Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

lync

Użytkownik
  • Content Count

    91
  • Donations

    150.00 PLN 
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

46 Świetna

About lync

  • Rank
    Kot

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna

Recent Profile Visitors

237 profile views
  1. Zgadza się, rozmowa o konkretnych potrzebach wykonana w sposób naznaczony chęciami to trochę tak jak wysłanie sygnału "chcę tego, ale nie mam odwagi Cię o to asertywnie poprosić bezpośrednio, więc badam grunt, chcę zielone światło". Chcesz - zależy ci - masz wątpliwości - jesteś na gorszej pozycji. To wysłanie impulsu, który może łatwo przerodzić się w shittest kobiety. A oblanie shittestu - nici z realizacji potrzeby. Niektórzy faceci biorą to sobie za bardzo do serca, a potem już idzie z górki. Chcesz czegoś, domyślasz się, że kobiecie może to nie pasować - masz wątpliwości, podczas poruszania rozmowy podświadomie zasiewasz je w umyśle kobiety.......komplikujesz sobie i jej życie. Być może zależy to też od typu kobiety i jakości relacji, ale przychylałbym się do tego, że może być to początek końca relacji, w szczególności jeśli facetowi za bardzo na tym zależy. Wizja (argument) zrobienia tego z prostytutką psuje całą otoczkę - bo tam płaci się i wymaga. W związku płacisz inną walutą - pewnością siebie, asertywnością, zaangażowaniem. Grasz w grę, w której chcąc coś uzyskać nie możesz zrobić tego prymitywnie (do tego zalicza się również zbytnia nachalność w proszeniu czy poruszaniu tematu), tylko subtelnie. Jeśli pokazujesz, że możesz skorzystać z innego źródła to psujesz grę - "hej! mogę skorzystać z cheatów, i co? zmieniasz zdanie?" Zaciągasz w ten sposób dług, który może będzie trzeba spłacić później, z nawiązką. To nie jest rozwiązanie. To próba obejścia, a nie rozwiązania problemu. Może mniej pewna siebie kobieta się na to złapie, ale to wciąż pokazanie się od słabej strony, negocjacja przy pomocy "karty ostatniej szansy". Zakładam, że wkurzenie kobiety na taki argument wynika właśnie z tego, że facet próbuje obejść jej naturalny system ale nieudolnie. Myślę jednak, że faceci mający większe doświadczenie w uwodzeniu już potrafią pokierować rozmowę tak, aby zasiać ziarno potrzeb, ale jednocześnie aby nie wyszli na potrzebujących z wątpliwościami. Jest jednak różnica w podejściu, gdy robisz to dla rozrywki, a gdy jesteś w związku czy małżeństwie, gdzie obowiązują inne reguły. No i bym na tym skończył, gdyby nie pojawiło się znienacka pytanie, które możnaby sobie zadać, tuż przed akcją, w której planujemy porozmawiać z kobietą o swoich potrzebach i zachęcić ją do ich realizacji. Przypomina mi to sytuację, w której ciekawiło mnie jak uzyskać realizację potrzeby. Są różne techniki, pua, wiadomo... mniej lub bardziej skuteczne. Jednak nie dawało mi spokoju coś - owszem, uzyskasz coś, ale czy to na pewno właściwa droga? Może klucz leży gdzie indziej? "dlaczego chcę tego od niej?" Co jeśli potrzeba pojawia się, bo podświadomie czujemy, że kobieta być może się oddala z naszej strefy wpływów? A może dostaliśmy impuls z zewnątrz (tv, media), który ma za zadanie przekonać nas, że kobieta powinna robić to i to w takiej i takiej częstotliwości? Coś co podświadomie podważa nasze przekonanie o danej rzeczy w związku i dlatego chcemy usilnie przekonać się, że u nas jednak jest dobrze jak powinno być? Z naszej strony idzie shittest, myśl "chcę dziś aby dziś ona zrobiła dla mnie .... (tu wstawcie sobie co tam chcecie)". Ona wykonuje - shittest zdany, jakby to powiedział Dziki Trener "tak... ona jest blisko ryju, nadal to masz". Pojawia się zadowolenie, skok pewności siebie, poczucie władzy czy decyzyjności. Jeśli jednak komplikuje nam tę magiczną chwilę nasza pewność siebie, a kobiety - mają dar wyczuwania i być może wzmacniania emocji - to one podchwytują grę i wysuwają kontr-shittest, aby sprawdzić jak bardzo nam zależy. Czyli "domyślam się, że wiesz, że się oddalam, chcesz mnie sprawdzić, zatem ja sprawdzę ciebie i zobaczę czy zasługujesz". Im bardziej potrzeba wymagająca od kobiety, tym większy shittest otrzymamy. I piłeczka po naszej stronie, Panowie, ale taka piłeczka podkręcona, trzeba być dobrym zawodnikiem aby ją odbić
  2. Bardzo przykre, współczuję. Również mam podobne wrażenie (40). Być może przesiąknięcie matrixem powoduje, że traci się wiarę w prawdziwą przyjaźń? Jeśli ktoś się na czymś przejechał to trudno nie patrzeć przez pryzmat przeszłości, łatwiej się odciąć (znajomość powierzchowna) niż ponownie zaryzykować (głębsza - przyjaźń). Może ma też znaczenie, że obecnie żyjemy w biegu, internet króluje - zamiast spotkań towarzyskich? Mam wrażenie, że za czasu moich rodziców czyli lata 80te spotkania były jakby bardziej popularne. Wyjścia jednych rodzin do drugich, tutaj gdzieś znajomi wpadli, jakieś partyjki w brydża itd. Sytuacja może nie była wesoła bo wiadomo jak było (kolejki i braki w sklepach, brak wolności gospodarczej), ale można było się bardziej wspierać. Teraz niby też, ale jest mnóstwo odwracaczy uwagi. Tyle potencjalnych rzeczy do wyboru, a w praktyce praca-rodzina-obowiązki, znajdziesz czas na hobby to jest dobrze.
  3. lync

    Anita o narcyzmie

    Z tego co widziałem to nie płacze na pokaz. Ma kontakt z rodzicami, ale ona z nimi nie rozmawia o swoim związku. Jednak mieszkamy w tym samym domu, mieszkanie u góry, rodzice mieszkają na dole, także kłótnie pewnie słyszeli, a ona ucinała rozmowy w tym kierunku. Zarzucałem jej, że potrafi się zachować jak nastolatka - pewne tematy omija i robi się agresywna jak chce je poruszać. W pewnych rzeczach może i jest dojrzała, w innych wątpię. Oczywiście jak to poruszam - jak grochem o ścianę. Uparty model. Celnie były momenty, że mi to pasowało - kiedyś za dużo czasu spędzaliśmy razem, w kuchni dla odmiany spokój, medytuje się lepiej samotnie. Pierwotnie to ona uciekała na kanapę, jak się mocno kłóciliśmy (na zasadzie na parę dni). Później ja trafiłem na to "zesłanie" i jakoś tak wyszło. Były momenty, że się stawiałem, aby spać w łóżku - ale robiła się tak nieznośna i agresywna, że bardziej cenię sobie spokój i zgodziłem na emigrację (myśli "a małpo! jak jesteś taka, to ja sobie będę w kuchni, pooglądam laski i będzie fajnie"). Miałem moment, gdzie czułem wiatr w żagle "że ogarnę, wyprowadzę się, poznam jakąś normalną laskę", wtedy lepiej się czułem w kuchni niż z nią w pokoju. Tak jak potrafiliśmy spędzać ze sobą dużo czasu, tak ograniczyliśmy to drastycznie. Efekt gotowanej żaby - mówisz sobie, miesiąc i to ogarnę. Mija rok i w większości nic się nie zmienia na plus. Rozumiem...brawo za odwagę i skuteczne działanie w kierunku polepszenia swojej sytuacji.. a opisanie..to trzeba na spokojnie, życzę energii i umiejętności aby podejść do tego tematu i zrobić to raz, a porządnie. Wiesz...we wcześniejszych etapach naszej relacji były momenty, że widziałem to w ten sposób. Jednakże patrząc na moje reakcje wstecz, to wiem, że dokładałem do ognia i to sporo czasem. Ona zarzucała mi, że sam stosuję terror psychiczny (psycho-nawalanki), czyli zamiast normalnie rozmawiać, ja stosuję wyrzut, ona się denerwuje, coś odpala, później ja i kończy się na obrzucaniu się albo epitetami, albo rozgrzebywaniem wielu rzeczy naraz. Dla mnie było oczywiste, jest kłótnia - to sobie wyrzucamy różne rzeczy, rozwiązujemy je i ok. Ona mnie nakierowała, aby gadać o konkretnej rzeczy spokojnie, a nie robić wyrzutów z offtopami. To niestety wyniosłem z domu, kłótnie były dość częste z tego co pamiętam. Moja matka kiedyś na zwrócenie uwagi zbagatelizowała to wspominając "no i co, powiedzą że się kłócimy". Jakby to było normalne. Bagatelizowanie problemu. Dla mnie to patologia. Z tej perspektywy widzę, że jechałem na podejściu nice-guy (świadomość "należy mi się") oraz na niskiej pewności siebie (jeśli chodzi o podejście do danej sprawy) ale wyższej pewności jeśli chodzi o walkę o swoje (czyi wrzucanie argumentów w kłótni i logicznej walki o detale). Wyjaśniam o co mi chodzi: Tak jakbym zakładał podświadomie od początku, że sprawa, którą poruszam potoczy się nie po mojej myśli. I nastawiał się defensywnie, co ona być może wyczuwała. Wtedy odpalam u siebie asertywność a może agresję (widząc, że ona jest oporna) i drążę temat, pomimo iż jest w sumie już spalony (bo na logiczne argumenty z kobietą nie wygrasz). Widząc dalszy opór - podświadome poruszanie innych spraw, gdzie widzę, że ona powinna się zmienić..itd Takie beta schematy. Dogryzanie. Nieumiejętność normalnej asertywnej rozmowy z pewnością siebie, za to pozwalanie aby sprawa "puchła" i stawianie przez siebie sprawy na ostrzu noża, gdy już totalnie nie można wytrzymać. Myślę, że to nie jest zdrowe podejście, dlatego widzę tutaj swoje braki. Być może takie zachowanie również podpada pod narcyzm, nie wiem. Sprawa jest bardziej złożona. Np. dziś - okazało się, że bulgotanie lodówki było zwiastunem jej uszkodzenia. Zwróciła mi uwagę, bo jest na tyle zapobiegliwa, że zadbała, aby w lodówce był termometr, więc stąd wyczaiła, że lodówka nie chłodzi. Ja tam bym zwrócił na to uwagę, gdybym coś z niej brał. Mniejsza o to. Od wczoraj mam do niej chłodniejsze podejście (ciężko mi okazywać cieplejsze podejście czy gadać na spokojnie czując to co obecnie). Jednak łapałem się na tym, że chciałem sztucznie jeszcze schłodzić atmosferę. Czyli być bardziej szorstkim w mniemaniu "będę chłodny, to jej się ociepli". Łapałem się na tym, aby niejako coś uzyskać - jej atencję, próbując znów okazać swój "ból". Ogarnąłem to jednak ("nic na pokaz"), razem wzięliśmy się do roboty (próba naprawy, czyszczenie), jakaś współpraca była. Nie było specjalnie ciepło, ale siekiera nie wisiała w powietrzu, choć były momenty, że chciałem jej coś wygarnąć (ślady starego podejścia). Nie było wrogości. Nie robiłem jej wyrzutów, ona mnie też nie. Trochę zwykłej gadki przy jedzeniu też. Mógłbym rozkminiać: ona też korzysta z lodówki więc jej też zależy na tym, aby sprawa została rozwiązana. Ale nie wiem czy jest sens drążyć. Przynajmniej jest względny spokój. To co opisujesz to mogłoby zaistnieć w sytuacjach gdy już jest kłótnia, jest negatywnie, ale właśnie nie przypominam sobie momentów, w których by było "ciszej nie możesz oddychać". Nic takiego nie kojarzę. Natomiast kojarzę jak zarzucała mi, że lubię sprowadzać ją do stanu, w którym czuje się stłamszona (że wtedy to ja czuję się lepiej). Dla odmiany dziś ja byłem w takim stanie - nie dowalała mi, tak jakby nagle gdzieś się jej empatia włączyła. A może: nie wchodzę na jej terytorium i jest nagle miło? Może wczoraj jak pisałem na forum gdy się mnie spytała (nie widząc ekranu) co robię - odpowiedziałem "piszę" i nie mówiłem nic więcej, nie tłumaczyłem się... wyczuwa zagrożenie i robi się milsza? Myszka przestaje się czuć bezpiecznie i nagle jednak empatia jest możliwa? Wiem, ale uważam, że powinienem brać pod uwagę różne punkty widzenia. Ona zwracała mi uwagę, że w normalnych związkach nie gada się o nich na zewnątrz - i faktycznie. Brat miał problemy w związku, ale nie gadał ze mną o tym. Rodzice o swoich problemach również ze mną nie gadali. To mi daje do myślenia. Jednak - wielu Braci było w stanie sobie pomóc i zmienić swoje życie, bo właśnie zaczęli się wymieniać wiedzą i otwierać sobie nawzajem oczy. Lepiej gadać niż brać sznur i szukać drzewa, if you know what i mean. Właśnie dlatego swego czasu przełamałem się, zacząłem czytać Forum BS, słuchać audycji i czytać książek Marka i Reda, iść w kierunku poszerzania wiedzy. Uważam to za bardzo dobry krok. Szkoda tylko, że tak późno. Mam wrażenie, że wcześniejszym swoich zachowaniem (w poprzednich latach) skrzywdziłem ją, a teraz wypijam piwo, które nawarzyłem. Zarzucała mi, że grałem na jej uczuciach, i myślę, że część moich zachowań można tak odebrać. W czasie gdy szukałem rozwiązań "naszych" problemów, potrafiłem zarówno jej wspomnieć, że wyczytałem, że kobieta powinna być dodatkiem do faceta, lub też takie punktujące jej "biologiczny" program (wtedy jednak nie kapowałem jeszcze wielu rzeczy, a w szczególności tego, że z kobietą się na takie tematy nie rozmawia), opierałem się o pewien serwis społecznościowy na literkę W, widziałem powierzchownie i tak działałem. Wtedy zakładałem, że szczerość, gadanie o tematach prowadzących do rozwiązania problemu to podstawa w związku. Potrafiłem jej wypominać wiele rzeczy, w tym, że ja nas utrzymuję z mojej działalności i takie tam. Najgorzej na nią zadziałało to, gdy przez dłuższy czas, gdy już bytowałem w kuchni, że zacząłem myśleć lub fantazjować o innych laskach i oglądać akty. Wcześniej, gdy spaliśmy jeszcze razem było to dla mnie nie do pomyślenia (tzn. były epizody z aktami w przeszłości, ona się dowiadywała i miałem burę, ale to były epizody). Jak się dowiedziała o tym, moje logiczne argumenty były totalnie niepomagające. Wspominałem - nie chciałaś wspólnej przyszłości to jakoś sobie radzę. Potrafiłem jej wypomnieć jej wiek (blisko 40lat), jak mi teść skoczył - wspomnieć, że chcę dziecka, ale skoro ona nie chce, to może powinienem szukać 20latki..itd że jak mi nie będzie pasować to pójdę na dziwki..i inne takie. Więc myślę, że popełniłem sporo błędów, lub być może podświadomie chciałem ją zrazić do siebie na wielu poziomach. Taki mam plan. Szczególnie gdy między nami jest źle czuję - że tylko opcja "idź na swoje" zostaje. Chwilami. Jak mam energię. 10/90. Jak patrzę w lustro to wyglądam trochę jakbym z jakiegoś obozu wyszedł. Fizycznie lecę w dół, choć tutaj upatruję źródła w problemach ze zdrowiem, być może podświadomie się głodzę. Czuję jakbym był w szklanym pomieszczeniu, coś robię, ale efekty nie takie jakie być powinny. Dobre pytanie. Częściej nie. Gdy mam, to niestety zauważam, iż jak pomiędzy nami jest dobra sytuacja (nie kłócimy się, jest spokojnie), mam energię, to świadomość, że mieszkam w kuchni schodzi na dalszy plan, opanowuje mnie wtedy coś co sprawia, że biorę się za pracę i nadrabianie zaległości w tym lub samorozwój. Czyli: moja energia jest w pewnym stopniu uzależniona od dobrej sytuacji w związku. Naleciałości bluepilla. Czyli "jeszcze będzie czas na wyprowadzkę", teraz mogę ogarniać inne zaległości. A może podświadome oczekiwanie, że jednak zmieni się jej podejście? Eh..nie będę tego rozkminiał nie ma sensu. Coś podobnego dotyczy pracy - dni w których problemy się kumulują sprawiają, że mam ochotę wszystko rzucić, to to też zabiera energię. Jeśli jednak idzie w miarę spoko, to energii trochę z tego mam i jakoś to leci. Jednak, jeśli prawdą by było to z narcyzmem czy profilem narcystycznym... skoro nie ma kłótni, to nie mam z tego energii. Jeśli rzeczywiście wcześniej potrafiłem się do czegoś przyczepić - to może podświadomie szukałem emocji? Aby była draka i energia z walki o swoje? Teraz tego nie mam, więc jest lipa. Mam nadzieję, że to nie jest to, ale biorę pod uwagę taki scenariusz. Jakby nie było - nie realizuję narzuconych w przeszłości, utartych schematów - do których organizm był przyzwyczajony. Być może jednak kumuluję w sobie coś, aby wybuchnąć. Tego się trochę obawiam. Reasumując: stałem się cieniem samego siebie. Raczej ona mnie. Od początku mieliśmy układ, gdzie ja wszystko rozliczałem (gdy masz kiepską sytuację finansową - to zazwyczaj prowadzisz jakiś dziennik i sprawdzasz gdzie lecą wydatki i co można obciąć). Ja nie chciałem płacić za jej używki (piwo, papierosy), ona za moje (słodycze, soki, napoje). Czasem potrafiła mi zwrócić uwagę, że w normalnych związkach czy małżeństwach nikt nie rozlicza się, tylko składa się na wspólnie na budżet i z niego wydaje. Rozliczałem więc i ustalałem czy za dany miesiąc ja jej wiszę, czy ona mnie. Tak, potrafiłem rozliczać każdą pozycję rachunku - do kogo przypisana - jej, moja czy wspólna (albo na kota). Ale też wiedziałem ile idzie na żarcie, ile na używki, ile na kosmetyki, ile pochłania kot . Uczciwie, choć trochę biurokratycznie. Zawsze byłem zwolennikiem posiadania własnego konta. Możesz mieć wspólne - fakt, ale najpierw posiadaj swoje. Byłem nieugięty. Od jakiegoś czasu ustaliliśmy, że zamiast pojedynczych pozycji będę rozliczał rachunki całościowo (na zasadzie budżet na podstawie zarobków i wydawania: ja daję 70% budżetu ona 30% - bo to ja więcej wydaję, chociażby na zdrowie/lekarzy, ona jest raczej oszczędna - kupno ubrań czy butów, ma podejście jak facet). Czyli profil bliższy rozliczaniu się w typowym związku. Od momentu podziału firmy układ fifty/fifty, skoro przekonała mnie do tego aby zarabiać tyle samo. Przez większość czasu pokrywałem 100% rachunków za mieszkanie, przez ostatni rok nic się nie dokładałem. Przez wiele lat prowadziłem takie rozliczenia, ostatnio się mocno zaniedbałem - na zasadzie, odłożę bo to i tak rozliczenia między nami, można to zrobić w przyszłym miesiącu. A wtedy działo się coś innego, kierat w robocie i nie było czasu. Zaległości, moja wina, wziąłem to na siebie i nawaliłem. Nie ma żadnych weksli - ona też mi ciągle przypomina, "weź nas podlicz i się wyprowadź, jeśli nie chcesz nad sobą pracować. Mnie też cała sytuacja coraz bardziej męczy". Ja z kolei chcę rozliczenie zrobić najlepiej jak się da, bo nie chcę mieć świadomości, że pomyliłem się na jej niekorzyść. Skoro wziąłem to na siebie to powinienem zrobić to najlepiej i rzetelnie jak się da, ale też - jest to lekko zagmatwane i wymaga czasu do ogarnięcia. nie mam w sumie innego wyjścia jak podliczyć, ogarnąć co swoje i spadać. Trudne jest to, że podczas takich działań, gdy człowiek przypomina sobie przeszłość i czuje jak bardzo stracił, i że działanie nie ma sensu. Taki autosabotaż. Strach przed nieznanym. Strach przed jeszcze większą komplikacją. Dziękuję Bracia! Na priv mi jeszcze nie działa bo nie wyrobiłem chyba 100 postów. pozdro
  4. lync

    Anita o narcyzmie

    tak też to czuję, ale trudno mi ustalić co i jak. Dzięki za odp. Nie mamy dzieci. Małżeństwa też nie. Wątek próbowałem założyć, ale nie udało mi się jeszcze tego zebrać. Stopują mnie jednak rzeczy: 1) łapie się na tym, że za dużo czasem leję wodę i robię offtopy, podsumowanie z ostatnich parunastu lat wymaga dobrego streszczenia - obawiam się, że coś przekręcę lub zminimalizuję i postawię kogoś w złym świetle (choć na to nie będzie zasługiwała). Są też pewne rzeczy o których nie mogę pisać (m.in. zawodowe lub dotyczące rodziny czy osób trzecich), a które również mają wpływ na całą historię - z uwagi na publiczność forum. 2) jakiś czas temu obiecałem kobiecie, że nie będę gadał/pisał o naszym związku i o niej (ona jest bardzo wyczulona na takie rzeczy - sam fakt, że odrzuciła propozycję mediacji z psychologiem wskazuje, że traktuje jako dorosłe niedzielenie się prywatnymi rzeczami z innymi, szczególnie "anonami z netu"). Za każdą próbę rozmów o niej (gdy się o tym z nią wygadałem) - np. z psychologiem czy znajomym - dostawałem zjebkę, ona strzelała focha i pokazywała jaki to ja jestem niedojrzały, bywały też że zanosiła się płaczem i emocje szły w górę. Ona chroni swój wizerunek i ma do tego prawo (ja może jestem naiwny pisząc o sobie w taki sposób). Nie złapałem ją na plotkowaniu (przynajmniej teraz pisząc - nie pamiętam tego), więc wyróżnia się spośród wielu kobiet, z jakimi miałem do czynienia. To mi zapala światełko - że to może coś ze mną nie tak, a ona jest ok. Pisząc tutaj na forum obietnicę łamię, jeśli ona trafi na to forum to będę miał kolejną kłótnię, a ona będzie miała dowód że to ja jestem ten zły. Idąc tym tokiem myślenia - dorosły człowiek nie uzewnętrznia się - opisując temat w detalach jeszcze bardziej się pogrążam. Jestem w złym stanie psychicznym i wydaje mi się to lepsze niż zrobić jakąś głupotę typu upić się, objeść słodyczami czy też będąc wkurzonym zacząć się czepiać o byle co i prowokować. Czuję, że mam za mało czasu i nie umiem podjąć właściwej decyzji. Nie wiem czy narcyzka, ale sama mi po którejś kłótni przyznała, że nie czuje/nie chce czuć do mnie empatii. I jest tak jak piszesz. Jak dziś np. spytała się jak się czuję, to okazało się, że bada czy mam energię na mycie naczyń, bo ona chce zrobić obiad (ja robiłem wczoraj). Nie jest to jednak podejście typu krzyk, czy narzekanie nad głową. Przy rozmowie dla niewygodnych dla niej tematów (moje spanie w łóżku), zaczyna się chłód, teksty typu "nie będziemy teraz o tym gadać", "nie męcz mnie" i albo odkładanie "pogadamy o tym jak nas podliczysz". Na pewno jest pod wpływem materiałów o narcyzmie i bardzo mocno patrzy się pod tym kątem, więc ma filtr na mnie, to jest pewnik. Wiele lat przejmowała się moim stanem...może "zmęczenie materiału"? Może jest pod wpływem czegoś/kogoś? Nie wiem. Brak danych, nie będę posuwał się do szpiegowania jej, jej telefonu czy komputera, aby się tego dowiedzieć. Coś tam się znajdzie, ale obawiam się, że nie mam na to czasu. Aby móc się wyprowadzić musiałbym zrobić inwentaryzację i rozliczyć się z nią. Ciągle jest coś do zrobienia, jeśli to nie praca, to jakieś obowiązki domowe - rzeczy które bardzo ciężko przełożyć, bo zaległości mam ponad miarę. Stan zdrowia dodatkowo utrudnia zadanie.
  5. Skończyły mi się okejki na dzisiaj, odpowiem memem:
  6. Może tak może nie. Na obecnym etapie życia stawiałbym jednak na kwestię interesu czy potencjału. Kobieta wspiera faceta, bo ma powód (facet posiadający odpowiednio wysoki współczynnik istniejących lub potencjalnych zasobów). Jeśli podzielisz się zasobami do pewnego poziomu (indywidualnego dla każdej kobiety) - potencjał spada. Wsparcie powinno się tutaj rozumieć jako czynności prowadzące do uzyskania przyszłej kontroli przez kobietę. Doświadczone empirycznie, niestety Im wyższy potencjał tym większa możliwość ukierunkowania energii. "Dżentelmen udaje, że wierzy w bajki damy" - gdy karty są odkryte, można grać dalej, ale gra nie będzie nigdy autentyczna i wciągająca. Zauważ, że kobiety nie shittestują facetów, którymi nie są zainteresowani. Czyli jest shittest - wstępnie przechodzi się przez filtr i trafia do zakładki "potencjalne zasoby". Wsparcie to realna inwestycja kobiety w tym kierunku, realizacja podstawowego programu biologicznego. Jeśli kobieta uzna -da sobie przyzwolenie (podświadomie lub nie), aby iść w określonym kierunku za facetem to pójdzie. Określona tolerancja, po prostu niektóre mogą być bardziej podatne - tolerancja większa, więc też większy kontrast i wpływ na ciemną stronę. Tak samo jak i my - tak i kobiety mają własną świadomość i docierają do momentu, że odkrywają karty. Można udawać i położyć kartę z powrotem, ale to nic nie zmienia. Świadomość pozostaje. Pochodna zachowań również.
  7. Dopóki pracujesz na swoim i jest dobrze, masz klientów lub perspektywy tak. Z perspektywy osoby, która rozwijała własną działalność, a później podzieliła się z nią (z własną kobietą - na warunkach zarabiamy tyle samo, choć jej wkład jest mniejszy), powiem Ci: są różne źródła drenowania i część dotyczy również własnej działalności. Problem leży w głowie. Bardzo blisko moim zdaniem. Jeśli ktoś czuje się jak frajer są dwie główne możliwości: - rzeczywiście jest frajerem - nie jest frajerem, bo odnosi jakieś korzyści (z perspektywy innych mogą być one nikłe, dlatego też jest postrzegany jako frajer) Myślę, że trzeba to traktować jako skalę. Na jednym końcu mamy totalne frajerstwo (lub elegancko altruizm), na drugim totalne wyrachowanie.(egoizm). Skala realna, a skala odczuwalna to dwie różne rzeczy. Można czuć się jak frajer i nim nie być, można też nie czuć się frajerem i a jednak nim być. Wpływ na to mają np massmedia - wskazywanie "w takiej branży powinieneś zarabiać tyle i tyle" / "na własnej działalności będziesz wolny". Jak się więc ma czuć osoba, która zarabia mniej lub pracuje dużo więcej i czuje jak niewolnik czy parobek (bo roboty full, a kasy mało?). Frajerem można się stać próbując walczyć o swoje, ale nie mając odpowiednich argumentów. Kluczem jest tak jak Brat Messer powiedział - przyzwolenie. Są sytuacje w której trzeba dać z siebie X , a później oczekiwać Y (załóżmy, że operujemy w skali 0.0-1.0). Jedna sytuacja wymaga od Ciebie energii X=0,3, a realnie, aby to było dla Ciebie opłacalne (ale Ty o tym nie wiesz) jest np. Y=0,7. Ty jednak z jakichś względów (niska pewność siebie, zły ogląd sytuacji) stwierdzasz, że max Y to 0,45. W oczach osób, które mają większe doświadczenie możesz być frajerem. W oczach osób z niższym możesz być niezły bo wciąż wyciągasz więcej niż włożyłeś. Moim zdaniem nie jest istotne to, aby zwracać uwagę na to, czy jest się frajerem. Istotne powinno być - jaką wartość energii Y potrzebujemy uzyskać i czy będziemy w stanie ją uzyskać, jeśli zainwestujemy X energii. Jeśli nie umiemy tego ustalić (błędna wycena lub nieumiejętność odpuszczenia), lub zaniżamy swoje Y - to narażamy się na sytuację, w której będziemy odbijać się jak kamień od tafli wody, obserwując gdy inni szybują. Pewność siebie - klucz. Teraz rozumiem, czemu Marek taki nacisk na to kładzie.
  8. Coś podobnego kiedyś na niebie, samolot, dron lub balon to na pewno nie był Pamiętam, że było pomarańczowe. Kiedyś DejaVu, ostatnio to bardziej synchroniczność jeśli już (dziwne powiązanie lub skorelowanie różnych spraw w czasie pomiędzy nieznanymi sobie osobami). Kiedyś na uczelni - nie poszedłem na zajęcia (czułem, że nie muszę), okazały się odwołane. Ostatnio czasem z mailami - nie da się wysłać jakiegoś maila lub sms, jakby coś mówiło mi "a weź może przeredaguj", ale tłumaczę sobie, że to znów technika nawala, treść przecież ok jest. Jednak podczas większej smsowej kłótni z kobietą na argumenty zdarzały się sytuacje w których sms z moją reakcją dziwnym trafem nie chciał się wysłać. Co potrafiło mi dać do myślenia (pewnie mnie chwilowo zablokowała ) Spacer cienia - tutaj rozmawiałem z osobą, która coś takiego miała. Trochę creepy jak pierwszy raz o tym słyszałem. Podobnie jak sny z przepowiedniami, niektórzy mają do tego dar tak bywa.
  9. Aż tak długiego nie miewam, ale czasem mi się zdarza uczucie jakby zatracenia rzeczywistości, chwilowy jakby sekundowe wejście. Ale też może to efekt zmęczenia? kto wie, medytację ostatnio mam bardzo nieregularną, czasem trudno odciąć myśli. Kiedyś przed przebudzeniem miałem świadomość bycia w czymś podobnym co opisujesz (alternatywna rzeczywistość), później zastanawiałem się czy to nie był właśnie sen świadomy. Cechą wyróżniającą się tutaj było to, że czułem, że to jest real, że mam otwarte oczy i jestem na dworze, podczas gdy realnie leżałem na kanapie (dopiero jak się obudziłem to czułem, że nie mogłem przecież być 5 minut temu na dworze). Prawdopodobnie były to stany hipnagogiczne.
  10. Może znajdziesz jeszcze telefon bez gps, ale bez wifi to życzę powodzenia. Już szybciej będzie zakupienie telefonu, zdjęcie obudowy i fizyczne uszkodzenie anteny lub procesora gps, ale to za wiele nie zmieni, bo wspomniana triangulacja GSM. GPS to nawigacja a ta potrafi się przydać. Jeśli posiadasz telefon, który pobiera aktualizacje to szansa na nową apkę lub moduł śledzenia zintegrowany z systemem jest większa, niż jak masz stary zabytek. Z kolei - nowsze urządzenia mają większą odporność na włamania i exploity, więc nie ma jednoznacznego dobrego rozwiązania. Tzn jest - mógłbyś samodzielnie złożyć określone komponenty - ale na to trzeba i czasu i umiejętności (i kasy), to raczej nie dla nas. Jeśli już nie chcesz być śledzony - to albo zostawiaj telefon w domu, albo tryb offline, wyjmij baterię i zapakuj telefon w jakiś ekran (klatka faradaya lub miedziana). Niemniej jednak - znajdź najpierw telefon z wymienną baterią
  11. Im więcej będziesz o niej myślał, tym trudniej będzie Ci z tym zerwać. Popatrz na to: sam zdajesz sobie sprawę z tego, że podobało Ci się to (taka kotwica emocjonalna), ale miałeś przesyt (dość), chciałeś to od siebie odepchnąć. Udało się. Podszedłeś do tego racjonalnie i nie dałeś się wkręcić w szybki ślub. Brawo. Coś jednak za coś. Teraz Ci tego brakuje, być może powinieneś zadbać o jakieś inne źródła pozytywnej energii (może jakieś ciekawe hobby, spędzanie czasu, aby nie myśleć o niej), myślę jednak że Brat Goryl sugeruje lepszą opcję: Wg tej teorii musisz sobie po prostu obrzydzić tok myślowy związany z nią. Tak abyś nie mógł o niej nawykowo myśleć. Z racji młodego podejścia (pierwsza partnerka) nie masz skalibrowanych reakcji - jest to dla Ciebie mocne przeżycie i doświadczasz go. To całkowicie normalne. Nie przeżyłeś całego cyklu - zafascynuje Cię inna, zapomnisz o tej - warunek jednak, odcięcie się. Jeśli będziesz do niej wracał, to umysł może chcieć wyszukiwać pozytywy i wtedy ona będzie miała lep na Ciebie. Jednak na etapie, gdzie zbyt łatwo jest Ci porównywać inne do niej. Nie chcesz zostać emocjonalnym zombie, być jak kotwica siedzącym w starym związku. Możesz też popatrzeć z innej strony: poznałeś ją, załączył się jej tryb "demo". Jakkolwiek byś do niej wracał, demo skończyło się z opcją propozycji ślubu. Byłeś na tyle świadomy, że w to nie wszedłeś. Nie znaczy to, że w przyszłości się nie zejdziecie, ale na tym etapie życia jak widać, potrzebowaliście czegoś innego. Jeśli uważasz, że jest inaczej to spróbuj wyobrazić sobie wasze życie razem - ale nie sielankę, tylko to co może być bliższe reala. Poczytaj wpisy Braci o sytuacjach z małżeństwa i przenieś je na swoją wizję. Wyobraź sobie siebie w wieku 25, 30, 35, 40 lat, wkurzonego o brak seksu, o to jak partnerka nie dba o siebie, walczącego o prawa do dzieci. Jak Twoja "idealna" ex okazuje się nie taka idealna. To nic, że dodasz sobie wirtualnie jej "niecne" zasługi (np. wyobrazisz sobie, że zdradziła Cię z innym). Nieważne. Wpłynie to jednak na Twój ośrodek myślenia i będzie Ci się łatwiej odzwyczaić. Oczywiście to jedna z metod, każdy ma swój własny sposób, Ty po prostu masz szansę znaleźć swój. Ew. jeśli uważasz, że to jest za ciężkie a np. lubisz czytać to weź na ruszt coś z biologii ewolucyjnej (Sperm Wars dla przykładu, jest w miarę lekkie). Zakładam, że już zacząłeś oglądać Marka audycje bo znajdziesz tam sporo interesujących i powiązanych z tym tematem kwestii
  12. lync

    Anita o narcyzmie

    Coś w tym jest, ja słyszałem od psycholog o takim terminie jak profil narcystyczny. Dzisiaj miałem taki dzień, dzień obniżonej energii, świadomość sytuacji w której się znajduję, przytłoczenie. Taki dzień, gdzie czuje się, że wszystko w pewien sposób ogranicza, człowiek próbuje sobie powiedzieć "będzie lepiej" (ale sam od siebie słyszy "no kur.. jak?"), ale raczej ma ochotę wykrzyczeć całemu światu "pierd...nie robię, mam dość!", bo podświadomie czuje się jak jakiś niewolnik. Piszę teraz z kuchni, w której akurat jest rozkładana stara kanapa i słyszę jak trochę młodsza od niej lodówka udaje (tym razem) wodospad. I tak od prawie od roku - partnerka sobie wygodnie śpi na dużym łóżku w innym pokoju i ani myśli wrócić do rozmów, abym mógł spać normalnie w łóżku. Ja koczuję w kuchni i próbuję ogarnąć swoje życie, albo się z nią zejść (co ciężko mi sobie wyobrazić po naszych przejściach i moim odkryciu jej nieciekawej strony kobiecej natury), albo wyprowadzić się, ale nie udało mi się ani jedno, ani drugie, bo za dużo nas łączy, bo utrzymać się też trzeba, a przeprowadzka kosztuje i to sporo. Dziś przynajmniej udało mi się opanować i nie robić jakichś większych aluzji do całej sytuacji. Miałem ochotę jej znów wygarnąć co o tym myślę, przygadać jej..., wygarnąć jej egoizm, ale zadałem sobie wcześniej pytanie "czy to nie czasem chęć skompensowania sobie jakiejś potrzeby...atencji?" Taka podświadoma chęć wywołania dialogu, pokazania jaki to człowiek jest poszkodowany, zwrócenie na siebie uwagi. Robiłem to wcześniej i zapewne mógłbym wtedy u siebie zauważyć właśnie taki profil "w akcji". Zauważyłem, że po dawce cukru (słodyczy, pochłonąłem pół czekolady białej) taka chęć wzrosła - jakbym zapomniał o tym, że to sam przecież jestem kowalem swojego losu. Być może jest to jednak chęć bycia asertywnym - wyłożenia problemu na stół i postawieniu sytuacji na ostrzu noża, podzieleniu się odpowiedzialnością. Być może to ślad po wcześniejszej wierze "nice-guy" (czyli uważam, że skoro włożyłem kasę w remont, kupiłem i złożyłem łóżko, to mi się należy spanie w nim, uniemożliwiasz mi to, więc "poczuj mój ból"). Nie zrobiłem więc tego, tłumacząc sobie, że dorosły facet nie powinien gadać/działać pod wpływem emocji (co mi się zdarzało, a wtedy kłótnia murowana). Dobra jeszcze nie wszystko ze mną ok, bo się teraz uzewnętrzniam To mi dało do myślenia, bo wcześniej podświadomie czułem, że mam dziś tryb mięczaka (tak, że w myślach bym na dużo rzeczy narzekał, zachowywał się jakbym chciał uzyskać atencję, pomoc..itd) a może.. tryb dzieciaka? To naprowadziło mnie na ślad, iż zbieg pewnych sytuacji być może inicjować wejście w konkretny profil osobowości. Według materiałów, z którymi się jakiś czas temu zapoznawałem (psychologia), człowiek nie posiada statycznej, jednolitej osobowości. Nie żeby sugerować, że każdy ma profil a'la bohater filmu Split, ale... Jeśli popatrzeć na osobowość jak np. na atom. Z tej perspektywy (atom) jest to coś jednorodnego. Przy obecnej wiedzy wiemy, że atom składa się z mniejszych części. Nawiązując do psychiki - to mogą być podosobowości, które w zależności od sytuacji, aktywują się. Czasem wpływ bodźców zewnętrznych (tv, rozmowy z innymi) czy wewnętrznych (zastanawianie się, myśli) sprawia, że działamy pod innym profilem. Biologia ewolucyjna wskazuje podszepty "gadziego mózgu", który może być jednym z domyślnych profili nam wgranych. Braki z dzieciństwa, błędy popełnione przez rodziców w wychowaniu, traumatyczne sytuacje - to wszystko może powodować powstanie nowych profili osobowości. Kiedyś w necie trafiłem na wpis traktujący o ofiarach prania mózgu - gdzie właśnie było wspomniane o tym, że ofiary potrafiły wytworzyć sobie nową osobowość lub nawet - zbiór wielu różnych osobowości. To myślę, że może być oczywiste dla osób, które kojarzą takie tematy lub też obracają się wokół spraw powiązanych. Jeśli duża trauma może wytworzyć nową osobowość, to również jakiekolwiek istotne dla człowieka wrażenie może również do tego doprowadzić. Więc mniejsze nasilenia również mogą pozostawiać po sobie efekty. Być może odpowiednim słowem byłoby w tym przypadku uwarunkowanie. Zbiór odpowiedniej ilości uwarunkowań i mamy profil - zbiór wielu profili i mamy kompletną, odrębną osobowość. I wracając do narcyzmu. Profil czy cień narcystyczny może zostać zbudowany z różnych doświadczeń danej osoby. Patrzę na to jak na przełączniki lub komponenty - pojedyncze być może nie skutkowałyby "stabilną" konstrukcją, jednak im bardziej elementy wpływające łączą się, tym bardziej konstrukcja staje się stabilna. I powstaje cień/profil, który jak wirus czeka na uaktywnienie się - gdy mamy sprzyjającą sytuację. Jak słuchałem audycji Marka i trafiłem na tekst o nawykach - myślę, że one to ułatwiają. Nawyk, koleina, która uniemożliwia łatwe zjechanie z ustalonego wcześniej toru i umożliwia konkretnym profilom działanie. Odpowiednia ilość "pobudzenia" komponentów i wjeżdża profil, który przejmuje swoją kontrolę nad ośrodkami emocji, które z kolei wpływają na myślenie. Nie potrafisz być uważny - to stajesz się marionetką swojego własnego umysłu. Jeśli są to części, których dana osoba nie jest w stanie wyeliminować (lub nad nimi pracować) - konstrukcja "narcystyczna" może wydawać się permanentna i bardzo oporna na zmiany. Przecież nikt nie był wychowywany w idealnych warunkach, złe wzorce w mniejszym lub większym stopniu mają i będą miały na człowieka wpływ. Człowiek raczej dąży do szczęścia (unika cierpienia), krótkofalowe szczęście (np. chęć psychicznego dokopania i wynikająca z tego satysfakcja - zrzucenie bólu na drugą osobę) ma tutaj przewagę nad długofalowym postępowaniem. Tj.(zastanowienie msię, do czego to doprowadzi i może wybór innego zachowania, które w efekcie długofalowym może dać spokój lub szczeście innego typu (miłe spędzenie czasu). To że żyjemy w takich, a nie innych czasach (karmiących narcyzm lub umożliwiającym łatwy jego rozwój) nie ułatwia zadania. Dziękuję za wysłuchanie, zarzuciłem swoją atencją, nakarmiłem mój cień
  13. Byłem na USG, polip tym razem 3,3mm, ale za to znikł magicznie obiekt na wątrobie (angioma 1,5cm), którego miałem tak mniej więcej od momentu diagnozy polipa. Od czasu ostatnich badań lubiłem częściej zapuścić herbatę ziołową (mięta, rumianek, wątrobowe - np. z karczochem), czasem suple karczochowe i próby ograniczenia cukrów (średnio skuteczne), za to udało mi się drastycznie ograniczyć witaminoenergetyki (czyli cukier z witaminami, mówmy sobie szczerze). Tłuszczy specjalnie nie ograniczałem (zdarza mi się jeść frytki - ale takie z piekarnika w małej ilości oleju), ale patrząc po wadze to od ostatniego badania (prawie pół roku) poleciałem w dół o całe 10kg. Więc jeśli nie idę w kierunku lekkiego przygładzania się (walczę z chęcią ruszenia na słodycze), to być może jest jeszcze jakiś powód.
  14. Robienie naprzemiennie więcej niż 2-3 rzeczy obniża efektywność, tutaj się zgodzę. Czasem lepiej robić jedną rzecz, szczególni jeśli da się ją zrealizować w posiadanym okienku czasowym. A co w przypadku gdy masz wiele rzeczy, które staną się pilne za jakiś czas lub są na tyle istotne, aby je zapisać, a nie zapomnieć? Jak masz kilkanaście spraw to jeszcze, ale jak masz kilkaset rzeczy do ogarnięcia to planowane tego typu się niestety nie sprawdza. Dochodzi dodatkowo świadomość dużej rzeczy do ogarnięcia (których priorytety nie zawsze są stałe) co wpływa negatywnie na morale i podświadomość. Przeciążenie, czasem wewnętrzne poczucie winy, że się nie wyrabia i leci się w dół z efektywnością. Wiem wiem...powinno się założyć: odpuszczać pewne rzeczy całkowicie, ale też pewne rzeczy wracają po pewnym czasie. Zasada 2 minut spoko, ale jak jak nagle masz kilkanaście takich rzeczy to za dużo zabiera czasu. Jeśli w to w pracy to można podejść tak: "czy to zgodne z moimi obowiązkami" - jeśli nie - odsunięcie do siebie rzeczy lub wzięcie ich za dodatkową zapłatą (co skutecznie potrafi ochłodzić zapał).
  15. Otóż to. Też miałem okazję przez wiele lat działać w bliskiej okolicy swoich pasji i w istocie - to potrafi napędzać chęć do pracy. To ułatwia uzyskiwanie większych dokonań. Idziesz do roboty i nie czujesz jakbyś szedł do pracy. Ale także pomaga zostać pracoholikiem (u mnie tak to się skończyło). Jeśli coś robisz, udaje się to, daje energię na więcej - można się od tego uzależnić. Taka praca może być uzupełnieniem swoich braków i zajmując się ponad miarę (z fanatyzmem) się tę kompensację dokonuje. Ale to może działać jak trucizna - odciąga również od ważnych poza-pracowych rzeczy. Pasja z biegiem czasu potrafi się zmienić, człowiek może się wypalić, wpaść w słaby układ biznesowy. W warunkach biznesowych nikogo nie interesuje ile masz pasji, za to to co interesuje innych to ile mogą dla siebie ugrać w relacji z tobą. Entuzjazm słabnie gdy masz problem z zamknięciem miesiąca, musisz iść w windykację (bo nie zapłacili) czy pracować nad sprawami, które wydawały się wcześniej rozwiązane (ale coś się zmieniło i trzeba wrócić, np. bez dodatkowej zapłaty). Takie podejście sprawia, że czasem stajesz przed dylematami: rozwijać coś co jest interesujące (coś co lubisz) czy zajmować się rzeczami, które od tej pasji odciągają, są odtwórcze, ale za to generują kasę, bez której utrzymanie całego warsztatu nie ma sensu. Trochę jak z pływaniem, czasem masz głowę pod wodą (odtwórcze), czasem jesteś nad i łapiesz świeże powietrze (pasja). 1. różnie - czasem jako szansę/dar, czasem jako przekleństwo / kulę u nogi, czasem po prostu nad tym nie myślę. 2. nie wiem nie znam, powiedziałbym, że masz zapasy entuzjazmu (pracoholizm to można ocenić z dłuższej perspektywy czasowej) 3. dojdziesz kiedyś do etapu w którym będziesz wiedział kiedy robić za darmo, a kiedy odpuścić. Żyj tak jak Tobie odpowiada. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że podejście "weź pomóż" było mi bliskie przez wiele lat. Wiele razy zamiast zadać sobie pytanie "a co to mi da?" zadawałem sobie pytanie "jak rozwiązać ten problem"...co oprócz miłej świadomości bycia pomocnym i rozwiązania kolejnej rzeczy, odciągało mnie od tego, na czym powinienem się skoncentrować. Czasem spontaniczna pomoc potrafiła dać o sobie znać później - pozytywnie (gdzie cieszyłem się, że się tym zająłem), ale też były sytuacje negatywne (gdzie zdałem sobie sprawę, że straciłem czas i energię, a "dziękuję" / świadomość kolejnej zrobionej rzeczy nie jest dobrą zapłatą). Musisz zachować równowagę pomiędzy tym, czego Ty potrzebujesz, a czego potrzebują/wymagają/oczekują od Ciebie inni. 4. piszesz tak jakby to były rzeczy o charakterze negatywnym. odpowiedź brzmi: to zależy - od Twojego zaangażowania w danej sprawie. od tego jaka jest Twoja sytuacja. Od tego ile lat siedzisz w swojej dziedzinie. Ja widzę to na plus, ale taki z uwagą, którą Brat Imbryk napisał: Mam wrażenie, że po prostu masz niespożytkowaną energię - i widzisz swój potencjał użycia jej w pracy. Nie można tego oceniać w kategoriach dobra/zła. Entuzjazm i pasja może pomóc w rozwiązaniu spraw, nad którymi typowe "znudzone pracą" podejście nie zafunkcjonuje. Wiadomo, że jeśli zamiast na rodzinie będziesz koncentrował się na robocie, brał nadgodziny, poświęcał się...to prędzej czy później wykorzystasz swoje zapasy energii, pasji i dojdziesz do ściany (lub depresji). Jeśli pójdziesz w kierunku "pracuję tyle ile trzeba później spadam" (emocjonalne odcięcie się od roboty) to możesz w przyszłości chcieć zapełnić tą pustkę i znajdziesz sobie hobby, które Cię wciągnie. Wiesz, czasem to lepsze niż bycie zbyt ambitnym w pracy, w której CIę nie docenią, lub też będą robić problemy bo zawyżasz statystyki. Myślę, że ten sposób podejścia jest zdecydowanie godny uwagi. Jeśli masz pasję to taki przepis jak nie dojść do ściany tylko patrzeć perspektywicznie. Daje kopa do przodu (masz wiele różnych rzeczy, np. jednego dnia zrobisz coś bardziej rozwojowego, innego produktywnie) - a nie tylko jedna rzecz (monotonność). Umysł lubi różnorodność i zmiany. Świadomość, że posuwasz się do przodu (rozwój, produktywność), nie czujesz się wykorzystywany (rozwój, kasa, przyjemność) sprawia, że twój "pracowy" silnik ma mniejsze szanse na zatarcie. Oczywiście podstawą jest zdrowie. Entuzjazm i zapał do pracy to domena sytuacji, w której masz energię i czujesz się zdrowym. To na to w pierwszej kolejności powinieneś zwracać uwagę. Jeśli łapiesz się na pracoholiźmie to może warto zadać sobie pytanie "jakie braki sobie kompensuję ucieczką w pracę? przed czym uciekam? czego szukam?"
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.