja i tak podskórnie czuje, że to niemoralne tak wyjeżdżać, choć Matka powiedziała że do niczego im się nie przydam a oni dostają zmniejszoną pensję Taty w formie renty. 
       
      Gówno warte to wszystko. Ja w piątek muszę wybyć z tego mieszkania kolegi w Krakowie i raczej z samego Krakowa (za duże i nieznane w dobie wirusa, by coś zdziałać, gdyby akademiki były otwarte pewnie bym dał sobie tu radę), a dziś jest środa i nie wiem co będzie jutro. Dzięki, jeśli ktoś był w stanie to przeczytać, za ciekawe raczej nie było.
       
      Pozdrowienia dla wszystkich forumowiczów.
    • By Marek Kotoński
      Szanowni Państwo,
       
      Takie oświadczenie wygłosiłem przedwczoraj na lajwie (już usuniętym), ale że nie wszyscy na nim byli, a nawet jak ludzie byli to było nerwowo (cały czas kasowaliśmy bluzgi i wyzwiska fanów ww. Pana), powtórzę je tutaj:
       
      1. Od tej pory na temat Pana Dominika Bosa (Awięc) nie wypowiadam się aż do procesu sądowego (zalecenie adwokata). No chyba że będę naprawdę musiał się bronić przed pomówieniami i oszczerstwami. Trudno jest mi utrzymać język za zębami, gdy od dwóch dni kasuję nie tylko wyzwiska w moim kierunku, ale także wpisy że zniszczyłem życie młodemu chłopakowi... poziom absurdu tej sytuacji sprawia, że kompletnie tego nie ogarniam.
       
      Oczywiście "suchej" informacji mogę udzielić, czy wypowiedzieć się na jakiś niezbyt "gorący" temat w związku z tą sprawą.
       
      2. Kontrpozew. Czekamy na pozew, w zależności od jego treści informuję, że pozywam Pana Dominika Bosa (Awięc) o kwotę minimum 100 tysięcy złotych, za szkody wyrządzone przez to co mówił i przede wszystkim "sugerował" na mój temat. Jako pisarz i osoba prowadząca działalność gospodarczą, w wyniku tych działań poniosłem bardzo duże szkody finansowe i wizerunkowe. Czyli nie wystarczy powiedzieć że nazwałem go i jego dziewczynę gnojem (nigdy tego nie zrobiłem) tylko trzeba będzie to - i wiele innych "sugestii" udowodnić. A jeśli wyjdzie że dowodów nie ma, wyjaśnić Wysokiemu Sądowi dlaczego się oszukiwało...
       
      3. Przysięgam wszystkim moim zwolennikom i fanom, którzy mogli ulec "sugerowaniu", że nigdy nie groziłem ani nie wysyłałem żadnych meili które mu groziły, jak to "zasugerował". Treść tych meili jednak jest podobna do tych meili, które ja dostawałem w tym strasznym czasie, gdy śledzono i fotografowano mnie i moją przyjaciółkę, grożoną morderstwem, okaleczeniem, spreparowaniem fałszywych dowodów na moją pedofilię by wtrącić mnie do więzienia, brutalnym gwałtem mojej mamy, donosami na policję, do Izby Skarbowej i wielu innych świństw - i w tym właśnie czasie, Pan Dominik Bos (Awięc) zaczął nagrywać o mnie wyszydzające mnie filmy, w których przekręcał to co mówiłem, by postawić mnie w negatywnym świetle, co stało się przyczyną internetowego nękania, objawiającego się np. tym, że po każdym filmie byłem bezustannie lżony i wyzywany przez jego widzów.
       
      Przypominam że to Pan Dominik Bos (Awięc) pierwszy o mnie nagrał, co spowodowało falę nienawiści w kierunku mojej osoby jego zwolenników.
       
      4. Bardzo proszę o to, byście jako społeczność nigdy nie zniżyli się do tego poziomu, żeby Pana Dominika Bosa (Awięc) atakować i pomawiać tak jak to obecnie dzieje się z moją osobą. Te sprawy wyjaśnimy sobie w sądzie, a my pokażmy że jesteśmy "z zupełnie innej gliny ulepieni". 
    • By igor_1996
      Dzień dobry.
      Kilka słów na początek o mnie. Mam na imię Igor i tak jak wynika z mojego profilu jestem z rocznika 96. Na forum znalazłem się przypadkiem ale dało mi to do myślenia, że może warto opisać swoją historie. Chciałem się podzielić doświadczeniem - tak jak w temacie (wyleczoną?*) depresją. Nie jest to temat z szukaniem pomocy ale bardziej chęcią dania pomocy. Dodam jeszcze i bardzo proszę wziąć to zdanie do serca, nie jestem pisarzem. Postaram się żeby moja wypowiedź była z jak najmniejszą ilością błędów ale szczerze nie mam pojęcia kiedy wypada dać przecinek albo zakończyć zdanie.
       
      Temat depresji jest rozległy. Napisanie maiłem/przeżyłem nic nowego nie wniesie na tym forum dlatego opiszę całą historię. 
      Pojęcie depresja wówczas było mi totalnie nieznane, nie interesowałem się tym, nie maiłem pojęcia czym się objawia i że w ogóle może coś takiego mnie dosięgnąć. Przez moją niewiedzę dowiedziałem się gdy już było za późno. Chociaż nie każdy jest lekarzem żeby stawiać sobie diagnozy dlatego na pewno nie mam do siebie żalu o swoją ignorancje. Proces popadania w chorobę jest na tyle powolny, że nie da się go tak prosto zauważyć. Do tego dochodzą zmiany w postrzeganiu rzeczywistości i wiele rzeczy, które wcześniej dałby nam do myślenia zaczynają być normalne. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie dlatego odsyłam do różnych portali o zdrowiu gdzie w dokładny sposób opisują objawy. Parę objawów można pomylić po prostu z lenistwem lub na odwrót - mając zalążki depresji myśleć, że to lenistwo. I co tu zrobić? Jedyna i słuszna opcja to udanie się do psychologa (I UWAGA) to jest super! Diagnozowanie się samemu lub na forach mija się z celem to tak samo jak wpisanie w wyszukiwarkę "boli mnie gardło co to może być" albo żeś zachlał mordę i śpiewał całą noc w klubie, albo grypa albo, albo. Przyczyn depresji jest dużo dodatkowo na forach można spotkać się z niezrozumieniem (np. negatywne odebranie Twojej wypowiedzi, bo dla Ciebie to było już normalne, a w postrzeganiu zdrowego człowieka np. głupie, żałosne) dlatego trzeba na to uważać. 
      Wracając do udania się do psychologa i dlaczego to jest super? U nas istnieje przekonanie, że jak ktoś chodzi do psychologa to ma nie po kolei w głowie, gdzie na zachodzi jest to równie normalnie postrzegane jak wizyta u lekarza rodzinnego. Najważniejsze jest to, że psycholog w żadne sposób Cię nie ocenia. Tak jak pisałem wcześniej nie jesteś lekarzem i nie jesteś wstanie sam się zdiagnozować. Psycholog przeprowadzi z Tobą wywiad i zdiagnozuje, ale w każdym przypadku pożegna Cię z uśmiechem na twarzy, a nie "Po co mi Pan głowę zawraca swoimi wymysłami!". Najtrudniejszy jest pierwszy krok, który wymaga od Ciebie wiele energii, a później specjaliści będą Cię prowadzić aż do końca?* choroby. 
      Warto nadmienić, że w pierwszej kolejności należy udać się do psychologa nie psychiatry. Psycholog zdiagnozuje czy potrzebujesz pomocy psychiatry, a przede wszystkim wesprze Cię emocjonalnie, a psychiatra prowadzi chorobę od strony leków. Psycholog nie może wypisać recepty! Tylko i wyłącznie psychiatra przepisze Ci leki na depresje! 
       
      W naszym kraju leczenie u psychiatry i psychologa jest na NFZ leczy żeby dostać się do tej grupy trzeba bardzo długo czekać. Druga opcja leczenia prywatnie jest dużo szybsza ale może wyjść dla niektórych bardzo droga. Da się zrobić tak żeby wydać mało i nie czekać długo. Jeżeli tylko zainteresowałem kogokolwiek wstępem postaram się jak najszybciej umieścić kolejną część, w której opiszę jak dostać się na leczenie na NFZ, jak mniej więcej wygląda leczenie, co było przyczyną mojej depresji, jak działały leki na depresje, jak pomóc osobie z depresją oraz wyjaśnieniem dlaczego zostawiłem pytajniki i gwiazdki przy słowach koniec i wyleczona. 
      Jeżeli masz do mnie jakieś pytanie napisz śmiało na PW
    • By deleteduser50
      Pisze posta tego potrzebuje wylać siebie swoją frustracje i doła, Jestem aktualnie na etapie szukania pracy, Czy ja mam zbyt wygórowane wymagania czy pracodawcy to janusze biznesu?. Powoli szukanie pracy mnie dobija. Dobija mnie też rodzina. Czy szukanie pracy która da mi stabilną finansową i nie będę miał szefa idioty. Ma sens, Nie kiedy chwytała mnie depresja po nieudanej rozmowie o pracę i miałem ochotę,skoczyć z mostu,rzucić się pod pociąg. Czy ze mną jest coś nie czy po prostu spadła moja motywacja. Powinienem pójść do psychiatry?.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.