Skocz do zawartości
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble

Carl93m

Użytkownik
  • Zawartość

    71
  • Donations

    0,00 zł 
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

35 Świetna

O Carl93m

  • Tytuł
    Kot

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna
  1. Wiadomo nie od dziś, że dawanie dupy i chlanie, jest lepsze niż czytanie. Na cholere się martwić wiedzą, jak można się dymać.
  2. Mądrość głupoty, a głupota mądrości.

    @Smoku wydaje mi się, że też uwielbiasz Zorbę, skoro umiesz go zacytować. Wspaniale To już teraz moja druga ulubiona książka po Starym człowieku i morzu, Hamingway'a.
  3. Jestem w trakcie lektury Greka Zorby, Nikosa Kazantzakisa. Już przed ukończeniem czytania pierwszej setki stron zapaliła mi się w głowie lampka, która przywołała na myśl moje wewnętrzne dysputy o prostocie i "skomplikowaniu", o których można przeczytać w moich postach na forum lub w poprzednim wpisie na blogu. "... pozbyć się swoich metafizycznych niepokojów, uwolnić duszę od próżnego lęku. (...) nawiązać bezpośredni, głęboki kontakt z ludźmi." Cyt. N. Kazantzakis, Grek Zorba, Warszawa 2009, s. 76. Cytat jest słowami bohatera książki, który tak określił swoje cele pobytu w śródziemnomorskiej, kreteńskiej miejscowości. Uderzyło mnie podobieństwo między nim, a mną. On tak jak ja skrobał sobie nieudolnie swoje literackie gryzmoły. Zupełnie jakby moje poprzednie wcielenie A jeśli to prawda i problem się ciągnie... W każdym razie mój cel jest taki sam. Nękają mnie ciągle jakieś żenujące problemiki, który stale irytują i blokują przed normalnym życiem. Brak odwagi bycia sobą jest przyczyną tego stanu. Jestem o tym przekonany. Jedno pytanie rodzi następne, a problem rodzi kolejne pięć problemów i tak dalej. To jak walka z hydrą, której na miejsce ściętej głowy wyrastają coraz to nowe. Piękne odniesienie do antycznej kultury greckiej, dziękuję o starożytni mędrcy. Właśnie a propos mędrców. Im więcej się uczę, im więcej dowiaduję o świecie tym czuję się głupszy i żałośniejszy niż wcześniej. Stale w wiedzy posuwam się do przodu. Wiedza przynosi mi cierpienie, nie mówiąc o moim schorowanym ego, które jak tak kurewsko nienasycone, że boli jak cholera. Czytam jedną książkę, następną i następną... chcę być znawcą historii, filozofii, mam ambicje doskonale orientować się w historii literatury i znać wybitnych autorów, do tego muzyka, sztuka... chciałbym coś pisać, podwyższyć swój poziom angielskiego i nauczyć się francuskiego. Do tego chcę nauczyć się programowania. A potem pojawia się myśl, że zaraz umrę i nie zrealizuję moich planów. A następnie pojawia się kolejna myśl, że jeszcze trzeba się ożenić, mieć dzieci i zarabiać! Trzeba znaleźć źródło dochodu. Osho mówi, że to choroba ego. Wierzę mu i praktykuję ostatnio, przyglądanie się moim myślom, które prowadzą do paradoksów i chorych rozwiązań. Obserwuję te myśli i się śmieję z siebie samego... Musiałbym żyć co najmniej 300 lat, żeby zrealizować moje plany biorąc pod uwagę, że szczególnie inteligentny, ani zdolny nie jestem. Tytułowy bohater udaje się ze swoim szefem na ucztę do miejscowego wójta. "Szef" czyli uczony przybysz z wielkiego świata dostrzega zabobon, prostolinijność i ślepą wiarę prostego człowieka - wójta, który ponoć nigdy nie wyjeżdżał ze swojej miejscowości mimo, że był już w wieku starczym. Następnie "uczuny" zastanawia się jak oświecić ciemnotę. Zorba nakazuje mu, żeby zostawił ich w spokoju. Ci "ciemni" ludzie są przekonani o swojej wielkiej mądrości i wartości. Są pewni, że robią dobrze. Po co im wprowadzać emancypację kobiet, pracę u podstaw i edukację, skoro są szczęśliwi? Pod wpływem tego zastanawiam się czy wiedza, zachodnie obycie, cywilizowanie itd. to nie jest po prostu rak, który toczy organizm ludzi, których ego zostało napompowane do granic możliwości przez ich rodziców, społeczeństwo i otoczenie. Afrykańskie plemiona czy jakiekolwiek inne nie mają dążeń tak zwanych u nas "wyższych" i są szczęśliwi w swojej nieświadomości. U nas społeczeństwo zewsząd mówi: bądź taki, siaki, owaki itd. Jak w piosence Maleńczuka, "Synu...". I ciśniesz na potęgę, robisz pieniądze, lecisz, nakurwiasz masę hajsu, wyciskasz życie do ostatniej kropli. I ciągle mało, mało i mało. Horyzont się oddala i ucieka, a ty gonisz. Zapierdalasz za własnym ogonem. Nie ma odwrotu. Jak już zerwałeś zakazany owoc wiedzy, nie możesz po prostu odciąć się od wszystkiego. Teraz jak wyjadę do jakiejś Tanzanii i tam zamieszkam to i tak nie będę szczęśliwy, bo zawsze będę rozmyślał o tym, co mają inni w kraju, a ja tutaj zmarnowałem życie. Coraz bardziej rozumiem, że karmicznie, albo i nie, ale jestem skazany na nieszczęście. Jestem predystynowany do bycia nieszczęśliwym człowiekiem. Jedynym ratunkiem byłoby uśmiercenie mojego ego, zagłodzenie go, niedostarczanie mu wartości odżywczych, aby padło z wycieńczenia. Tylko, że nie wiem jak to się robi. Może wyjazd w Bieszczady i zaszycie się w lesie na zawsze byłoby dobrym sposobem? Ego pcha świat do przodu, sprawia, że cywilizacje rozkwitają. Sprawia też, że upadasz pod jego ciężarem i nie możesz go dalej nieść. Mój krzyż jest zbyt ciężki, abym mógł go dźwigać.
  4. Każdy chce wygrać życie, tak i ja też. Jestem początkującym podróżnikiem po historii filozofii i dość pobieżnie wchodzę w myśl poszczególnych autorów. Gnębi mnie mnóstwo różnych rzeczy (czego wyraz dałem na forum), ale sprowadza się to wszystko do tego jak wygrać życie, albo co najmniej jak go nie przegrać. Problem ten wypływa chyba z mojego niskiego poczucia wartości w sferze realnego świata pieniędzy, materializmu, związków międzyludzkich i wszystkiego co na zewnątrz. Jednak w sferze wrażliwości, potencjału do nabywania mądrości, słowem - świata wewnętrznego, uważam się za ubermench. Jaka jest prawda ostateczna, jak żyć? Jaką filozofię przyjąć i się nią kierować? Nie wiem. Przekonuje mnie niemal każda z wielkich filozofii tego świata, każda czymś urzeka, każda ma swoje wady i zalety, każda jest... nieprawdziwa. Skoro jest tyle różnych poglądów na dany temat żadnego nie wolno uznać za prawdę. A może tu właśnie wkracza relatywizm wszechrzeczy głoszony przez nurt dekonstrukcyjny? Może każda z filozofii jest prawdziwa i jednocześnie każda jest fałszywa? Może właśnie przedmiot moich rozmyślań jest czymś na kształt "mechaniki" kwantowej? Przecież skoro ruch cząsteczek jest przypadkowy, no to nie ma żadnej mechaniki tylko raczej przypadkowość kwantowa. Czy tak właśnie jest z życiem ludzkim? Dzisiaj zachwyciłem się filozofią Pico della Mirandoli, który mówił o tym, że człowiek nie jest naturalny, że nie ma żadnych atrybutów oprócz swojej wolności i inicjatywy kreatywności. Zwierzęta są czymś, ukształtowane z góry, a człowiek przychodzi na świat z niczym. Sam kreuje siebie i bierze udział w kreowaniu historii. Kompletne zaprzeczenie powiedzenia z Zemsty Fredry, "Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba...". Uwierzyłem Mirandoli na kilka minut. Poszedłem na dwór gdzie rodzinka grillowała. Usiadłem z nimi na chwilę i się zażenowałem... Oni nad niczym się nie zastanawiali, wszystko mieli gdzieś. Beztroska balanga z disco polo w tle, po prostu sielanka. (Nie uważam, że disco polo jest złe, wszystko czemuś służy, ale niektórzy tylko tym żyją. Nie jestem hejterem prostych ludzi). Wróciłem do domu i zdałem sobie sprawę jak bardzo drążenie tematu sensu życia wtrąca mnie w cierpienie. Wiedza jest radością i ulgą w cierpieniu. Wiedza przyczyniła się do wykorzenienia różnych chorób, do poprawienia jakości życia człowieka, do rozwoju technologicznego, do ulżenia w ciężkiej pracy ludzkiej. Zatem dlaczego drenowanie na wskroś filozofii tak bardzo boli? Przyprawia o łzy. Odpowiedź na to pytanie daje Osho w książce Księga ego. Może wszystkie dążenia, nakłaniające człowieka przez jakąś bliżej nieokreśloną siłę zewnętrzną są wytworem ego, które karmione, rozrasta się jak hydra. Ego jest złe. Przez nie nigdy nie zaznamy szczęścia. Osiągniesz marzenia, będziesz dążył do coraz nowych osiągnięć, ale nigdy nie spoczniesz na laurach, nigdy się nie poczujesz zadowolony, horyzont szczęścia będzie się stale oddalał, a ty go będziesz gonić. To syzyfowa praca, walka z wiatrakami. Może właśnie cała filozofia taka jest? Może właśnie ktoś nas tu zrzucił na ziemię z określonym celem, albo brakiem celu? Może celowo ukrył przed nami ostateczną prawdę i bawi się nami jak z kotem za pomocą kłębka nici? Może trzeba odstawić pokusę schwytania kłębka i olać ten krnąbrny byt... Nie ma jednej prawdy. Wszystko jest względne. Zycie jest chaosem czy uporządkowanym, arystotelesowskim ładem? Nie wiem. Jestem na pewno bardziej humanistą niż wyznawcą starych kosmologicznych poglądów na świat. Niedawno jeden z profesorów historii z Poznania powiedział na konferencji: "Jak wszystko jest uporządkowane i każdy zna swoje miejsce, no to jest ład, porządek i spokój". Po tych słowach się zdołowałem. Siedziałem wśród kadry naukowej, ja. Chłopak z fabryki, który ma jeszcze łapy w szpachli. Chłopak, który nie może poszczycić się korzeniami rodzinnymi, który nie zna historii swojej rodziny, bo nie była kultywowana na pewno ze względu na brak żadnych dokonań. Chłopak, który zawiódł poniekąd swoich rodziców. Oni mówili: ucz się, a będziesz chodził w garniturze do pracy i żył długo, lekko i przyjemnie. (Uczyłem się jako tako, po 20. roku życia dopiero dopadł mnie szał nauki). Wiem kto to Platon, znam się na literaturze, kocham kino, uwielbiam i znam historię muzyki, ćwiczę boks tajski, orientuję się w polityce, skończyłem historię, przeczytałem masę książek, interesuję się przestrzenią kosmiczną i genezą powstania wszechświata, próbuję się uczyć programowania, grywam na gitarze... i nadal muszę ponosić ciężar myśli, że oni są lepsi. Że lepszy jest brat jeden z drugim, który kupił sobie samochód za 10 tys., bo pracował w Niemczech... Zawiodłem rodziców, ale nie powiedzieli mi, że mam się uczyć na lekarza, albo architekta. Zostałem wiejskim mędrkiem, którego nawet nikt nie posłucha w moim środowisku, bo jak bąknę coś o Heideggerze, Chopinie, Stalinie, Napoleonie, albo o tym, że wbrew ich woli nie wolno tak po prostu wybić "osadników", imigrantów z Calais to każą mi się pukać w głowę. Jestem po cichu skazywany na ostracyzm w społeczności mojej rodziny, a zamknięty w pokoiku, odpoczywając przed jutrzejszym dniem (na 6 do roboty), nie mam okazji z nikim wymienić się moimi troskami. Nie ma chaosu, nie ma porządku. Nie ma zła i nie ma dobra. Wszystko jest zależne od "matrycy" jaką stanowi uwarunkowanie kulturowe i tyle. Według wyrytych wzorców postrzegamy świat i już. Nie ma na to rady, nie ma możliwości wyłamanie się z tej struktury. Jesteśmy kropelką pary wodnej, która uwięziona jest w masie zwanej chmurą. Jak wygląda ta chmura? Nie można tego powiedzieć, bo, aby to dostrzec, trzeba by było wyjść poza masę, poza chmurę, oddalić się i zaobserwować wszystko z dużego dystansu. Wtedy byłoby: WOW! To ja tam byłem? To ja byłem cząstką tego całego ładu? Ale przecież każda z tych cząstek porusza się i "myśli", że żyje w chaosie... To fakt, kwanty też istnieją w chaosie, ale do pewnego momentu. Chaos jest ograniczony przez ład jakichś wyższych praw. Elektron może swobodnie, w nieokreślony sposób się zachowywać, ale nie może zrobić nic poza tym. Ogranicza go ład. Chaos tworzy ład. Ład okiełznuje chaos jak zrywnego rumaka. Wszystko na tym świecie jest walką. Dobro przepycha się ze złem, a chaos z uporządkowaniem. Zatem może się nie martwić i zakończyć swoje rozmyślanie? Może rzucić się w wir beztroskiego hedonizmu i bawić się jak w chocholim tańcu razem z moją rodziną? Tylko jest problem, że chyba bym nie umiał. Profesor powiedział, że każdy ma swoje miejsce na świecie, powtórzył ideologię szkoły platońskiej, a mnie przeraził. Może moje miejsce jest właśnie tu, w małej mieścinie, niekoniecznie w biedzie, ale daleko od dobrego poziomu życia, wśród prostych ludzi, żyjących od weekendu do weekendu, spędzających czas na piciu alkoholu i zabawach? Jeśli celem życia jest szczęście no to przegrałem, a wygrali prostolinijni, ci którzy sobie piją przy sobocie i się cieszą. Ja przegrałem. Ale może celem życiowym jest mądrość i próba dążenia, dłubania i próbowania rozwikłania zagadki istnienia. Wtedy ja wygram. A może po prostu sarmackie "dzisiaj żyjem, jutro zgnijem..." jest najwłaściwsze? Wtedy nie wygrywa nikt. Ani ja, który cierpi, jest nieszczęśliwy, ani ci, którzy dymają laski setkami i imprezują. Śmierć wszystko zabierze, a mi będzie łatwiej ze śmiercią się pogodzić niż im wszystkim, którzy zaznali za życia tej całej obfitości. @Stulejman Wspaniały tyle o tym mówił... tyle o tym jakie niedole cierpiał za młodu. I ja też tak mam tylko materialnie jest lepiej. No i czy karma wraca... Zobaczymy czy będzie nagroda za dociekania i cierpienia. Zaszczuty za młodu, wyzuty z odwagi. Sprowadzony do rangi niczego. Jestem wyrzutkiem, niechcianym brzydkim kaczątkiem (tu nawet dosłownie). Mam zamiar dalej rozwinąć tą moją chłopsko-rozumową myśl, choć z góry jest ona skazana na brak rozwiązania problemu. I to jest właśnie mój dramat...
  5. Opinia starszych chłopaków 35+

    @Metody kur*a kocham Cię Niesamowity post.
  6. Opinia starszych chłopaków 35+

    Dzięki @JoeBlue . Chyba miałem złe pojęcie o służbach mundurowych. Zamiast się zastanawiać to lepiej zacząć robić. Myślę, że po prostu spróbuję programowania, kupię jakiś podręcznik i zacznę go opanowywać, wtedy zobaczę czy jestem w stanie to pojąć. Są u mnie w mieście oferty pracy dla ludzi z wykształceniem wyższym, znajomością java i "wysoką kulturą osobistą" więc wymagania nie są wygórowane. Ojciec na to: "Skończyłeś studia i się znowu uczyć będziesz, a co jak ci to nic nie da i będziesz siedział całą zimę na darmo?" Myślę jeszcze czy by nie pójść na staż absolwencki. Nota bene słyszałem, że urząd pracy czasami oferuje kursy programowania, więc może tutaj jeszcze popytam.
  7. Dopiero co obroniłem magistra z historii i jestem z tego dumny i zadowolony. Jednak wejście na rynek nie jest kolorowe, a zaczynając studia wiedziałem, że nie idę na medycynę czy architekturę. Liczyłem się z tym, że będzie ciężko. Teraz pracuję tymczasowo na stolarni fizycznie, żeby nie siedzieć w domu i "szukać pracy"... Wiedziałem na co się piszę odnośnie tych studiów i dlatego teraz nie mam wielkiego rozgoryczenia pod tytułem: "Ja jestem magistrem! Nie będę zapierdalał fizycznie za 1600 pln!". Z szacunkiem podchodzę do każdej pracy. Dzisiaj ojciec, wujkowie i cała rodzina mówią mi coś takiego (parafraza): Idź chłopie do wojska. Nad niczym się nie zastanawiaj, leć do mundurówki. Mam znajomego tego i owego i on Ci może pomóc, umówię Cię z nimi... itd. Ktoś inny mówi: Ten i ten robi hajs za granicą, rozkładają jakieś konstrukcje metalowe i spróbuję cię wkręcić jeśli chcesz... Ja sam jestem patriotą mam nadzieję, kocham nasz naród i historię. Płaczę jak słyszę Czerwone maki na Monte Casino itd. Jestem w bardzo dobrej formie fizycznej i chciałbym pójść do wojska, ale nie myślę w ogóle w ten sposób: :Idź do wojska, za 20 lat pójdziesz na emeryturkę i będziesz siedział i nic nie robił, a hajs płynie. Moje myślenie jest bardziej ideowe itd., ale jestem w miarę rozgarnięty i wiem, że z czasem to minie i zostanę pragmatykiem i zwykłym gościem, tak jak się stało z tymi wszystkimi komunistami, albo hipisami, którzy koniec końców dorośli i zrobili kariery w korpo. Teraz siedzą i pouczają, a zapomnieli co to znaczy idea, nadzieja młodego człowieka, porywczość, namiętność itd. Sam nie mam dokładnej wizji siebie jeśli chodzi o karierę zawodową. Rozmawiałem z kolegami z branży i myślałem ostatnimi czasy o przekwalifikowaniu się i nauki programowania od podstaw, java na początek. Nie wiem co robić i kogo się słuchać. Z jednej strony kuszą mnie honory, ślub wojskowy z eskortą pięknych żołnierzy, pogrzeb państwowy itd. a z drugiej strony marzy się człowiekowi kariera, hajs itd. Czy mogliby się wypowiedzieć mężczyźni, którzy mają za sobą takie rozterki? Będę wdzięczny. PS: Czytałem Osho, który mówi, że nie stwarzaj sam sobie problemów. Minęło parę godzin i już mi się coś nowego pojawiło. PS vol.2: Laska w Chłopaki nie płaczą powiedział, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie co się lubi robić, a potem zacząć to robić. Ale ja lubię rzeczy, które nie mogą przynieść hajsu, lubię czytać, uczyć się nowych rzeczy, filmy, muzyka i literatura klasyczna i biograficzna... PS vol. 3: Myślę teraz, że aby odpowiedzieć na to co mnie trapi muszę określić cel swojego życia. Czy celem jest hedonistyczne przejście przez życie, czy zbawienie duszy w terminologii katolickiej, czy rozwój duchowy szeroko rozumiany, czy po prostu robienie pieniędzy i konsumpcja (jak w Wilku z Wall Street). PS vol. 4: Nie wiem w kogo wierzyć, jestem jak chorągiewka, raz wierzę w wizję Osho, aby wszystko odrzucić, raz chcę iść drogą altruizmu jak buddyści, raz ks. Kaczkowski czy ks. Pawlukiewicz przekonają mnie do katolickiej wizji życia, a raz Marek Kotoński powie, żeby wyrzucić Kościół katolicki do śmieci jako obcą korporację religijną. Innym razem chcę przyjąć wizję świata Donalda Trumpa czy Rocharda Bransona, którzy mówią o tym jak osiągnąć sukces. Następnym razem imponują mi ludzie legendy, którzy nie mieli nic, a zostali świętymi, podziwianymi autorytetami. Taka filozoficzna debata w mojej głowie się odbywa już chyba z 2 lata i nie zbliżam się do konsensusu, a byłem już bliski jak czytałem Roberta Monroe'a i jego trylogię. Dodatkowo zafascynowałem się Krzysztofem Jackowskim i jego teorią, że czas już się wydarzył, że jesteśmy po prostu wirtualnym programem jakiegoś szalonego kolesia zwanego Bogiem. Będę nad tym myślał jeszcze długo, ale muszę w między czasie postarać się o zajęcie, które mi przyniesie pieniądze. W Rolls Roysie się lepiej medytuje jak mówił Osho Ja Rollsa nie chcę, wystarczy jakieś bmw xD Mądrość czy pieniądze? Duchowość czy materializm? Help Guys Pozdrawiam.
  8. Sen, który prześladuje mnie od dziecka.

    Tyle, że jak się budzę to mój oddech jest normalny. Może nie sprecyzowałem, czuję nie duszenie oddechu, ale ogólny nacisk na moje ciało, zgniatanie je jakby zawodnik mma w parterze.
  9. Sen, który prześladuje mnie od dziecka.

    @OdważnyZdobywca zacząłem drążyć na własną rękę i szukać pewnych odpowiedzi dotyczących mojej psychiki i doszedłem do własnych wniosków. To tylko moja opinia, taka prosta chłopska. Siadasz na kozetce, opowiadasz mu o swoim życiu, a on snuje dziwne wnioski. Moim zdaniem Ci panowie często odnosili się do trików psychologicznych i manipulacji. Poza tym nikt oprócz jednej osoby na świecie nie ma wglądu w moją "jaźń", to jest moje zdanie. Psychologowie, kołecze, manipulatorzy różni działają jedynie na powierzchownych warstwach ludzkiej istoty jak np. ego czy emocje.
  10. Kiedyś byłem zafascynowany Freudem i jego psychoanalizą. Teraz wraz z upływem lat zaczynam sądzić, że ten człowiek to szarlatan i dziwny koleś, który zbudował swoją jakąś pseudonaukę opartą o jego widzimisię, a nie naukowy warsztat. Uważam, że psychologia to nauka stricte humanistyczna. Ale mimo to chcę zapytać czy ktoś z Was miał podobny sen do mojego. Od dzieciństwa dręczy mnie cyklicznie jeden sen, chociaż osoby, które zadają mi krzywdę się zmieniają. Budzę się zazwyczaj bardzo przestraszony i zestresowany. Zaczyna się powoli... ja leżę, aż nagle coś wokół mojej szyi się zacieśnia. Tracę oddech, stale tracę siłę, a nie mogę wydobyć z siebie głosu. Rzecz zawsze dzieje się w moim pokoju i zawsze chcę wołać moich rodziców (choć mam 24 lata). To coś mnie dusi, ma albo postać, albo nie widać tego czegoś w ogóle. Niemal zawsze duszony, rzucam się i próbuję zadać ciosy, ale te ciosy nie mają mocy i nie zadaję żadnych szkód niezidentyfikowanemu przeciwnikowi. Spadam z łóżka, napieprzam w podłogę i próbuję krzyczeć, chcę zrobić coś, żeby obudzić rodziców, aby przyszli i mnie wyratowali od śmierci, bo już czuję, że odpływam. Dusiciel ma często postać dziecka, albo lalki, która mi się ciągle śniła w dzieciństwie i maltretowała we śnie. Do dziś poniekąd myślę, że z tą lalką było coś nie tak. Nie wiem czy nawiedzenie czy coś, ale nienawidziłem jej i do dziś mam wstręt do kukieł, lalek, pajaców i clownów. Potem się budzę i leżę w łóżku jakby nigdy nic. Ktoś ma podobnie? Pozdrawiam
  11. Własne odbicie w lustrze

    Ambicja to jest to co niszczy ludzi, ale też to co pcha ten świat do przodu. @MoNoImPoSm szlifuj swój wygląd, a może kiedyś zamoczysz Joke.
  12. Własne odbicie w lustrze

    Ja widzę siebie w lustrze i myślę za zwyczaj: "Kurwa, przynajmniej nie złapiesz hiv, albo nie zaciążysz jakiejś szmaty. Z takim wizerunkiem zapomnij o seksie"
  13. Książka o twardzielu

    @Jorund wiem, że Tyson dostał od Cusa niemal wszystko. Ale urzekło mnie w Mike'u coś innego, też za dzieciaka byłem śmieciuchem, którego każdy przeganiał i tu się czułem podobnie. Ćwiczę boks tajski i zawsze gdy nie mam już sił przypominam sobie o tym jak mnie ktoś poniżał czy wyganiał z przysłowiowego "placu zabaw", albo wyśmiewał. @GluX uwielbiam film, który mi podesłałeś. Ja nie mogę uwierzyć jakim cudem Breddock się nie powiesił...
  14. Witam, Czytał ktoś z was książkę o jakimś fighterze, który był biedakiem, źle mu się żyło i musiał o wszystko walczyć w mękach i trudnościach? Szukam jakiejś biografii boksera czy kogokolwiek, kto z bagna biedy i depresji wygrzebał się został mistrzem w swoim fachu. Nie musi być koniecznie o sportowcu, może być o kimkolwiek, kto dokonał wielkiej rzeczy, a był "śmieciem". Czytałem:"Mike Tyson. Moja prawda" i jestem pod wrażeniem. Takie książki mnie motywują i dają nadzieję. Muszę dojeżdżać 2h na treningi, a ciągle to robię od pół roku, ale czasem już upadam i po prostu nie daję rady, a jak czytam o kimś kto przezwycięża przeciwności losu to czuję, że też mogę. Pozdrawiam Braci.
  15. Ponad tydzień temu poszedłem do fryzjera, aby ściąć włosy. Od dziesięciu lat nosiłem zawsze dłuższe włosy, przez ostatni rok modnie strzygłem tylko boki, tak że góra zostawała długa. Zapuszczałem sobie lwią grzywę. Trenuję sztuki walki i w trakcie czytania biografii słynnego boksera naszła mnie pokusa, że zetnę się niemal na łyso, tak aby dodać sobie bardziej agresywnego i poważnego wyglądu. Podczas siedzenia na fotelu młodej, atrakcyjnej fryzjerki trochę myślałem o tym jakby to było ją zerżnąć jednak moje odbicie w lustrze mówiło mi natarczywie: „Ale jesteś pasztetem… Ta fryzjerka musi być wkurwiona samym faktem, że strzyże takiego gościa jak ty…”. Było już po wszystkim. Straciłem włosy, które teraz będę musiał pół roku zapuszczać. Wiedziałem, że jak będę niemal łysy to mogę zapomnieć o poszukiwaniu dziewczyny. Zobaczyłem bladego łysola o okrągłej głowie, odstających uszach, krzywym nosie i pizdowatym, rzadkim zaroście. Do tego jak wstałem z fotela znalazłem się obok jakiegoś mężczyzny. Przy nim dodałem sobie do mojego obrazu: jestem niski, chudy i nie zawsze chodzę wyprostowany, a jeśli już to śmierdzi to pozerstwem na kilometr. Jeszcze te moje krzywe zęby. Już dawno dręczyły mnie myśli pod tytułem: „Czy ktoś taki jak ja zasługuje na miłość?”. Nie jestem do dzisiaj pewien czy znajdę kiedykolwiek jakąś kobietę. Może powinienem sobie poszukać brzydkiej dziewczyny, tylko skoro mi się nie będzie podobać to jak ja mam jej mówić komplementy, a po drugie nie chcę być z kobietą, która mi się nie podoba. Niektóre kobiety uważane za brzydkie czasem mi się podobają więc tutaj upatruję nadziei. Na dodatek mam 24 lata, niewielkie doświadczenie w relacjach damsko – męskich i przyszła mnie siostra cioteczna w moim wieku zaprosić na swoje wesele. No spoko… znowu się zacznie: „Chłopaku, może byś sobie w końcu kogoś znalazł? Znajdź dziewczynę, zobacz twoi rówieśnicy się już żenią”. Nie uważam, że to złe gadanie. Myślę, że nie jestem nie szczęśliwym chłopakiem, depresja mi już parę miesięcy temu przeszła, ale wciąż zamartwiam się własnym wyglądem. Oglądam mecz – widzę przystojniaków, oglądam film – widzę przystojniaków, idę ulicą – też widzę same ciacha. Czasem mam dość tego. Nie nawiązuję nowych znajomości z kobietami, bo nie mam za bardzo gdzie tego robić no i jestem ciągle zajęty. Tylko co jakiś czas najdzie mnie taka cholerna potrzeba przytulenia się i pobycia chwilę w bliskości z pachnącą i elegancką kobietką. Hmmm… Nawet nie mam jak się zakochać. Boję się rozmawiać z pięknymi kobietami, bo czuję ciągle, że nie jestem tego godzien, że one zmarnują na mnie czas. Czasem czytam coś na temat męskiego wyglądu i dowiaduję się, że nie ma potrzeby się o aparycję zamartwiać, bo to należy do kobiet, to one powinny się stroić – mężczyzna ma mieć inne cechy… Tylko jak w to uwierzyć skoro kobiety najczęściej tak jak i faceci mówią: „Patrz, ale ciacho!”, „Monia, obczaj tego Hiszpana! Ale dupa” itd. Pocieszam się tym, że facet ma być odważny, silny, stanowczy, decyzyjny, samowystarczalny, dbający o siebie, pewny siebie, ma znać swoją wartość itd. Myślę też ciągle jak dbać o swój wygląd. Mam dobrą garderobę, włosy odrosną i będę wyglądał sensownie (delikatnie mówiąc), pachnę perfumami, zęby staram się myć, choć czasem mówię sobie: „Mam krzywe zęby, już nic nie pogorszy ich stanu..”. Myślę, że potrafię fajnie porozmawiać, umiem gadać emocjonalnie i wrzucać różne żarty, sarkazm, ironia itd. Mam także dystans do siebie. Koniec końców samo się nic nie zmieni. Będę się starał poszukać jakichś rozwiązań, aby zmienić mój stan rzeczy i wyjść być może już z dysmorfofobii. Czas pokaże czy taki ogryzek jak ja znajdzie sobie jakąś kobietę, która mi trochę umili życie.
×