Jump to content

Rodzinne spotkania, miła tradycja czy odgrywany teatr?


ManOfGod

242 views

Czy nie macie tak, że spotykając się przy świątecznym stole czujecie się częścią odgrywanego rokrocznie teatru? Czy jeśli nawet pojawiają się nowe osoby już po chwili zdajemy sobie sprawę jaką role kto przyjemnie? Czy to nie o tym pisał w „Ferdydurke” Gombrowicz?

 

Święta Wielkiej nocy to kolejna fantastyczna okazja do spotkania w rodzinnym gronie. Mimo obostrzeń i ograniczeń w wielu polskich domach nie inaczej będzie tym razem. Mam wrażenie, że jesteśmy cyklicznie świadkami podobnych scen,dlatego warto się temu przyjrzeć.

 

Scenariusz,czyli ciągle te same tematy.

Powszechne będzie narzekanie chociaż akurat okres pandemii bardzo temu sprzyja. Jednak wcześniej nie zależnie od sytuacji gospodarczej i politycznej było tak samo i raczej tutaj nie liczył bym na spektakularne zmiany. Tematy zawsze aktualne i ciekawe do dysputy to polityka, religia, piłka nożna. Oczywiście wszystko przedstawione w negatywnym świetle i poparte zażartą dyskusją z jasnym podziałem my jesteśmy uczciwi i dobrzy tamci źli i zdegradowani.

 

Aktorzy i podział ról.

Tutaj także bez niespodzianek. Najczęściej przekrój wiekowy jest szeroki co nie ułatwia integracji grupy. Od razu widać jaką kto będzie odgrywał rolę. Samiec alfa najgłośniej krzyczy, więc najczęściej jest najbardziej poważany. W końcu obowiązują tutaj mechanizmy plemienne. Bardzo często taki gagatek reprezentuje typowe sarmackie cechy - cwaniactwo, pijaństwo, rubaszność itd. Oczywiście towarzyszy mu mocno przytłumiona partnerska, która próbuje w co bardziej kluczowych momentach powstrzymywać krewkiego ogiera. Oczywiście bez skutku. Na całej imprezie nie zabraknie błazna, którzy rozbawia wszystkich swoimi tekstami. Jest też walka w przypadku wystąpienia wielu kobiet o status miss wieczoru. Jest też DJ, który z telefonu komórkowego rządzi puszczając muzykę na podłączonym do niego przenośnym głośniku. Nie muszę chyba przypominać o paradzie, kto z kim przyjechał i czym co ma na zadaniu usadowić członków wspólnego stołu na drabinie hierarchii społecznej.

 

Co nas łączy - wódka i jedzenie.

‚„Must have’’ na tego typu spotkaniach. Zmienia się tylko ilość i intensywność. Oczywiście wraz z upływem czasu alkohol uderza w tętnice rozwiązuje języki i powoduje coraz to bardziej głośne dyskusje. Czasami sytuacje wymykają się z pod kontroli i jesteśmy świadkami scenek żywcem wyjętych z filmu Smarzowskiego „Wesele”. Jednak trzeba przyznać, że zakrapiane alkoholem imprezy ewoluują raczej w coraz łagodniejsze rejony i bijatyki nie są już normą.  

 

Co nas dzieli, czyli gdzie dwóch Polaków tam trzy koncepcje.

Przy tym punkcie nie trzeba bardzo się rozwijać. My na samym starcie jesteśmy już tak podzieleni, że nie trzeba tego intensyfikować. Ponadto raczej szukamy różnic chociażby dla samej zasady niż czegoś co by nas zbliżało. Trochę wychodzą nasze przywary i chęć poczucia się ważnym w grupie i zaistnienia na polu rodzinnym.

 

Czy potrafimy rozmawiać?

Ja obserwując wszystkie te rodzinne scenki zastanawiam się czy my naprawdę potrafimy rozmawiać? Zazwyczaj każdy wyraża swoje zdanie na dany temat w mniej lub bardziej stanowczy sposób jednak nie zauważyłem wielu prób pogłębienia usłyszanej wiedzy czy też nauczenia się czegokolwiek wzajemnie od siebie. Uważam to za ogromne marnotrastwo ponieważ często spotykają się ludzie z różnych pokoleń i środowisk,co oczywiście jest na wstępie barierą, ale może być też doskonałą szkołą. Ja wychodzę z założenia, że każdy posiada w jakiejś dziedzinie wiedzę, której ja nie mam i skoro już znalazłem się w tej przestrzeni warto z tego skorzystać. Niestety mam wrażenie, że jestem w tym dość odosobniony i wychodzę na kogoś kto zadaje zbyt dużo pytań.

 

Finał, czyli co z tego wszystkiego wynika?

No właśnie czy z takich spotkań wychodzimy mądrzejsi?  Bogatsi o wiedzę i jakieś doświadczenia? No tutaj sprawa jest dość indywidualna. Jednym pozostanie ból głowy następnego ranka, inny poznali jakieś nowe ciekawe osoby, jeszcze inny przetrwali ten krępujący okres konfrontując się z trudnymi pytaniami jak: ‚„KIedy znajdziesz sobie dziewczynę/chłopaka?"Biorąc to wszystko pod rozwagę warto postawić sobie finalne pytanie, jaki to wszystko ma sens?

 

Polska rodziną stoi.

Ten banalny tekst niczym z kampanii wyborczej jest ciągle faktem. Oczywiście zmienia się to dość dynamicznie i wielu środowiskom zależy, aby w przyszłości było inaczej jednak tradycja wspólnego biesiadowania jest w nas głęboko zakorzeniona. Czy jest to pozytyw czy negatyw pozostawiam do indywidualnej oceny. Chcę tylko podkreślić, że większości naszym rodzinom wiele brakuje do ideałów z seriali telewizyjnych. Z drugiej strony takie rodzinne spotykanie się nie funkcjonuje w ogóle w niektórych krajach. Pamiętam jak byłem w szoku, kiedy mój dawny nauczyciel rodem z Wielkiej Brytanii opowiadał, że widzi się ze swoją rodziną raz na kilka lat i jest to całkowicie normalne.
 

Jak u was wyglądają takie spotkania i czy są powodem do radości czy raczej przyprawiają o obrzydzenie?

Edited by ManOfGod

3 Comments


Recommended Comments

Ja w rodzinie jestem nazywany aspolecznym gburem, nie jeżdżę nigdzie i nie gadam z rodziną bo poprostu nie mam o czym. A już tymbardziej z płcią przeciwną. Nie lubię gadki o nieistotnych rzeczach, o pogodzie i wgl takiego zwykłego pierdolenia tak samo z kobietą jak już dostanę to czego chce to nie chce mi się nawet jej słuchać. 

 

Link to comment
2 minuty temu, Chadernest napisał:

Ja w rodzinie jestem nazywany aspolecznym gburem, nie jeżdżę nigdzie i nie gadam z rodziną bo poprostu nie mam o czym. A już tymbardziej z płcią przeciwną. Nie lubię gadki o nieistotnych rzeczach, o pogodzie i wgl takiego zwykłego pierdolenia tak samo z kobietą jak już dostanę to czego chce to nie chce mi się nawet jej słuchać. 

 

Ok i zawsze tak było,czy nasiliło się z wiekiem?

Link to comment
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.