Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
siostrasamica2019

Chcę GO zrozumieć. Proszę o męski punkt widzenia.

Recommended Posts

Cześć wszystkim. Jestem tu nowa, ale to miejsce urzekło mnie hm... normalnością. Mam nadzieję, że znajdzie się tutaj kilku mężczyzn, którzy podzielą się swoją opinią i zechcą mi pomóc - krytyka też jest mile widziana. Mam silny problem ze zrozumieniem relacji damsko-męskich. Zwłaszcza swojej. Nie potrafię nawet sprecyzować problemu, więc proszę tylko o to, byście napisali co myślicie o mojej sytuacji.

 

Od początku:

Nasz związek od początku był trudny. To ja walczyłam o to, żeby go stworzyć i utrzymać. To była moja pierwsza wielka miłość (miałam 18 lat) i wiadomo, trzymałam dziewictwo na wyjątkową okazję. On był w rozpadającym się związku, sypiał ze mną, a potem twierdząc, że przeszedł za dużo z poprzednią kobietą nie chce się wiązać. Zaakceptowałam to, dałam mu czas, chciałam mu pokazać, że kobieta może się o niego troszczyć, być dobra i może czuć się przy niej bezpiecznie. Po prawie 1,5 roku w końcu nazwaliśmy to związkiem. Pomimo tego wiem, że towarzystwo kobiet sprawiało mu radość i flirtował z innymi. Godziłam się na to, bo miałam niskie poczucie własnej wartości (słaba sytuacja w dzieciństwie) i myślałam że złapałam Boga za stopy. Ranił mnie wielokrotnie, ale wtedy jakoś miłość wyłączyła mi mózg - wybaczyłabym mu wszystko. Sama też nie wymagałam praktycznie niczego. Robiłam wszystko to, na co on miał ochotę. Niestety, często wbrew sobie. Osiągnęłam chyba mistrzostwo w zadowalaniu go w każdym aspekcie życia, nawet w łóżku. Robiłam podobno takie rzeczy, w które większość przyjaciółek nawet mi nie wierzy (bez dewiacji oczywiście). Niestety, on sam pomimo moich próśb, instrukcji i nakierowań doprowadził mnie do orgazmu tylko 4 razy przez 6 lat. Po prostu nie angażował się w moją przyjemność.

 

Rok temu rozstaliśmy się na 3 tygodnie - zostawił mnie w chorobie, nie ciężkiej, ale wiedział że jest mi trudno. Postanowił to po tym, jak powoli zaczynałam stawiać swoje granice i czegoś od niego oczekiwać (tego, żeby traktował mnie przy znajomych jak swoją kobietę, żeby mnie czasami przytulił i powiedział że mnie kocha (nigdy tego nie robi). Po 4 latach związku poczułam się pierwszy raz w życiu upokorzona. Poczułam, że żebrzę o miłość i nigdy więcej tego nie zrobię. Postanowiłam, że dam sobie sama radę. Dałam. Poznałam innych facetów, byłam na kilku randkach (bez seksu) i zrozumiałam, że podobam się facetom i jestem całkiem fajną, normalną dziewczyną. Wróciliśmy jednak do siebie, ale powiedziałam mu o moich "randkach", że już znam swoją wartość i drugi raz nie pozwolę się odrzeć z godności. Że chcę z nim tworzyć fajny związek, ale pod warunkiem że oboje się w niego zaangażujemy. Od wtedy wszystko się zmieniło.

 

Zaczął mnie osaczać. Znowu wpadłam w proces ulegania mu i całe życie podporządkowałam jego pracy i rozwojowi zawodowemu. Zapomniałam o sobie, bo jakakolwiek moja próba tworzenia "własnej prywatności" była krytykowana i oceniana. Chce ze mną robić dosłownie wszystko a cały świat ma się kręcić wokół NAS/jego. Znowu stałam się posłuszną dziewczyną, bez poczucia własnej wartości. Nalegał na wspólny budżet, pomimo że chciałam się utrzymywać sama i wiedzieć ile zarabiam (prowadzimy wspólnie firmę, ale mam też swoją, osobną), krytykował lub olewał moje pasje, lub nie wykazywał mną zainteresowania. A z drugiej strony nie potrafi zrobić niczego beze mnie. Nawet nie potrafi wybrać butów. Prosi o ogarnianie większości spraw, które dotyczą jego twierdząc, że jestem mądra i wiem lepiej. Jednak w końcu znalazłam super pracę na etacie - wyszłam z domu do ludzi. W pracy miałam kontakt z wieloma mężczyznami i znowu czułam się atrakcyjna, mądra, zabawna. Poznałam też faceta, który samym spojrzeniem na mnie powodował, że czułam się wyjątkowa. Czułam się "normalna". Nie musiałam walczyć o jego względy, to on sam pokazał mi, że mu się podobam. Był cholernie atrakcyjny, rok młodszy i zabawny. Tyle wystarczyło, żebym się puściła bokiem jak ostatnia cipa. Robiąc to, pierwszy raz czułam, że robię to dla siebie. Że ktoś się o mnie stara, adoruje, przytula i że kogoś cholernie pociągam. I że nie muszę o to prosić (tu wtrącenie: nie jestem laską wieszającą się na szyi co 5 min. Lubię normalny dotyk, w granicach rozsądku). Poczułam, że seks może być fajny. Że facet może być zaangażowany, zadbany i słuchać moich potrzeb. Że rano potrafi dać buziaka w czoło i oddać mi pierdolone pudełko z fit cateringu, żebym nie wracała głodna. Czułam się w końcu NORMALNIE. Ale wróciłam do domu i o wszystkim mu powiedziałam. Wiedziałam, że mogłam go zranić i miałam wyrzuty sumienia. Przeprosiłam, poprosiłam o szansę. Dał mi ją, jednak nawet ze mną specjalnie nie porozmawiał. Prawie o nic nie pytał. Stał i widziałam tylko zły w jego oczach. Poczułam się jak ostatnia świnia. Jak nic niewarty śmieć. Złamałam swoje zasady, że zdrada to największe świństwo. Ale pomimo tej szansy, czuję że nie wiem czy ten związek ma przyszłość. Wiem, że znowu będę musiała się "podporządkować" i że moje potrzeby zawsze będą na drugim planie. Że zawsze będzie mi wmawiane, że to "ja mam problem". Że mój seks już zawsze będzie tak wyglądał. Że reszta mojego życia z nim będzie smutna. 

 

Sprawy nie ułatwia fakt, że on jakoś się stara. Czasami kupi mi czekoladki, wymyśli jakiś wspólny wyjazd (jeśli ma przerwę w kalendarzu). Wtedy czuję że to ja się przypierdalam. Że o co mi chodzi. Ale coraz więcej osób mówi mi, że marnuję sobie z nim życie. Że to narcyz i maminsynek. Śmieją się, że jest gejem - a on świetnie się bawi w tych żartach. W dodatku cholernie o siebie nie dba (pomimo, że jest bardzo atrakcyjny fizycznie) bo jak twierdzi "ma w to wyjebane jak wygląda, byle w pracy wyglądał jak człowiek" - no musi wyglądać, bo wykłada na uczelni i jest jakimś tam "autorytetem". Pomimo to, oczekuje ode mnie seksu. Nie zrozumcie mnie źle, ja uwielbiam seks. Ale nie jestem w stanie na niego patrzeć po tym wszystkim. Po tych żartach z jego gejostwa, po tym że o siebie nie dba. Po tym, że nie rozumie, że mój orgazm też jest ważny. Po tym wszystkim co opisałam wyżej. 

 

Boję się, że to ze mną jest coś nie tak. Że jestem porąbaną typiarą i powinnam się leczyć. Zaczynam czuć, że brakuje mi bliskości, ale takiej z "prawdziwym" i "normalnym" facetem. Czuję się jak wyposzczona żona z 30-letnim stażem, a mam dopiero 25 lat. Nie chcę go znowu zdradzać. Szanuję mężczyzn i ich uczucia i nigdy żadnego bym nie wykorzystała świadomie i nie skrzywdziła. Cały czas liczę na to, że może nasz związek ma sens i ja sobie to wszystko nad interpretuję i wymyślam. Ale jestem po prostu głodna. Głodna zaangażowania, zainteresowania, relacji, emocji, dotyku, seksu, zabawy. Z drugiej strony boję się, że po rozstaniu z moim partnerem skrzywdzę kolejnego faceta. Że jestem tak pokrzywiona, że nie dam mu tyle "ciepła" ile potrzebuje. Że wpadnę w tryb "dupy która zalicza innych" bo będzie bała się osaczenia przez kolejnego faceta. 

 

Ja po prostu chciałabym związku, w którym każdy będzie miał dla siebie przestrzeń. W którym będziemy o siebie dbać, będą emocje (bez słodkiego pierdzenia non stop), będzie chęć poznania drugiej osoby i będzie jakoś normalnie. Bez toksycznych relacji i uzależnień od siebie. Z czułością, ale i z humorem i żartem. Z chęcią wzajemnego brania i dawania jednocześnie. 

 

Przepraszam, ża tak długo. Czy męskie grono jest mi w stanie powiedzieć, czy mam jakieś dziwne oczekiwania? Czy coś robię źle? Co jest nie tak? Pań również chętnie wysłucham.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.