Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Marek Kotoński

Jak bardzo jesteście kreatywni? "Nawiedzony Toi Toi"

Recommended Posts

Wymyśliłem "szkielet" opowiadania, ale gubię się w jego zakończeniu i szczegółach. Ciekawy jestem, co wy byście tam wymyślili - czyli jak jesteście kreatywni, i jak nieszablonowo potraficie myśleć. 

 

A więc tak. 

 

Sławek wraca fabią LPG ze Słowacji, podniecony i dumny na myśl że pochwali się tym na swoim blogu. Jeździ bez skarpetek, by czuć bliskość z mocnym autkiem (no i oszczędność na późniejszym praniu). Na trasie spotyka mnie w mojej evandzie, jestem na tramadonie (by powstrzymać IBS-ową perystaltykę) - bo ja też chcę odwiedzić święte miejsca, które odwiedzał sam Doktor.

 

Wpadam w szał i gonię Doktora. Ten w panice i przeraźliwym lęku (bo tu już nie ma tora, vpn-ów, bezpiecznego szkła monitora) przełącza na benzynkę by mocny, 55konny motor ocalił go od skosztowania konsekwencji swoich czynów. Niestety, to nie pomaga na tyle, by oddalić się od wielkiego chevroleta cyberguru.

 

Zatrzymujemy się na polance, gdzie znajduje się toi toi. Sławek wpada do niego i się zamyka, a ja wyrywam w tramadonowym szale drzwi - Sławek wpada w histerię, bierze głęboki oddech i wskakuje do środka - a ja w szale za nim.

 

I teraz pierwsza opcja - obaj umieramy walcząc w gównie, i od tego czasu toi toi jest opętany. To można rozwinąć.

 

Druga opcja - śmierć w tym toi toiu otwiera gwiezdne wrota, i przerzuca nas do innej rzeczywistości. Można rozwinąć?

 

Co byście zaproponowali? Jakie smaczki, szczegóły?

 

PS. @Voqlsky nawet obrazek walnął, możesz go wkleić w wątek? :>

  • Like 1
  • Haha 7

Share this post


Link to post
Share on other sites

   @Stulejman Wspaniały, mam nie odparte wrażenie że opisałeś swój sen.:D

 

Sorki Marek, ale nie jestem aż tak kreatywny aby wyobrazić sobie plan morderstwa doktora.:lol: I do tego w gównie.

 

No kurczaczki, niezła "kobra" z tego wyjdzie.:D

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przerzuca was do innego wymiaru w którym Doktorzy Marketingu z prestiżowej uczelni nie są tak szanowani jakby chcieli. Ludzie brzydzą się też stalkerami bez własnego życia.

O zgrozo! Fabia w gazie nie jest tutaj symbolem luksusu. Do tego jeśli ktoś nie ma talentu, to jego blogi pozostają bez echa i trzeba samemu sobie pisać komentarze.

Doktor jest przerażony takim światem.

 

Na koniec okazuję się, że to wcale nie jest inny wymiar tylko ten obecny, a Doktor po prostu wypłynął kanałami na powierzchnię najbliższej rzeki i dalej przędzie swój żywot.

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

@Stulejman Wspaniały

 

Ja bym tu zastosował nieprzypadkową analogię do filmu TRON :D Mianowicie przeniosło by was w takie tajemnicze miejsce o nazwie INTERNET. Sławek wyciąga swój słowacki medalion i niczym Power Rangers przechodzi transformację w Kanistra z Wykopu (Kanisteratops!). Portale mogą być fizycznymi miejscami. Wykop byłby taką chaotyczną wsią, gdzie panuje chaos, nie wiadomo kto rządzi.

 

Marek zmierza do twierdzy o kształcie prawilnie fallicznym, gdzie zbiera swoje Bractwo Samców. To już nie przelewki. Zaczyna się wojna. Trzeba zawrzeć sojusze z wojownikami podziemia, do których dotrzeć można idąc długim walcowatym korytarzem o kształcie ogromnej TUBY, wgłąb ziemi. W Youtubie panuje półmrok, nie każdy chce się ujawniać czy wychodzić poza swój kanał. Lecz gdzieś tam na powierzchni każdy z nich zarządza konkretną liczbą wojowniczych subskrybentów.

 

Po wygranej bitwie można dodać wątek powrotu do rzeczywistości co okazuje się kolejną zagadką i przekleństwem Tronu w Toi toiu. Może na przykład w Internecie musisz znaleźć zdjęcie jpg tego toi toia, do którego wszedłeś i je zjeść :D

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nagle do zbiornika w którym się kotłujecie wpada rura wrzucona przez gościa od oczyszczania tych miejsc...

Wsysa was i wypluwa w jeszcze większym zbiorniku gówna w którym podróżujecie nadal się kotłując, aż nagle otwierają się wrota światła i zostajecie wyrzuceni w wielkim bulgoczącym kotle gówna z którego wyjść można tylko po jednej drabince...., tym razem wygrywa ten kto lepiej pływa, wychodzi wciąga drabinke....

O kurwa 9 ,zaspałem.....

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Aż mi się przypomniała scena (była wspomniana w grach, nie pamiętam czy w książkach też), gdy Geralt z Rivii walczył po pas w gównie w szambie z Zeuglem.

 

I teraz taka scena mi się zrodziła jak to  wiedźmin Marek z Samczego Runa ze szkoły dzięcioła, po wielkim pościgu pełnym napięcia, dramaturgii i niesamowitych zwrotów akcji, na swej wiernej płotce (evandzie) zapędził trupojada hejtera do jego gniazda (takim jak gniazda potworów w wieśku 3). Dzielny wojak mógł od razu wrzucić petardę i mieć wszystko z głowy, ale nie, to byłoby za proste - nie po tym wszystkim, zabicie w ten sposób wyczerpanego potwora nie dawałoby ani odrobinę satysfakcji...wiedźmin wiedział co zrobi. W ułamkach sekund dobył swój miecz (nie taki miecz zboczuchy :P ) srebrny i skoczył w odmęty przeznaczenia...

 

Ps. Jako, że mam talent do pisania mogłbym całe opowiadanie nasmarować kiedyś (a nie tylko, zarys sceny) w tych klimatach (jak będe miał czas i nie będe siedział w busie :P ).

 

  • Like 2

Share this post


Link to post
Share on other sites
1 godzinę temu, kryss napisał:

Nagle do zbiornika w którym się kotłujecie wpada rura wrzucona przez gościa od oczyszczania tych miejsc...

Wsysa was i wypluwa w jeszcze większym zbiorniku gówna w którym podróżujecie nadal się kotłując, aż nagle otwierają się wrota światła i zostajecie wyrzuceni w wielkim bulgoczącym kotle gówna z którego wyjść można tylko po jednej drabince...., tym razem wygrywa ten kto lepiej pływa, wychodzi wciąga drabinke....

Walka Dobra ze Złem. Marek gra rolę tego dobrego, Sławek to uosobienie Sił Ciemności (po marketingu). Walka jest wyrównana, Cyberguru wraz z Doktorem, ostatkiem sił taplają się w największym możliwie gównie (hehe, co za gra słów - największe możliwe gówno - metafora i dosłownie) i walczą o Ostateczny Pokój Na Forum. Niestety, z pomocą Szalonemu Doktorowi przybywają jego przydupasy z wykopu. Walka przybiera dramatyczny obrót jak wczorajszy mecz Polski z Czarnogórą, gdzie ze spokojnego 2:0, zrobiło się nerwowe 2:2 albowiem ekipa z wykopu sprawia teraz duży problem naszemu Guru. Nasz g(ł)ówny bohater (bo gówniana to walka) zaczyna ratować się możliwością ucieczki, Sławek wraz z ekipą uczepili się jego nóg i tak oto cała ekipa wydostaje się na zewnątrz. Walka toczy się dalej. Cyberguru wpada w szał osaczony i kombinacją ciosów rozkłada ekipę z wykopu, Sławek po serii uników dostaje w końcu gonga. Na jego szczęście niedaleko stoi nowa, prosto z salonu Fabia w LPG. Szalony Doktor rozpoczyna ucieczkę, potyka się jeszcze o swoje własne nogi i sam wybija sobie kilka przednich zębów (co i tak nie wpływa w żaden sposób na jego nikczemną posturę a tylko dodaje mu jeszcze większego wyglądu - szaleńca) szybko wstaje, dosiada wiernego rumaka w LPG i rusza z niebotycznym, wręcz ogłuszającym wrzaskiem silnika (co te konie robią to ja nie wiem, toż to galop na pełnej.. :D). Cyberguru ratuje się zatkaniem uszu, tylko dzięki temu jego bębenki nie pękają na drobny mak. Doktor żłobiąc chciwie asfalt swoim potężnym wechikułem daje długą zostawiając ekipę na pastwę Guru i okolicznych wron. Także ten, ja nic nie piłem jak coś.

Tylko herbatkę. Z cytrynką. No dobra, z miodem też. 

  • Like 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pierwsza opcja:Sławek niczego nieświadomy zamienia się w upiora , codziennie przed północą wylatuje z czeluści toj-toja na powierzchnię, po czym z pożądaniem podąża za znajomym zapachem , jakby gazu ze Skody, przechodzi leśną drużką w stronę świateł na jej końcu, po drodze z puszczy unosi się echo markowych książek, które sprawia mu niewyobrażalny ból dupy, tak jakby zjadł kebsa z ostrym sosem. Pragnie spuścić zbędny balast, lecz nie może, a pieczenie jest nie do zniesienia. Podąża jednak dalej owładnięty wonią znajomego zapachu. Na końcu dróżki znajduje ołtarz ze świecami od Skody, oponą zapasową i tajemniczym naczyniem, z którego wydobywa się zapach. Myśli, że trafił do raju. Po otwarciu naczynia okazuje się, że to pożywny posiłek - kaszanka z cebulą. Zaczyna łapczywie jeść rękami, oblizując się lubieżnie, z kącików ust wychodzą mu kawałki kaszanki, a nadmiar cebuli chowa do kieszeni. Nagle jego świat zaczyna wirować, wizja znika. Okazuje się, że trzyma tacę, a zamiast kaszanki jest rzadkie łajno, które okropnie śmierdzi i zdaje sobie sprawę, że jest nim cały umazany. Z obrzydzeniem rzuca tacę na ziemię, lecz na jej spodzie złotymi literami widnieje napis: " Od Marka dla najwytrwalszego fana, moja dzienna porcja z ibs-u". Doktor wpada w szał, jednak nie może się ruszyć. Przed nim pojawia się Marek w białej todze w asyście pięknych anielic i na oczach marketingowego mistrza zaczyna z nimi kopulować. Rzuca z uśmiechem przed rozpoczęciem: "Dzisiaj będzie króciutko".  Doktor wpada w konwulsje, jednak wewnętrzna siła każe mu patrzeć na szczęśliwego Marka spółkującego swobodnie z niewiastami. Na koniec pojawia się orszak Braci Samczych, którzy razem z Markiem unoszą się ku rajowi. Doktor patrzy na tę widowiskową scenę, po czym wraca do hejterskiego gówna, gdzie w otoczeniu lepkiej, wygodnej mazi, słyszy z oddali przez cały dzień jęk głodnego Brajanka, którego Cyberguru zostawił, by przypominał Sławkowi o jego niecnych czynach. ;)

  • Haha 3

Share this post


Link to post
Share on other sites

Brawo chłopaki, piękną macie fantazję :> Ja króciutko: 

 

Marek i Sławek topią się w gównie i rozpaczliwie wrzeszczą. Ktoś słyszy wrzaski z cuchnącego i obryzganego nutellą Toj Toja i dzwoni po straż pożarną. Straż wrzuca do środka drabinę, wyskakuje Marek. Krzyczą do Sławka żeby się chwycił drabinki to go wyciągną, a ten się rozgląda, i mówi: "W sumie to mi tu fajnie jest, jakbym się w niebie znalazł, zostaję tu na stałe" :>

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

@Voqlsky ładnie, jak w Potter'ze;)

@Stulejman Wspaniały ja bym dokończył: "na te słowa Marek zamroczony zapachem siarkowodoru wrzuca do środka odpaloną zapałkę."

Edited by Miner
  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zmieniając nieco strukturę. Sławek dowiedział się gdzie Marek spędzi wakacje. I postanowił zrobić zasadzkę. Po analizie pola doszedł wraz z przyjaciółmi ,że najlepszym miejscem zasadzki będzie toi toi. Idealne miejsce oddalone ok 2h jazdy od restauracji Mc Donalds następna toaleta za 100 km. 

Sławek przezorny schował auto w krzakach zainstalował się w toalecie i rozłożył sprzęt. Pomyślał ,że zrobi stream jako wielki mówca cały czas podgrzewał atmosferę. Tymczasem niczego nieświadomy Marek skończył posiłek i spokojnie suną evandą w sidła. Wraz z biegiem kilometrów wprost proporcjonalnie jak rosła potrzeba Marek prostował prawą nogę. 

  Marek miota się w fotelu jak szatan w buzdyganku księdza natanka. Wreszcie wpada na parking bokiem no i tu zaczyna się akcja. Parking pokryty jest mokrymi liśćmi no i te przeklęte tarcze kotwiczne. Prawa się zablokowała na amen. Marek wpadając w poślizg uderza w toi toi, który przewraca się na drzwi. Nie Nie no kurde nie. 

Sławek przewraca się wewnątrz toi toi -a pokrywa się brązem telefon upada a stream trwa dalej. Marek biegnie w krzaki a tu fabia! No nic kuca i robi swoje podcierając się łupianem. 
Po wszystkim w uczucie wielkiej ulgi wraca do auta gdzie ma zapas wody chusteczki higieniczne i nie tylko pod nosem ciesząc się jaki to jest bontą sirwuple. 

Tymczasem towarzysze Sławka radzą mu by ten wykonał "wykop" i ratował się przed utonięciem w hańbie.

Marek ocenia szkody pogięta felga, 1 koło się nie kręci. Dzwoni po braci w stulei a tu nikt nie odbiera. Moderacja, admini, informatyk no nikt. No nic udaje się załatwić lawetę i czeka. 

Sławek dzielnie kopie tupie krzyczy jednak na zewnątrz nic nie słychać a na stream przychodzi coraz więcej ludzi. 

Nieświadomy swej zemsty Marek wraca smutny lawetą za 2,5zł/km. Skończył swój urlop zanim jeszcze go zaczął i do tego musi znaleźć  przeklęte tarcze kotwiczne. 

Tymczasem wyczerpuje się bateria w kamerze Sławka i stream zostaje przerwany niespodziewanie zabrakło 3 osób to 1mln oglądających. Zaniepokojona żona Sławka zgłasza jego zaginięcie na Policji. Policja przyjmuje zgłoszenie okazuje się ,że nikt nic nie wie gdzie on jest 2 dni nie był w pracy. Policyjni technicy badają służbowy laptop Sławka, który okazuje się uzbrojony w tor i vpn. To zdarzenie okazuje się przełomem w pewnej sprawie młodej ambitnej pani prokurator. Całe spektrum powiązań które ujawnia tajemniczy laptop winduje panią prokurator do świata polityki i telewizji zostając okrzykniętą polską Agatha Christie. Na koniec młoda pani prokurator zaniepokojona pewnym dziwnym zbiegiem okoliczności odwiedza pewną kawalerkę w Warszawie by wydobyć pewne szczegóły w sprawie. Drzwi otwiera elegancki gentelmen. W jej sokole oko wpada sygnet... cdn. 

 

Cdn(Ciąg dalszy należy do was :P

 

 

  • Like 1
  • Haha 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Similar Content

    • By Soczek
      Witajcie Bracia
      Nieśmiało, lecz z prośbą o ocenę, pragnę wkleić swój tekst. Krótkie opowiadanie o próbie walki z nałogiem nikotynowym. Z góry dziękuję za konstruktywną krytykę.
       
      W ręce trzymał klucz, którym zamknie drzwi od swojego niewielkiego mieszkania, położonego na ósmym piętrze, w bloku na krańcu miasta, w którym żyje od kilku lat. Następnie wysunął nieznanie swoją dłoń w kierunku zamka. Jego uszu dobiegł dźwięk, ciężki, chrobocący. Przekręcił klucz dwukrotnie w prawą stronę. Drugą ręką nacisnął na zimną stal klamki, upewniając się, że jego dobytek został odpowiednio zabezpieczony. Przezorność była jego mocną cechą charakteru. Miał w zwyczaju sprawdzać, czy z kranu nie cieknie, chociażby kropla wody, w gniazdkach nie znajdują się podłączone przewody, a drzwi zostały zamknięte. Natręctwa, ktoś mógłby rzucić bezwolnie, wypełniały go błogim spokojem, dodawały mu odwagi. Odwrócił się w kierunku windy. Kilkunastoletnia metalowa klatka, z obdrapanymi drzwiami, przypominała mu jeden z horrorów, w którym sam pan ciemności wymierzał karę towarzyszącym mu współpasażerom. W tamtej chwili nie mógł sobie przypomnieć tytułu filmu. Wiedział na pewno, że nie był to obraz, do którego warto powrócić, któregoś zimnego wieczoru, z piwem w jednej ręce, tanimi przekąskami w drugiej. Już zapragnął wcisnąć kwadratowy przycisk z podświetlanym na czerwono symbolem trójkąta, lecz coś drgnęło jego ciałem. Zauważył, że od stóp do głów czuje niepokojące drgania, jakby zaraz miał upaść na betonową posadzkę i skonać w konwulsjach. Przeczucie niepokoju odeszło wraz
      z postanowieniem, że tym razem skorzysta ze schodów. Kilka pięter w dół dobrze mu zrobi – pomyślał – i zaczął schodzić. Mijając kolejne segmenty mieszkań, takich samych, bez wyrazu, zauważył, że faktura ścian, zaczęła tańczyć przed jego oczami. Gdzieniegdzie puste przestrzenie, z zagłębieniami, migały ostrzegawczo, plując zapachem gnijących jesiennych liści. Im niżej, tym sygnały odbierane przez jego podświadomość, maglowały jego wnętrze, zadając mu ból. Początkowo delikatny, z czasem tępy i kłujący, jak gdyby stado krwiożerczych mrówek zaczęło budować gniazdo w jego czasze, a on sam był w nim intruzem. Po chwili nieprzyjemnych, dla niego, doznań przed jego obliczem ukazały się drzwi. Stare, toporne, metalowe bloki wypełnione zabrudzonym szkłem. Naparł na nie całym ciałem, lecz nie drgnęły dalej niż na odległość palca. Ponowił próbę, tym razem z większym uporem, co przyniosło spodziewany rezultat. Wychodził już na zewnątrz, gdy silny cios w jego twarz…

      ***

      … orzeźwił zmęczone podróżą ciało. Krew rozlała się ciepłem po arteriach, adrenalina zwiększyła pojemność płuc, którymi zaciągnął pierwszy głęboki smak powietrza. Ruszył niepewnie w stronę osiedlowego sklepu. Pod podeszwami butów rozległ się śpiew trzeszczącego trelu śniegu, głęboko osadzonego na płytach chodnika. Poważne drzewa spoglądały z góry na spustoszenia, które przyniosła ze sobą styczniowa zima. Pozbawione listowia gałęzie zdawały się mierzyć ostrzami w przechodniów, sprawiając wrażenie, że gdyby tylko wyraziły chęć, mogłyby przerwać nić życia każdego z nich. Mijane samochody stały jeden za drugim, tworząc szereg przypominający tasiemca. Znalazłszy przerwę między ciągiem zaparkowanych aut, postanowił, że przejdzie na drugą stronę. Od sklepu dzieliła go niewielka przestrzeń, ze znakiem z prawej strony i śmietnikiem z lewej. Wiatr, przynoszący do tej pory ulgę nieznośnie wypychał jego ciało w kierunku, z którego przyszedł. Zaśmiał się w myślach wyobrażając sobie jak odlatuje niczym kawałek kartonu lub reklamówki. Jego myśl zatoczyła koło wokół możliwości powrotu. Szorstkie ciepło obezwładniło jego ciało. Zrobił krok w tył, by następnie zatrzymać się na kilka chwil przed sklepem. Dam radę, wracam – pomyślał i drgnął
      jak pacynka. Wracam, wytrzymam, nie muszę palić – powtarzał swoją mantrę. Przeczuwał, że ma w sobie siłę, która niejednokrotnie wybroniła go z przeróżnych opresji. Człowiek, który ratuje innym życie, ma umiejętność skupiania całej swojej uwagi na jednym wycinku rzeczywistości, jednocześnie mając oczy z tyłu głowy, nie może ugiąć się pod ciężarem nałogu. Jestem do kurwy nędzy ratownikiem medycznym – wyszeptał. Kąpałem się we krwi rannych, wstrzykiwałem adrenalinę prosto w serce, miałem na rękach flaki ofiar wypadków – wyszeptał jeszcze głośniej. Nie mogę, po prostu nie mogę – krzyknął, zaciskając obie pięści, po czym rozejrzał się czy nikt go nie słyszy. Przez moment wydawało mu się, że został zupełnie sam. W miejscu, gdzie stał sklep panowała głucha przestrzeń. Mleczna mgła pochłaniająca światło wirowała przed jego oczami. Przekręcił delikatnie swoją głowę, przechylił
      ją na bok, by następnie wrócić do jej pierwotnego położenia. Mgła odeszła. Został tylko budynek oblepiony reklamami mięsa w promocji. Lewą ręką zbadał otoczenie przed sobą, jakby nadal nie wierzył, że to, co widział, zniknęło na dobre. Wszedł do sklepu, zdając sobie sprawę, że nie znajdzie siły a to co czuje, a czuje się beznadziejnie, nigdy się nie skończy.

      ***

      Panorama miasta przypominała wielką planszę do gry w monopoli. Pionki snujące się po polach z nadzieją na wygraną, budynki z żarzącymi się światłami, gotowe by je posiąść, banki tych, którzy pierwsi dotarli na metę oraz dla tych, którzy muszą oddać swoje wnętrzności pod hipotekę. Jedni i drudzy – myślał, spoglądając na horyzont, za którym zachodziły ostatnie promienie słońca, mają jedną wspólną cechę. To pachnąca kandyzowanymi wiśniami, śliwkami i morelami potrzeba, by zrobić sobie dobrze. Cena, jaką przyjdzie za nią płacić iskrzy się gdzieś w oddali, kiełkując do momentu, aż płomień strawi wszystko. Również to, co wydawało się nie wchodzić pod zastaw, w końcu zostanie im zabrane.

      Słońce zaszło. Noc zgęstniała, opadając na barki i skórę. Lekki ciężar dymu wtłoczył się ospale w komórki ciała, zastępując poczucie winy. Do tego momentu przesadnie kłujące, oblepiające ciało niczym wełniany sweter w nazbyt ogrzewanym pomieszczeniu. Sukces jest kwestią interpretacji – pomyślał i zatonął w cierpkich myślach o jutrze.


       
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.