Jump to content

Recommended Posts

Hej. Zainspirowana tematem użytkownika niemlodyja, pomyślałam, że warto założyć wątek w którym można się podzielić swoimi zwyczajami. Codzienną rutyną. 

Zachęcam. 

  • Like 1
Link to post
Share on other sites

Hmm. Biorę prysznic, myję zęby, używam dezodorantu, chodzę na kilkukilometrowy spacer. Regularnie jem na mieście/zamawiam coś przez pyszne.pl czy inne uber eats. Co sobotę jeżdżę bez  celu.

  • Like 1
Link to post
Share on other sites

Moje nie są zbyt nadzwyczajne, ot takie sobie żyćko. Wstaję codziennie o 6, rozciągam się, myję, ubieram i piję pierwsze pół litra wody, aby następnie wyjść do lasu z psem, niezależnie czy zimno czy leje trzeba spacer zaliczyć, aby bestia się nie posikała i przy okazji pooddychać świeżym powietrzem. Następnie przygotowuję śniadanie, zwykle jest to owsianka z owocami lub obiad z poprzedniego dnia (specjalnie robiona jest porcja więcej, lubię rozpocząć dzień od ciepłego posiłku) i po wszystkim lecę do pracy, gdzie jak mogę to słucham mniej lub bardziej mądrych podcastów czy audycji. W drodze powrotnej czytam jakąś książkę, zwykle jest to jednak powieść, choć ostatnio Harari. Obiad, dłuższy samotny spacer i ponownie zasiadam do książki przy zielonej lub białej herbatce. Około 18:30 zaczynam ćwiczyć, co zajmuje mi jakoś 30-45 minut i następnie od razu lecę pod prysznic, ogarniam włosy oraz skin care, sprzątam, przygotowuję na kolejny dzień i zasypiam z mym kotem koło 22-23, bo w łóżku mam durny romans z ekranem telefonu, ale chciałabym zejść do tej 21. 
 

W weekendy poranek i wieczór wyglądają w zasadzie identycznie, lecz w ciągu dnia jednak mam jakieś obowiązki typu sprzątanie domu, zaplanowanie posiłków, pomoc bratu z nauką i takie bzdety. Więcej czytam, dłuższy czas poświęcam ciału i swoim zajawkom. 
 

Za niecały miesiąc wraca rok akademicki. Zdalny. Zastrzelę się. Ma swoje plusy jak własne tempo powtórek materiału do sesji czy brak dojazdów, lecz po dłuższym czasie jest to męczące. Będę łączyć z pracą 2-3 dni w tygodniu oraz spotkaniami towarzyskimi, rutyny zachowam pewnie podobne, ale dodam oczywiście naukę (a ten semestr będzie nią ostro wypełniony) i spróbuję w końcu wrócić do francuskiego. Gdyby nie spieprzone regulacje covidowe, to rozpoczynałabym drugi kierunek studiów. 

Edited by Hatmehit
Link to post
Share on other sites

U mnie rutynowo. Pobudka 5:30, oporządzenie się do pracy (czyt. zjadam śniadanie, myję się, czeszę kłaki), potem robię sobie drugie śniadanie do pracy. Budzę dzieciaki, ogarniam je przed wyjściem, syna wyganiam z psem. 7-15 rabotajet, czasem do 16/18 ale to rzadko. Wracam do domu po drodze robiac zakupy i odbierając młodą z przedszkola. Powrot do domu, robię obiad, jemy, jakieś lekcje z młodym. Zabawa z młodą. Potem kolacja, mycie i usypianie. ok 21 cała chata moja 😂 więc nadrabiam książki, filmy, albo piszę listy do przyjaciółki, lub siedzę w necie i gadam z ludźmi. Tak jak Hatmehit od października wracam na uczelnie, ostatni rok, więc zaczną się seminaria. Będą zdalne, więc nie muszę nikogo fatygować, by ogarniał młodzież, co jest na plus. Aczkolwiek wolałam byc wśród ludzi i uczyć się "na żywo". Pociesza mnie, że robią nam jeden stacjonarny zjazd i wtedy planujemy iść do pubu to uczcić bo nie widzieliśmy się 1,5 roku 😂 

Wcześniej miałam kilka fundacji/stowarzyszeń, w którym pomagałam, ale ostatnio porezygnowałam ze wszystkich. Chcę więcej czasu poświęcić dzieciakom, vo i tak "marnuję" go dużo na studia. Fakt jest też, że ta działalność mocno odbija się na nerwach, człowiek ma mnostwo empatii i chłonie emocje innych jak gąbka, co nie jest zdrowe. 

Spać chadzam średnio o 00:00-1:00 w nocy. Co daje zawrotną sumę 4-5h na sen. Ale nie umiem inaczej. W weekendy nadrabiam i komarujemy z dziećmi do południa 😂 Weekendy są całe nasze. Więc spacerki, wypady za miasto, czy ogladanie filmow wspólnie. Taka tam monotonia. Oby trwała jak najdłużej. Święty spokój to jest to co lubię 🖤

Link to post
Share on other sites

U mnie jest tak, że każdy dzień zaczynam od pysznej kawy, świeżej, z dużą ilością mleka, z ekspresu. 

 

Kolejnym zwyczajem jest to, że wykonując prozaiczne czynności słucham sobie audiobooków. 

 

 

Nie mogę funkcjonować, kiedy nie posprzątam.

Przykład z dzisiaj. Przygotowując omlety na śniadanie rozsypałam cukier puder. Na talerzach pyszne omleciki, jeszcze ciepłe, bita śmietana zaczyna zmieniać swój stan na bardziej płynny, więc mój mówi mi: jedzmy, potem to posprzątamy. 

Ok, ledwo co mnie odciągnął od cukru na podłodze. Przełknęłam jeden kawałek, ale i tak mój wzrok przy tym powędrował w stronę podłogi. Nie byłam się w stanie skupić i zejść dopóki tego nie posprzątałam. 

 

Czyste ubrania i wyprasowane. 

Nie jestem w stanie bez tego funkcjonować normalnie. Przyjmuje to dość skrajną formę. 

 

Mam więcej tego wszystkiego. 

 

Mój dzień zwykle jest trochę inny od dnia przeciętnej osoby. 

Pracuję w nocy. Kładę się spać o 6-7, kiedy mój partner wstaje do pracy. 

Tak naprawdę funkcjonuję w nocy. Śpię jakieś 4 godziny w ciągu dnia. 

Wstaję. Kąpiel. Obiad. Trochę spraw do ogarnięcia codziennych. I praca. 

 

Edited by JudgeMe
Link to post
Share on other sites

Teraz moja rutyna uległa zmianie i jest teraz dość ruchoma więc nie udzielę się tu za bardzo :P Ale przez 4 lata miałam w ciągu 3 albo 4 dni pobudkę o 4:33 ogarnianie swojego "ja" w tym śniadanie tak, by o 5:30 wyjść/wyjechać do pracy na 6:00. Powrót o 18:00. Dzień przed pierwszym dniem shiftu przygotowywałam sobie posiłki by się nie bawić gdy byłam w trybie "zombie" po pracy. A jak nie zdołałam albo nie chciałam przygotowywać i jeść tego samego przez 3 albo 4 dni to po pracy coś na szybko gotowałam/przygotowywałam ale odkąd zmieniłam nawyki żywieniowe to zdarzało się, że z rana szybko sałatki sobie robiłam. Po pracy czasem joga albo ćwiczonko jak miałam jeszcze energię. A jak nie to siadałam do lapka i przeglądałam ciekawości, oglądałam podcasty albo chwytałam za książkę albo grałam w literaki. :P Po tym prysznic/kąpiel i lulu tak koło 22/23. W sobotę po pracy( by mieć spokój na następny dzień) albo w niedzielę po śniadaniu jechałam do sklepu by uzupełnić opustoszałą lodówkę na nadchodzący tydzień albo przynajmniej żeby mieć na pierwsze dwa dni (teraz częściej do sklepu chodzę bo chcę mieć świeże produkty ale za to mniejsze zakupy robię)

Edited by Hippie
  • Like 1
Link to post
Share on other sites

Podoba mi się temat @niemlodyjoda, mam podobną potrzebę kierowania się do "bycia lepszą wersją siebie". W przeszłości miałam długie okresy z różnymi rutynkami. Od 3 lat jest ciężko - bobasy, nieprzespane noce, pobudki o randomowych godzinach i ogromne zmęczenie fizyczne. Na szczęście to przejściowe, ale widzę już, że totalne wykończenie fizyczne + brak snu na dłuższą metę w zasadzie uniemożliwiają większy rozwój intelektualny. Dlatego, jeśli jest taka możliwość, warto zawsze w pierwszej kolejności zadbać o ciało - "w zdrowym ciele zdrowy duch", nie przemęczać się w pracy do zajechania, wysypiać się.

 

A z takich rutynek, co udaje mi się mimo tych warunków utrzymać, to codzienne powtarzanie fiszek w dziedzinie, która mnie interesuje, za pomocą appki mobilnej. Robię to od około 8 miesięcy - od 5 minut dziennie do pół godziny. Appka bazuje na algorytmie supermemo - celem jest pamiętanie rzeczy "już na zawsze". Chciałabym kiedyś ćwiczyć nią dużo więcej i być omnibusem na emeryturze, który wszystkich rozjedzie w 1 z 10 ;)))

 

 

  • Thanks 1
Link to post
Share on other sites

Moja rutyna wygląda tak:

rano spoglądam w lustro, robię przedziałek i odpier*alam się od siebie. 

 

 

I to tyle. 

 

Jakieś 10 lat temu porwały mnie frazesy o było lepszą wersją siebie, że rutyna to dobra rzecz, sratatata. Kilka lat żyłam na najwyższych obrotach: podubka o 5:30, 6:00 nauka, 6:30 godzinne ćwiczenie instrumentu, potem zajęcia w szkole/na uczelni potem dalej nauka, instrument, próby wokalne, nauka, książki i o północy spać. W weekend oczywiście zajęcia dodatkowe, działalność charytatywna, sport, udzielanie się w schronisku dla zwierząt, co sobotę chodziłam kilka godzin po lesie. 

Generalnie żyłam tak, że nikt nie wierzył, że jeden człowiek może w ciągu tygodnia tyle zrobić, a trwało to kilka lat. 

W tamtym wątku ktoś napisał, że to takie dobre uczucie, kiedy odhaczysz wszystkie punkty z "listy", że czujesz się coraz lepszym. O tak, znam to uczucie. Tylko, że ono było strasznie puste, próżne, nic nie warte. Wielu lat potrzebowałam, żeby dojść do tego, że to nie to.

 

Teraz wstaję kiedy chcę, zazwyczaj koło 9. Tylko raz w tygodniu muszę wstać o 7:30 i dwa razy o 8. W cztery pozostałe dni budzik milczy. 

Mam poczucie, że nic nie muszę, delikatnie kieruję się w stronę hedonizmu i każdego dnia staram się dać sobie to, na co mam ochotę, czego akurat potrzebuję. 

O wiele lepiej mi się żyje. 

  • Like 3
Link to post
Share on other sites
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.