Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

Recommended Posts

Dzień dobry. Po chwili namysłu postanowiłem zamieścić tu oto pierwszy rozdział mej nie wydanej powieści.... Tekst ma już trzy lata ale jest - tak myślę. ponadczasowy.... Jeżeli znajdzie się choć jedna osoba, której się spodoba to zamieszczę rozdział drugi. Jeżeli więcej? Mmmmm.... może sprzedam auto, wezmę kredyt i się wydam własnym sumptem? Krytykę przyjmę z pokorą. 

 

    Rozdział I.       Dzisiaj wszyscy postawili na Włochów!

 

Pan Ekspert obserwował młodego mężczyznę, który najwidoczniej miał zamiar popełnić samobójstwo.

Mężczyzna znajdował się pomiędzy jezdniami, szerokiej śródmiejskiej alei i motał się zapalczywie w swym szaleństwie. Wykrzykując niezrozumiałe kwestie i wykonując dziwne ruchy, ukazujące pełnie swego obłędu!

- Mnie to się nigdy nie przytrafi! Ja nigdy nie zagram „za wszystko”! – Zapewniał Ekspert sam siebie.

A że przyglądał się szaleńcowi z wysokiego na piętro barowego tarasu to wydawało mu się, że góruje nad nim nie tylko emocjami, lecz także i rozumem. W jego mniemaniu ów tamten był zwykłym chciwym głupcem, który chce mieć to wszystko tu i teraz, nie bacząc na okoliczności i swój potencjalny wkład pracy.

Ekspert zapewnił siebie raz jeszcze, iż nie obniży swego poziomu i tak nisko nigdy nie upadnie.

Spojrzał z obrzydzeniem i bez wyrazu współczucia na życiowego skazańca… Tamten w dalszym ciągu szukał śmierci w amoku. Jego wykrzywiona w grymasie bólu twarz podobna była do opętanej osoby, szukającej czy to w śmierci, czy w drugim człowieku, pomocy.

Ekspert nie to, że był zupełnie nie czułym człowiekiem, wręcz przeciwnie! To dosyć romantyczny mężczyzna, słusznej postury, którego los obdarzył tak chwilami radości jak i smutku. Nie mógł on jednak udzielić pomocy tamtemu, gdyż w jego mniemaniu należeli oni do zupełnie innego rodzaju ludzkiego. Tamten był przegrany zupełnie a on Pan Ekspert, był najbardziej znanym bywalcem salonów bukmacherskich w całej okolicy! A że odnosił małe sukcesiki i trafnie podpowiadał wyniki meczów piłkarskich. To i szacunkiem cieszył się w miarę względnym, pośród swego środowiska. Co napełniało go złą dumą i stawiało ponad wszystkimi innymi. A na pewno nie pozwalało zniżyć się do poziomu tamtego szaleńca!

 

Pan Ekspert mylił się jednak okrutnie. Pomiędzy nim a tamtym wykolejeńcem nie było żadnej różnicy jakości. Owszem ilości tak, ale nie jakości! Obydwaj, byli hazardzistami i obydwaj zmierzali do piekła bram. Z tą różnicą, że tamten pośrodku drogi już tam był jedną nogą a Pan Ekspert szedł jeszcze spokojnym spacerkiem szerokim duktem pośród szemrzących zdrojów – tych małych pieniężnych wygranych, które uśpiły jego czujność, stępiły wzrok i słuch. Bo jak wytłumaczyć, iż ten w miarę rozgarnięty i rozumny facet, nie słyszy diabelskich chórów, trąb grających na czarną nutę otchłani… Pan Ekspert był święcie przekonany, że panuje nad swym żywotem, choć fakty mówiły; co innego.

 

Kilka godzin wcześniej w obszernym salonie firmy bukmacherskiej, Pan Ekspert właśnie obserwował tego młodego mężczyznę, jak ten stawiał olbrzymie pieniądze „na pewniaka”.

Bardzo dobrze ubrany młodzieniaszek, był wtenczas w zgoła odmiennym humorze. Jego piegowata roześmiana twarz i pewny młodzieńczy głos, odzwierciedlały pełnego życia mężczyznę, który ma świat u swych stóp i dysponuje dużą ilością gotówki, którą zwiększy poprzez postawienie na zwycięstwo reprezentacji Włoch w finałach piłkarskich mistrzostw świata!

-   Wiadomo to Włosi! Wielokrotni mistrzowie! Nie jest możliwe by odpadli we wstępnej fazie turnieju! W dodatku grają z jakimiś cieniasami… z nie wiadomo skąd! Wygrają na pewno!” – Przekonywał znajdujących się w salonie bukmachera klientów.

Zwykli to byli mężczyźni, dziś pomiędzy nimi była również kobieta. Nawet śliczna blondynka przed trzydziestką z miłym uśmiechem na twarzy. Podobno miała chłopaka w Barcelonie i tam chodziła na piłkarskie mecze, których wyniki trafnie przewidywała, niestety Katalonka – tak ją nazwał kiedyś jeden pisarz – grała dość ostro i pomimo wygranych notowała też bolesne wpadki, co nie pozwalało jej zająć godnego miejsca w tej opanowanej przez mężczyzn dziedzinie.

Młody mężczyzna, zanim postawił swe pieniądze, mówił tak żarliwie, że można było odnieść wrażenie, iż usiłuje przekonać nie tylko słuchaczy, ale i siebie. Widać miał do tego dar.

Wszyscy obecni hazardziści jak jeden mąż; zgodzili się z jego opinią. Nawet Pan Ekspert, który to w swym zwyczaju, zwykle się z nikim nie zgadzał, wcześniej przeanalizował sytuację i również nie wydawało mu się, aby grający w pełnym składzie ze wszystkimi „zdrowymi wielkimi gwiazdami” Włosi mogli przegrać! A mecz ten musieli wygrać, by wyjść z grupy i tym samym awansować do następnej fazy turnieju.

Tylko Katalonka - jedyna w tym towarzystwie kobitka kręciła noskiem i wyjaśniała:

Że jej kobiece oko nie dostrzega we Włoskiej drużynie ducha zwycięstwa, którym to dysponowali ostatnio, kiedy byli najlepsi i że obecni Włosi raczej przypominają „rozkapryszone panienki”, niż herosów z Rzymskiego Colloseum… w tych to była zakochana do szaleństwa! A ci zniewieściali, nie dość, że jej się nie podobali to dodatkowo nie wzbudzali zaufania… Ale biorąc pod uwagę, kogo dziś mają za przeciwnika to i tak wygrają na pewno!

-   Mistrzostwa Włosi nie zdobędą, ale z grupy wyjdą! – Dodała.

-   „W następnej rundzie wpadają na Brazylię! A z Brazylią nie będą mieli żadnych szans! Już mam pewniaka na następną rundę!” – Przemówił siedzący przy stoliku obok Eksperta jego starszy o dwadzieścia lat kolega - Wąsaty.

-   Włosi są drużyną turniejową, rozkręcają się z meczu na mecz. Brazylia będzie miała z nimi ciężko! - Nie zgodził się Ekspert.

To stwierdzenie tylko utwierdziło młodego człowieka w powziętej wcześniej decyzji. Upewniwszy się, co do swojego postanowienia, włożył właśnie gotówkę do kasy!

Z zadowoleniem odebrał kupon potwierdzający zawarcie zakładu! Cieszył się bardzo, iż wzrósł kurs na Włochów! – Wygrana będzie większa! Jutro odbierze niemalże drugie tyle, co dziś wpłacił!

Nie mógł zresztą zrobić niczego innego, skoro dwóch najbardziej wytrawnych graczy z punktu, spiera się o to jak Włosi wypadną z Brazylią w następnej rundzie.

 

Teraz już jest po wszystkim! Włosi nieoczekiwanie zremisowali mecz, który powinni wygrać a młodzieniec stracił pieniądze ze sprzedaży domku po swych przodkach.

Pan Ekspert już nie śledził dalszych jego poczynań i udał się do środka baru, gdyż ujrzał nadchodzącego typa, którego nienawidził serdecznie…

-   Widziałeś jak cieszą się Afrykańczycy z awansu? – Zapytał już we wnętrzu Wąsaty.

-   Tak, oni się potrafią cieszyć… Don Pedro tu idzie. – Ekspert poinformował i usiadł tak by nikt przy nim nie mógł zasiąść.

-   Don Pedro wypije jedno piwko i sobie pójdzie, my obejrzymy sobie następny mecz, szkoda, że Włosi zawalili wszystkie kupony. – Wąsaty był nie pocieszony faktem, że następne spotkanie będzie oglądane bez emocji.

Ekspert obserwował jak Don Pedro zamawia piwo przy barze… I tu jego niechęć do to tego typa się znacznie zwiększyła! Bowiem Don Pedro kupił ciemne zagraniczne a nie miejscowe jasne… zagryzł tylko zęby i czekał na rozwój wypadków.

-   Don Pedro to pedał. – Dało się gdzieś usłyszeć.

-   Nie, to swój chłop, artysta, książki piszę. – Bronił znajdującego się jeszcze przy barze faceta Wąsaty.

Ekspert nic się nie odezwał, nie miał zamiaru nikogo bronić, szczególnie jego. Ale też nie mógł potwierdzić oskarżeń, gdyż znał Don Pedra bardzo dobrze a znienawidził go jednej nocy, kiedy to jego własna małżonka przez sen wymówiła imię tego „gościa”!

Wcześniej przez niemalże dwadzieścia lat byli sąsiadami i dobrymi kolegami. Ich drogi się rozeszły, kiedy Ekspert wziął ślub z miłością swego życia w najlepszym okresie swego życia!

Ekspert miał wtenczas nieźle prosperujący interes – sklep z modnymi ciuchami w centrum i nie miał problemu z zakupem dużego mieszkania w sąsiedniej, lepszej dzielnicy, gdzie tuż po weselu przeprowadził się wraz z kochającą go małżonką.

Idylla nie trwała długo. Po roku żona Eksperta urodziła maleństwo. Radość przemieniła się w smutek, kiedy się okazało, że chłopczyk jest niepełnosprawny.

Ekspert cierpiał bardzo, lecz nie potrafił tego okazywać i całymi dniami siedział w swym sklepie. Don Pedro przychodził wtenczas do niego i razem popijali sobie małe, co nieco, które łagodziło ból.

Któregoś dnia Don Pedro przyniósł gazetkę z bukmachera i kilka piw. Ruch w handlu był wtenczas malutki, więc bez przeszkód obstawili swe typy. I stała się rzecz straszna! Oni oboje wtenczas wygrali!

Nie były to znaczne pieniądze, ale dawały one szczęście i radość… Tym sposobem pogrążyli się w nałogu, wiedząc teraz, iż w to można wygrać przestaje się liczyć porażki, które jak czarny ocean otaczają nieliczne wysepki wygranej.

Teraz właśnie Don Pedro podchodził do stolika, przy którym Wąsaty, Ekspert i Zajączek siedzieli od kilku godzin…

-   Można się przysiąść? – Zapytał Don Pedro.

-   Siadaj. – Odpowiedział Wąsaty, który lubił również i jego.

-   Policja zgarnęła z drogi jakiegoś łebka… jak ten się rzucił pod radiowóz. – Don Pedro przyniósł nowinę.

-   Postawił na Włochów mnóstwo forsy. – Mimowolnie wyjaśnił Pan Ekspert.

-   Dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent graczy na świecie postawiło dziś na Włochów. – Don Pedro powiedział to z uśmiechem na ustach i by już nie denerwować towarzystwa dodał cicho: - Ja też.

-   Za tydzień w środę jedziemy na jeden dzień w góry. – Wyskoczył nieoczekiwanie znajdujący się jeszcze przy stoliku Zajączek.

-   Kto jedzie? – Zapytał Pan Ekspert i już miał swoim zwyczajem skrytykować ten pomysł, kiedy Don Pedro się odezwał:

-   Ja nie jadę, za tydzień są mecze…

-   Za tydzień w środę nie ma żadnych meczy, a postawić kupon można i w górskim kurorcie, prawda Zajączek? – Pan Ekspert był zadowolony z faktu, że przyłapał mądralę na ewidentnej niewiedzy.

-   Prawda. – Odezwał się Zajączek i od razu dodał: - A ja bym chciał, byśmy wszyscy razem tam pojechali!

Po propozycji Zajączka zapanowała cisza. Zajączek był fajnym ogólnie lubianym gościem. Niestety był doświadczony przykro przez los. - Lekkim kaleką.

Porażenie mózgu, jakie przeszedł w dzieciństwie nie pozwalało mu funkcjonować na równi z innymi, lecz nie przeszkadzało zupełnie w przebywaniu z nimi w barach, czy salonach bukmacherskich, gdzie Zajączek nawet nieźle sobie radził. Nie wygrywał, ale też nie stawiał dużych pieniędzy. Miał odłożony comiesięczny budżet i traktował ten hazardzik jako dobrą zabawę. A za zabawę jak wiadomo; należy płacić!

Pośród tej krótkiej ciszy; Ekspert czekał na to, co powie Don Pedro, by się oczywiście z nim nie zgodzić, Don Pedro jednak nie mówił nic, tylko Wąsaty wyjaśnił, iż nigdzie nie jedzie, bo tu mu dobrze i już!

Na to po zastanowieniu jednak głos zabrał Don Pedro i zaproponował, że można jechać w cztery osoby i tanio to wyjdzie gdyż; Ekspert pojedzie z synem a ten ma wszelakie zniżki i Ekspert nie wyda dużo forsy, bo on w końcu jako rodzic i opiekun też ma ustawowe zniżki na transport i nie tylko!

-   Młodego, Stara nie da mi pod opiekę… - Zaczął Ekspert.

-   Ja jej wytłumaczę, że to korzystne i już! Przecież ruchowo to on jest całkiem sprawny. A zresztą na górę wyjedziemy wyciągiem, tylko zejdziemy pieszo.- Don Pedro przedstawił sprawę a Ekspert tylko zgrzytał zębami na myśl, że ten typ będzie rozmawiał z jego żoną!

-   Ja też przecież mam zniżki jako osoba niepełnosprawna. – Odezwał się Zajączek.

-   Tak wiem! Ja pojadę jako twój opiekun… jeżeli się zgadzasz?- Don Pedro.

-   Zgadzam się! – Zajączek był bardzo zadowolony.

-   No to jesteśmy umówieni! Ja zmykam. – Don Pedro szybko wypił swe piwo i zanim się zaczął mecz na wielkim barowym ekranie, wyszedł z lokalu i podążył piechotą do swego mieszkania.

-   On mieszka przecież koło Ciebie. – Wąsaty zaczepił zafrapowanego Eksperta.

-   Dalej… kiedyś mieszkaliśmy w jednej kamienicy, ja teraz mieszkam tu bliżej. – Ekspert odpowiedział mimo woli i zaczął liczyć drobne pieniądze… brakowało mu na piwo.

 

Don Pedro w tym czasie szedł już szybkim krokiem w kierunku swego miejsca zamieszkania, do przejścia miał około czterech kilometrów. Mógł jechać autobusem, miał w końcu na bilet, ale tak się przyzwyczaił do tych spacerów, że po prostu inaczej już nie potrafił i twierdził jeszcze, że dzięki nim jest zdrów i szczęśliwy!

Istotnie przejście piechotą około ośmiu kilometrów dziennie sprawiało, że mężczyzna ten zachowywał zdrowy wygląd i nawet nie posiadał widocznego „brzuszka” tak charakterystycznego dla „gości” w jego wieku. Ekspert postępował podobnie, ale ten miał do przejścia o kilometr w jedną stronę mniej i że znacznie więcej pił piwa, niż Don Pedro to i „brzusio” mu urósł malutki.

Ekspert nie lubił też Don Pedra z tego oczywistego spacerowego powodu… nie mógł przeboleć, że ktoś łazi sobie tak samo jak on! – Tą samą drogą do domu.

Ekspert nienawidził swego dawnego przyjaciela, ale jeszcze bardziej nienawidził jego brata – Długiego! Na widok, którego, wchodzącego do lokalu powstał z miejsca i czym prędzej wyszedł… tylnymi drzwiami.

Tam na zapleczu nieoczekiwanie się do niego uśmiechnęło szczęście! Znalazł prawie całą paczkę papierosów, do której był włożony banknot! O wystarczającym nominale by wrócić do baru i postawić kolejkę!

Zanim jednak tam wszedł z powrotem to obszedł cały budynek, by z gracją zapalić papieroska na wysokim tarasie. Wiadomo po wprowadzeniu durnych przepisów, palenie jest w lokalach zakazane.

I kiedy już delektował się zabójczym dymkiem w miłym towarzystwie to dołączył do niego Wąsaty i mu oznajmił, iż Długi przysiadł się do stolika i wszystkim postawił po piwie, jemu też.

Ekspertowi chwilowo widocznie przeszła ta nienawiść i bez przeszkód po papierosku, zasiadł koło Długiego spędzając tam całe dwie godziny. Oglądając wieczorny mecz i pijąc jeszcze jedne piwo na jego koszt. Zadowolenie Eksperta potęgował fakt, iż Długi również dziś postawił w poprzednim meczu na Włochów… a o tym, że Włosi zarąbali jemu wszystkie kupony, to już sam nie pamiętał. Wszak jutro też są mecze i on posiada kilka groszy… postawi jutro. Dziś nie wie jeszcze jak będzie typował? Jutro będzie wiedział, na pewno! Piwo zaszumiało w głowie Eksperta do tego stopnia, że ten przypomniał sobie to, że jutro też jest losowanie Totolotka i pomimo, iż nie ma kumulacji to i tak sporo można wygrać!

 On posiadał kilka znaleźnych groszy, więc teraz nienawiść do Długiego i jego Brata zastąpiona w nim została przez wizję stania się zamożnym człowiekiem – wystarczy wszak przecież wysłać tylko kupon!

-   Dzisiaj wszyscy postawili na Włochów! – Zagadał Długi, Eksperta. Kiedy razem piechotą szli do swych mieszkań.

-   Jutro grają nasi. Ciekawe, czy zdobędą, chociaż bramkę? -  Ekspert rzucił na odczepne i znów zapalił papieroska.

-   Oni wygrają ten mecz. – Powiedział cicho Długi i już do samego bloku, w którym mieszkał Ekspert nic do siebie nie mówili.

Po pożegnaniu się z Długim, Ekspert jednak nie udał się do siebie na górę a tylko przystanął przed wejściem, by w spokoju móc zapalić jeszcze jednego papierosa, dziś już ostatniego. W swym mieszkaniu nie odważyłby się tego zrobić. Jego żona na pewno na sam zapach dymu z papierosa rozpętałaby dziką awanturę! Co prawda było już po północy i prawdopodobnie już spała, lecz Ekspert wolał nie ryzykować i stojąc tak po zmroku na dworku spoglądał w gwiazdy, tak ślicznie wyglądające na tym późnoczerwcowym niebie, że rozmarzył się nam „chłopina” nie na żarty i zapalił znów! Tym razem to był już pierwszy papieros w nowym dniu!

-   To już dziś, grają nasze patałachy. – Ekspert powiedział do siebie i postanowił postawić na macierzystą reprezentacje, prawie wszystkie znaleźne pieniądze, bo za te prawie to wyśle kupon totolotka… tam wygra przecież okrągły milion!

 

Na macierzystą reprezentacje naszych bohaterów był nawet niezły kurs. Nie byli oni faworytem tego meczu i można było potroić włożoną sumę w wypadku ich zwycięstwa.

Stało się to na skutek tego, że „Nasza reprezentacja” przegrała dwa poprzednie mecze na tych mistrzostwach i jako pierwsza w sumie odpadła już z turnieju. Ten dzisiejszy mecz to tak naprawdę pożegnanie z Mundialem.

Przeciwnikiem jest drużyna, która już awansowała i teraz wystąpi prawdopodobnie rezerwowym składem, tak ażeby oszczędzać swe siły na lepszych przeciwników.

Jest szansa na to, że nasi, strzelą honorowego gola w tych mistrzostwach.

Pan Ekspert zgasił kiepa i z czystego snobizmu zamiast wyjechać windą na piętro to on podążył na nogach, zmęczył się tym trochę, lecz w duszy był szczęśliwy; dziś jest jego dzień! Postawi na swoich i potroi kasę a co więcej dziś wieczorem zakończą się jego finansowe męki, bo nie jest możliwe by ktoś inny mógł wygrać milion w totolotka.

 

I tu uprzedzę fakty – Pan Ekspert się nie mylił. Nikt inny nie sięgnął tego dnia po ten milion! A że on również, to już jest inna kwestia, która go o dziwo wcale nie zmartwiła! Ponieważ w następnym losowaniu będzie już tak zwana kumulacja i do wygrania o kilka milionów więcej! A że to jest więcej! To znacznie lepiej niż by było mniej! Pan Ekspert ma na kupon, więc się cieszy z tego, że następnym razem wygra więcej niż zakładał.

 

Ekspert w swym nawet dużym mieszkaniu zajmuje pokój tuż przy drzwiach wejściowych. Szybko przemyka do niego i nasłuchuje… W mieszkaniu wszyscy śpią; jego żona samotnie w swym pokoju a z synem w innym śpi jego babcia, która zwykle nim się opiekuje. Ekspert się rozbiera i stwierdza z radością, że w kieszeni ma puszkę piwa!

-   Tak, to Długi po drodze przecież kupił.

Wypija pierwsze dziś piwo w ciemności i tylko ma problem z tym, że musi się udać do toalety – niestety musi przejść koło pokoju żony. Ta na szczęście śpi. Tak mu się wydaje i kiedy wraca do swego pokoju; to otwiera szeroko okno i zapala papierosa. Kiedy kończy palić to pluje na jarzącego się kiepa! – Jest w końcu kulturalnym gościem i zapalonego przez okno wyrzucał nie będzie! Ekspert dziś zasypia szczęśliwy. W końcu odniósł sukces. Znalazł papierosy, kilka groszy i się napił piwa czyimś kosztem. – Te dwa pierwsze w barze postawił mu Wąsaty i Zajączek. A że „uwalił” kupon na Włochach? To nie ważne. W końcu wszyscy się na nich przejechali.

Martwiło go to jednak, że ze wszystkich swoich typów tylko w tym jednym przypadku się pomylił, gdyby nie dał tego meczu na kuponie to jutro by odbierał ponad stukrotność wkładu! Co prawda nikłego, ale zawsze jednak!

 

 

PS. WSZELAKIE PRAWA AUTORSKIE NALEŻĄ DO MNIE! Acha.... Na forum jestem nieczęsto. Wszelakie odpowiedzi z mej strony najwcześniej we wtorek.

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cześć, podjąłem się przeczytania kilku akapitów (zaznaczam, że daleeeeeeko mi do korektora ale coś tam piszę),takie oto rzeczy od razu rzucają się w oczy:

 

-zaczynasz od "Pan Ekspert" - nikt nie wie, kim jest pan Ekspert i trochę czasu minie, zanim go przedstawisz. Dlatego lepiej opisać go bezimiennie, zaciekawić jego osobą czytelnika, a przy dokładniejszym opisie dopiero wyjawić jego ksywkę.
-"...motał się zapalczywie w swym szaleństwie." motał się - nie do końca wiadomo co to znaczy w tym kontekście, chciałeś pewnie przekazać, że cżłowiek ów jest rozdarty między swoim zamiarem a niechęcią wobec umierania? Można to napisać tak: "chwiał się na skraju krawężnika, jakby z powziętą przez niego decyzją walczyła jakaś pierwotna wola życia.". Zapalczywość - kompletnie nie pasuje w tym kontekście (zapalczywy  «łatwo unoszący się gniewem», sjp). Szaleństwo również brzmi dziwnie, jeżeli dla obserwatora ów osobnik stoi i się kiwa, może lepiej "w swym szaleńczym zamiarze"? Tu powinien nastąpić przecinek, bowiem:

-"Wykrzykując niezrozumiałe kwestie i wykonując dziwne ruchy, ukazujące pełnie swego obłędu!" nie może wystąpić jako osobne zdanie. Ponownie, słowo obłęd średnio pasuje w danej sytuacji, jest dosyć ekstremalne jak na okoliczności. Gdybyś opisał, że człowiek ten toczy pianę z ust, wywraca oczami, atakuje pieszych albo obnaża się przed kierowcami, pasowałoby bardziej. Zakończenie wykrzyknikiem wygląda jak osobiste zaszokowanie narratora - który jak na razie z 3 osoby opisuje głównego bohatera, Eksperta. Takie chwyty byłyby bardziej na miejscu, gdybyś pisał z 1 osoby jako sam Ekspert.

-poniżej, wypowiedzi Eksperta kończą wykrzykniki, co trochę przeczy jego opanowaniu i kontrolowanym emocjom.

-"wysokiego na piętro" -> położonego na piętrze

-całe to zdanie "A że..." jest poplątane, stoi na piętrze, więc wydaje mu się, że góruje nad samobójcą nie tylko emocjami ale i rozumem? Chyba, że nadchodzi powódź.

-"ów tamten" masło maślane

-"...który chce mieć to wszystko tu i teraz, nie bacząc na okoliczności i swój potencjalny wkład pracy." co wszystko chce mieć samobójca, okoliczności w związku z czym? (potencjalny wkład pracy - niby wiadomo o co chodzi, ale brzmi dziwnie)  Ty wiesz o co chodzi i piszesz jakby sam dla siebie, a musisz pisać dla widza, który nie ma przed oczami tego baru, miasta, pogody.

-kolejne zdanie "obniży", parę słów dalej "nisko". Unikamy takich powtórzeń.

 

Poprzestanę w tym miejscu, nie musisz ufać laikowi, ale mnie sporo rzeczy bije po oczach. Niestety język pisany od mówionego odróżnia żelazna logika (choć ta w wypowiedzi ustnej też jest mile widziana). Czyli każde słowo musi pasować do reszty jak w oryginalnym zestawie klocków lego, w związku z tym (o ile naszej opowieści nie stylizujemy na np. historyczną) unikamy dziwnych, przepoetyzowanych sformułowań, zwłaszcza, jeśli mówimy o realiach "zza okna". Co wcale nie wyklucza bogactwa językowego. Wbrew pozorom dobre pisarstwo wcale nie jest kombinowaniem, jest naturalne, tak by czytelnik to pochłaniał, a nie co rusz potykał się o jakiś zawijas. Ty postawiłeś sobie wysoko poprzeczkę i stąd te dziwne zabiegi. 

Z plusów: domyślam się, że sam zahaczyłeś o bukmacherkę? To świetny pomysł, zapoznawać ludzi ze swoim małym światem, który zna niewielu, przedstawić jego różne niuanse w ciekawy sposób. To co bym polecił (poza czytaniem książek, które wygładzą twój język) to po prostu założenie bloga, na którym spełnisz się literacko, zbierzesz krytykę, zapoznasz ludzi z jakąś tematyką. Dorobiłbym do twojej opowieści jakąś pół-legalną otoczkę, obiecał czytelnikowi zejście "pod powierzchnię", obnażenie kulis, postawił to zagadnienie obok bardziej kontrowersyjnych np. kupowane mecze itp.

A, no i oczywiście NIE MA TEKSTÓW, KTÓRE WYRZUCA SIĘ DO ŚMIECI. Na gotowym "półprodukcie" o wiele łatwiej jest pracować, jak nabierzesz do niego dystansu to sam zaczniesz zauważać swoje błędy i je poprawiać, na takim materiale możesz jeszcze długo pracować, aż zadziwią cię efekty i różnice między "przed" a "po".

Dodam jeszcze, że pisarstwo w Polsce to hobby, wyciągnięcie z tego jakichkolwiek pieniędzy to prawdziwy wyczyn. Wydawnictwa inwestują w sprawdzonych pisarzy, celebrytów i pociotków. Blog i media społecznościowe, wykreowanie własnego wizerunku to pewniejsza droga.

  • Like 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By Ksanti
      Zainspirowany wątkiem @Zły_Człowiek na temat IT postanowiłem stworzyć temat alternatywny. Słowem wstępu o mojej sytuacji dla szerszego kontekstu. Nie ukrywam, że sam jestem na etapie poszukiwań entry level job w IT. Ogólnie mam na koncie swoje mini traumy związane z pracą czy jej poszukiwaniami. Przykładowo nabyłem awersji do dzwonienia przez doświadczenia z call center. Tak samo powiedziałam sobie, że nigdy więcej praca związana ze sprzedażą czy "doradztwem" (tym bardziej na telefon). Co do IT do tej pory byłem na dwóch rozmowach kwalifikacyjnych. Na jednej zrobili chamski i niezapowiedziany grupowy assesment centre. Byłem jedną z najmniej wygadanych osób na ok. kilkanaście w pomieszczeniu. Co trochę wywierało na mnie presję i sprawiało, że czułem się kijowo i jako gorszy kandydat. Mimo, że miałem większą wiedzę od co najmniej połowy zgromadzonych. Na rozmowie z drugiej firmy się wyłożyłem na zagadnieniach front endowych. Mało co było pytań odnośnie tego co wpisałem w CV i miałem wiedzę. Stąd w zasadzie stało się to co nieuniknione i na sporo pytań nie wiedziałem co odpowiedzieć. Nie były to jakieś trudne rzeczy ale też były pytania z dupy na których kompletnie się zawiesiłem. Z częścią miałem styczność ale zapomniałem nazwy albo nie skojarzyłem od razu o co chodzi. Podszedłem do tego na luzie z racji wyjazdu bo i tak byłem nastawiony na nie. Jednak poprosiłem o feedback za ten tydzień aby mieć jasność czy mogę wyjechać czy nie. Dobrze, że zamówiłem bilety wbrew temu bo feedbacku i tak się nie doczekałem mimo, ze o to poprosiłem po rozmowie. Jednak po tej całej rozmowie przez 2 dni czułem się zgnojony. Z mowy ciała rekruterów odebrałem ich zażenowanie coś na zasadzie "że jak ja mogę takich rzeczy nie wiedzieć". To tak jak na klasówce w szkole. Możesz być gościem, który na ostatnią chwilę się uczył tylko jednego zagadnienia byleby zdać na 2. Okazuje się, że wszystkie pytania były tylko z tego zagadnień, więc dostał 5. Możesz też być tym drugim który ogarniał cały materiał, ale nie wiedział tych rzeczy z jednego zagadnienia i nie zdaje. W dodatku nauczycielka krzywo popatrzy z pogardą a szansa na poprawę (znaczy inne rekrutacje) są raz na ruski rok. Mniej więcej tak to widzę. Trochę się wkur.. bo byłem dobrze przygotowany z tego co wpisałem w CV i kurła tak do każdej rozmowy się przygotowywać 2 dni a tu pytania są inne i wysiłek oraz nerwy psu w dupę. A emocji i nerwów nie da się wyłączyć. 
      Teraz w trakcie roku akademickiego mogę mieć problemy z pełnym etatem a rzadko widywałem ogłoszenia na część. Nawiasem mówiąc na zachodzie rynek pracy dla juniorów jest taki sam.
      Oczywiście będę walczył dalej jak wrócę do Polski od września. Nie mogę się poddać bo zbyt wiele poświęciłem aby teraz odpuścić.
      Nie mniej jednak...
       
      Druga część tego postu zainspirowana przez wpis @Carl93m
      Co do opłacalności w innych branżach może być podobnie trudno...
       
      Kiełkują się różne myśli co gdyby się nie udało. Albo, że nie jest to praca na całe życie. Bo dla większości po 40-stce jak mają już stopień seniora IT, wypala z tego co mi wiadomo. Potem łapią się różnych zawodów czy przechodzą na programistyczną emeryturę prowadząc kursy programowania. Tak jak wspomniałem na razie nie myślę aby iść inną ścieżką aczkolwiek nie będąc naiwnym wiem, że praca w IT to nie jest dobra perspektywa na całe życie. Nie wierzę w te bajki, że praca to powinna być tylko dla pasjonatów, bo tak to by prawie nikt nie pracował. Zależy mi na stabilnym zawodzie i odłożeniu pieniędzy na jakąś inwestycje czy biznes na boku. A jak coś nie wyjdzie to zawsze mam tą pracę, no wiadomo o co chodzi... Długo analizowałem sytuacje rynkową w Polsce jak i lokalnie i nie widzę lepszych alternatyw dla mnie od IT. Do pracy fizycznej się nie nadaje chociażby z tego względu, że nie mam postury chłopa, psychiki bezwzględnie odpornej na Januszostwo czy końskiego zdrowia. Do prac społecznych gdzie ważny jest kontakt z ludźmi podobnie. 
       
      Myślę, że temat będzie przydatny nie tylko dla mnie.
       
      Upraszczając pytanie - w jaki zawód warto iść (alternatywa na przyszłość lub w razie w) aby:
      - zarobki były przyzwoite (starcza na życie i "dobra konsumpcyjne" - np. te minimum 6000 zł netto (w PL))
      - nie wymagał krzepy i wytrzymałości
      - nie narażał ucięciem np. ręki
      - ani poważnym uszkodzeniem zdrowia
      - nie był stresogenny i społeczny (np. nie handlowiec, nie call center, doradca, sprzedawca w galerii handlowej, kasjer itp.)
      - nie wymagał 2-3 lat na wejście w branżę
       
      Takie przykładowe zawody jakie mi przychodzą na szybko do głowy to:
      - magazynier/ operator wózka widłowego (za granicą - zarobki/ warunki pracy)
      - analityk seo/e-commerce
      - rzeźbiarz artysta (drewno)
      - analityk danych
      - jakieś wprowadzanie danych do systemu
      - ogrodnik (za granicą - zarobki/ warunki pracy)
       
      Jednak przyznam szczerze, że mam zerowe pojęcie o realiach wyżej wymienionych zawodów.
       
       
      Pozdro
    • By Ksanti
      Dzisiaj rzucę tematem do przemyślenia. Mianowicie od jakiegoś czasu się zastanawiam nad sensem emerytury wypłacanej przez ZUS. Zakładając brak potomstwa i wsparcia rodziny.
       
      Pytanie z natury ekonomicznej a wręcz hazardowej.
      Co się bardziej opłaca?
       
      a) umowa o pracę i normalne odprowadzanie składek
      - wariant z zarobkami do 4000zł
      - wariant z zarobkami 10k zł i więcej
      b) umowa B2B i odprowadzanie dużych składek
      c) B2B minimalne składki
      d) też B2B ale zamiast płacić to "hajs do skarpety" i zerowa emerytura
      e) inne
       
      Zadaje takie pytanie z racji tego, iż system emerytalny za te 40 lat może zostać zniesiony. Albo dostanie się świadczenia i tak śmiesznie niskie względem tego co się wpłacało. Z drugiej strony ekonomiści mówią, że Ukraińcy ratują system emerytalny.
       
      W przypadku płacenia trzeba mieć 25 lat stażu i 65 lat aby uzyskać minimalną emeryture przy niskich składkach. Wykształcenie wyższe daje 8 lat stażu pracy. Minimalna emerytura to obecnie chyba jakieś 1000zł miesięcznie. Czyli wystarczy jedynie jako dodatkowe zabezpieczenie typu drobne na leki. Reszta stawek adekwatnie więcej do tego ile się wpłaci. Wiadomo, że trzeba wpakować to w to znacznie wiekszą część kasy. Jednak jeśli straci się majątek w jakiś dziwny sposób to państwo teoretycznie zawsze wypłaci tą pensje głodową bo inaczej pod most.
       
      W przypadku braku płacenia hajsu na system emerytalny bardzo dużo zaoszczędzi się pieniędzy. Jednak sam mam jakiś strach przed tym, że miałoby nie być emerytury państwowej. No i na starość trzeba by było postawić na optymistyczny scenariusz wraz z dobrym zdrowiem. Gdzie w razie czego można sobie dorobić brakujący hajs gdyby coś się złego stało. Jest jeszcze kwestia emerytury obywatelskiej ale nie wiadomo czy to kiedykolwiek zostanie wprowdzone.
       
      Zapraszam do dyskusji i proszę mnie poprawić jeśli coś przekręciłem. Jakie są wasze zapatrywania na przyszłość w tej kwestii?
       
       
    • By Szycha2
      Od jakiegoś czasu zauważyłem, że na ekranach w ZTM (autobusach, tramwajach) promowana jest tzw. "Kampania Edukacyjna poświęcona zrównoważonemu rozwojowi biznesu"
      Najważniejszym postulatem ww. akcji jest "Cel 5: Osiągnąć równość płci - wzmocnić pozycje kobiet i dziewcząt".
       
      Oprócz narzekania na to, że kobiety zarabiają o (prawie) 20% mniej od mężczyzn na kierowniczych stanowiskach, są niestety jeszcze inne 'kwiatki' - rzekomo mające świadczyć o dyskryminacji kobiet i tym okropnym patriarchacie, w którym żyjemy  
       
      Linki: http://www.unic.un.org.pl/zrownowazony-rozwoj---cele/cel-5:-osiagnac-rownosc-plci-i-wzmocnic-pozycje-wszystkich-kobiet-i-dziewczat/2944
      http://www.un.org.pl/rownosc-plci-a-cele-zrownowazonego-rozwoju
      http://odpowiedzialnybiznes.pl/artykuly/rola-biznesu-rzecz-rownosci-plci/
       
      Moje pytanie jest następujące :
      "Czy możemy w jakikolwiek sposób walczyć z rozprzestrzenianiem się wśród społeczeństwa tych bzdur ?"
    • By leto
      Jeszcze pół roku temu miałem tak, że za cholerę nie mogłem zasnąć bez kobiety obok w łóżku. Lata przyzwyczajeń z kilku LTR... strasznie mnie to wkurzało bo zdawałem sobie sprawę że to forma takiego przyzwyczajenia, trochę jakby uzależnienie fizyczne. No i z miesiąc-dwa temu, po dłuższym czasie spania większość dni w tygodniu samemu, przeszło, jakoś samo, niezauważalnie. 
       
      Żeby tylko przeszło! Teraz mam odwrotnie - wkurza mnie kobieta obok! Aktualna partnerka młoda, ładna, a przede wszystkim z fantastycznym ciałem, totalnie podniecająca. No ale jakoś ciężko zasnąć z ciałem obcym w łóżku. Poprzytulać się spoko, kobiece ciało (a takie to już w ogóle) zawsze przyjemne, no ale ... ona zasypia a ja się dalej wiercę w wyrze jak idiota hehe.
       
      Też tak macie/mieliście? Jak sobie z tym radzić?
       
      Mam gdzieś w apteczce jeszcze zapas xanaxów, w ostateczności mogę użyć, ale kjuuurwa nie będę przecież ćpał benzodiazepin bo panna w łóżku. No i zagwozdka. Jak żyć
    • By Patton
      Bracia mam taki problem że właściwie już od kilku lat żyję właściwie po to żeby żyć czyli wogóle bez żadnego celu, i przez to czuję że w porównaniu do tego co było kiedyś moje życie jest strasznie puste i nijakie. Jeśli np robię coś co lubię to odczuwam z tego powodu szczęście i radość itd, ale o wiele słabiej niż kiedyś co dodatkowo potęguje to że moje życie jest takie puste. Bo właściwie czasem nie wiem co mam z sobą robić, co mnie czasem lekko irytuje. Więc czy potraficie mi jakoś pomóc i doradzić co z tym zrobić?
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.