Jump to content

Recommended Posts

Witajcie!

 

Po raz kolejny chce podzielić się z Wami swoimi smutkami. Po prostu muszę to z siebie wyrzucić "wygadać się" komuś czyli Wam.

 

Mam w tej chwili  tylko jednego dobrego ziomka któremu o tym mogłem opowiedzieć ze szczegółami.

Tu nie chodzi tylko o moją ostatnią relację, ale chce się wyżalić szerszej na temat mojego życia "związkowego" i nie tylko. 

 

Zawsze po rozstaniu wraca to do mnie jak bumerang. Tym razem znowu wszystko wróciło z tym że zmienila się aktorka głównego zamieszenia, ale aktor coraz starszy i słabszy czyli ja.

 

Jeszcze parę miesięcy temu miałem w głowie swoją "pierwszą wielką miłość" i myślałem że już nigdy o niej nie zapomnę. 

Na początku tamtego rozstania był dramat i lament, ale przynajmniej dzięki temu trafiłem wtedy tu na forum, a był to koniec 2018 roku. 

Walczyłem żeby o niej zapomnieć przez ponad dwa lata, a byliśmy w związku mniej więcej tyle samo ile trwała moja walka z demonami przeszłości. 

 

Udało się wkoncu zapomnieć o niej raz na zawsze gdy poznałem nowy obiekt westchnień, chociaż już i bez tego praktycznie całe uczucie do niej uleciało ze mnie. Po prostu czas zrobił swoję, ale według mnie trwało to zdecydowanie za długo.

 

Na początku nie planowałem z nią niczego poważnego. Nie była piękna jak tamta lecz mimo to podobała mi się fizycznie i miała też zupełnie inne lepsze cechy charakteru i to coś co mnie od razu przyciągnęło.

Była chemia było miło, ale na nic więcej się nie zapowiadało.

Niestety zacząłem się podświadomie coraz bardziej angażować, a ona równocześnie oddalać aż przegrałem i dała mi kosza. 

Raptem 2.5 miesiąca znajomości i po rozstaniu czuję się fatalnie, znowuż wszystko szlag trafił. 

 

Pierwszy raz w życiu dostałem kosza zanim wszedłem z dziewczyną w "oficjalny" związek. 

 

Z każdą wcześniejszą z którą stworzyłem dłuższą poważniejsza relacje było odwrotnie. Zawsze to one szybciej się angażowały, naciskaly na zwiazek. 

Były bardziej needy. Miałem pełna kontrolę nad sytuacją. 

 

Nie rozumiem dlaczego tym razem postępowałem zupełnie odwrotnie, może dlatego że od początku była jakaś inna niedostępna? Każda poprzednia nie dawała mi żyć, ciągły kontakt i zawracanie tyłka. A ona była przeciwieństwem.

Nie gadała o żadnych wspólnych planach, uczuciach, nic o niej nie wiedziałem, nie potrafiłem do niej dotrzeć. A zawsze wcześniej bylo odwrotnie to ja się nie otwierałem przed żadną.

 

Jedyne czego się dowiedziem to to że ma ojca alkoholika, a wyszło to przez to że jej powiedziałem że mój ojciec to też alkoholik. Nie chciała nic więcej powiedzieć o swojej przeszłości.

Uświadomiłem sobie wtedy że skoro jest DDA to dlaczego nie jest jak inne DDA które mają ogromne parcie na związek?

 

Później dowiedziałem się, że jest też coś takiego jak lęk przed bliskością, czyli przeciwieństwo tego bycia potrzebującym i parcia na związki jak moje poprzednie byłe. Gdy zaczęło robić się coraz poważniej zaczęła sabotować relację i zerwała zanim wszystko na dobre się tak naprawdę zaczęło. 

 

 

Uświadomiłem sobie dzięki temu, że sam mam z tym zajebisty problem tzn mam ten lęk przed bliskością.

Przecież też jestem DDA, z tym że się tego nie wstydziłem że mój ojciec jest alkoholikiem. Może dlatego że już nie piję od kilkunastu lat.

Ale gdy byłem mały do 10 roku życia to widziałem i słyszałem duzo za dużo. Co prawda mnie nigdy nie uderzył, ale matkę owszem. Każdy w rodzinie oprócz mnie ma stwierdzoną depresję i leczył się psychiatrycznie.

 

Ogólnie to bieda, wstyd, poniżenie, niepewność jutra i wyszydzanie się ze mnie i mojej rodziny było na porządku dziennym.

Co prawda teraz ojciec nie piję i mamy przyzwoity kontakt i stara się odkupić winy, to rany w jakiś sposób zostały we mnie i w rodzinie.

Ja jednak wybaczyłem i pogodziłem się z przeszłością, zaakceptowałem i przestałem się wstydzic tego co było, bo i niby jaki miałem na to wpływ? 

 

Właśnie w takich chwilach jak to ostatnie rozstanie to wszystko zawsze do mnie wraca. 

 

Jestem pewny że gdyby to ona miała większe parcie na związek,  to ja bym sabotowal tą relację i wcześniej czy później by się skończyła, tak jak to miało miejsce w przeszłości. 

Po prostu trafiła kosa na kamień i tym razem to ja byłem bardziej needy. 

 

Ale to nie jest w tym wszystkim najgorsze. 

Najgorsze jest to że jestem niemal pewny że każda kolejna relacja/związek będzie identycznym powielaniem schematów. 

 

Już nie wierzę w to że będzie normalnie w tej kwestii.

I zresztą nie tylko w tej, bo nie wiem czy wiecie, ale częstym problemem osób DDA jest to że podchodzą do życia na zasadzie że wszystko i tak przeminie, więc nie warto się przywiązywać i starać.

 

Praca, znajomi, relację przeminą także po co się szczerze o to starać i przywiązywać?

 

 

Próbowałem terapii, ale zrezygnowałem, bo terapeuta mi nie przypasował. Zresztą tak jak ze wszystkim szybko się zniechęcam, rezygnuje, brak mi motywacji i samozaparcia żeby coś skończyć, kontynuować jak się zaczęło. 

 

Mam wielki probnem ze sobą i przyczyną nie są kobiety przez które mam często złamane serce które boli, ale tym probnem jestem ja dla siebie. 

 

 

Chce to zmienić, ale nie potrafię się w pełni otworzyć i być szczerym sam ze sobą, a co dopiero z drugim człowiekiem.

 

Mam po raz kolejny iść na terapię? Próbować aż do skutku? Nie wiem czy potrafię się w pełni otworzyć nawet przed

terapeutą. Z poprzednim nie potrafiłem i zamiast rozmawiać o mnie i moich problemach to gadaliśmy głównie o bzdetach. 

 

Chciałbym stać się innym człowiekiem bardziej otwartym, szczerym, charyzmatycznym, mówiącym co ma na myśli i mającym jasny cel w życiu, bo mi zdecydowanie tego brakuje. 

A nie mam jasnego celu ew. odmienia mi się co jakiś czas, bo myślę w kategoriach że nawet jak go osiągnę to przestanie mnie zaraz cieszyć lub i tak to co osiągnę nie ma większego znaczenia, bo i tak to tylko chwilowe. 

 

Napisałem o tym bo coś ewidentnie we mnie pękło. Kolejna nieudana relacja była tylko zapalnikiem.

Kolejnym punktem kulminacyjnym, które mam po każdym rozstaniu. 

 

Czuję się jak ten bezradny mały chłopak, który ratowal matkę przed pijanym ojcem, który wzywał karetkę kiedy siostra próbowała popełnić samobójstwo. 

Który był wyszydzany przez "najlepszych kumpli", zakompleksiony bo nigdy nie miał tego co rówieśnicy. 

Który stwarzał mnóstwo problemów w szkole i na lekcjach, uciekał w swój świat fantazji i marzeń aby nie myśleć o problemach i o tym co wokół niego się dzieję. 

 

Wszystko to wraca jak bumerang i za każdym razem czuję że boli coraz bardziej i bardziej sprowadza do parteru z którego z każdym rokiem coraz ciężej się podnieść.

 

Dziękuję tym którzy dotrwali do końca. Rozumiem, że mogło być ciężko bo mój styl pisania nie jest najpiękniejszy, ale tym co próbowali a zniechęcili się i przewinęli do końca również dziękuję. 

 

 

Dziękuję serdecznie K. 

 

PS Na koniec chciałbym jeszcze wrzucić link do bardzo ciekawego opisu jak zachowują się osoby DDA w związkach. 

Doskonale opisane jak to wszystko wygląda od kuchni.

 

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1251764864914521&id=1234219883335686

 

 

 

 

 

 

  • Like 1
  • Thanks 1
Link to post
Share on other sites
Godzinę temu, Wolverine1993 napisał:

Witajcie!

 

Po raz kolejny chce podzielić się z Wami swoimi smutkami. Po prostu muszę to z siebie wyrzucić "wygadać się" komuś czyli Wam.

 

Mam w tej chwili  tylko jednego dobrego ziomka któremu o tym mogłem opowiedzieć ze szczegółami.

Tu nie chodzi tylko o moją ostatnią relację, ale chce się wyżalić szerszej na temat mojego życia "związkowego" i nie tylko. 

 

Zawsze po rozstaniu wraca to do mnie jak bumerang. Tym razem znowu wszystko wróciło z tym że zmienila się aktorka głównego zamieszenia, ale aktor coraz starszy i słabszy czyli ja.

 

Jeszcze parę miesięcy temu miałem w głowie swoją "pierwszą wielką miłość" i myślałem że już nigdy o niej nie zapomnę. 

Na początku tamtego rozstania był dramat i lament, ale przynajmniej dzięki temu trafiłem wtedy tu na forum, a był to koniec 2018 roku. 

Walczyłem żeby o niej zapomnieć przez ponad dwa lata, a byliśmy w związku mniej więcej tyle samo ile trwała moja walka z demonami przeszłości. 

 

Udało się wkoncu zapomnieć o niej raz na zawsze gdy poznałem nowy obiekt westchnień, chociaż już i bez tego praktycznie całe uczucie do niej uleciało ze mnie. Po prostu czas zrobił swoję, ale według mnie trwało to zdecydowanie za długo.

 

Na początku nie planowałem z nią niczego poważnego. Nie była piękna jak tamta lecz mimo to podobała mi się fizycznie i miała też zupełnie inne lepsze cechy charakteru i to coś co mnie od razu przyciągnęło.

Była chemia było miło, ale na nic więcej się nie zapowiadało.

Niestety zacząłem się podświadomie coraz bardziej angażować, a ona równocześnie oddalać aż przegrałem i dała mi kosza. 

Raptem 2.5 miesiąca znajomości i po rozstaniu czuję się fatalnie, znowuż wszystko szlag trafił. 

 

Pierwszy raz w życiu dostałem kosza zanim wszedłem z dziewczyną w "oficjalny" związek. 

 

Z każdą wcześniejszą z którą stworzyłem dłuższą poważniejsza relacje było odwrotnie. Zawsze to one szybciej się angażowały, naciskaly na zwiazek. 

Były bardziej needy. Miałem pełna kontrolę nad sytuacją. 

 

Nie rozumiem dlaczego tym razem postępowałem zupełnie odwrotnie, może dlatego że od początku była jakaś inna niedostępna? Każda poprzednia nie dawała mi żyć, ciągły kontakt i zawracanie tyłka. A ona była przeciwieństwem.

Nie gadała o żadnych wspólnych planach, uczuciach, nic o niej nie wiedziałem, nie potrafiłem do niej dotrzeć. A zawsze wcześniej bylo odwrotnie to ja się nie otwierałem przed żadną.

 

Jedyne czego się dowiedziem to to że ma ojca alkoholika, a wyszło to przez to że jej powiedziałem że mój ojciec to też alkoholik. Nie chciała nic więcej powiedzieć o swojej przeszłości.

Uświadomiłem sobie wtedy że skoro jest DDA to dlaczego nie jest jak inne DDA które mają ogromne parcie na związek?

 

Później dowiedziałem się, że jest też coś takiego jak lęk przed bliskością, czyli przeciwieństwo tego bycia potrzebującym i parcia na związki jak moje poprzednie byłe. Gdy zaczęło robić się coraz poważniej zaczęła sabotować relację i zerwała zanim wszystko na dobre się tak naprawdę zaczęło. 

 

 

Uświadomiłem sobie dzięki temu, że sam mam z tym zajebisty problem tzn mam ten lęk przed bliskością.

Przecież też jestem DDA, z tym że się tego nie wstydziłem że mój ojciec jest alkoholikiem. Może dlatego że już nie piję od kilkunastu lat.

Ale gdy byłem mały do 10 roku życia to widziałem i słyszałem duzo za dużo. Co prawda mnie nigdy nie uderzył, ale matkę owszem. Każdy w rodzinie oprócz mnie ma stwierdzoną depresję i leczył się psychiatrycznie.

 

Ogólnie to bieda, wstyd, poniżenie, niepewność jutra i wyszydzanie się ze mnie i mojej rodziny było na porządku dziennym.

Co prawda teraz ojciec nie piję i mamy przyzwoity kontakt i stara się odkupić winy, to rany w jakiś sposób zostały we mnie i w rodzinie.

Ja jednak wybaczyłem i pogodziłem się z przeszłością, zaakceptowałem i przestałem się wstydzic tego co było, bo i niby jaki miałem na to wpływ? 

 

Właśnie w takich chwilach jak to ostatnie rozstanie to wszystko zawsze do mnie wraca. 

 

Jestem pewny że gdyby to ona miała większe parcie na związek,  to ja bym sabotowal tą relację i wcześniej czy później by się skończyła, tak jak to miało miejsce w przeszłości. 

Po prostu trafiła kosa na kamień i tym razem to ja byłem bardziej needy. 

 

Ale to nie jest w tym wszystkim najgorsze. 

Najgorsze jest to że jestem niemal pewny że każda kolejna relacja/związek będzie identycznym powielaniem schematów. 

 

Już nie wierzę w to że będzie normalnie w tej kwestii.

I zresztą nie tylko w tej, bo nie wiem czy wiecie, ale częstym problemem osób DDA jest to że podchodzą do życia na zasadzie że wszystko i tak przeminie, więc nie warto się przywiązywać i starać.

 

Praca, znajomi, relację przeminą także po co się szczerze o to starać i przywiązywać?

 

 

Próbowałem terapii, ale zrezygnowałem, bo terapeuta mi nie przypasował. Zresztą tak jak ze wszystkim szybko się zniechęcam, rezygnuje, brak mi motywacji i samozaparcia żeby coś skończyć, kontynuować jak się zaczęło. 

 

Mam wielki probnem ze sobą i przyczyną nie są kobiety przez które mam często złamane serce które boli, ale tym probnem jestem ja dla siebie. 

 

 

Chce to zmienić, ale nie potrafię się w pełni otworzyć i być szczerym sam ze sobą, a co dopiero z drugim człowiekiem.

 

Mam po raz kolejny iść na terapię? Próbować aż do skutku? Nie wiem czy potrafię się w pełni otworzyć nawet przed

terapeutą. Z poprzednim nie potrafiłem i zamiast rozmawiać o mnie i moich problemach to gadaliśmy głównie o bzdetach. 

 

Chciałbym stać się innym człowiekiem bardziej otwartym, szczerym, charyzmatycznym, mówiącym co ma na myśli i mającym jasny cel w życiu, bo mi zdecydowanie tego brakuje. 

A nie mam jasnego celu ew. odmienia mi się co jakiś czas, bo myślę w kategoriach że nawet jak go osiągnę to przestanie mnie zaraz cieszyć lub i tak to co osiągnę nie ma większego znaczenia, bo i tak to tylko chwilowe. 

 

Napisałem o tym bo coś ewidentnie we mnie pękło. Kolejna nieudana relacja była tylko zapalnikiem.

Kolejnym punktem kulminacyjnym, które mam po każdym rozstaniu. 

 

Czuję się jak ten bezradny mały chłopak, który ratowal matkę przed pijanym ojcem, który wzywał karetkę kiedy siostra próbowała popełnić samobójstwo. 

Który był wyszydzany przez "najlepszych kumpli", zakompleksiony bo nigdy nie miał tego co rówieśnicy. 

Który stwarzał mnóstwo problemów w szkole i na lekcjach, uciekał w swój świat fantazji i marzeń aby nie myśleć o problemach i o tym co wokół niego się dzieję. 

 

Wszystko to wraca jak bumerang i za każdym razem czuję że boli coraz bardziej i bardziej sprowadza do parteru z którego z każdym rokiem coraz ciężej się podnieść.

 

Dziękuję tym którzy dotrwali do końca. Rozumiem, że mogło być ciężko bo mój styl pisania nie jest najpiękniejszy, ale tym co próbowali a zniechęcili się i przewinęli do końca również dziękuję. 

 

 

Dziękuję serdecznie K. 

 

PS Na koniec chciałbym jeszcze wrzucić link do bardzo ciekawego opisu jak zachowują się osoby DDA w związkach. 

Doskonale opisane jak to wszystko wygląda od kuchni.

 

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1251764864914521&id=1234219883335686

 

 

 

 

 

 

Każdy z nas ma lepsze momenty oraz gorsze. Ja jak trafiłem na to forum to również ze względu rozstania. Pamiętam ze byłeś jednym z pierwszych ktory zostawił komentarz. Również jak ty od eks dostałem po dupie i to srogo. Jednak z drugiej strony sam również przyczyniłem się do tego że latałem za nią jak pies mimo ze nie okazywała mi szacunku. Wy wtedy dawaliście mi odpowiednie rady a ja dalej swoje. Jednak w końcu w pewnym momencie dociera do czlowieka i przestaje być tym niewolnikiem w ramionach cipki. 

 

Ja również jak ty próbowałem terapi i chuja dało. Za to pomógł mi psychiatra. Dostałem pernazyne i citalopranum czy jakoś tak i pomogło. Wtedy zacząłem bardziej obiektywie myśleć nad wszystkim a nie przez przyzmat tęsknoty za eks. Odzyłem , przytyłem , apetyt wrócił. I radość przedewszystkim.

 

Co do twojej ostatniej laski miałem to samo. Ona strasznie needy a kiedy zamieszkaliśmy na jej terytorium role się odwróciły.

Hmmm nie wiem jak ty ja staram się emocjonalnie nie angażować w relacje a napewno nie na wczesnym etapie. Mam z tyłu głowy że dzis jest a jutro nie ma. A najważniejsze to choćby nie wiem.jak bolało to nigdy się nie płaszczyć.

 

 

Ja trzymam za Ciebie kciuki oraz za wszystkich braci na tym forum. Każdy z nas trafił tu z jakiegoś powodu i kazdy z nas zasługuje na happy end w tym komediodramacie jakim jest zycie 😀

  • Like 1
Link to post
Share on other sites

@Arthur Morgan nie boisz się że się uzależnisz od psychotropów? Jakoś za mną nie przemawia takie rozwiązywanie problwmow za pomocą tabletek, zwłaszcza że moja mama jest uzależniona od tego typu medykamentów.

Póki bierzesz jest fajnie, a jak przestaniesz to co wtedy? Zjazd? 

Link to post
Share on other sites
1 minutę temu, Wolverine1993 napisał:

@Arthur Morgan nie boisz się że się uzależnisz od psychotropów? Jakoś za mną nie przemawia takie rozwiązywanie problwmow za pomocą tabletek, zwłaszcza że moja mama jest uzależniona od tego typu medykamentów.

Póki bierzesz jest fajnie, a jak przestaniesz to co wtedy? Zjazd? 

Ja juz nie biore od 3 miesiecy. Miałem przepisane na jakiś czas koło roku i potem odstawka jak psychiatra nakazał. I nic spoko sie czuje. Tyle że ja nie miałem stwierdzonej stricte depresji a coś na zasadzie silnego stanu nerwowego , stresu slowodowanego ciężkim/traumatycznym wydarzeniem dla mnie. Wtedy nie wyobrażałem sobie że będzie dobrze i znów sie uśmiechnę a tu prosze jaka miła niespodzianka. Czas zapewne również zrobił swoje ;)

Link to post
Share on other sites

@Arthur Morgan ja jeżdżę w pracy dość dużo samochodem i raczej niestety ale nie ma takiej możliwości żeby zacząć brać tego typu leki. Pozatym i tak nie wierzę że w magiczny sposób rozwiążą się moje probnemy. Na pewno sprawi to że poczuję się lepiej, ale to prędzej czy później znowu do mnie wróci. Wszystko już przerabiałem. Tak samo jak nowa świeża relacja sprawia że zapominam o wszystkim co było złe,ale wszystko i tak kończy się jak zawsze a nierozwiązane probnemy ujawniają się ze zdwojoną siłą 😐

Link to post
Share on other sites

@Wolverine1993, Twoja historia bardzo przypomina mi to co ja przeżywałem. Co do terapii - dokładnie, próbuj aż do skutku. Aż znajdziesz takiego terapeutę z którym złapiesz nić porozumienia i zaiskrzy między wami. Ja chodzę do psychiatry - psychoterapeuty. Zgłosiłem się po ostatnim rozstaniu, bo sam nie wiedziałem kim ja w zasadzie jestem. Teraz każdego dnia staram się być bardziej "sobą". Nie mam farmakologii, bo wszelkie uzależnienia się mnie lepią. 

Sam jestem DDA, i dopiero po około 12 miesiącach terapii zacząłem dochodzić do tego - co ja właściwie robię i dlaczego. Czułem się mocny, i wszedłem w kolejny związek, który zmienił mnie w mentalny naleśnik - wciąż jest toksycznie ale staram się pracować nad tym. Jedyne co mnie trzyma na powierzchni to praca naukowa, oraz siłownia. Gdyby nie to, to dawno bym utonął.

 

Normalnie jakbym o sobie czytał...

Jakbyś chciał pogadać, to pisz. :)

  • Thanks 1
Link to post
Share on other sites

Moja rada. Daruj sobie terapię chyba że lubisz dotować terapeutę i nie zależy Ci na czasie. Pójdź na Hellingera. Obowiązkowo prowadzonego przez faceta a nie kobietę. Kobiety lubią w ten sposób leczyć siebie więc lepiej uważać. Najlepiej dwudniowy bo jednodniowy to z reguły byle szybko i byle jak. I próbuj. Mi pomogło. Może dlatego że za pierwszym razem trafiłem na dobry. Potem nie miałem takiego szczęścia. 

Link to post
Share on other sites
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.