Jump to content

Recommended Posts

 

Dzięki hojności i wyrozumiałości miłościwie nam panującego Jego Wstrzemięźliwości Cesarzowi Fapankrcemu III oraz Jego Eminencji Fapieżowi Inceuliuszowi XVI  powstają oto 'Kroniki Incelskie'. Będzie to dzieło bardzo chaotyczne i burzliwe podobnie jak chaotyczne i burzliwe były losy Wielkiego Cesarstwa Incelskiego na przestrzeni eonów.

 

 

I nadeszły oto czasy gdy się działo w państwie... znaczy źle się działo w Wielkim Cesarstwie Incelskim. Już dwa zodiaki upłynęły od wstąpienia na tron Fapankracego I a nic jeszcze nie zdążył postanowić. Już jako następca tronu po swoim jakże niezdecydowanym ojcu Fapliniuszu Niepewnym, którego śmierć zaskoczyła wszystkich, włącznie z nim samym, ponieważ spadł był z wieży zamkowej po nieudanej schadzce ze służką kuchenną i późniejszym spacerze, w czasie którego zwykł był rozmyślać nad różnymi sprawami, jednakże poślizgnął się był i

zleciał wprost pod nadjeżdżający z dużą prędkością powóz pocztowy, Fapankracy lubił się zastanawiać.

 

Zastanawiał się nad konfliktami trwającymi od wielu dziesiątek zodiaków wśród Inceskiego Duchowieństwa. Spory te burzyły ład i harmonię w cesarstwie, powodowały konflikty zbrojne, strajki i demonstracje ale przede wszystkim zmuszały cesarza do podjęcia jakiejś decyzji.

 

Zastanawiał się także nad sytuacją polityczną na świecie. Myślał nad nowymi podbojami, poszerzeniem granic Imperium i ostatecznym rozwiązaniem sprawy Czadu.

 

O tak, Królestwo Czadu graniczące z cesarstwem od południa było powodem wielu nieprzespanych nocy większości Incelskich Cesarzy. Fapankracy I na samą myśl o nich dostawał białej gorączki i lepiej było mu zejść z oczu w tym czasie, szczególnie jeśli dodatkowo dostawał

ataku bólu pęcherza na kciuku. Niejeden się już o tym przekonał tracąc posadę, przywileje, włości czy też dostęp do incelnetu. Poniekąd był to temat tabu na dworze jednakże cesarz często na ten temat rozmyślał.

 

Zastanawiał się również nad położonym na wschodnich rubieżach księstwem Incelskim, potocznie zwanym Incelistanem, rządzonym miękką ręką przez księcia Mieszka Inceleuviciusa zwanego Jednostrzałowcem.

 

Nad wieloma kwestiami zastanawiał się cesarz jednak dziś jego uwaga skupiona była na pomocniku młynarza, niejakim Januszu Faperskim. Otóż przybył on jako jeniec i jeden z nielicznych ocalałych w bitwie pod Fapowicami, w której był ochotnikiem w armii no-fapistów pod

dowództwem Kresimira Incelovicia i zdawał właśnie z niej relacje...

 

- No więc jak do tego doszło Januszu? - spytał nieco poirytowany już cesarz.
- Ja tam nie wiem Panie...
- Do Jaśnie Cesarskiej Mości należy się zwracać Wasza Cesarska Mość albo zostaniesz ukarany grzywną, a jak to nie pomoże to będzie chłosta na gołe stopy a jak i to nie pomoże to kat utnie ci język... przy samej dupie! - Donośnie zaakcentował znajdujący się w cesarskiej

komnacie kanclerz Fappollini.

 

Janusz wytrzeszczył oczy i dość głośno przełknął ślinę jakby właśnie ta mieszanka dźwięku z cieczą była najskuteczniejsza na zamykanie ust w nieodpowiednim momencie.
- No mówcie wreszcie - niecierpliwił się cesarz.
- Yyy... a więc... Wasza Cesarska Mość! - zaakcentował Janusz kierując wzrok na kanclerza - w sumie to nie pamiętam dokładnie... - Tu szybko spojrzał na zmarszczone czoło i ściągnięte brwi kanclerza i postanowił jednak przyspieszyć swoją wypowiedź - Ale mam wszystko nagrane... Wasza Cesarska Mość! - Wytrzeszczone oczy Janusza szybko i miarowo spoglądały to na kanclerza to na cesarza.
- Echh... No to odtwarzaj, na co czekasz głupcze! - cesarz miał już serdecznie dość.

- Yyy... No bo jak zaczął się atak to ja się potknąłem, i się wywaliłem, i wpadłem głową w krowi placek. No ale tylko pół głowy miałem w tym placku a drugą pół nie. No i jednym okiem mogłem widzieć...

 

Wojska No-fapieskie pod dowództwem Kresimira Incelovicia zajęły pozycje od wschodu natomiast armia fapieska dowodzona przez Wielkiego Mistrza hrabiego Fapigrodu od zachodu. Hrabia miał przewagę terenu jako, że przyprowadził armię wcześniej i zajął tereny na wzgórzu. On też jako pierwszy dał znak do ataku. Piechurzy ruszyli wolno maszerując frontalnie. Gdy byli w połowie drogi do linii obronnych no-fapistów z prawej flanki zaatakowali hakerzy Kresimira.

Ruszyli z całym impetem atakując wirusami, malawaerami, wzmacniaczami sygnału i kodami PHP.
Zaskoczony nieco hrabia skupił się na obronie online cały czas jednak atakując frontalnie piechotą. Co więcej podesłał tam trochę kawalerii i nakazał ostrzał artyleryjski na przednie linie obronne Kresimira. Ten nie był mu dłużny i poza coraz ostrzejszym atakiem z prawej flanki wysłał główne siły przeciw fapistom. Teraz już z obu stron leciały strzały, kamienie, czary, zaklęcia i sprośne filmiki. Wojska starły się w morderczym uścisku.

Kresimir nakazał dodatkowy ostrzał artyleryjski i kilka pocisków ziemia-powietrze złamało pozycje fapistów, którzy zaczęli się pomału wycofywać. No-fapiści nie ruszyli za nimi na hurra lecz pozwolili im się wycofać i wysłali kawalerię wraz ze słoniami bojowymi żeby wycofujący się nie zdążyli dołączyć do głównego trzonu armii. Powolne lecz z zachowaniem szyku bojowego wycofywanie nagle przerodziło się w chaotyczną i bezładną ucieczkę na wzgórze. Goniąca ich kawaleria przyspieszyła zostawiając w tyle słonie bojowe.

Na to czekał hrabia Fapigrodzki. Nagle ze wzgórza poleciały kamienne głazy masakrując no-fapieską kawalerię. Zatrzymały się jednak na słoniach bojowych. I w tym momencie w ruch poszła fapieska eskadra motocyklowa składająca się z kierowcy oraz harpunnika, która miała

za zadanie wykończyć słonie bojowe oraz resztki spanikowanej kawalerii no-fapistów.

Przypomnijmy, że cały czas z obu stron wytrwale atakowały katapulty, balisty, haubice, czołgi, łucznicy, kusznicy, druidzi, czarodzieje i wykwalifikowani programiści. Kresimir szybko w odwecie wysłał swoją eskadrę motocyklową i dodatkowo dorzucił resztę swoich sił szybkiego reagowania. Po chwili widać było efekty i zarysowała się przewaga no-fapistów. Widząc to Kresimir zdecydował się na frontalny atak trzonem armii oraz wirusowy atak z lewej flanki.
Fapiści byli w defensywie ze wszystkich stron jednak cały czas utrzymywali zwarty i zorganizowany szyk bojowy. W pewnym momencie hakerzy Kresimira zrobili wyłom na lewej flance i małymi kroczkami zaczynali wdzierać się za fire-walla i wyłamywać defensywę hrabiego. Ten, nie mając innego wyjścia wysłał lotnictwo, które w szybkim tempie ostrzelało i zbombardowało główny trzon armii no-fapistów. Prawa flanka załamała się i kawaleria ruszyła do ataku masakrując po kolei kolejne oddziały Kresimira Incelovicia. Bitwa była rozstrzygnięta.

 

- A jak to się stało, że wy Januszu wyszliście z niej cało? - zapytał cesarz.
- Ano jak już mówiłem... - Janusz spojrzał niepewnie na kanclerza - Waszej Cesarskiej Mości... - zaakcentował nieco głośniej - Potknołem się, wywaliłem się i wpadłem głową w krowi placek.
- Ale przecież mogliście wstać i dołączyć do bitwy, czyż nie? - spytał cesarz
- No niby tak ale nie dało się z dwóch powodów... Po pierwsze nie wiem co ta krowa zeżarła, chyba jakieś zgniłe japka albo coś, bo miała strasznie lepkie gówno. A po drugie, jak już tak leżałem to miałem jedno oko wolne. No i jedną rękę wolną. Siengnołem więc tą wolną ręką po smartfona i wlazłem na incelnet, znalazłem streama z bitwy i zacząłem oglądać.
- No i? - zdziwił się kanclerz.
- No i nie mogłem się oderwać, zarówno od jednego jak i od drugiego. - wydukał Janusz.

 

 

 

 

Edited by Cortazar
  • Like 4
  • Thanks 1
  • Haha 15
  • Confused 1
Link to post
Share on other sites

 

Na chwałę Jego Cesarskiej Mości Inceliusza IV, Imperatora Wielkiego Cesarstwa Incelskiego, Jego Eminencji fapieża Waledykta I i dla was zacni i poczciwi Incele te strony przedkładam do oceny historii.

 

Panowanie cesarza Inceliusza IV niewątpliwie nie było dla mieszkańców Fapsburga ciekawym doświadczeniem. Było czymś zwykłym i normalnym czyli było chaotyczne i burzliwe podobnie jak cała historia Wielkiego Cesarstwa Incelskiego.

 

Postawienie pomnika swojemu nieudolnemu poprzednikowi Inceliuszowi III mogło namieszać nieco w głowach poczciwych Inceli tym bardziej, że życie w ponad 100 milionowej stolicy i tak nie było proste. I to w dodatku na rynku. Fapsburski rynek był największy w całym Wielkim Cesarstwie Incelskim i poza stawianiem tam pomników cesarzy cieszył się popularnością odwiedzających. Kramy i stragany stawiane były w każdym dostępnym miejscu pod warunkiem uiszczenia stosownej sumki IncelCoinów do cesarskiej kasy i sprzedawano z nich niemal wszystko co tylko się dało.

 

Sama uroczystość odsłonięcia pomnika wzbudziła niemało emocji i zgromadziła na rynku tłumy.

 

Jeszcze przed uroczystością sam cesarz nie do końca był pewien czy słusznie robi stawiając pomnik swemu poprzednikowi więc kazał posłać po swojego nadwornego statystyka, niejakiego Fapjana Faparcha, żeby mu wyliczył czy poddani będą zadowoleni czy raczej nie. Faparch z zapałem i entuzjazmem zabrał się do wyliczeń. Rysował tabelki, wykresy i zastawienia, liczydła i komputery z najlepszymi procesorami IncelCore44 parowały od przegrzania, sam pocił się niemiłosiernie, aż w końcu rozradowany i dumny z siebie pognał do cesarza oznajmić mu wyniki. Gdy tylko cesarz zobaczył dane o mało nie spadł z tronu na którym siedział. Zawołał straże i powiedział:

 

- Zabierzcie tego wywrotowca i heretyka sprzed moich oczu a te bazgroły skopiujcie i wywieście na miejskich murach w całym Fapsburgu, dla ostrzeżenia żeby każdy Incel zobaczył i więcej nie grzeszył bo fapieska inkwizycja tylko czeka na podobne przypadki, żeby się nimi zająć... A właśnie... - zamyślił się na chwilkę cesarz i pojawił mu się uśmieszek w kąciku ust - W sumie... Wtrącić go do lochu i zawiadomić inwkizytora Ignacego Incelbergera. Już lepiej nich on się nim zajmie bo jeszcze ten łapserdak Faparch ucieknie i dołączy do antyfapistów i tam będzie siał ferment przeciwko władzy i incelstwu. A po co mi kolejne problemy, wystarczy mi już tych z tym cholernym pomnikiem. - To ostatnie zdanie powiedział już tylko do siebie.

 

Gdy tylko straże wyprowadziły krzyczącego coś i ciskającego się jak fryga Fapjana Faparcha, do komnaty wpadł kanclerz Fapio Incellini.

 

- Wasza Cesarska Mość, tragedia! - wykrzyknął
- Co znowu się stało?
- Demonstracja antyfapistów sama sobie odsłoniła pomnik! - Kanclerz miał problemy z prawidłowym oddychaniem.
- Co? Jak to sami? - nie dowierzał cesarz
- No sami, weszli za ogrodzenie i zdjęli tą płachtę czy co to za szmata co był ten pomnik przykryty!
- A straże?
- No właśnie nie było ich! - kanclerz był cały spocony.
- Niech Wielki Incel się zlituje... - cesarz odchylił głowę do tyłu i zrezygnowany dodał - Czy ja wszystko muszę robić sam!?
- Już wezwałem dowódcę straży! - kanclerz nie wiadomo czemu każde słowo musiał wykrzyczeć.
- Dobra to załatwiaj to, a ja muszę pogadać z fapieżem. - cesarz od niechcenia ruchem ręki kazał spadać Incelliniemu.

 

'Ledwie dwa księżyce temu objąłem władzę a już tyle problemów, było zostać kronikarzem, miałbym łatwiejsze życie, a tak to tylko Wasza Cesarska Mość to, Wasza Cesarska Mość tamto, jakbym miał jakąś czarodziejską różczkę, czy coś...' - pomyślał Inceliusz IV

 

Strapiony zaczął gmerać z prawej strony oparcia tronu.
'No gdzie ten guzik? Aaa jest.'

 

- Halo? Waledykt? Słyszysz mnie?
- No halo... Musisz tak się wydzierać Incek? Przecież jeszcze nie ogłuchłem.
- Jak krzyczę? Normalnie mówię. Co ci się stało?
- No jak co? Incelskie czerwone wytrawne się stało. Chyba o dwa kielichy za daleko.
- No tak, znowu to samo ochlaptusie jeden. - cesarz jakoś nie był zdziwiony. Znali się z Waledyktem jeszcze z czasów nauki w Akademii Incelizmu i na imprezach obecny fapież brylował jak mało kto. Najwyraźniej zostało mu tak do teraz.
- A co się stało, że dzwonisz z tronu? Jakaś afera?
- Ano niestety... Ktoś odsłonił pomnik beze mnie.
- No to ładnie. - Waledykt gwizdnął - I co teraz?
- Podobno to robota Twoich przeciwników, antyfapistów.
- No jasne, jak nie wiesz co robić to zwalasz robotę na mnie! - fapieżowi faktycznie się to nie spodobało.
- No co? Wyślij tam parę swoich przeszkolonych oddziałów 'Inceli w czerni' i niech załatwią sprawę. Ja nie mam czasu zajmować się wszystkim na raz.
- Ech... No dobra - westchnął skacowany fapież - Ale wisisz mi przysługę.
- Rety! Znowu to samo! Każdy tylko daj i daj, a od siebie to nic! - zaczął marudzić cesarz.
- Na Wielkiego Incela, ale z ciebie maruda Incek.

 

Jako, że przebiegu samej operacji zdradzić nie mogę ze względu na utajnienie procedur 'Inceli w czerni', a także ze względu na niechęć utraty niektórych części ciała, za co taka właśnie kara mogłaby mnie spotkać, napiszę tylko, że sprawa zakończyła się pomyślnie. Oczywiście nie dla antyfapistów.

 


 

  • Like 3
  • Haha 3
Link to post
Share on other sites

 

Uniżony sługa jego Cesarskiej Mości Fapencjusza XXIII Imperatora Wielkiego Cesarstwa Incelskiego przedstawia wam, poczciwi Incele, te oto karty historii ku polepszeniu samopoczucia oraz dla zachowania świadectwa zamierzchłych czasów.

 


Życie na południowych rubieżach Wielkiego Cesarstwa Incelskiego toczyło się własnym rytmem.
Tereny były głównie bagniste i podmokłe z mnóstwem jezior. Gdzieniegdzie dało się doprowadzić ziemię do stanu używalności   i wtedy powstawały tam mniejsze bądź większe gospodarstwa a nawet wsie. Sama historia zasiedlania południowych rubieży jest dość krótka i polegała na tym, że jak już ktoś się w dawnych czasach tu osiedlił to ciężko się było stąd wynieść. W ostatnich zodiakach nie odnotowano nowego osadnictwa, raz ze względu na kiepskie możliwości utrzymania i zarobkowania rentierskiego, i dwa ze względu na bezpośrednie sąsiedztwo z Królestwem Czad.

 

Same granice zostały ustalone dawno temu, tak dawno, że nikt dokładnie nie pamięta kiedy. Zostały jednak ustalone i nikt nie łamie tamtych ustaleń. Patrolują je specjalne drony i jest tylko jedna oficjalna placówka z niewielkim oddziałem techników. Z przekraczaniem granic nie ma większych problemów, wystarczy podnieść paszport Incela żeby go dron

zeskanował i wypalił laserową pieczątkę. Żadnych pytań, sprawdzania, aczkolwiek technicy we własnym gronie zadawali sobie pytanie: 'Po co tam w ogóle iść?'.

 

Turystyka zagraniczna właściwie nie istnieje. Co prawda jest transport publiczny i to całkiem dobrze zorganizowany, od indywidualnych prostych jednośladów, poprzez wieloślady poruszające się w różnych kierunkach i przestrzeniach, kończąc na systemach teleportacyjnych ale korzysta się z nich tylko w obrębie Wielkiego Cesarstwa Incelskiego.

 

Dziś jednak dzień był wyjątkowy.


Najpierw zmarło się cesarzowi Fapencjuszowi XXIII i wygasła dynastia Pustoworów. Wielki Prorok Incelizmu Incelagon Roztropny na nowego cesarza mianował Fapeonore z zamożnej i wielce wpływowej dynastii Faperowingów. Była to dość kontrowersyjna decyzja bo po raz pierwszy w historii Wielkiego Cesarstwa Incelskiego Incelka wdrapała się na tak wysoki stolec. Wszystkie instytucje zarówno publiczne jak i prywatne były zdziwione, przerażone i oburzone. Nawet sam fapież Fapiusz II na taką wieść

dostał ataku serca i wykorkował zanim zdążył przekazać jej insygnia władzy w postaci korony i gamepada. Partnerka zmarłego fapieża Marcelina Ogórkowa już prawie zakładała sobie tiarę na głowę myśląc, że skoro następuje przełom historyczny i Incelka obejmuję władzę państwową w cesarstwie to i można by tak zrobić w strukturach władzy duchowej.

 

Ale to byłoby już za wiele. Konklawe, dość szybko jak na konklawe, bo w ciągu zaledwie dwóch księżyców niemal jednogłośnie wybrało Fapła na nowego fapieża a niedoszła fapieżyca skończyła w lochu.

 

Już w pierwszych uchwałach podjętych w ciągu kilku pierwszych dni można się było przekonać, że Wielki Prorok Incelizmu podczas podejmowania decyzji był pod wyraźnym wpływem incelskiego czerwonego wytrawnego co potwierdziły późniejsze badania. Pierwsza decyzja Fapeonory I polegająca na zredukowaniu i uproszczeniu procedur urzędowych spowodowała, że po redukcji jednej procedury trzeba napisać dwie nowe i stworzyć do tego trzy stanowiska ekstra bo inaczej powstawał chaos prawny. Inne uchwały np dotyczące tipsów, rzęs czy też wypychaczy staników po prostu przemilczmy. Całe szczęście, oczywiście dla mieszkańców Wielkiego Cesarstwa Incelskiego, jego gospodarki, kultury i nauki, że nowy fapież Fapeł I użył swoich wpływów zmuszając cesarzową Fapeonerę I do abdykacji i przekazania władzy jej synowi Fapeosowi zwanemu później Romantycznym.

 

Drugim wyjątkowym wydarzeniem tego dnia było pojawienie się turystów na przejściu granicznym z Królestwem Czad...

 

c.d.n.

  • Haha 5
Link to post
Share on other sites


Wam, poczciwi Incele i nadobne Incelki oraz Waszej Cesarskiej Mości Imperatorowi Wielkiego Cesarstwa Incelskiego, przekazuję kolejne woluminy ku chwale Incelizmu i dla potomnych coby nie zmurszały i pamięć się o dawnych czasach zachowała.

 


Czerwona lampka zamigotała na pulpicie sterowniczym wydając z siebie charakterystyczny dźwięk pik pik pik wybudzając z drzemki technika Waleriana Analskiego. Był to młody i uzdolniony chłopak, któremu niegdyś wróżono niemałą karierę gdyż w mistrzowski sposób ogrywał w incelnecie innych graczy robiąc z nich czasami pośmiewisko. Niestety przykry incydent z ogórkiem przekreślił jego szanse na dalszą karierę i został zesłany do gówno - roboty za marne incelcoiny i to w dodatku na najgorsze z możliwych zadupie, czyli na południową granicę Wielkiego Cesarstwa Incelskiego. No ale nie zagłębiajmy się w jego smutną historię, czasem tak bywa, że jeden głupi wybryk potrafi zadecydować o naszych dalszych dolach i niedolach.

 

Analski już miał nacisnąć wyłącznik i wrócić do drzemania, bo w końcu czy się stoi czy się leży to wypłata się należy, gdy jednym okiem dostrzegł na monitorze coś niezwykłego. Był to przybliżony do kamery granicznego drona paszport. A właściwie to dwa paszporty.
 
Incel i Incelka z plecakami na plecach, w ciężkich i sfatygowanych traperach, wyciągniętych tiszertach i krótkich spodenkach ochoczo wystawiali paszporty do kontroli. Byli to Waliniusz Fapkoński, programista w dużej korporacji i Incelina de Fappi, córka kanclerza de Fappiego. Oboje mieli po dwadzieścia zodiaków i pochodzili ze stołecznego Fapsburga. Najwyraźniej musiało im coś odjebać we łbach, że wybierali się do Królestwa Czad. W każdym razie tak pomyślał technik Analski, który ich zobaczył.

 

Walerian w dalszym ciągu przecierał oczy ze zdumienia i dopiero jak odezwał się głośnik nieco oprzytomniał.
- Halo! Jest tam kto? - usłyszał głos
- Haaaaloooo! - zawtórował drugi
- Yyyyy... No jestem. - odparł Analski
- Możemy przejść? - spytał Waliniusz
- Bo my tu jesteśmy pierwszy raz, no i nie bardzo wiemy co się robi. - dodała nieśmiało Incelina.
- Halo! To jak w końcu? Możemy iść czy nie? - niecierpliwił się Waliniusz

 

'Nie no, sam już nie wiem czy ktoś tera sobie ze mnie jaja robi czy jak... O co tu chodzi? Idą do

Czadu? Tak po prostu? A może ja jeszcze śpię?' - Analski walczył z myślami nie mogąc dojść

sam ze sobą do porozumienia.

 

- Wy tak na serio? - wychrypiał wreszcie
- Ale co na serio? - spytał Fapkoński
- No czy na serio chcecie tam iść? Przecież to granica z Czadem!
- No to na serio! - odparła Incelina
- Ale przecież tam mieszkają Czady! - Analski wciąż się dziwował
- No właśnie chcieliśmy sobie zrobić małą odmianę w naszym związku i postanowiliśmy pozwiedzać coś nowego, rozszerzyć horyzonty, otworzyć się na nowych ludzi, no wiesz, takie tam. - odparł Waliniusz w kierunku drona
- I serio wybraliście na coś takiego akurat Czad?
- Ona się uparła, a mi było w sumie wszystko jedno gdzie.
- Nie ja się uparłam tylko decyzję podjęliśmy wspólnie, nie pamiętasz już? - lekko zirytowała się córka kanclerza dając Waliniuszowi kuksańca pod żebro.
- No dobra, jak tam sobie chcecie - powiedział technik - Jak nie wrócicie za dwa księżyce to zawiadomię kogo trzeba o zaginięciu, także jakby co to będziemy cię szukać panie Fapkoński. Miłego zwiedzania.

 

Królestwem Czad rządził w tym czasie Czadrian II z dynastii Jaws i podczas gdy dwie zgrabne Czaderki polerowały mu berło do komnaty wpadł kanclerz John Czaderston i wydyszał:

- Wasza Wysokość, w nasze granice wdarło się dwoje Inceli.
- Ha! No to będziemy mieli niezły ubaw - ucieszył się król poprawiając się wygodniej na tronie.
- No nie wiem, wyglądają jak amatorzy turystyki pieszej.
- A cóż to za ustrojstwo? - zdziwił się Czadrian - A ty Stacy przyłóż się bardziej, zobacz jak Becky się stara.
- Polega to na tym, że się chodzi w różne miejsca i ogląda różne rzeczy, przyrodę, zabytki, jakieś życie codzienne tubylców i tym podobne sprawy. - wytłumaczył kanclerz
- Cóż, każdy lubi co innego... - pozwolił sobie pofilozofować władca. - Jak się pojawią w Czadstown zaproś ich do mnie do pałacu na kielicha i pogawędkę. W sumie nie co dzień zdarzają się takie wydarzenia. A teraz idź już bo dziewczęta nie mogą się skupić na robocie, ja zresztą też.

 

- Pysiu, czemu tak pędzisz? Mieliśmy cieszyć się przyrodą i na luzie sobie zwiedzać, a ty niemal biegniesz jakbyś zostawiła niewyłączone żelazko. - Waliniusz wyraźnie odstawał w marszu.
- Nie marudź tylko chodź szybciej, do najbliższego miasteczka chyba już niedaleko, tam znajdziemy jakąś karczmę, odpoczniemy i przenocujemy. - ponaglała Incelina
- No dobra ale możemy to zrobić na spokojnie a nie lecieć z jęzorem na brodzie.
- Chcemy przecież tam dotrzeć przed zmierzchem żeby zdążyć jeszcze zwiedzić miasteczko, tak?
- No niby tak...
- No to nie marudź tylko się pośpiesz! - zakończyła dyskusję Incelina

 

Waliniusz poznał Incelinę na jednym z 88 dostępnych w Wielkim Cesarstwie Incelskim portalu randkowym. Co prawda miał jeszcze konta na dwu innych portalach ale skasował je gdy tylko umówił się z Inceliną na pierwszą randkę w realu. Pamiętał jak strasznie się wtedy denerwował i długo się na nią szykował radząc się kumpli o każdy szczegół. Na umówione spotkanie przyszedł godzinę wcześniej żeby czasem nie spóźnić się no bo to różnie bywa z transportem publicznym, korkami i w ogóle. Pamiętał też jak bardzo się ucieszył kiedy usłyszał, że jest fajny i w sumie to ona by się z nim chętnie jeszcze umówiła, najlepiej w

przyszłym księżycu bo wtedy znajdzie trochę czasu bo tak to jest dosyć zajęta różnymi sprawami. Pamiętał też jak się zaczerwienił, ale to chyba ze szczęścia i radości, gdy na dziesiątej randce pozwoliła mu dotknąć ręki i wcale tak gwałtownie jej nie wyrwała jak mu się to z początku wydawało. No i ta pamiętna 15 randka... i ten spontaniczny buziak w policzek tuż po kolacji w najlepszej karczmie Fapsburga... tego się nie zapomina.

 

Incelnet obfitował w różnego rodzaju media społecznościowe. Niemal każdy szanujący się Incel posiadał co najmniej 48 kont na różnych portalach i co najmniej rano i wieczorem się tam logował sprawdzając aktywność, witając się, żegnając i lajkując.

 

Ale nie wybiegajmy zanadto w przyszłość...

 

 

 

 

Edited by Cortazar
  • Haha 4
Link to post
Share on other sites

 

Incelina, jako, że szanowała się całkiem skutecznie posiadała konta na wszystkich 48 portalach i dodatkowo w willi jej ojca, w której mieszkała miała do dyspozycji teleporter, z którego korzystała nader często zupełnie nie przejmując się kosztami. Jej kochany tatuś Incelio de Fappi był bowiem kanclerzem i zarabiał wręcz nieprzyzwoicie z czego córeczka niezmiernie się cieszyła.

 

Posiadała również konta na 80 portalach randkowych a to tylko dlatego, że z 8 ją wyrzucili i zablokowali, choć ona twierdziła, że sama zrezygnowała bo nie spełniały jej kryteriów. Dodatkowo miała kilka komunikatorów, aplikacje zagłuszające i rozpoznające, mapy, rozkłady jazdy i system do szybkiego makijażu. Można zatem powiedzieć, że była na bieżąco.

 

Jej zamiłowanie do randkowania i imprezowania zaczęło się ładnych parę zodiaków temu kiedy to syn podskarbiego Fapenbluma, niejaki Fapensław, na jednym z wielu rautów wystawianych przez kochanego tatusia, dał jej potajemnie do skosztowania incelskiego czerwonego wytrawnego po czym bezceremonialnie ją pocałował z języczkiem. To drżenie nóg i szum w głowie spodobały jej się do tego stopnia, że postanowiła to kontynuować i rozwijać. A że środki i możliwości ku temu miała ogromne to trwa to do dziś. Jedyne czego nie udało się jej jeszcze zrealizować, i to pomimo całkiem niezłych wpływów kochanego tatusia, to wyjazd na incelusa do Królestwa Mokembini na integracyjną wymianę organizowaną przez Akademie Incelizmu. Naczytała się trochę w incelnecie na temat warunków fizycznych jakie posiadają Mokembowie i już na samą myśl, że mogłaby się z takim spotkać czuła to przyjemne drżenie nóg.

 

Wróćmy jednak do naszych turystów przecierających graniczne szlaki Wielkiego Cesarstwa Incelskiego

z Królestwem Czad.

 

- Idziemy i idziemy, zaraz się ściemni, może przenocujemy w tym wielkim domu, tam na wzgórzu - Waliniusz wskazał palcem w kierunku wzgórza. Wokół rozciągały się porośnięte trawą i krzaczorami łąki a w niewielkich jeziorkach odbijały się promienie zachodzącego słońca. Po przekroczeniu granicy było to pierwsze zabudowanie jakie spotkali.
- Chodźmy! - zarządziła Incelina, a w myślach dodała 'no, nareszcie' i oczy jej zalśniły.

- Halo, jest tam kto? - Waliniusz zaczął się niecierpliwić gdy pukanie odpowiadało ciszą
- E! Tu jest dziura! - krzyknęła szeptem Incelina i machnęła do Waliniusza
- Chcesz się włamać? A jak nas złapią? - Waliniusz szeptał szeptem
- Nie bądź ciota! - powiedziała tak żeby usłyszał i wślizgnęła się przez szparę pomiędzy deskami.

 

Gdy weszli do środka stanęli w wielkiej i wysokiej komnacie i dopiero teraz zauważyli, że była strasznie zaniedbana, zakurzona i zniszczona. Zupełnie jakby nikt tu nie mieszkał od wielu zodiaków. Ciężko było zrobić krok żeby się o coś nie potknąć lub czegoś nie zawadzić. Ostatnie promienie słoneczne wdzierające się przez szczeliny ukazywały lewitujące drobinki kurzu, który wdzierał się do ich gardeł, nosów i oczu.
- A psik! - nie wytrzymał Waliniusz - Tu chyba nikogo nie ma.

Gdy rozglądając się dotarli do wielkich schodów, ciągnących się przez co najmniej dwie kondygnacje, coś zaszurało.
- Może jest ktoś na górze, zobaczę a ty poszukaj jakiejś kuchni - powiedziała Incelina i ruszyła w górę.

 

Wtem usłyszeli dziwne odgłosy przypominające szybki bieg na palcach po skrzypiącej drewnianej podłodze. Incelina była już na drugim piętrze i lekko przestraszona spojrzała w dół przez balustradę. Niczego nie zobaczyła więc podobnie jak wcześniej krzyknęła szeptem:
- Waliniusz! To ty?

 

Nasłuchiwała przez chwilę z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi ustami ale nikt nie odpowiedział.
Przejrzała oba piętra lecz nikogo nie znalazła. Już miała wracać na dół gdy kątem oka dojrzała niewielkie drzwiczki prowadzące prawdopodobnie na strych.

 

- Iiiieeeee.... uuuuułłuuuu... aaaaa...! - dobiegło zawodzenie ze strychu.

 

'Ja cie chromolę, chyba popuściłam, co to było? Na pewno nie Waliniusz, on jest na dole. Co tu robić?' - pomyślała Incelina

 

Usłyszała kroki na schodach i domyśliła się, że Waliniusz też to usłyszał i idzie do niej.

Postanowiła zatem wejść na strych.

Gdy znalazła się w środku drzwiczki gwałtownie zatrzasnęły się i straszliwy hałas wstrząsnął całym domem.

 

c.d.n.

 

 

  • Thanks 1
  • Haha 4
Link to post
Share on other sites

 

Waliniusz był na półpiętrze gdy usłyszał głośne trzaśnięcie. Zdjął plecak i przykucnął. Wyjął z niego całkiem sporą latarkę z mnóstwem przełączników, położył obok i grzebał dalej wyciągając coraz to nowe drobiazgi, które wkładał do kieszeń krótkich spodenek typu bojówki. W końcu odłożył plecak, poprztykał przy latarce wybierając najjaskrawsze światło i ruszył w górę.

 

Stąpał ostrożnie po każdym stopniu starając się nie skrzypieć na drewnianej podłodze. Gdy stanął przed drzwiczkami na strych wziął głęboki wdech i zamarł na chwilę w bezruchu. Usłyszał przyciszone pojękiwania w środku. Nie zastanawiając się zbytnio szarpnął i z rozmachem otworzył drzwiczki wpadając gwałtownie do środka. Potknął się, przewrócił się i latarka wypadła mu z ręki lecz strumień jej światła padał akurat na przeciwległą część pomieszczenia gdzie zobaczył jak Incelina wstaje z kolan i dwoi się i troi aby ogarnąć jakoś ubranie, a jakaś dziwna poświata... yyy... macha rękoma...?

 

- Waluś... To nie tak jak myślisz! - Powiedziała przestraszonym tonem cały czas ogarniająca dolne partie odzienia Incelina.

 

Waliniusz z trudem próbował się podnieść i ze strachem w oczach patrzył jak dziwna poświata się ruszała. Wyglądało to na Incelski kształt, były niewyraźne kończyny górne, dolne, głowa, korpus...

 

To coś najwyraźniej klęczało, machało rękami i wydobywało z siebie dźwięki.

- Kim... kim jesteś? - Nieśmiało spytał Waliniusz
- Yyy, uła, ble, knalll... - odparła poświata
- Jesteś duchem?
- Waluś, to naprawdę nie to co myślisz! - wtrąciła Incelina

 

Nagle Waliniusza olśniło. Wyjął z kieszeni IncelFona i jakieś inne niewielkie elektroniczne urządzenie z wyraźnie zaznaczoną klawiaturą. Pogrzebał w innych kieszeniach i wyjął dwa kabelki.

Ten z wtyczką huj-wi podpiął pod IncelFona i to drugie urządzenie a drugi - huj-fi pod IncelFona i podniesioną szybkim ruchem latarkę. Po chwili jego palce zapierdzielały po klawiaturze jak oszalałe. Po 665 mrugnięciach oczu oderwał wzrok od wyświetlacza i zaczął przełączać guziki na latarce. Kolory się zmieniały podobnie jak intensywność i natężenie światła.

 

Incelina zdołała już jako tako się ogarnąć i teraz przypatrywała się to sprawnym ruchom szermierza klawiatury to oglądała w coraz to nowych barwach poświatę. Siedziała tak skulona próbując odnaleźć u siebie jakąś sprawną komórkę mózgową.

 

Poświata tymczasem zmieniając kolory, świeciła raz jaśniej, raz ciemniej uwidaczniając gestykulacjami coraz większe zdenerwowanie. Świadczył o tym również ton wydobywających się odgłosów przypominający raz świszczenie incelskiego świerszcza bojowego, raz jucznego incelopopotama, a raz wściekłą Mokembinkę.

 

Waliniusz spocił się już nieco gdy usłyszał wreszcie coś co swojsko zabrzmiało:
- Psecies ona hrr... hrrr... to sie nie moze udać... hrrr...
- Kim jesteś? - spytał ponownie Waliniusz cały czas kalibrując urządzenie
- Niech to wsysko hrrr... sceli - Poświata była wyraźnie wkurzona
- Spokojnie bo do tej pory nic nie zrozumiałem - Waliniusz cały czas próbował udoskonalić jakość dźwięku i obrazu stukając w klawiaturę i gmerając przy latarce.

 

- Eh... Mam doś tego, cego ode mnie scecie? - Spytała poświata
- Kim jesteś? Masz jakieś imię? Co tutaj robisz? - Cierpliwie dopytywał Waliniusz
- Nazywam się Cars Caderston cfarty, a psynajmniej tak się kiedyś nazywałem - odparł
- Znaczy się Charls? Czaderston? Czwarty? - dopytywał z przymarszczem czoła Waliniusz - mam trochę zniekształcony dźwięk, spróbuje jeszcze poprawić.
- Dobze słysys, to ja seplenie - powiedział nieco zażenowany Czarls
- Czyli jesteś duchem?
- A co? nie widzis? Psestaw pasmo widma cerwonego na cy koma seść i dołus tloche inflaherców w amplitudzie losplasania a potem psełąc jednostkę psyspiesenia glawitacyjnego na metly kwadlatowe na mluganie oka i zmień a lacej podwyss enelgię plomieniowania elektlomagnetycnego o kilka fotonów, s cysta powinno stalcyć.

 

Waliniusz przygryzając język to z jednej to z drugiej strony wykonywał przeliczenia. Jak wyszły mu wyniki zaczął przełączać na latarce i nagle jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki ukazała się wyraźna i kształtna postać Czarlsa. Nadal była poświatą ale zarys szczęki, postura i proporcje ewidentnie ukazały okaz podręcznikowego Czada.

 

- Na Wilekiego Incela! - wykrzyknął rozpromieniony Waliniusz i spojrzał na Czarlsa.

- Waluś to naprawdę nie było to co myślisz! Sam widzisz, że to tylko duch, niematerialny - Incelina podjęła kolejną próbę tłumaczenia - Nic się nie mogło stać!

- No wcale! Nie wiez tej kłamcusce! Stało sie i to spolo! Ja nie wiem jak ja to pzezyje! - wtrącił duch Czarlsa.

- Ja dalej jestem dziewicą! - Incelina prawie błagała
- A ja jestem duchem Mondzioła! - zadrwił nawet bez seplenienia duch Czada
- Naprawdę, a przynajmniej mentalnie! - zaczęła chlipać Incelina

- To ja się nie ocołsne s tej tlaumy.
- Z jakiej traumy? - spytał Waliniusz
- Nie wiem jak mogłem się skusić na tak bzytką Incelke, inne Cady mi tego nie psepuscą, będę pośmiewiskiem pses całe zycie wiecne... - Czarls zaczął pomału zanikać i głos stawał się coraz mniej wyraźny.

- Zaczekaj! - Krzyknął Waliniusz szukając ducha latarką - Chciałbym ci zadać jeszcze kilka pytań! - lecz duch ulotnił się już.

 


Droga powrotna do Wielkiego Cesarstwa Incelskiego przebiegła w ciszy i z zachowaniem odpowiednich odległości. Incelina tylko raz spróbowała podjąć rozmowę lecz Waliniusz był tak pochłonięty obliczeniami na swoim Incelfonie, że tylko energicznie podniósł wskazującego palca w górę dając jej znać żeby sobie darowała.

 

Kilka zodiaków później nowa firma Waliniusza Fapkońskiego przynosiła miliony IncelCoinów dochodu a on sam znalazł się na okładkach wielu poczytnych magazynów jako najbogatszy Incel świata. Nawet jeden z najsłynniejszych kronikarzy Jego Cesarskiej Mości poświęcił mu jedną ze swych kronik, by uwiecznić jego niezwykłe dokonania.

 

 

  • Haha 2
Link to post
Share on other sites

 

Kolejne kroniki ku chwale i sławie Wielkiego Cesarstwa Incelskiego, tym razem sowicie opłacone z sakiewki Jego Eminencji Wielkiego Mistrza Zakonu Fapucynów Jose Maria Fapisco Refluxos de la Incelquez y Fapierdad i ku jego pamięci spisane.

 

 


  Wielki Mistrz Zakonu Fapucynów, Jego Eminencja Jose Maria Fapisco Refluxos de la Incelquez y Fapierdad z zacnego 

i zamożnego rodu, którego założycielem był nie kto inny jak Fapaelos Refluxos Vargas, jeden z pierwszych Incelskich osadników Wielkiego Cesarstwa Incelskiego, z czasów kiedy jeszcze hordy barbarzyńskich Mondziołów swobodnie hasały sobie po tych terenach, zamyślił się w fotelu.

 

  Fapaelos Refluxos Vargas był jednym z kapitanów kosmicznej floty handlowej korporacji Incel-Korp.  Jego statek miał to szczęście bądź nieszczęście (zależy jak na to spojrzeć), że uległ awarii podczas rutynowej podróży służbowej. Awaria miała miejsce w układzie gwiezdnym pomarańczowego karła w pobliżu planety nazywanej wówczas K-62e, później nadano jej oficjalną nazwę - Incelia. Nie było innego wyjścia, trzeba było awaryjnie lądować.

 

 Ponadprzeciętne umiejętności sterowania oraz wybitny talent w zarządzaniu zasobami incelskimi kapitana sprawił, że lądowanie przeżyli wszyscy znajdujący się na pokładzie, odnotowano jedynie kilka przypadków niegroźnych stłuczeń i zadrapań, natomiast jeden Incel zgłosił uszkodzenie myszki.

 

Po otwarciu włazu wejściowego okazało się, że wszędzie wokół jest biało i zimno, natomiast w ich kierunku zmierza spora grupka istot. Byli to rdzenni mieszkańcy Incelii, którzy nazywali siebie Seksimosami. Całe szczęście sporo przydatnej aparatury znajdującej się na statku przetrwała awaryjne lądowanie i można je było wykorzystać do skonstruowania odpowiednich urządzeń komunikacyjnych.

 

Seksimosi byli niezwykle przyjaźni i pomocni w poznawaniu nowych okoliczności. Byli niewielkiego wzrostu, ubierali się w grube futra jakichś tubylczych zwierząt, mieszkali w śmiesznych owalnych chatkach zbudowanych z brył lodu i lubili polować zarówno na lądzie jak i w wodzie. Wiedli spokojny i wesoły żywot nie przejmując się niczym specjalnie i nie zapuszczając się poza granicę wiecznych śniegów, bo niby po co. Dostarczanie informacji Incelom odbywało się zazwyczaj w trakcie licznych imprez integracyjnych suto zakrapianych miejscowym seksimoskim białym słonym.

 

Po kilku księżycach Incelom zbrzydło imprezowanie a także wiecznie mroźny klimat. Zabrali co tylko się dało z uszkodzonego statku, Seksimosom zostawili w podziękowaniu trochę nowoczesnych technologii i pod dowództwem Fapaelosa Refluxosa Vargasa ruszyli na południe.

 

Nie wdając się bardziej w szczegóły podróży zaznaczmy tylko dotarcie na żyzne tereny z bujną roślinnością i założenie osady nazwanej Incelogród. Niecały zodiak później rozwój zakłóciło pojawienie się hordy barbarzyńskich najeźdźców zwanych Mondziołami.

 

Pierwsze starcia pokazały siłę, brutalność i bezwzględność napastników a także wykazały braki w obronności i waleczności Inceli. Uzmysłowiły im jednak, że walka będzie długa i krwawa.

 

Niespodziewanie jednak Mondziołowie zaspokoiwszy pierwszy głód grabieżczy odeszli z łupami i długo nie wracali. Jednakże w ciągu kilku kolejnych zodiaków ataki powtarzały się i za każdym razem Incele pomimo przewagi technologicznej nie byli w stanie  skutecznie odeprzeć zagrożenia.

 

Wreszcie lider Fapaelos Refluxos Vargas wyselekcjonował grupę najlepszych programistów aby zajęła się analizą zebranych dotychczas danych i stworzyła model defensywno - ofensywny w celu powstrzymania przeciwnika.

 

Tak oto po krótkim wstępie powróćmy do czasów współczesnych i losów potomka Fapaelosa.

 

 Jego Eminencja Jose Maria Fapisco Refluxos de la Incelquez y Fapierdad zamyślił się w fotelu. Krążył myślami wokół zbliżającego się spotkania gdy adiutant skinął mu, że już czas. Wstał z fotela i ruszył w stronę głównej komnaty dając znak służbie aby poszli za nim. Gdy otwarł masywne drzwi i wpuścił pozostałych zaczął wydawać szybkie polecenia:

 

- Tu... ustawić stół! - wskazał na wielki drewniany stół przy kominku
- Napalić w kominku... tu... postawcie dwa koksowniki... a tam pochodnie - w przypadku tych ostatnich wskazał dwie przeciwległe ściany z okopconymi miejscówkami pomiędzy okazałymi obrazami i arrasami. Pochodnie i koksowniki i tak były tylko zbędnymi bajerami bo ogrzewanie oraz oświetlenie komnaty jak i całej posiadłości było geotermalne i zintegrowane z komputerowym systemem SprytnyIncel wersja 2.21.

 

Sama komnata była ogromna i służyła głównie do przyjmowania interesantów lub znamienitszych gości. Refluxos lubił splendor i lubił go okazywać. Lubił także zawstydzać innych swoim bogactwem ale przede wszystkim lubił mieć się na baczności. W narożnikach sali oraz pod stołem zamontowane były niewidoczne dla niewiedzących kamerki z podsłuchem najnowszej generacji ze zmiennymi parametrami dostosowującymi się do panujących warunków. Stół także był ogromny ale to dlatego, że Wielki Mistrz wolał trzymać potencjalnych gości czy interesantów z daleka od siebie. Zawsze siadał po przeciwnej stronie stołu w stosunku do reszty, po pierwsze dlatego, że nie chciał aby ktoś zauważył  słuchawkę w jego prawym uchu, a po drugie bo miał strasznie czuły węch a doświadczenie nauczyło go, że niektórzy Incele bywają na bakier z prostymi zasadami higieny osobistej i wolał nie ryzykować.

 

Kominek, a jakże, również był wielki, największy z dostępnych na rynku i z największą ilością funkcji. Można było na przykład w trzy mrugnięcia okiem upiec dorodnego kapłona z dodatkami, w piętnaście mrugnięć spopielić uciążliwe zwłoki jakiegoś nieszczęśnika stwarzającego niepotrzebne kłopoty lub w jedno mrugnięcie rozmrozić beczkę bigosu.

 

Gdy służba oporządzała komnatę według instrukcji, Refluxos skinął na kucharza, najlepszego w całym opactwie fapucyńskim kulinarnego geniusza i pasjonata Fappoliniego Bartosza herbu Żółty Banan i zaczął wydawać mu polecenia:

 

- Na przystawkę podasz roladki z sandacza w sosie szafranowym, później po kolei będziecie wnosić gulasz z soczewicy z pieczoną wołowiną, glazurowaną kaczkę z kapustą i pyzami...
- Kapusta czerwona czy biała? - wtrącił szef kuchni
- Oczywiście, że czerwona - oburzył się Refluxos po czym kontynuował - Pstrąg pieczony na ogniu na salsie z papryki i suszonych śliwek, pieczony rostbef z sosem cebulowym i na koniec rolada z boczku z nadzieniem ziołowym w sosie grzybowym.
- Oczywiście Wasza Eminencjo! - Bartosz skończył notować i szybciutko ruszył do kuchni.

 

'Mam nadzieję, że o incelskim czerwonym wytrawnym będzie pamiętał' - pomyślał Refluxos kierując się w stronę najpiękniejszego i najbardziej okazałego arrasu. Osunął nieco jego poły i nacisnął malutki przycisk. Pod arrasem zaszumiało i tajne przejście się otwarło. Wielki Mistrz wszedł do środka i skinieniem przywitał siedzących w wielkich słuchawkach na uszach przed rzędem monitorów techników.

 

- Wszystko w porządku ze sprzętem? Nie będzie problemów? - spytał Refluxos
- Tak, wszystko hula jak ta lala, możesz być spokojny szefie - uśmiechnął się i puścił oczko technik Sebastien Dresoir.
- Oby, bo to ważne spotkanie i nie chcę niespodzianek - Refluxos nie lubił Dresoira i chętnie wykorzystałby na nim funkcję spopielania w kominku ale nie znał lepszego technika i nie miał za bardzo kim go zastąpić.
- Spokojnie kierowniku, każde jest ważne, zawsze było wszystko cacy to i teraz będzie. Obraz i dźwięk miód malina, miejsca na dyskach aż naddto, laserowe niespodzianki w gotowości, będzie pan zadowolony - luzacko odparł Dresoir.

 

 

c.d.n.

 

 

 

Edited by Cortazar
  • Like 1
  • Haha 7
Link to post
Share on other sites
  • 3 weeks later...

 

- Niech żyje Cesarz, niech żyje Fapież! - adiutant Wielkiego Mistrza Zakonu Fapucynów, Jego Eminencji Jose Maria Fapisco Refluxos de la Incelquez y Fapierdad, niejaki Theodor Fapeiros z tajnego pomieszczenia obserwował i przysłuchiwał się spotkaniu w wielkiej komnacie. Miał za zadanie kontrolować techników i ewentualnie podpowiadać swojemu mistrzowi gdyby temu coś umknęło.

 

Spotkanie trwało już od jakiegoś czasu. Przy masywnym stole zasiadali najznamienitsi fapucyńscy dostojnicy z Wielkim Mistrzem na czele. Po jego prawicy zasiadał jego zastępca Mistrz Jorge Fapinez, dalej kwatermistrz Gustavo Inceleiros, skarbnik Enrique Walikonios (nie mylić ze słynnym mauzoleum poświęconemu jednemu z najwybitniejszych Inceli w zamierzchłych czasach). Po lewicy zaś Wielkiego Mistrza siedzieli: drugi zastępca Zwalos Koniosatridis, szef skautingu Sergio Fapos oraz najmądrzejszy i zarazem  najskromniejszy brat Fapocysteles, który uczestniczył już w ośmiu krucjatach i brał udział w ponad stu potyczkach z Mondziołami. Bracia zakonni uważali go za nieśmiertelnego i każdy cenił sobie jego zdanie.

 

Po przeciwnej stronie stołu z dobrodziejstw gospodarza korzystali znamienici goście przybyli aby omawiać sytuacje na wschodniej granicy cesarstwa a także negocjować warunki przyszłej krucjaty.
Byli to: nuncjusz fapieski Hans Fappke z dwoma asystentami oraz kanclerz cesarski Giovani della Fappesca również z dwoma asystentami.

 

Zanim negocjacje rozpoczęły się na dobre wszyscy z chęcią i entuzjazmem wznosili toasty nie szczędząc gardeł ani incelskiego czerwonego wytrawnego. Podawano właśnie pieczony rostbef w sosie cebulowym gdy Theodor zniżonym głosem oznajmił wiadomość Wielkiemu Mistrzowi:

 

- Wasza Eminencjo, nasze skanery wykryły tajne i nieznane manuskrypty przewożone przez fapieskiego nuncjusza. W tej chwili znajdują się w jego gościnnych komnatach i pilnuje ich kilku strażników ale mamy możliwość zbadać je za pomocą zdalnego odcyfrowywania spektrograficznego. Dresoir mówi, że da rade. Działać?

 

Refluxos siedząc przy stole skinął głową w umówiony wcześniej sposób i Theodor dał znak Dresoirowi żeby ten zaczął działać. Technik ochoczo zatarł dłonie i pozwolił im zatracić się w tańcu na klawiaturze, oczyma jeno sprawdzając postępy na kilku ustawionych przed sobą monitorach.

 

Kilka pacierzy później Dresoir zadowolony z siebie wskazał na monitor z wynikami. Adiutant Theodor z przymrużonymi oczyma odczytywał dane pochylając grzbiet i pomimo, iż nie znał wszystkich tajemnic Wielkiego Mistrza rozdziawił usta w grymasie niedowierzania.

 

- Wielce szanowni goście, myślę, że pora zakończyć na dziś rozmowy, wrócimy do nich niechybnie z rana. - Wielki Mistrz Jose Maria Fapisco Refluxos de la Incelquez y Fapierdad wstał od stołu dając jednak ręką sygnał aby pozostali pozostali na miejscach i dalej raczyli się jego gościnnością.


- Ucztujcie do woli bracia, ja udam się już na spoczynek - dodał i na odchodne usłyszał toast na swoją cześć.

 

W rzeczywistości miał gdzieś zarówno negocjacje jak i ucztowanie a także wszystkich gości. Posiadał wystarczająco środków i zasobów aby bez żadnych problemów w dowolnym momencie wyruszyć na krucjatę.

Ba, śmiało mógł wyruszyć na samego fapierza a nawet cesarza i wcale nie stanąłby na straconej pozycji. Negocjacje były tylko pretekstem do zdobycia nowych informacji, a jak wiadomo ten kto ma informacje ten ma realną władzę.


Refluxos czym prędzej pognał do biblioteki, a można by o niej osobną kronikę napisać, tak wielkie skarby się w niej znajdowały systematycznie gromadzone i studiowane przez kolejne pokolenia jego przodków. Czekał tam już Theodor z najświeższymi doniesieniami.
- No nareszcie! Możesz odejść Theodorze. - Refuxos ucieszył się i rozsiadł z danymi przy stole ustawionym w centrum biblioteki. Nalał sobie incelskiego czerwonego wytrawnego i pogrążył się w lekturze na temat magicznej lampy, której to szukał był już od wielu zodiaków.

 

 


- Yyyy - długa i soczysta wiązanka przekleństw właśnie nanizywała się na struny głosowe mondziolskiego siepacza gdy nagle inna struna wchodziła w reakcję z jego głową na wysokości nosa. Po chwili płonął już połamany w swoim zmiażdżonym pojeździe podczas gdy górna część jego czaszki wciąż podskakiwała na kamienistej nawierzchni.

 

- Trzeba przyznać, że teoria strun Wielkiego Mistrza sprawdza się koncertowo. - pomyślał Sydneyopulos Fapodopulos przyglądając się podskakującym kawałkom mondziolskich siepaczy z szelmowskim uśmiechem na twarzy. Jego muskuły lśniły w mroku i cały umaziany był smarami zmieszanymi z potem. Właśnie przecierał brudną szmatą szkła gogli gdy postanowił pozwolić sobie na chwilę ekstrawagancji, zresztą nie pierwszą i nie ostatnią podczas tej krucjaty.


- Proszę bardzo wy zapyziałe wypierdki - I przesunął jedną z wielu dźwigni przy których stał. Ze szczeliny usłyszał syk i przyglądał się jak dziwna trajektoria pocisku balistycznego zmierza w kierunku wielkiego namiotu po czym rozwala go w drobny mak w świetlistej poświacie eksplozji.


- Hehehe, podobało się? - spytał retorycznie po czym zaczął sprawdzać obliczenia zasięgu strun z nanizanymi nań tytanowo-niklowymi haczykami, gwiazdkami i kulkami. Owe struny przymocowane były do wielkiej opancerzonej samoutwardzalną stalą machiny oblężniczej poruszającej się przy pomocy silników parowych o ogromnej mocy. Sterowane elektronicznie, ze swoim zasięgiem i liczebnością, siały niesamowite spustoszenie w mondziolskich szeregach. Wielkość machin w połączeniu z jakością obronną oraz niesamowitą siłą rażenia zapewniała niemal bezkarność w starciach z bezradnym przeciwnikiem.


Sydneyopulos dowodził jedną z wielu takich machin specjalnie zaprojektowanych i zmontowanych według pomysłów i planów Refluxosa. W końcu posiadanie tak niesamowitej biblioteki do czegoś zobowiązywało.

 

Podobnie jak chaotyczne i burzliwe były losy Wielkiego Cesarstwa Incelskiego tak chaotyczna i burzliwa

była historia krucjat przeciwko Mondziołom. Ale nie tym razem.
Tym razem dowodził Refluxos, tym razem miał pod sobą wielu wykwalifikowanych inżynierów pokroju Sydneyopulosa nie wahających się użyć broni ostatecznej. Tym razem wszystko dopięte było na ostatni guzik. No i stawka była zdecydowanie wyższa.

 

Refluxos w spokoju obserwował kolejne zwycięstwo. Stał bez słowa na szczycie jednej z takich machin a w głowie układał już plan kolejnej potyczki. Krucjata przebiegała według wcześniejszych założeń a oddziały posuwały się naprzód nie napotykając większych trudności. Mondziolskie wioski, osady i warownie znikały jedna po drugiej nieuchronnie zbliżając Inceli do całkowitego zwycięstwa.

 

Kimżesz jednak byli owi Mondziołowie? I jak zakończyła się jedna z najwspanialszych krucjat przeciwko nim? O tym wszystkim dowiemy się z następnej części, która ukaże się wkrótce.


c.d.n.

 

Edited by Cortazar
  • Like 3
  • Haha 1
Link to post
Share on other sites
  • 2 months later...

 

Mondziołowie zamieszkiwali na ogromnych obszarach na wschód od Wielkiego Cesarstwa Incelskiego. Już od pierwszego kontaktu obu cywilizacji wiadomo było, że pokój i współistnienie są niemożliwe. W ciągu wielu, wielu wieków wzajemne kontakty polegały na potyczkach, walkach i wojnach. Wynikało to z podstawowej zasady, którą kierowali się Mondziołowie: 'jeśli czegoś chcesz to sobie to weź'. Dzięki tej niezmiennej i jakże prostej maksymie, Mondziołowie nigdy nie byli w stanie się pogodzić i zjednoczyć.

 

W zależności od miejsca zamieszkania różnili się wzrostem, poziomem skośności oczu, brutalnością, chciwością i stylem ubierania się dostosowywanym głównie do panującego klimatu jednak byli oni niewielkiego wzrostu inceloidalnymi istotami.

 

Najwyższa forma organizacji mondziolskiego społeczeństwa nazywała się szczepem. Szczep miał jednego wodza, któremu reszta przysięgała bezwzględne posłuszeństwo. Nowego wodza wybierano na specjalnych wiecach wtedy gdy stary wódz umierał i organizowany był w osadzie lub miejscu gdzie akurat był zmarł.

 

Szczep dzielił się na odłamy, gdzie każdy odłam miał swojego naczelnika. Z kolei odłamy dzieliły się na klany i tu każdym klanem dowodził kacyk.

 

Można powiedzieć, że Mondziołowie byli w stanie nieustannej wojny. Klany walczyły z klanami, odłamy z odłamami a szczepy ze szczepami. Potyczki z Incelami były tylko niewielkim procentem tego ile wojen toczyli w ogóle a o walkach z innymi niestety nic nam nie jest wiadomo. (Podobno ktoś kiedyś słyszał, że ktoś kiedyś słyszał, że jego znajomy słyszał, że była jakaś potyczka z Czadami).

 

Mondziołowie poruszali się na wysokich i pierońsko szybkich czterokopytnych zwierzętach. Czasami zdarzało się ich ujrzeć na motorach lub podobnych maszynach ale to rzadko bo raz, że nie były one tak szybkie jak owe zwierzęta a dwa nie znali się na mechanice, a maszyny się psują, a trzy nie znali paliw a maszyny potrzebują paliwa i się ono zużywa i trzeba tankować a Mondziołowie nie wiedzieli jak. Maszyny te były oczywiście zdobyczne na Incelach, sami nie zajmowali się takimi głupstwami jak produkcja czy projektowanie, a o mechanice nie wspominając.

 

Jako, że zwierzęta te były dość duże to można się było poruszać na nich parami, czyli był jeździec - kierowca, i jeździec - pasażer. Zdarzało się, że obaj strzelali z krótkich łuków lub jeden z łuku a drugi miał włócznie, długą lub krótką. Bywało i tak, że korzystali ze zdobycznej broni, przynajmniej dopóki działała i dopóki mieli amunicję.

 

Struktura mieszkalna Mondziołów była dość prosta jako, że byli raczej z natury ludem koczowniczym. Zakładali proste obozy tymczasowe, które szybko można było zwinąć żeby albo uciekać albo się ukryć albo po prostu jechać dalej.

 

Przykładowo kacyk klanu będącego w drodze do lub skądś decydował w pewnym momencie o rozbiciu obozu i ci którzy nie byli wojownikami zwanymi potocznie siepaczami, czyli starcy, dzieci i kobiety zajmowali się układaniem namiotów, rozpalaniem ognisk, przygotowywaniem jadła, zabezpieczaniem pędzonych stad zwierząt służących jako główny pokarm i takimi tam. Kacyk i siepacze natomiast zabezpieczali obóz wystawiając warty i szykując się do ucztowania. Uczty zwykle były huczne i suto zakrapiane mondziolskim różowym niechrzczonym, aczkolwiek zdarzało się, szczególnie w uboższych klanach, że trzeba było się zadowolić mondziolskim różowym chrzczonym. Nierzadko bywało i tak, że nie wszyscy takową ucztę byli w stanie przeżyć a to ze względu na jakieś niesnaski między siepaczami, a to ze względu na Mondziołkę a to z kolei temu coś nie przypasowało i tak dalej. Powodów do walki czy też pojedynku było bez liku, no i obowiązywała główna zasada: 'jeżeli czegoś chcesz to sobie to weź'. Ubytki klanowe po takich pojedynkach były dość szybko, bo jeszcze tej samej nocy odrabiane w czasie pijackich orgii.

 

Potyczki między klanami były normą, potyczki między odłamami zdarzały się czasami, głównie ze względu na niesubordynację kacyków w stosunku do naczelnika. A skoro naczelnikowi ciężko było wyegzekwować posłuszeństwo kacyka to tym trudniej było wyegzekwować posłuszeństwo naczelników wodzowi szczepu i co za tym idzie bardzo rzadko zdarzały się walki między szczepami.

 

Jednak tym razem trwała wojna między aż trzema szczepami naraz. Żaden ze szczepów nie posiadał stałej armii, nie było żadnych większych epickich bitew, nie było zdobywania terytoriów. Jak już wspomnieliśmy szczep składał się z odłamów a odłam z klanów, z zatem walczyły tylko klany i to zarówno z wrogimi klanami jak i między sobą. Istny kołowrotek i totalny chaos, a wszystko w myśl zasady: 'Jeśli czegoś chcesz to sobie to weź'.

 

 

 

Jose Maria Fapisco Refluxos de la Incelquez y Fapierdad siedział właśnie nad księgami i kolejny raz sprawdzał dane telemetryczne wolno sącząc incelskie czerwone wytrawne. Cele pośrednie realizowane były na bieżąco i wszystko szło jak po maśle. Tworzenie sieci map, zaznaczanie punktów kontrolnych, tworzenie nowych obszarów będących nowymi podbojami terytorialnymi z wydzielonymi strefami do osadnictwa, jako obszary przemysłowe, rolne itd... nudy, i tym zajmowali się zadaniowi specjaliści.
Usuwanie wrogów, eliminacja i eksterminacja przeciwnika, z którym nijak nie dało się negocjować, złapani popełniali samobójstwo, odgryzali sobie język lub inne dziwne i nie przystające do Incelizmu praktyki wykluczające jakiekolwiek kompromisy. Nie było w stanie wyperswadować im co znaczy granica więc trzeba było z nimi walczyć. Tyle krucjat i tyle strat po obu stronach. Należało zakończyć to raz na zawsze. A przynajmniej eliminować ich do czasu... no właśnie... do czasu zrealizowania celu głównego, czyli odnalezienia magicznej i legendarnej lampy z 'Ginem' w środku, który zapewniał, przynajmniej według podań i legend, niewyczerpane źródło szczęścia i radości.

 

Materiały skradzione fapieskiemu legatowi podczas jego wizyty w siedzibie Wielkiego Mistrza Zakonu Fapucynów wraz z danymi dotychczas już zgromadzonymi przez Refluxosa dawały mu coraz jaśniejszy obraz obecnego położenia lampy. Dodatkowy satelita szpiegowski zainstalowany na orbicie kilka zodiaków temu dostarczył już mnóstwa danych analizowanych na bieżąco. Zgodnie z nimi upragniony cel był już w zasięgu ręki.

 

Ostatnia potyczka była już nudna i Refluxos nawet jej nie oglądał. Przeglądał sennie ostatnie dane gdy zadzwonił komunikator.
- Wasza Ekscelencjo, detektory pokazały właśnie lokalizację punku X, przesłać je Ekscelencji?

 

Refluxos znieruchomiał. Poczuł nieznany dotąd strach połączony z przyjemnym podnieceniem. Zauważył, że ręka mu lekko drży gdy naciskał przycisk komunikatora.
- Tak, proszę. - Starał się mówić spokojnie ale zaschło mu w gardle.

 

Chwilę później przyglądał się już mapie z zaznaczonym punktem X.
'Aha... to tutaj... nareszcie znalazłem, aż nie mogę w to uwierzyć'.
Skopiował dokładne współrzędne do podręcznego wykrywacza żeby punkt wyświetlał się na ekranie i informował go na bieżąco pokazując jednocześnie odległość i głębokość. Z danych wynikało, że lampa znajduje się zaledwie kilka mil stąd a więc po bitwie będzie już można przystąpić do kopania.

 

Wielki Mistrz wyszedł na mostek zobaczyć jak wygląda sytuacja w bitwie. Patrzył na pobojowisko martwym wzrokiem błądząc myślami i wyobrażając sobie jak trzyma już lampę w rękach, podziwia ją i szykuje się na spotkanie z 'Ginem'.
- I jak? Kończycie na dziś? - spytał
- Może jeszcze z godzinkę, żeby nie było wątpliwości, potem sprzątanie, skanowanie, mapowanie i można się szykować na jutro. Działamy cierpliwie i skutecznie do bólu, ich bólu, zgodnie z planem Waszej Ekscelencji. - odparł stojący obok nawigator Incelitzidis.
- Świetnie, jak skończycie przekaż Sydneyopulosowi Fapodopulosowi żeby przyszedł do mnie.
- Oczywiście Wasza Ekscelencjo!

 

- Jako, że jesteś moim najlepszym inżynierem i wykazałeś się podczas tej krucjaty nie lada męstwem i odwagą, zawsze byłeś na pierwszej linii frontu i doskonale sobie radziłeś z założeniami taktycznymi i dowódczymi kierując eskadrami machin, zostaniesz nagrodzony.
- Wasza Ekscelencjo, wszystko ku chwale Wielkiego Cesarstwa Incelskiego, Cesarza, Fapieża i Wielkiego Mistrza Refluxosa! - wykrzyknął Sydneyopulos
- Dobra, dobra, wiadomo ale za zasługi nagroda się należy. Proponuję Ci zarządzanie podbitymi terenami. Będziesz moim Incelem w nowo tworzonym dystrykcie cesarstwa, co Ty na to?
- To wielki zaszczyt i honor. Pokornie dziękuję za zaufanie. Dołożę wszelkich starań aby należycie wywiązać się z powierzonych zadań...

- Jestem o to spokojny. A teraz wypijmy toast za zwycięstwo. - Podał jeden puchar z incelskim czerwonym wytrawnym Sydneyopulosowi i razem wypili.
- Mistrzu, czy to znaczy, że kończymy krucjatę?

- W zasadzie tak, zdobyliśmy spory kawał terenu i wykończyliśmy wiele klanów. To była podstawa, zobaczymy jak sobie poradzisz z utrzymaniem tego wszystkiego. Na pewno trzeba będzie zainstalować wiele zabezpieczeń a to trochę potrwa i w tym czasie może być niebezpiecznie ale dostaniesz wszystko co będzie niezbędne i czego będziesz potrzebował. Na razie założymy tu obóz i będziemy mieli okazję do analiz i planowania. Przemyśl wszystko na spokojnie i zrób wstępny raport.

- Rety, Mistrzu, wygląda to na poważne przedsięwzięcie.
- Oczywiście, że poważne. Tyle zainwestowanych środków nie może pójść na marne. Myślę, że świetnie się spiszesz w roli gubernatora.
Sydneyopulos zalał się rumieńcem ale był podekscytowany i dumny.
- Będziemy w stałym kontakcie i możesz na mnie liczyć w razie kłopotów. Jeszcze dziś w nocy wracam z niewielką obstawą, załatwię tylko jeszcze jedną malutką sprawę.

 

'Malutką, hehe, to będzie kulminacja całego tego zamieszania, cel ostateczny całej tej wyprawy i narodziny nowej epoki. Nareszcie wszyscy klękną przed wielkim Jose Maria Fapisco Refluxosem de la Incelquez y Fapierdad. To będzie pierwsza w historii Incelii dyktatura. Poznacie siłę i ugniecie się przed potęgą jakiej kosmos nie widział. HA HA HA HA HA HA!!!' - zagrzmiał w myślach Refluxos, a niczego nie podejrzewający Sydneyopulos snuł nieco mniej ambitne plany rozwoju nowo podbitych terytoriów.

 

 

'Jest!!! Mam to! Po tylu zodiakach niepewności, poszukiwań i wyrzeczeń! Jest!' - Brudny i spocony Refluxos stał w blasku elektronicznego niewielkiego oświetlenia w wykopanym do pasa rowie i trzymał w rękach pożądany od dawna obiekt. Lampa Fapaldyna mieściła mu się w dłoniach i wymagała starannego oczyszczenia. Zapakował go do uprzednio przygotowanej skrzyni, zabrał podręczną łopatę i szybkim krokiem ruszył w kierunku obozu.

 

Na miejscu odstawił skrzynię w kącie i postanowił się najpierw wykąpać i odświeżyć a także ruszyć w drogę powrotną podświadomie odkładając w czasie moment oczyszczania i uruchamiania lampy.

 

Wraz z niewielkim oddziałem byli już niedaleko dawnej granicy Wielkiego Cesarstwa Incelskiego gdy w swoim powozie siedział za okazałym stołem z oczyszczoną już lampą i wpatrywał się w nią z podziwem. 'Gin' powinien być ukryty wewnątrz, należało tylko zastosować odpowiednią sekwencję pocierań aby go stamtąd uwolnić...

 

Reflxos z wypiekami na twarzy zaczął pocierać lampę. Czoło mu się lekko zrosiło potem ale nic się nie działo. Odłożył lampę i rozczarowany zaczął się zastanawiać czy może on coś robi nie tak, czy trzeba jeszcze raz sprawdzić starożytne zwoje, czy tłumaczenie ich było wystarczająco dobre, może zostało coś pominięte a może należałoby wykorzystać funkcję spopielania w kominku w głównej komnacie zamku w stosunku do zespołu kryptologów odcyfrowujących zwoje... Myśli kotłowały mu się już w głowie i poczuł się zagubiony.

 

Podniósł raz jeszcze lampę do góry i przyjrzał się jej z bliska. Lśniła dokładnie wypolerowana żółto-czerwonym blaskiem mało znanego stopu miedzi, złota i szafranu odbijając w mroku wątłe światło wypełniające komnatę pędzącego powozu.

 

Nagle powóz podskoczył na jakiejś nierówności i lampa w rękach Refluxosa przechyliła się. Jakaś ciecz wylała mu się na twarz niewielkim strumieniem wpadając także do ust. Straciwszy równowagę przy równoczesnym zakrztuszeniu się cieczą Refluxos runął jak długi recytując w myślach dość ciekawą aczkolwiek nie nadającą się do publikacji wiązankę przekleństw.

 

W ciągu zeptosekundy neurony w jego mózgu połączyły wszystkie do tej pory zgromadzone fakty związane z lampą. Nie wstając z podłogi podniósł kielich, który spadł był ze stołu podczas podskoku powozu i przechylając doń lampę nalał do połowy ciecz po czym wychylił całość jednym porządnym haustem. Nalewając kolejną porcję zanosił się już śmiechem natężającym się z każdą chwilą.

 

Nalewał, wypijał i zanosił się śmiechem. Po dojechaniu do zamku służba znalazła go leżącego i śpiącego pod stołem. Był zalany w trupa a z lampy sączył się 'Gin - niewyczerpalne źródło szczęścia i radości'.

 

 

Tak oto dobiegła końca kolejna krucjata, która okazała się, podobnie jak całe dzieje Wielkiego Cesarstwa Incelskiego oraz same 'Kroniki Incelskie' chaotyczna i burzliwa.

 

 

 

  • Like 2
  • Haha 1
Link to post
Share on other sites

Wspaniałe, epickie epitafia, oratoria, wypełnione pełnymi powieściami o męskości, tylko jest jedno pytanie, te wartościowe teksty kierujemy do inteligentnych czy do plebsu ? Oto jest pytanie. Ja już jedną historię dodałem, w wątku dużo wcześniej, tylko nie mogę znaleźć do miłości do dziewczyny, która ma ciebie w dupie.

Link to post
Share on other sites

 

 

Dzięki hojności i rozrzutności Jego Cesarskiej Mości Imperatora Wielkiego Cesarstwa Incelskiego Fapopsa I mogła

wreszcie dojść do skutku długo wyczekiwana i jeszcze dłużej odkładana wielka wyprawa na niezbadane dotąd terytoria Mokembinów.

 

 

Ekspedycja była niemalże gotowa, pozostały już naprawdę ostatnie szczegóły do skompletowania a gotowy raport

czekał na cesarskim biurku do zaakceptowania gdy zupełnie niespodziewanie Cesarz zmarł.

 

Plany wielkiej ekspedycji poszły w kąt i rozpoczęły się wielkie przygotowania do cesarskiego pogrzebu. Kierował nimi oczywiście wielki cesarski kanclerz, niejaki hrabia Fapillus Faponacci.

 

Hrabia Fapillus Faponacci był Incelem bardzo bogatym i wpływowym, podobnie jak prawie każdy na stanowisku

kanclerza, gdyż posiadacze owego urzędu w bardzo szybkim tempie dochodzili do wielkich wpływów i wielkiego

bogactwa czy to za sprawą własnych umiejętności czy też w mniej oficjalnych okolicznościach, jednakże obecny

kanclerz swoje stanowisko, tytuł i pozycję na cesarskim dworze zapewniał tylko i wyłącznie sobie.

 

Mimo iż pochodził z średnio zamożnej rodziny był w stanie dokonać niesamowitych osiągnięć i dojść do ogromnego

majątku co zaowocowało obecną pozycją, uznaniem elit i szacunkiem Cesarza Fapopsa I, który stał się jego

serdecznym przyjacielem.

 

Od najmłodszych lat wykazywał się ponadprzeciętnymi zdolnościami analitycznymi wobec czego rodzice posłali go do

słynnej Akademii Incelizmu w stołecznym Fapsburgu aby tam podnosił i szlifował swe umiejętności. Na wydziale

matematyki był najmłodszym Incelem a jednak ukończył go z najlepszym wynikiem i to dwa zodiaki wcześniej od

pozostałych zadziwiając grono pedagogiczne pionierską pracą magisterską dotyczącą ciągów liczbowych. Liczba

'fap' od jego nazwiska stała się stałą i weszła do podręczników matematyki już na stałe. Jego inne rozprawy

pozwoliły usprawnić a nawet zrewolucjonizować niektóre dyscypliny naukowe takie jak choćby architektura czy

mechanika a nawet muzyka.

 

Wszystko to sprawiło, że zainteresował się nim sam Cesarz, który zaprosił go na swój dwór i zapewnił dogodne

warunki do dalszej pracy. Mógł tutaj spokojnie realizować swoje liczne projekty, którymi zadziwiał zarówno

specjalistów jak i sceptyków. Dostawał coraz to nowe zlecenia od licznych przedsiębiorców, którzy nie szczędzili

incelcoinów na nowe start upy, które tworzył i rozwijał.

 

Dorobił się sporego majątku, który sukcesywnie powiększał inwestując dotychczasowe zasoby w różnego rodzaju

projekty. Dzięki przyjaźni z cesarzem oraz licznym kontaktom wszedł w posiadanie górskich terenów niedaleko

niedawno nabytej i rozbudowanej posiadłości nad jeziorem Łabędzim, gdzie znajdowały się ekskluzywne letnie

posiadłości najbogatszych Inceli w Cesarstwie. Stworzył tam wytwórnie źródlanej wody mineralnej 'Incelianka',

która w szybkim tempie podbiła i zdominowała rynek. Zdobyte fundusze zainwestował w eksplorację gór gdzie

odnalazł między innymi rzadki minerał nazwany 'Incelium', który zrewolucjonizował rynek komputerowy. Jego

kopalnie i fabryki rozbudowane po drugiej stronie pasma górskiego, zwanego od tej pory 'Górami Faponackimi',

stały się największym centrum przemysłowym w całym Wielkim Cesarstwie Incelskim. Sam zaś Faponacci stał się

najbogatszym przedsiębiorcą, którego majątek mógł się równać z majątkami fapieża lub Wielkiego Mistrza Zakonu

Fapucynów.

 

Wszystkie te dokonania zaowocowały przyznaniem mu tytułu hrabiowskiego i udekorowaniem Orderem Zasługi

Incelskiej a po śmierci obecnego kanclerza propozycją objęcia tego stanowiska, z czego skorzystał.

 

 

Teraz jednak hrabia Fapillus Faponacci stał na tarasie najwyższego piętra swojej letniej rezydencji nad jeziorem

Łabędzim i trzymając w dłoni lampkę incelskiego czerwonego wytrawnego rozmyślał. W tym czasie liczne powozy,

limuzyny i luksusowe jachty zjeżdżały się do jego rezydencji na organizowane przez niego przyjęcie mające

charakter pożegnania zacnego Cesarza Fapopsa I. Na końcu kawalkady różnorodnych pojazdów jechało słynne fapa-

mobile tym razem pomalowane w tęczowe kolory z czarną żałobną wstęgą.

 

Hrabiego z rozmyślań wyrwało nagłe pojawienie się okazałego ponaddźwiękowego sterowca, którym przybywał nie kto

inny jak sam Wielki Mistrz Zakonu Fapucynów Enrique Fapisco Refluxondo de la Incelquez y Fapierdad.

 

Zasmucony hrabia wyjął z bocznej kieszeni swej galowej tuniki osobistego incelfona i zapisał krótką notatkę

wyrażającą myśl, która właśnie wpadła mu do głowy.

 

'O tak, to będzie budowla, która przyćmi wszystkie inne, włącznie z Mauzoleum Walikoniosa'. - pomyślał

zadowolony z siebie po czym wykonał kilka krótkich rozmów ze swoimi asystentami i zszedł na dół po krętych schodach

obitych czerwonym aksamitnym dywanem.

 

Ostatni goście zapełniali udekorowaną główną aulę letniej rezydencji kanclerza częstując się serwowanym w

kryształowych pucharach incelskim czerwonym wytrawnym a także degustując zakąski i zagryski podawane na

srebrnych i złotych paterach. Kameralna orkiestra przygrywała a służba krzątała się podając i donosząc coraz to

nowe specjały.

 

Hrabia Faponacci stanął na podwyższeniu i uniósł dłoń dając tym samym znać, żeby muzyka ucichła. Zgromadzeni

goście odwrócili się w jego stronę przerywając wszelkie rozmowy. Gdy nastała kompletna cisza i wszyscy

wpatrywali się w niego, stuknął palcem dwa razy w stojący przed nim mikrofon i przemówił:

 

- Witam wszystkich bardzo serdecznie!
  Zgromadziliśmy się dziś tutaj aby pożegnać naszego umiłowanego cesarza Fapopsa I. Był wspaniałym i wybitnym

władcą, który wyniósł nasze Wielkie Cesarstwo Incelskie na wyżyny rozwoju technicznego i organizacyjnego. Dzięki

niemu mogliśmy wzrastać, rozwijać się i bogacić stając się lepszymi Incelami. Wznieśmy puchary i wypijmy toast

za naszego nieodżałowanego monarchę.

 

Wszyscy podnieśli puchary do góry wypowiadając formułkę 'za cesarza' po czym opróżnili je do dna. Służba

natychmiast zakrzątała się wokół napełniając je na nowo.

 

- Jako że cieszyłem się bliską przyjaźnią z cesarzem postanowiłem uhonorować jego wyjątkową postać i z własnych

funduszy wybudować mu grobowiec, który będzie jednocześnie jego świątynią.

 

Hrabia wyjął niewielkie urządzenie w kształcie ślimaka i nacisnął kilka guziczków znajdujących się na nim. Za

jego plecami wysunął się ogromny ekran a na nim pojawiła się wizualizacja 3D projektu grobowca.

 

Goście jęknęli z zachwytu, niektórym opadły szczęki a po chwili rozległy się oklaski. Kiwano głowami zarówno z

niedowierzania jak i z podziwu.

 

 

Oczom ich ukazał się widok ostrosłupa prawidłowego o podstawie czworokątnej, który pędzi w przestrzeni kosmicznej zmierzając ku Incelii, gdy jest blisko obraca się podstawą ku powierzchni, odpala silniki hamujące i łagodnie ląduje automatycznie instalując elementy wejściowe i rozświetlając okolicę feerią barw. Następnie jest zbliżenie do podchodzącego orszaku żałobnego, który jest około 80 razy mniejszy od budowli. Orszak wchodzi do okazałej krypty i składa ciało Fapopsa I do alabastrowego sarkofagu otoczonego kolumnami po czym nakrywa go masywne wieko, na którym znajduje się śpiąca postać cesarza wyrzeźbiona w czystym złocie. Orszak wychodzi i ukazuje się oddalony obraz jak z przestrzeni kosmicznej nadlatuje olbrzymi sfinks (coś co ma ciało lwa i incelską głowę i jest symbolem tajemnicy), ląduje przed wejściem do grobowca i układa się w pozycji sugerującej stanie na straży.

 

Fala oklasków nie ma końca.

- Dziękuję! - powiedział kanclerz hrabia Fapillus Faponacci po czym zwilżył usta incelskim czerwonym wytrawnym.

 

 

  • Like 4
Link to post
Share on other sites
  • 2 weeks later...

 

Mroczne czasy nadeszły nad Wielkie Cesarstwo Incelskie. Czytajcie zatem drodzy Incele i Incelski i róbcie notatki coby czas nie zmurszył i nie zatarł wspomnień epok dawnych.

 

 

Czasy, kiedy to południowe rubieże Wielkiego Cesarstwa Incelskiego świeciły pustkami a sielskie i beztroskie życie pośród dzikiej przyrody nastrajały do ideologicznych przemyśleń i filozoficznych rozważań o sensie Incelizmu, wielkości kosmosu, naturze wszechświata i takich tam, niewątpliwie odeszły w zapomnienie.

 

Obecnie dawne rubieże tętnią życiem i handlem. Incelska część pogranicza zamieniła się w dwa rozległe księstwa, mianowicie Fapitanię na wschodzie i Fapeocję na zachodzie. Powstały liczne miasta, miasteczka i wsie a w każdym znajdował się rynek, na którym to organizowane były jarmarki, targi, festyny i inne imprezy. Nie brakowało także zajazdów, karczm i oberż gdzie zarówno podróżny jak i miejscowy Incel do woli mógł się nasycić różnego rodzaju jadłem jak i zaspokoić pragnienie incelskim czerwonym wytrawnym. W wielu sklepikach, kantorach i składach można było nabyć wszelkiej maści produkty od szpilki po komputery. Liczne warsztaty, magazyny i fabryki produkowały wszystko czego Incel zapragnie.

Powstało sporo klasztorów a także dwa oddzielne biskupstwa i wiele różnych zakonów z myślą o nawracaniu niewiernych Czadów ale także aby podtrzymywać duchowe życie na odpowiednim incelskim poziomie.

 

Z czasem oba przygraniczne księstwa zaczęły ze sobą rywalizować na każdej możliwej płaszczyźnie co prowadziło do różnego rodzaju konfliktów. Pewnego ciepłego dnia biskup Fapitani stwierdził, że przejmuje zwierzchnictwo nad biskupem Fapeocji i żąda złożenia mu hołdu lennego. Biskup Fapeocji stwierdził, że takiego wała jak Fapitania cała, no i się zaczęło. Do biskupiej sprzeczki dołączali wielmoże, sklepikarze połączeni w sieciach różnego rodzaju cechów, mieszczanie, pracownicy korporacji wyższego i niższego szczebla a także zwykli i prości Incele.

 

Konflikt rozrastał się coraz bardziej aż ogarnął całe przygraniczne księstwa a następnie rozlał na kolejne prowincje docierając w końcu i do stolicy Wielkiego Cesarstwa Incelskiego i samego fapieża. Fapież nie mógł sobie pozwolić na rozłam więc zajął swoje stanowisko w tymże sporze co było ogromnym błędem, gdyż doprowadziło to do powstania koalicji antyfapieskiej dążącej do detronizacji obecnego fapieża i wyborem nowego. Na to się jednak nie zanosiło, zatem zdecydowano o wybraniu nowego fapieża zwanego odtąd Antyfapieżem.

 

Dochodziło do drobnych starć i potyczek, sądy miały ręce pełne roboty i wydłużały się terminy rozpraw. Wydłużały się także terminy dostaw i produkcji. Cierpiała na tym gospodarka, cierpiał handel, cierpieli zwykli Incele.

 

Wytworzył się czarny rynek i powstawały coraz to nowe bandy i szajki rywalizujące o kontrolę nad czarnym rynkiem.

Żadna ze stron nie chciała odpuścić. I gdy wydawało się, że nic się nie zmieni w następnych zodiakach do gry wkroczył Wielki Książe Tshatsexu, który swoimi intrygami doprowadził do powstania kolejnego ugrupowania zwanego 'no-fapistami' a przeciwnego zarówno fapistom jak i antyfapistom.

 

Konflikt zaogniał się coraz bardziej. Przywódcy każdej z frakcji organizowali sobie armie, opłacali najemników.

Dochodziło do coraz ostrzejszych starć a nawet do pierwszych bitew, które stawały się coraz liczniejsze i

krwawsze. Żadna ze stron nie mogła osiągnąć wystarczającej przewagi aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją

korzyść. Otwarta już wojna trwała i końca jej widać nie było.


W takich to ciekawych czasach przyszło przyjść na świat niejakiej Fapannie della Aqua. Leżąca na pograniczu Fapitani i Fapeocji wioska La Fapelle miała idealne warunki do sielskiego życia. Pobliska rzeczka wpadała bowiem do niewielkiego jeziorka obrośniętego wysokim trawskiem, które znajdowało się z dala od większych i hałaśliwych traktów handlowych.

 

Dorastająca tam Fapanna uczyła się astrologii i z daleka śledziła wydarzenia rozgrywające się w cesarstwie. Kąpiąc się nago w jeziorku lubiła rozmyślać o świecie.

 

Pewnego dnia, gdy była już dojrzałą Incelką, podczas rozmyślań nad jeziorkiem, doznała wizji. Nawiedził ją Wielki Prorok Incelizmu i oznajmił, że została wybrana aby zakończyć spór fapistów, antyfapistów i no-fapistów i uratować Wielkie Cesarstwo Incelskie przed najazdem Czadów. W tym celu musi udać się do Fapsburga i przekonać cesarza aby dał jej armię, którą samodzielnie poprowadzi do zwycięstwa nad antyfapistami i no-fapistami i przywróci Incelizmowi należną mu chwałę, kończąc bezsensowne wewnętrzne rebelie raz na zawsze.

 

Fapanna della Aqua przejęła się tymi słowami i czym prędzej postanowiła rozpocząć misję. Gdy wróciła do wioski okazało się, ze tocząca się wojna tym razem zahaczyła o te tereny i zastała jedynie trupy zalegające wokół domostw. Spakowała resztki tego co zostało ze zgliszcz i ruszyła w kierunku Fapsburga.

 

 

Tshatsex było księstwem w Królestwie Czad bezpośrednio graniczącym z Wielkim Cesarstwem Incelskim. Wielki Książe Roger d'Eath, rezydujący w swojej stolicy Fuckborough, pochodził z tej samej dynastii Lucyferingów co panujący król Shat-an I d'Eamon. Obaj skrycie snuli plany podboju Wielkiego Cesarstwa Incelskiego. Problem polegał na tym, że Incele byli zdecydowanie lepiej rozwinięci technologicznie, gospodarczo i militarnie. Mieli także przewagę liczebności i doświadczenie bojowe z wojen z Mondziołami.

 

Ambicje Lucyferingów nie pozwalały im się poddawać. Plan Shat-ana I polegał na rozbiciu wewnętrznym cesarstwa i jego rozpadzie na mniejsze księstwa, które to po kolei Czadowie będą podbijać i sobie podporządkowywać.

 

Zebrana armia zmierzała już ku granicznym terenom. Wywiad donosił o srogich walkach trzech wrogich stronnictw.

Zapowiadało się na szybkie i łatwe opanowanie zarówno Fapitani jak i Fapeocji. Jadący na czele kolumny Wielki

Książe Tshatsexu zwrócił się ku wojsku i metalicznym tonem krzyknął:
- Kill 'em all!!!

 

Graniczne drony zostały zestrzelone, placówki handlowe i dyplomatyczne spalono i rozpoczął się potop Czadów

wgłąb Wielkiego Cesarstwa Incelskiego.

 

 

 

 

  • Like 2
  • Thanks 2
  • Haha 3
Link to post
Share on other sites
  • 3 weeks later...

 


Podróż Fapanny della Aqua do Fapsburga była odwrotnie proporcjonalna do dziejów Wielkiego Cesarstwa Incelskiego, a zatem zaskakująco szybka i przyjemna. Otóż już po krótkim marszu znalazła była opuszczony teleporter i sprawnie wpisując odpowiednie dane włączyła przycisk 'start' aby po chwili znaleźć się na fapsburskim rynku głównym.

 

Niemniej jednak droga do cesarskiej audiencji była już zarówno chaotyczna jak i burzliwa, podobnie jak wiadomo co.

Zaczęło się w recepcji gmachu głównego Naczelnej Izby Urzędniczej ds Administracji Pałacowej i Pozwoleń Wszelakich.

 

Pierwszy formularz przedwstępny wypełniła nawet sprawnie, wymagał jedynie kilku poprawek i już po chwili miała w ręku kolejne dwa. Tu zaczęły się pierwsze problemy bo nie miała stałego miejsca zameldowania i nie posiadała aktualnego numeru IncelFona. A bez tego ani rusz dalej, a zatem pierwsze koszty. Tu znowu problem jak zdobyć środki na zakup tych niezbędnych rzeczy. Na szczęście na zmianie akurat była niejaka panna Malvina della Vino, która z uśmiechem na twarzy chętnie służyła poradą Fapannie.

 

Najpierw doradziła jej aby złożyła wniosek o przyjęcie na słynną Akademię Incelizmu, obojętnie jaki wydział. Już jako studentka będzie mogła się ubiegać o kartę biblioteczną tejże słynnej Akademii, i to da jej do ręki prawny dokument tożsamości. To z kolei pozwoli na to żeby postarać się o studencki kredyt za który będzie mogła nabyć IncelFona.

 

Składanie wniosków, wypełnianie formularzy i ankiet trwało mniej więcej dwa tygodnie tylko dzięki pomocy panny della Vino bo inaczej zajęłoby pewnie trzy razy dłużej. Akcja zakończyła się sukcesem i Fapanna mogła wreszcie przejść na pierwsze piętro gmachu głównego Naczelnej Izby Urzędniczej ds Administracji Pałacowej i Pozwoleń Wszelakich.

 

Fapanna serdecznie podziękowała Malvinie za pomoc i z teczuszką wypełnionych formularzy ruszyła po schodach. Tam w okienku głównym dowiedziała się o różnego rodzaju opłatach skarbowych, orzeczeniach majątkowych, podaniach przedwstępnych, wstępnych, właściwych, osobowych, zawodowych i innych, a także zaświadczeniach, poświadczeniach, oświadczeniach, opiniach i kolejnych wnioskach i podaniach z uzasadnieniami.

 

Zaliczała kolejne okienka wędrując od jednego do drugiego a w każdym napotykała na pozbawione wyrazu twarze westchnieniami okazujące swoją opinię o niezrozumieniu i nieogarnięciu petentów.

 

Przejście każdego piętra trwało mniej więcej dwa księżyce. Gdy była na ósmym nosiła ze sobą już sporą teczkę w której znajdowały się odpowiednio posegregowane dokumenty. Na dwunastym papierologia się podwoiła a na piętnastym potroiła.

 

Gdy wydawało się, że audiencja jest tuż tuż, zasłyszała w kuluarach, że cesarz od jakiegoś czasu przebywa na polowaniu i nie zanosi się na jego rychły powrót.

 

Zrezygnowana Fapanna miał już dość tej całej urzędniczej zawieruchy. Wędrowała po piętrach zdobywając coraz to nowe zaświadczenia i pozwolenia a wizyta u cesarza i tak była daleka.

 

Wracając na kwaterę nagle usłyszała:
- Pssyt! Zaświadczonko? Potwierdzonko? Pozwolonko?
- Patrz ile już tego mam, ledwo mogę to nosić. Następny papier nic mi nie pomoże w dostaniu się na audiencję do cesarza. - odparła Fapanna.
- Pewnie, że nie, bo cesarz jest na polowaniu i unika jakichkolwiek audiencji. Nie wie co ma robić i boi się podjąć jakąkolwiek decyzję, zwyczajnie gra na zwłokę.
 - Dobrze wiedzieć. Tylko po co mi to mówisz? No i kim w ogóle jesteś?
 - Jestem Fapimir i pracuję dla Mirka zwanego Handlarzem Incelami...
 - Mirek Handlarz Incelami? - Zdziwiła się Fapanna - Ten Mirek Handlarz Incelami?
 - Jest tylko jeden, znasz go?
 - Nie, ale wędrując po piętrach tego gmachu wiele słyszałam. Powiadają, że potrafi załatwić dosłownie wszystko, prawda to?
 - Nie inaczej. Jest szefem i kontroluje czarny rynek w Fapsburbu i nie tylko. Z audiencją co prawda łatwo nie będzie lecz nie znaczy to, że się nie da. Jak chcesz to możesz iść ze mną do Mirka, na pewno coś wymyśli.
- Chętnie ale to pewnie będzie kosztować krocie a ja IncelCoinami nie śmierdzę.
- Z Mirkiem zawsze się można dogadać. - Fapimir się uśmiechnął i machnął ręką, żeby szła za nim.

 

 

- A po co ty w ogóle się chcesz z nim spotykać? - Mirek sprawdzał właśnie jakość wykonania podrabianej pieczęci często używanej w sekretariacie podskarbiego fapieskiego i zadowolony z efektu zdjął solidne podświetlane laserowo szkła powiększające.
- Miałam wizję, ukazał mi się Wielki Prorok Incelizmu i kazał zebrać armię, rozgromić antyincelskie herezje i pod zjednoczonym cesarskim sztandarem odeprzeć najazd Czadów.

 

Wszyscy zebrani w warsztacie nagle przestali robić to co do tej pory robili i zaskoczeni spojrzeli po sobie. Nastała chwila krępującej ciszy po czym wszyscy niemal jednocześnie ryknęli śmiechem. Jedni skręcali się wpół, inni wskazywali palcem, łapali się za czoła, odchylali głowy do tyłu, klaskali dłońmi o uda i tym podobne śmiechawskie wygibasy. Brakowało tylko tarzania się po podłodze.

 

W końcu Mirek opadł z sił, chusteczką otarł oczy z łez i powiedział:
- Masz dziołcha bajerę, to ci trzeba przyznać.
- Jeśli nie jesteś w stanie mi pomóc to nic tu po mnie. Marnuję tylko czas. Żegnam. - Fapanna nie była zachwycona obejrzanym i usłyszanym koncertem.
- Czekaj... nie ma się co obrażać. Każdy ma swoje sprawy. Siadaj i dokończ herbatkę a ja zaraz wrócę, tylko zamienię z kimś słówko.

 

- No dobra... - powiedział Mirek gdy wrócił - Tu masz adres, przepustkę, zaświadczenie i pozwolenie. - Wręczył Fapannie dokumenty.
- Co to za adres?
- Bory Fapolskie. Jest trochę ogólny ale w tamtym rejonie 'poluje' cesarz, będzie tam sporo jego świty to szybko zasięgniesz języka i będziesz mu mogła przedstawić swój pomysł. Kto wie, może akurat wypali.
- Ile mam ci zapłacić? - spytała niepewnie Fapanna
- Już zapłaciłaś. - Mirek szeroko uśmiechnął się - Dawnośmy się tak wszyscy nie uśmiali, to cenniejsze od IncelCoinów.
- Dziękuję! Obiecuję, że uwolnię Wielkie Cesarstwo Incelskie od heretyków i pogonię wszystkich wrogów i wspomnę cesarzowi o twych zasługach - wzruszyła się uradowana Fapanna.
- Może lepiej nie wspominaj, nasza działalność mogłaby mu się nie spodobać. A jak będziesz kiedyś czegoś potrzebować to wal jak w dym. Mirek zawsze do usług. No i ciekawym co z tego wyniknie.


Król Shat-an I siedział w sali głównej twierdzy Fuckborough, której projekty zostały skradzione incelskiemu geniuszowi architektury Antonio Fapaudiemu, a która to składała się z 365 okien symbolizujących ilość dni w zodiaku, z 52 komnat symbolizujących ilość tygodni w zodiaku i z 12 wież symbolizujących ilość księżyców w zodiaku oraz z 2564 schodów, które niczego nie symbolizowały i starał się wychowywać swojego syna.


- Junior, nie możesz się tak zachowywać! Jesteś następcą tronu! Jak zajmiesz moje miejsce będziesz musiał kontynuować moje dzieło zniszczenia Inceli wspólnie z kuzynem Ryszardem, tak jak ja to robię z twoim wujem Rogerem d'Eath.
- Kiedy ja nie chcę - upierał się Junior
- Czyli wolisz się poddać Incelom i zostać ich niewolnikiem? Zupełnie już oszalałeś?
- Przecież kiedyś żyliśmy w przyjaźni, nie musieliście ich atakować, nic nam nie zrobili.
- Do czasu. Ich ekspansja jest nienasycona. Prędzej czy później by nas zechcieli zniszczyć. My tylko zrobiliśmy atak prewencyjny. Korzystamy z ich wewnętrznych problemów. Im szybciej dotrzemy do ich stolicy tym mamy większą szansę ich pokonać.
- To bez sensu. Mają przecież taką przewagę, że w każdej chwili mogą nam skopać zadki.
- Nie bluźnij synu! Żaden Incel nie skopie żadnego Czada. Jesteśmy od nich lepsi pod każdym względem. Tylko spójrz w lustro. Żadna Incelka ci się nie oprze. Moje pokolenie zacznie, twoje będzie kontynuować a następne dokończą dzieła zniszczenia.
- Ale tato...
- Nie 'ale tato' tylko przez ciebie siedzimy tu zamiast zdobywać kolejne miasta. Tracimy historyczne chwile przez twoje mazgajstwo. Jutro ruszamy i bez dyskusji.

 

Shat-an junior spuścił głowę i wyszedł bez słowa. Był następcą tronu Królestwa Czad a to wymagało poświęceń. Sprzeciw ojcu oznaczał bunt, rebelię i zdradę za co kara mogła być tylko jedna. A on nie miał ani zwolenników ani planu ani niczego co dałoby się wykorzystać przeciwko ojcu. Poza tym nie chciał się buntować przeciwko ojcu ale i po drodze im nie było. No a tak w ogóle był jeszcze za młody.

 

Shat-an I był wściekły. Podszedł do barku i nalał sobie czadowskiego ciemnego półsłodkiego mocnego (słabe było dla kobiet) i pociągnął dwa porządne łyki po czym głęboko odetchnął. Nie lubił tak besztać juniora ale nie miał innego wyjścia, tylko tak mógł mu przekazać na czym polega siła i władza z jednej strony a posłuszeństwo i uległość z drugiej. Poza tym jeśli on go tego nie nauczy to kto? Incele? Prychnął w myślach i napełnił kielich ponownie.  


Tymczasem w głównej siedzibie Zakonu Fapucynów, Wielki Mistrz Rafaelos Refluxos de la Incequez y Fapierdad przeglądał ostatnie raporty gdy do komnaty wszedł jego adiutant.
- Wasza Eminencjo, jesteśmy gotowi w 99,99% i z samego rana możemy ruszać. - zameldował adiutant Incelowicz
- Doskonale. Wyruszymy jednak po zmroku. Zwiad donosi, że Czadowie przechwycili dwie nasze satelity. Udało nam się jednak do nich włamać i przeprogramować w taki sposób, że będą mogli z nich korzystać tylko za dnia. Pozwoli nam to na atak z zaskoczenia ale podróżować będziemy musieli w nocy. Wtedy też prawdopodobnie rozegra się bitwa.
- W takim razie wydam odpowiednie polecenia.
- Nad ranem jak zobaczą naszą armię w niewielkiej odległości od Incelundum, zdziwią się. - Rafaelos Refluxos uśmiechnął się do adiutanta.


Incelowicz spojrzał na rozłożoną na wielkim stole mapę i potarł dłonią brodę, zamyślił się po czym odparł:
- Mistrzu, a nie lepiej byłoby pod osłoną nocy dotrzeć do tej tutaj miejscowości - wskazał palcem - Analouax? Moglibyśmy się schować w tamtejszych rozległych magazynach, które to podobno ograbili antyfapiści i niezauważeni zaatakowalibyśmy z zaskoczenia.

 

Wielki Mistrz, przyjrzał się mapie.
- Zmieści się tam cały nasz sprzęt? Bo trochę tego będzie.
- Cały może nie ale część można ukryć w pobliskim lesie, to praktycznie po sąsiedzku, proszę spojrzeć tu. - Incelowicz znów przesunął palec po mapie.
- Hmmm... świetny pomysł. Ich zdziwienie będzie większe niż przypuszczają a nam i tak się nie spieszy. Jak wszystko pojdzie dobrze nie ominie cię nagroda, a i pewnie jakiś order wpadnie. - poklepał Incelowicza po ramieniu i uśmiechnął się po czym dodał:
- To będzie szybka i króciutka kampania. No to za Wielkie Cesarstwo Incelskie - i zadowoleni wznieśli toast incelskim czerwonym wytrawnym.


Fapsburscy sklepikarze nie byli tak wspaniałomyślni jak Mirek Handlarz Incelami i za niezbędny do wędrówki ekwipunek policzyli Fapannie po zwykłym kursie. Nie znalazła także żadnego opuszczonego teleportera więc zapowiadała się długa i męcząca wędrówka.


Wielki Prorok Incelizmu miał jednak baczenie na Fapannę i w chwilach zwątpienia ukazywał się jej napełniając kolejnymi porcjami nadziei.


Wędrując poprzez wioski i miasteczka Fapanna głosiła słowo incelskie starając się przekonać prostych Inceli by walczyli z herezjami i wspierali ją czym tylko mogą.


Po księżycu szła za nią około setka wiernych i gotowych na wszystko Inceli. Kilka razy udało im się nawet pokonać niewielkie oddziały no-fapistów zdobywając przy okazji trochę broni, amunicji, wyposażenia i zapasów.


Wieści o Fapannie rozchodziły się szybko docierając także do samego cesarza Wielkiego Cesarstwa Incelskiego...

 

 

 

  • Like 1
  • Thanks 1
  • Haha 4
Link to post
Share on other sites
  • 3 weeks later...

 


- No halo! Słafapir, słyszysz mnie? - Cesarz Fapuliusz III trzymał słuchawkę przy uchu i denerwował się coraz wyraźniej.
- Słyszę, słyszę, czego się tak wydzierasz? - Fapież Słafapir IV przeciągnął się i przeciągle ziewnął zasłaniając dłonią słuchawkę żeby druga strona nie usłyszała co i tak nie pomogło bo miał włączoną funkcję głośnomówiącą.


- A ty znowu śpisz? Pewnie pobalowałeś ostatniej nocy? Znowu?
- Oj tam pobalowałem... Kameralna imprezka wyszła, jakoś tak sama z siebie... - Słafapir ponownie ziewnął przeciągle.
- Incelskie herezje się rozwijają, Czady atakują a ty balujesz? Znudziła ci się władza? - Fapuliusz irytował się coraz donośniej.
- A ty to niby co? Inwazja, herezje a ty se na polowanko jedziesz nagle jak gdyby nigdy nic? I co? Upolowałeś jakąś sikorkę? Hehe!


- Musiałem w spokoju zebrać myśli.
- Taaa... jasne. Pewnie zamiast myśli kwiatuszki zbierałeś.
- Słafapir, ty mnie nie doprowadzaj do nerw, bo ty wiesz, że ja cię mogę w każdej chwili, wiesz co... - cesarz buzował już czerwony ze złości.


- Spokojnie, wyluzuj... Wszystko jest pod kontrolą. - Fapież jakoś nie mógł przestać przeciągle ziewać.
- A może dokładniej?
- Yyy... no ci... jak im tam... Fapucyni... no, są już w drodze, także ten, luzik, nie? - kolejne ziewnięcie oczywiście przeciągłe.
- I, że niby co? Mam się przestać martwić? Bo Fapucyni także ten? Gadaj mi tu z sensem albo inaczej pogadamy. - Irytacja cesarza sięgała zenitu.


- No dobra, nie przeciągajmy. Fapucyni załatwią Czadów. Ja załatwię Antyfapieża i No-fapieża. sprawa już jest w toku tylko potrzebuję trochę czasu żeby odsączyć ziarna od plew czy jakoś tak. Wiesz o co chodzi, nie? - Fapież jakoś nagle przeszedł do konkretów ale zrobił krótką przerwę żeby przeciągle ziewnąć.


- A ta? Jak jej tam? Co to armie zbiera i że niby jakąś misję ma czy coś? Orientujesz się? - cesarz się nieco uspokajał.
- Fapanna? Nie no, daj spokój. Nie ma problemu, a nawet jak się pojawi to mamy odpowiednie procedury...
- Dobra, to jesteśmy w kontakcie, nara! - Cesarz odetchnął i pociągnął porządny łyk incelskiego czerwonego wytrawnego.

 

 

 

- No jeszcze kawałeczek! Teraaaaz! Do ataaaaaku! - świstające koło uszu kule, strzały i bełty nie robiły wrażenia na Fapannnie. Trwało właśnie oblężenie zamku A'Nalkondoux i atakujący wdzierali się od tyłu zaskakując obrońców śmiałością i odwagą. Pomysł Fapanny della Aqua po raz kolejny sprawdzał się w warunkach bojowych. Trzy tygodnie oblężenia nie dające żadnej przewagi zmieniły się w natarcie na drugi dzień po przybyciu oddziałów Fapanny. Atak od dupy strony miał miażdżącą siłę argumentów. Obrońcy poddali się bez negocjacji.

 

Kolejny sukces, kolejne zwycięstwo na drodze do wyzwolenia i oswobodzenia Incelizmu w Wielkim Cesarstwie Incelskim. Antyfapieski zamek stojący u brzegów rzeki miał całkiem spore znaczenie strategiczne. Jego zdobycie poszerzało zasięg wpływów fapieskich a także ułatwiało dostawy zaopatrzenia i pozwalało zachować spokój i bezpieczeństwo w okolicy.

 

 

Zamek A'Nalkondoux i jego zdobycie było także w planach głównodowodzących armią Czadów Rogera d'Eath i króla Shat-ana I, którzy z gotową do ataku armią spokojnie obserwowali natarcie oddziałów Fapanny z bezpiecznej odległości.


- Ciekawy manewr, nie sądzisz Roger? - Król był pełen podziwu dla zdobywców zamku. - Musimy uzbroić się w cierpliwość. Rozbijemy obóz i rozpoczniemy oblężenie a w odpowiedniej chwili zastosujemy ten sam sposób i zdobędziemy zamek.
- And nothing else matters. - Metaliczny głos Wielkiego Księcia Tshatsexu niósł się po okolicy niczym mroczne dźwięki starych ballad granych niegdyś na ludowych spędach.

 

 

Zdobywcy zamku A'Nalkondoux byli tylko przez chwilę wdzięczni Fapannie i jej ekipie za pomoc w szturmie bo już przed zmrokiem okazało się, że nie ma dla nich miejsca w zamku ale za to mogą przenocować i posilić się w pobliskiej wiosce. Bardzo szybko przekonali się także jak wielki był to błąd, gdyż w momencie gdy ekipa Fapanny zniknęła za horyzontem, zwiadowcy dostrzegli zbliżające się oddziały Czadów.

 

Czadowie tymczasem widząc otwarte bramy, nieprzygotowanie i niezdecydowanie obrońców postanowili zaszturmować zamek od razu co przyszło im nadzwyczaj łatwo. Część obrońców uciekała w panice a tych którzy zostali czekał marny koniec.


- The Four Horsemen! - Krzyknął Roger d'Eath na swoich przybocznych jeźdźców. - Seek and destroy!

 

 

 

Pobliska wioska otoczona była rzadkim laskiem na skraju którego znajdowało się niewielkie jeziorko. Pomimo, iż słońce już dawno zaszło było zaskakująco widno za sprawą księżyca, który był właśnie w swojej pełni. Takie warunki sprawiały, że Fapanna nie mogła zasnąć, postanowiła więc wybrać się na spacerek. Gdy minęła lasek uśmiechnęła się pod nosem i czym prędzej wyskoczyła z ubrań aby wskoczyć do jeziorka.

 

Przyjemnie zmęczona pluskaniem i odprężona ciepłą wodą położyła się na brzegu wracając wspomnieniami do czasów szczęśliwej młodości w rodzinnej wiosce.

 

Nagle usłyszała zbliżające się kroki i jakiś nieznany głos. Zaczaiła się w gęstej trawie i gdy nieznajomy podszedł bliżej wyskoczyła z nożem w dłoni obezwładniając intruza.


- Kim jesteś i czego tu szukasz? - spytała Fapanna della Aqua.
- Ja nie znać, ja być niegroźny, ja sorry!
- Nie znasz Incelskiego? A zatem musisz być Czadem. Giń zatem! - Zdziwienie i nienawiść mieszały się w oczach Fapanny z ciekawością i poznaniem wroga więc nóż na gardle Czada nie przesuwał się.


- Dobra, czekaj! Tylko nawet nie drgnij! - Wyjęła trytytkę i podała Czadowi pokazując żeby związał nią sobie ręce. Następnie ubrała się i włączyła aplikację tłumacza w IncelFonie.


- Dobra, teraz gadaj wszystko jak na Incelskiej spowiedzi, tylko bez kłamstw i kręcenia bo cię dziabnę tym kozikiem. - Fapanna pomachała Czadowi nożem przed oczyma.
- Nazywam się Shat-an junior i jestem synem króla Czadów Shat-ana I. Właśnie zdobyliśmy wasz zamek a ja postanowiłem nie świętować z innymi tylko przejść się po okolicy i porozmyślać.


- Myślący Czad, a to dobre. - Prychnęła Fapanna - A czemuż to nie chcesz świętować zdobycia zamku?
- Ja to w ogóle jestem przeciwny tej całej kampani przeciwko wam, no ale co mogę zrobić? Tata się uparł i każe mi z nim jeździć. Wierz mi, że wolałbym sobie spacerować, podziwiać przyrodę i rozwijać duchowo zamiast walczyć z kimkolwiek. Jestem przeciwny przemocy i wiem, że ta wyprawa będzie nas słono kosztować. Jak chcesz to mogę ci zdradzić wszystkie nasze plany, choć pewnie i bez tego sobie poradzicie.

 

Fapanna zdziwiła się tym co usłyszała. Zdziwiła się też tym, że przygląda się pociągającej linii szczęki Juniora ale otrząsnęła się i spytała:
- Podaj mi datę urodzenia i miejsce to zerknę na twój kosmogram. Zobaczymy co tam gwiazdy powiedzą. A jak będzie trzeba to i tarota postawimy.

 

Całą noc tak przegadali o życiu, wszechświecie i całej reszcie zgodnie stwierdzając, że mają wiele wspólnego i że żyją w podłych czasach na jednym z tych nie najlepszych ze światów. Uścisnęli się na pożegnanie i postanowili się jeszcze kiedyś spotkać w bardziej sprzyjających do tego okolicznościach.

 

 

c.d.n.

 

 

 

  • Like 1
  • Thanks 3
  • Haha 1
Link to post
Share on other sites
  • 2 weeks later...

 

 

Ekipa Fapanny della Aqua po cichutku czmychnęła z wioski i skierowała się w kierunku Borów Fapolskich. Spotkanie z cesarzem w celu uzyskania odpowiedniej armii było teraz dużo ważniejsze niż próba odbicia zamku. Należało zagryźć zęby i podążać za celem głównym, co też starała się tłumaczyć podążającymi za nią Incelami, których ubywało jednak z każdym dniem. Tracili oni wiarę i nadzieję, że kiedykolwiek uda im się jeszcze zwyciężyć.

 

Wątpliwości miała również Fapanna ale otwierała wtedy Pismo, które kiedyś podarował jej Wielki Prorok Incelizmu i czytała je chłonąc każde słowo, każdą frazę i każde zdanie niczym sucha ziemia chłonie każdą kroplę dżdżu, która raczy na nią spaść.

 

Fapodragon - bo tak właśnie zwał się ów Wielki Prorok Incelizmu - wyjaśnił także Fapannie jak ważne na drodze rozwoju duchowego jest czytanie i medytowanie słów Pisma, zwanego również Wielką Księgą Incelizmu lub po prostu Wielką Księgą. Księga ta powstała za sprawą legendarnego już Walikoniosa Wspaniałego, pierwszego Wielkiego Proroka Incelizmu, który spisał wszystkie swoje wizje podarowane mu łaskawie przez samego Wielkiego Incela.

 

Po dziś dzień miejsce gdzie owe wizje oraz zasady i obyczaje zostały spisane i opatrzone komentarzami i objaśnieniami jest miejscem mistycznym dla wszystkich Inceli. Powstało tam Mauzoleum Walikoniosa, wspaniała budowla upamiętniająca zarówno wydarzenie jak i postać tego wyjątkowego Proroka. Księga zaś stała się Wielką Księgą Incelizmu i stanowi zbiór praw, zasad, metod i sposobów postępowania i kierowania ścieżką duchową wszystkich Inceli. To opasłe tomiszcze zasługuje na osobną kronikę gdyż wspaniałość i dosniosłość jej zawartości przewyższa cokolwiek innego powstałego po obecne czasy. Natomiast każdy kolejny Wielki Prorok Incelizmu jest jej niezależnym i najznamienitszym reprezentantem, znawcą, mistrzem i mentorem namaszczanym przez samego Wielkiego

Incela.

 

Aby zostać Wielkim Prorokiem Incelizmu należy przejść wielozodiakowe szkolenie za murami klasztoru Fapo-Lin, gdzie trafiają dokładnie wyselekcjonowani adepci ze specjalnymi umiejętnościami wrodzonymi. Nikt poza wtajemniczonymi mnichami nie wie gdzie znajduje się ów klasztor. Szkolenie natomiast jest wieloetapowe i niezwykle trudne o czym świadczyć może liczba kursantów kończących szkolenie policzalna na palcach jednej ręki. Co więcej, nie wszyscy dożywają do końca szkolenia. To tyle co mogę w tej chwili na ten temat napisać gdyż po pierwsze zapewne cenzorzy i tak usuną szczegóły a po drugie lepiej nie kusić losu na spotkanie z Incelami w Czerni.

 

 

Wróćmy jednak do podróży Fapanny della Aqua, która po męczącej wędrówce dotarła do Borów Fapolskich z dwoma najbardziej zaufanymi Incelami.
Cesarz Fapuliusz III przyjął Fapannę na specjalnej audiencji i wysłuchał jej przemowy po czym zamyślił się a następnie rzekł:


- Droga Fapanno, dostaniesz kilka oddziałów doborowych żołnierzy, którzy będą do Twojej dyspozycji. Mam nadzieję, że twa misja zakończy się zwycięstwem i przywróceniem należytej chwały Wielkiemu Cesarstwu Incelskiemu. Powodzenia i nie zawiedź mnie. Możesz odejść.
- Och, dziękuję Waszej Cesarskiej Mości... - uradowana Fapanna nie zdążyła jednak dokończyć, gdyż straż na skinienie cesarza wyraźnie dała do zrozumienia, że czas opuścić cesarską komnatę.

 

Na zewnątrz podszedł do niej wicekanclerz i kazał pójść za nim. Gdy weszli do sali strategicznej dołączyli do nich kapitan Fapatriste oraz kapitan Incelić. Wicekanclerz powiedział:
- Omówmy teraz szczegóły kampanii, co, gdzie i jak, krok po kroku.
- Myślałam, że przedstawię swój plan cesarzowi osobiście. - zdziwiła się Fapanna.
- Dziecko, cesarz nie zajmuje się takimi rzeczami, ma wiele innych spraw na głowie. I tak miałaś sporo szczęścia, że w ogóle cię przyjął, nie mówiąc już o tak hojnym geście jak armia. A teraz przejdźmy do szczegółów.
- Dobrze więc, mój plan jest taki... - i pochyleni nad mapami omawiali strategię do późnych godzin wieczornych przy okazji sącząc niespiesznie incelskie czerwone wytrawne.

 

 

 

- Zostawcie mnie! Puszczajcie! - Fapanna della Aqua rozpaczliwie krzyczała szarpiąc się i wyrywając trzymającym ją napastnikom.

 

Skrępowali jej ręce i nogi i ciągnęli w kierunku namiotu głównego antyfapistów. Po serii pięciu zwycięskich bitew i zdobyciu trzech zamków nadeszła gorycz porażki. Decydująca bitwa z antyfapistami pod Fapowicami wydawała się łatwa, szybka i dająca całkowite zwycięstwo nad heretykami. Nawet jej początkowe zaskoczenie rywali śmiałym atakiem kawalerii z lewej flanki nie zwiastowało porażki. Nadchodzące posiłki dały jej odpór a skierowanie dodatkowego ostrzału procarzy zmusiło kawalerię do odwrotu. Na nic zdał się atak z prawej flanki laserowych pikinierów gdyż czekały tam już na nich dobrze wyszkolone jednostki inżynieryjne z tarczą antyrakietową na czele. Szybki nalot dywanowy antyfapistów zaskoczył dowództwo i samą Fapannę i praktycznie zmiótł pikinierów z powierzchni placu bitwy. Na nic zdał się także atak frontalny. Nawracające jednostki lotnictwa zaatakowały od tyłu główny trzon armii Fapanny i nie było już czego zbierać po zrzuconym napalmie. Kapitan Incelić zginął, natomiast kapitan Fapatriste i Fapanna dostali się do niewoli.

 

 

- No proszę, proszę, kogo my tu mamy? - antyfapieski generał Juha Fappokainen pękał z dumy.
- Wypuść mnie bo pożałujesz, zniszczę cię i wasze herezje - wściekłość Fapanny była już poza skalą mierzalności.
- To nie było by zbyt rozsądne z mojej strony, nie sądzisz? - Generał Fappokainen napawał się zwycięstwem - Poza tym mam nieco inne plany co do ciebie.
- Niby jakie? Znam kogoś kto mnie wykupi tylko daj mi zadzwonić! On dobrze zapłaci!
- Moja droga, nikt nie płaci lepiej od Fapieża. - uśmiechnął się Fappokainen - Ale w razie czego mogę zadzwonićdo twojego tajemniczego nieznajomego i się upewnić.
- Dzwoń! Na pewno mi pomoże! - Nadzieja w Fapannie gasła jednak niczym ogarek świeczki po całonocnym czytaniu

Pisma.

 


Konferencja pokojowa w Fapheranie zwołana na wniosek cesarza Fapliusza III Imperatora Wielkiego Cesarstwa Incelskiego wzbudzała wiele emocji. W świetle fleszy i przy aplauzie publiczności do stołu zasiadali kolejno: na honorowym miejscu cesarz Fapuliusz III, po jego prawej stronie Fapież Słafapir IV z adiutantem i sekretarzem, po lewej Wielki Mistrz Zakonu Fapucynów Rafaelos Refluxos de la Incelquez y Fapierdad z adiutantem i sekretarzem. Nastepnie zasiadał generał Antyfapistów Juha Fappokainen w zastępstwie chorego na koklusz Antyfapieża Rusłana Fapkonienko i na wprost niego No-Fapież Niefapian I. Dalej za nimi Król Czadu Shat-an I z synem Shat-anem juniorem a na końcu protokolanci, sekretarze i urzędnicy. Przed omawianiem najważniejszych kwestii zamknięto drzwi wypraszając reporterów, dziennikarzy i kronikarzy jednakże po zakończeniu sesji wszystko zostało podane do wiadomości publicznej, z której to wynikało co następuje:


- Rozgromiona przez Fapucynów pod dowództwem Wielkiego Mistrza Rafaelosa Refluxosa de la Incelquez y Fapierdad armia Królestwa Czad pod dowództwem króla Shat-ana I d'Eamon'a oraz Wielkiego Księcia Tschatsexu Rogera d'Eath musi się wycofać za swoje granice, które zostają przesunięte na południe pod twierdzę Fuckborough. Armia zostaje zredukowana do stanu wystarczającego obronie przeciwko Mokembinom i Mondziołom i przesunięta na te granice.

System edukacji zostanie podporządkowany jurysdykcji Ministerstwa Edukacji Wielkiego Cesarstwa Incelskiego.

Dla wszystkich Czadów wprowadza się bezwzględny nakaz otrzymania wizy wjazdowej do Wielkiego Cesarstwa Incelskiego pod jakimkolwiek pretekstem.

To przynajmniej w jakimś stopniu powinno rozwiązać kwestię Czadów.

 

- Odłamy Antyfapieski oraz No-Fapieski dostają przywileje i zostają ustawodawczo uznane jako odłamy Incelizmu z

własnymi zasadami i prawami i nie mogą być dalej uznawane jako herezje. Nie otrzymują jednak żadnych nadań

majątkowych, utrzymywać się mogą z darowizn wiernych i poddanych a ich armie zostają rozbrojone.

 


Na zamku Fuckborough panowała grobowa atmosfera i narodowa żałoba po przegraniu wojny z Wielkim Cesarstwem Incelskim. Upokarzające warunki traktatu pokojowego były dla Czadów nie do zniesienia. Wszystko miało się zmienić. Profesor Harry d'Irty odchodził na emeryturę. Zastępował go profesor Harry Le Quinn. Nadchodziła zmiana w systemie szkolnictwa z czego cieszył się tylko Shat-an junior.


- I kim ja teraz jestem? - rozpaczał król Shat-an I d'Eamon wlewając w siebie kolejny kielich czadowskiego ciemnego półsłodkiego mocnego.
- King Nothing! - Zagrzmiał metalicznym głosem Wielki Książe Tshatsexu - And that's my friend of misery! - dodał zataczając rękoma po Królestwie Czad po czym cisnął pustym już kielichem o ścianę i oddalił się chwiejnym krokiem, a echo rozbrzmiewało za nim jeszcze długo i ponuro.

 

 

 

Fapsburski rynek od samego rana tętnił wzmożonym ruchem. Przybywało kramów, budowano ławki, ustawiano stosy a podróżni krzątali się z bagażami zajmując wynajęte lokale w tawernach, oberżach i karczmach. Zjeżdżano z najdalszych stron Wielkiego Cesarstwa Incelskiego aby na własne oczy zobaczyć efekt końcowy procesu zdrady stanu o jaki oskarżona i skazana została zarówno Fapanna della Aqua jak i pozostali czekający na wyrok skazańcy. A wyrok za takowe wykroczenie mógł być tylko jeden - spalenie na stosie.


Szarpiącą się Fapannę wprowadzano na rynek  aby przywiązać do pala otoczonego chrustem gdy obok przechodziła

świta z Fapieżem na czele kierująca się do swojej loży na widowni.
- Mieliście zadzwonić do Mirka, on by mnie wykupił!- krzyczała zdesperowana Fapanna w stronę fapieża.
- Owszem dzwoniliśmy - odparł jej Fapież Słafapir - ale nie odbierał. Zadzwoniliśmy nawet pod ten drugi numer co nam podałaś i odebrał jakiś Fapimir.
- I co? i co? - Ostatnia iskierka nadziei tliła się jej w oku.
- I nic. Powiedział tylko, że Mirka zwanego Handlarzem Incelami nie ma bo wyemigrował do kraju Mokembinów. Podobno znalazł tam sobie jakąś młodą sztukę, zapłodnił ją kilka razy i żyją sobie szczęśliwie pośród innych mieszkańców szczepu Bac-terii. Tyle. Tak czy owak ten Mirek i tak niczego by nie wskórał. Układ, który został podpisany ustalony został już jakiś czas temu. Potrzebowaliśmy jedynie kozła ofiarnego żeby to jakoś poskładać. A że się sama zgłosiłaś na ochotnika? Cóż, tak to bywa. Żegnaj Fapanno della Aqua.

 

Fapanna nic już nie odparła. Zatkało ją, zamurowało i zabetonowało. Spuściła tylko wzrok i zrezygnowana dała się ponieść w kierunku przygotowanego stosu, ku końcowi ostatecznemu.

 

Zgromadzonym osobistościom, widowni oraz gawiedzi robiło się cieplej w ten chłodny wieczór gdy jeden po drugim stos rozpalał się żywymi płomieniami. Kat stanął z pochodnią w ręku przed stosem Fapanny i spojrzał w kierunku loży gdzie zasiadał fapież Słafapir IV wraz ze swą świtą. Fapież niemal niedostrzegalnie skinął mu głową i kat skierował pochodnię w stronę stosu.

 

Nagle, nie wiadomo skąd i jak, nad rynkiem zahuczało, zagrzmiało i zawiało aż pochodnia kata zgasła. Tumany kurzu wzbiły się ku górze mieszając się z dymem płonących już stosów. Publiczność zasłaniała oczy gdy w tym czasie z szarej chmury wysunęła się lina po której spuścił się nieznany osobnik, szybkimi ruchami odciął więzy Fapanny, objął ją wpół ramieniem i wciągnął ku górze znikając w odmętach ciemności.

 

Najnowszy model ponaddźwiękowego odrzutowca typu 'Super Hornet' z Fapanną i Fapodragonem na pokładzie zostawiał z tyłu fapsburski rynek zmierzając w stronę zachodzącego słońca.

 

 

Koniec.

 

  • Thanks 3
  • Haha 1
Link to post
Share on other sites
  • 5 months later...
Posted (edited)

 

  Daleko, daleko w przyszłości, w tej samej galaktyce co zwykle…

 

 

 

 

Dzięki szczodrości i pomysłowości Jego Cesarskiej Mości Imperatora Wielkiego Cesarstwa Incelskiego Faponiusza VIII, doszły wreszcie do druku długo wyczekiwane i wszędzie komentowane ‘Kroniki Incelskie’, a ściślej ujmując, kolejny jej odcinek traktujący o burzliwych i chaotycznych wydarzeniach w zamierzchłej przyszłości…

 

- Czy wiadomo już jak do tego doszło? – Cesarz siedział na rozległym tronie i nie dowierzał wieściom, które właśnie nadeszły.

 

- Niestety nie Wasza Cesarska Mość – odparł kanclerz Fappaltini

 

- Jakieś plotki, podejrzenia, nieoficjalne teorie? Cokolwiek?

 

- Podejrzewamy oczywiście Czadów, jednak nie mamy niczego…  żadnych dowodów.

 

- No tak… ich trzeba sprawdzić na początku… - cesarz zamyślił się i ledwie zauważalnie uniósł brodę do góry na znak, że rozmowa zakończona.

 

Kanclerz zbyt wiele razy już to widział i doskonale wiedział, że teraz ma odejść i zacząć wydawać polecenia i rozkazy mające na celu ujęcie zamachowca. Sprawa była zbyt poważna i zbyt delikatna aby powierzać ją przypadkowym osobom. Co prawda takie rzeczy jak otrucia, zabójstwa, zamachy czy nawet przejęcia całych planet, ba, systemów gwiezdnych zdarzały się w Galaktycznej Unii, jednakże do tej pory nie dotyczyły bezpośrednio Inceli i Wielkiego Cesarstwa Incelskiego. A śmierć senatora Inceli zdecydowanie bezpośrednio dotyczyła Inceli.

 

Prawdopodobieństwo, że zrobili to Czadowie była dość spora, jednakże nie była to już wewnętrzna sprawa Incelii gdyż w sprawę najpewniej włączy się senacka i unijna Rada Bezpieczeństwa. Należało więc zachować najwyższy stopień delikatności i ostrożnie stąpać po bardzo grząskim gruncie polityki Galaktycznej Unii.

 

Szpiedzy, konfidenci, najemnicy, skrytobójcy, łowcy nagród rozsiani byli po całej galaktyce i gotowi uaktywnić się w dowolnej chwili byle zarobić na przysłowiowy kieliszek chleba. Kanclerz Fappaltini wiedział o tym i musiał działać ale wiedział też, że działanie powinno być ostrożne tak samo jak dobieranie odpowiednich pracowników. Wiedział, że Rada Bezpieczeństwa przyśle tu swoich przedstawicieli z zadaniem wykrycia sprawcy zabójstwa senatora Oddo Fapowitza, mimo, że miało ono miejsce w stolicy Galaktycznej Unii na planecie Koru-Sant. Nie chciał jednak zostawiać wszystkiego w rękach nieznajomych. Cesarz chciał odrębnego śledztwa, oczywiście po cichu, bez rozgłosu, który mógłby niepotrzebnie wywołać równie niepotrzebne komplikacje natury choćby proceduralnej, a papierkowej roboty przecież nikt nie lubił.

 

Należało wysłać na Koru-Sant agentów, a właściwie to uaktywnić już tam działających, podobnie z tymi zainstalowanymi u Czadów, Mokembinów, Mondziołów, Seksimosów i N’Dianów, czyli wszystkich ras zamieszkujących Incelię, aby strzępki informacji zaczęły jak najszybciej spływać do źródełka.

 

Najwięcej problemów było jak zwykle z Czadami ale przecież nie można było wykluczać innych możliwości nawet jeśli byłyby najdziwniejsze i najbardziej absurdalne.

 

W spisek mógłby być też zamieszany ktoś z zewnątrz ale tu obszar poszukiwań był zbyt szeroki. Trzeba było zacząć od najbardziej oczywistego motywu a tym bez wątpienia byli Czadowie i ich notoryczne domaganie się swoich praw (tak jakby ich nie mieli) i wszelkiego rodzaju próby zdyskredytowania Inceli w Galaktyce. Domagali się także swojego senatora w Galaktycznej Unii jednakże jedna planeta mogła mieć tylko jednego przedstawiciela a lokalne wybory zawsze wygrywał przedstawiciel Inceli z racji przewagi liczebności głosów. Seksimosów to w ogóle nie interesowało, z Mondziołami nie można się było nawet porozumieć a co dopiero dogadać, Mokembini nie znali się i nie rozumieli polityki i jej zawiłości a z N’Dianami nie było kontaktu, żyli we własnym świecie nikomu nie wadząc więc i im nikt nie przeszkadzał.

 

Tylko Czadowie mieszali się do polityki i co najbardziej irytujące - do rządzenia. A przecież wiadomym było, że żaden Incel nie pozwoli sobie na to aby jakiś Czad miał jakikolwiek wpływ na jego życie. Runął by cały system, rozpadło się całe Wielkie Cesarstwo Incelskie gdyby do tego doszło.

 

 

- Halo? Faponiusz? Dzwonię i dzwonię i się dodzwonić nie mogę. – Podniecenie i niecierpliwość targały umysłem fapieża Incelentego I.

 

- Zarobiony jestem ostatnio. Słyszałeś pewnie, że zamordowano naszego senatora w stolicy?

 

- No słyszałem i dlatego dzwonię. Skąd w ogóle wiadomo, że to morderstwo? Macie jakieś informacje?

 

- Na razie nie. Unia Galaktyczna ma się zwrócić do Klasztoru Siły aby ten wyznaczył kogoś do przeprowadzenia śledztwa. Tylko wiesz jak te ich procedury się ślimaczą, a właśnie czas jest tu kluczowy.

 

- No tak… Jakby co to daj znać kiedy się pojawią ci detektywi, wezmę ich do siebie, żeby coś niecoś Cię odciążyć w obowiązkach. – oznajmił fapież nieśmiało.

 

- Nie wiem czy to będzie konieczne ale dzięki. Tylko nie częstuj ich zbyt często incelskim czerwonym wytrawnym bo sprawa będzie się ciągnęła całymi zodiakami a tego przecież nie chcemy.

 

- Nie no, przecież mnie znasz – Incelenty jednak zaczął się drapać za uchem i lekko zaczerwienił.

 

- Właśnie dlatego.

 

 

- Co ty wyrabiasz? Rozbijemy się!

 

- Spokojnie mistrzu, panuję nad wszystkim. Zaraz będziemy na miejscu.

 

Kłęby szarego dymu unosiły się z pojazdu zmierzającego w stronę powierzchni planety Incelia. Wszystko wskazywało na to, że się za chwilę rozbije. Ten jednak wykonał beczkę, ominął kilka zbliżających się wierzchołków górskich, przeleciał nad stadem zdziwionych zwierząt, które beznamiętnie spoglądały na spadający z ogromną prędkością pojazd, po czym powróciły do przeżuwania, wykonał kolejną beczkę i wrył się w piaszczystą wydmę.

 

- No i wylądowaliśmy – Abso Loot wyszczerzył zęby w uśmiechu spoglądając na swojego mistrza.

 

- I ty to nazywasz lądowaniem? – Obi-Tera Ror z całych sił próbował nie okazać zdenerwowania.

 

Obaj zostali oddelegowani aby zbadać sprawę śmierci senatora Oddo Fapowitza. Czekało ich niełatwe zadanie i sporo niespodzianek.

 

 

 

 

 

c.d.n.

 

 

 

 

 

 

Edited by Cortazar
  • Haha 1
Link to post
Share on other sites
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.