Jump to content
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
sopel008

Zaburzenie dysocjacyjne tożsamości

Recommended Posts

Witam szanownych forumowiczów :)

Ostatnio natknąłem się na bardzo ciekawy materiał dotyczący kobiety dotkniętej chorobą osobowości mnogiej(link do filmu dodany w temacie). Mocno mnie poruszyła,ta jej nagła zmiana zachowania,ruchów,mimiki itp. Spotkaliście się kiedyś z taką osobą?Może byliście w związku z taką panią/panem?(ale przejebane haha)

Ale wracając do tematu. Zastanawia mnie jedna istotna rzecz,a mianowicie...czy można w jakiś sposób wykorzystać to chorobę? Czy istnieje sposób kontrolowania(przynajmniej w jakimś stopniu) innych osobowości i kreowania ich? Moim zdaniem ewentualne posiadanie kilku charakterów i "włączanie" ich w odpowiedniej chwili stwarza dla nas wielkie możliwości,tylko czy to możliwe?

 

  • Thanks 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
Posted (edited)
Teraz, sopel008 napisał:

Czy istnieje sposób kontrolowania(przynajmniej w jakimś stopniu) innych osobowości i kreowania ich? Moim zdaniem ewentualne posiadanie kilku charakterów i "włączanie" ich w odpowiedniej chwili stwarza dla nas wielkie możliwości,tylko czy to możliwe?

To zaburzenie ma to do siebie, że żadna z osobowości nie ma pojęcia o istnieniu innych zatem tego kontrolować się nie da.

 

Tacy ludzie żyją w jakimś totalnym rozpierdolu(pardon!)

Edited by dobryziomek
  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Similar Content

    • By mixboka
      Cześć,
       
      Czytałem jakieś pół roku temu ten post (swoją drogą, dla mnie fenomenalny): 
      Autor w pierwszym punkcie wspomniał o wypartych emocjach i lękach. 
      Wskazał, że poradzenie sobie z nimi to jedna z najważniejszych filarów pewności siebie. 
      Pamiętam, jak zadałem sobie pytanie, ok stary, ale jak mam sobie zacząć z nimi radzić?
      Mam iść do psychologa? 
       
      Podszedłem do tematu w ten sposób. 
      Będę obserwował, jak reaguję na różne sytuacje i spiszę je do późniejszej analizy.
      Po pewnym czasie moje obserwacje zaczęły się powtarzać i oprócz większej świadomości samego siebie, nadal nie radziłem sobie w sytuacjach, 
      w których rządziły emocje. 

      Szukałem i trafiłem na opis terapii IFS, które potwierdziły moje przypuszczenia na temat samego siebie. 
      Celem moich wypocin nie jest poprawne wytłumaczenie i przedstawienie Wam terapii/teorii ze szczegółami (bo nawet w języku polskim temat jest dobrze omówiony, link w źródłach) , a jedynie proste liźnięcie tematu. 
      Być może ktoś z Was praktykował nurt IFS lub ma większe doświadczenie i chciałby się nim podzielić.
       
      Do rzeczy...

      Zastanawialiście się czasami nad tym, czy przypadkiem nie jest tak, że wasza osobowość to grupa różnorodnych "żyjątek" które przejmują kontrolę nad "wami" w niektórych sytuacjach?
      "Jak to jest, że kiedy ktoś podnosi na mnie głos, zamieniam się w bezbronne dziecko?"
      Dzięki lekturze źródeł na temat terapii IFS wyrobiłem w sobie metodykę pracy nad sobą i nazwałem persony żyjące we mnie. 
      O dziwo przydały się moje wcześniejsze notatki z obserwacji, bo każde zachowanie mogłem przypisać do konkretnej istoty.
      W moim przypadku pokrzywdzona "istota", która została zagłuszona, to odpowiedzialna za agresję i męską pewność "kowboj" ( tak sobie go nazwałem i wyobraziłem)
       
      Oglądaliście film animowany w "W głowie się nie mieści?" 
      Teoria IFS jest bardzo zbliżona do sytuacji w filmie. 

      Nasza psychika to zbiór osobowości, które znajdują się w mniejszym, lub większym ładzie. 
      Jeśli istnieją jakieś wyparte emocje lub lęki, oznacza to, że któraś z osobowości została skrzywdzona i działa dysfunkcyjnie. 
      Do tego wszystkiego istnieje stan świadomości "Self" w którym możesz komunikować się ze swoją "wewnętrzną rodziną" i jak to w rodzinie, masz różne relacje z każdym z członków.
      Terapia polega na odbudowie relacji między tobą i "rodziną", ale też na naprawieniu ich między jej "personami".

      Dla osób, które szukają usystematyzowanej i działającej metody pracy nad sobą, uważam, że ta jest najlepsza ze znanych mi. (Studiowałem psychologię 3 lata, zawiodłem się na studiach, bo uczą nieprzydatnych pierdół, a nikt nie wspominał o IFS)  
       
      Zapraszam do lektury i dyskusji. 
       
       

      Poniżej wklejam linki do źródeł. 

      Po polsku (przepraszam, że tylko jeden autor, ale w Polsce nie znalazłem lepszego wytłumaczenia):
      https://michalpasterski.pl/2018/06/internal-family-systems-ifs/
      Playlista wideo z omówieniem tematu: 
       
       
       
       
      Po angielsku: 
      https://www.psychologytoday.com/us/therapy-types/internal-family-systems-therapy
      https://selfleadership.org/about-internal-family-systems.html
      https://www.goodtherapy.org/learn-about-therapy/types/internal-family-systems-therapy
       
      Litaratura:
      Jay Earley - “Self-Therapy: A Step-By-Step Guide to Creating Wholeness and Healing Your Inner Child Using IFS, A New, Cutting-Edge Psychotherapy”
       
       
    • By Garrett
      Mam taką zagwozdkę: większość dam jakie poznaję na necie i potem się z nimi spotykam w realu to towar z recyclingu (tzn. ostatni ich związek był długi, powiedzmy 5-7 lat). I teraz tak - czy taka osoba, bo i nas facetów też to może dotyczyć, podświadomie szuka nowego partnera podobnego to tego starego (nie mam na myśli tylko wyglądu)?? Głownie o LTR mi chodzi. Wiecie, takie wdrukowanie w podświadomość.
      Mi się wydaje że coś w tym jest. I myślę, że taka dama, powiedzmy juz powyżej 30stki, nie znajdzie kogos podobnego, to zadowoli się jakimś beta bankomatem lub bedzie "wpadać" w związki z badboyami.
      Może trochę zbyt rozkminiam, ale wydaje mi się, kilka lat z 1 osobą wpływa na pewne mechanizmy doboru partnera.
       
      Co myślicie?
    • By SzejkNaftowy
      Pierwszymi egoistami na jakich traficie w życiu będą wasi rodzice
       
      Poniżej chyba najlepsze omówienie tematu życia w rodzinie (nawet niekoniecznie toksycznej) jakie kiedykolwiek znalazłem - krótko, zwięźle i na temat. Nawet bardzo specyficzny sposób wypowiadania się pana prowadzącego nie zniechęcił mnie przed wysłuchaniem całości. Polecam szczególnie tym, którzy dostosowują życie pod normy swoich rodzicieli.
       
       
    • By t0rek
      Temat płaczu i wzbudzania poczucia winy u mężczyzny za płacz jego partnerki pojawiał się bardzo często. Tutaj ciekawy artykuł z psychologicznego fanpage'a "Evolutio - Psychoterapia Przez Ciało" - pogrubiłem ważne według mnie fragmenty:
       
      DLACZEGO PŁACZ JEST TAK ZAGRAŻAJĄCY?
       
      Płacz jest najpełniejszym aktem uznania i wyrażenia swojego bólu, bezsilności czy szczęścia. Jest równocześnie żywym świadectwem naszego człowieczeństwa, naszej kruchości i podatności na zranienie, jak i potężnej SIŁY NAPRAWCZEJ, która pozwala uczuciom osiąść, a układowi nerwowo- mięśniowemu przywrócić tonus spoczynkowy. 
      Płacz jest żywy, dotknie w nas tego, co zamarło, znieruchomiało, czy zesztywniało. „Każe” to odczuć, uznać i jeśli jesteśmy W ZGODZIE ZE SOBĄ PŁACZĄCYM: zapłakać. Jeśli nie: łykniemy, zepchniemy do środka i przykryjemy napięciem.
      Pozwolić sobie płakać, to uznać swoje uczucia i zgodzić się na ich przepływ. To stanąć otwarcie i odważnie wobec tego, co we mnie. To otoczyć się czułym ramieniem własnego zrozumienia i troski. To DAĆ SOBIE MIŁOŚĆ, gdy właśnie jej zabrakło.
      Możliwość płaczu jest tak silnie blokowana nie tylko dlatego, że skojarzona jest ze wstydem, czy słabością. Płacz jest wstrzymywany, bo łączy nas z nami samymi w pełni. A objąć pełnię, to OBJĄĆ CIENIE, KRZYWDY I WSTYDY. To objąć i KATA, i OFIARĘ. Objąć siebie. 
      Dlatego tak ważne jest, by obejmować dzieci, kiedy płaczą. By ich szlochające, rozedrgane ciałka miały doświadczenie oparcia w przyjmujących, bezpiecznych ramionach.
       
       
      „JAK TU ZROBIĆ, BY SIĘ NIE ROZPŁAKAĆ”- podstępne obrony
      W trakcie prowadzenia grup ćwiczeniowych obserwuje stale pojawiającą się potrzebę rozmawiania o płaczu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie oczekiwanie, że porozmawianie o płaczu przyniesie taki sam rezultat, jak popłakanie. W mniejszym stopniu potrzeba „omawiania” dotyczy również innych uczuć, ale płacz jest tym stanem, któremu towarzyszy największa chęć rozmawiania, a nie doświadczania.
      O ile złość budzi wyjściowo dużo oporu, to w trakcie praktyki, obawy topnieją, pojawia się przepływ i możliwość swobodnego wyrażania. Po zakończonym ćwiczeniu pozostaje żywa chęć, by wrócić do tego doświadczenia. Z płaczem jest zupełnie inaczej. Opór wyjściowy jest wysoki i utrzymuje się często przez większość praktyki, skutecznie hamując falę przepływających uczuć. Kiedy człowiek pozwolił sobie zapłakać i popłakać, nawet czując się potem dobrze, nie oznacza to wcale, że przy kolejnej możliwości będzie chciał wrócić do tego doświadczenia. Płacz jest chroniony wysoko zorganizowanym zasiekami, których zwykle nie mamy w kontakcie. Co więcej myślimy, że one są naturalne i niezbędne.
       
      Mam tu na myśli:
      • zaciskanie ust
      • przełykanie śliny
      • wciskanie palców w kąciki oczu
      • nie oddychanie
      • przepraszanie otoczenia
      • zezłoszczenie się na siebie
      • tłumaczenie się
      • ocenianie się
      • i całe spektrum uruchamianych przekonań.
       
      Te wszystkie sposoby służą jednemu: nie rozpłakać się. I wcale nie chodzi tu o niesprzyjające okoliczności, jak przebywanie akurat w pracy czy w metrze. Stwierdzenia: „nie płaczę od lat”, czy „nie płaczę od dzieciństwa” są powszechne. Często tym zdaniom towarzyszy duma i poczucie dobrze wykonanego zadania. Z czasem pojawia się niejasne poczucie straty. Bywa, że stajemy się umęczeni własną kontrolą i ograniczeniami z niej płynącymi. Zwykle też dość dokładnie pamiętamy moment decyzji, kiedy postanawiamy więcej nie płakać.
      I można by pomyśleć: „no i co z tego? Płacz nie jest nikomu potrzebny”. Tylko, że prawda jest zupełnie inna…
      Każde uczucie ma swój kanał ekspresji. Płacz jest głównym kanałem dla smutku. A smucenie się bez płakania (zwłaszcza długoterminowe) staje się procesem tłumienia, prowadzącym do rozpaczy i beznadziei. Smutek to uczucie, które WYMAGA CZUCIA. Mam wrażenie, że smutek, co raz częściej jest omawiany, a nie przeżywany. Stał się permanentnym stanem, obciążającym nas, posępnym i martwym. A smutek tak jak i każde inne uczucie, ma swoją dynamikę, przepływ i bardzo ważną cechę: PRZEMIJALNOŚĆ. Tę cechę obserwujemy u dzieci. One ani nie smucą się bez końca, ani ciągle się nie złoszczą, ani nie są stale radosne. Są w przepływie uczuć, pozwalając na tą zmienność i poddając się jej.
      Stało się tak, że smucenie się przestało być kojarzone z płakaniem, a jeśli już płaczemy, to mamy na myśli kilka niemych łez płynących po policzkach. To jest bardzo ograniczone płakanie. Można je porównać z tym, jakby nadchodziła burza, było ciemno, szaro, błyskało, a na koniec spadło tylko kilka kropli deszczu. Świat dalej zostaje ciężki i duszny.

      Płacz to szloch przy którym brzuch się rusza, z gardła płynął dźwięki, łkamy, broda i ręce się trzęsą, twarz jest mokra od łez, a z nosa cieknie. Zwykle trwa 10- 15 minut (mam na myśli osoby, które regularnie pozwalają sobie płakać), przebiega falami, które nas ponownie wzbudzają, aż dochodzi do uspokojenia, wyciszenia i odpoczynku.
      Po płaczu oddychamy głęboko (spontanicznie, bez udziału woli), twarz jest miękka, gardło rozluźnione, całe ciało delikatnie pulsuje. Pojawia się coś, co nazwałabym wewnętrzną słodyczą: połączenie smutku, z ulgą i ukojeniem. Głowa jest przyjemnie ciężka, myśli spokojnie płyną.
      Można by się zastanowić, dlaczego skoro tak dobrze czujemy się po płaczu, unikamy go, jak ognia?
      Mam wrażenie, że o ile kontakt ze złością daje nam poczucie siły i sprawczości, to przeżywanie smutku oznacza poddanie się uczuciom, które czynią nas bezbronnymi, przypominając o naszej kruchości, o naszej podatności na zranienia i o bólu, którego doświadczyliśmy. Płacząc uznajemy swoją słabość i zależność od innych.
      Czujemy się odkryci.
       
      Jeśli do tego dołączymy przekazy:
      • i co się mażesz...
      • nie ma, co płakać!
      • tylko słabeusze płaczą...
      • płakanie Ci nie pomoże...
      • chłopaki nie płaczą!
      • zaraz dam Ci powód do płaczu!

      I doświadczenia:
      • kiedy w trakcie płaczu byliśmy upokorzeni,
      • gdy widzieliśmy innych ciągle rozpaczających, a bezmiar ich uczuć przykrywał wszystko inne, w tym nas i nasze potrzeby,
      • gdy byliśmy karani za płacz,
      • gdy nie mogliśmy zatrzymać płaczu i narażało nas to na dalsze cierpienia,
      • gdy płakaliśmy w samotności i nie było „do kogo płakać”.
       
      Nic dziwnego, że płacz stał się tak zagrażający.
      Myślę, że jest jeszcze jeden ważny powód. Przeczuwamy, że płacz może połączyć nas z głęboko skrywaną, często zaprzeczoną rozpaczą. O ile czujemy, że nad smutkiem możemy zapanować, tłumiąc go, to pozwalając sobie na głębokie zapłakanie obawiamy się, że dotkniemy rozpaczy otwierając bezdenną studnię, zalewających uczuć. Wierzymy, że kiedy je spychamy, one przestają istnieć. Niestety chroniąc się przed odczuwaniem jednych uczuć, ograniczamy możliwość przeżywania innych, również tych pozytywnych, takich jak radość czy przyjemność.

      Lowen mówi: „Płacz wyraża akceptację naszej ludzkiej natury…”, a to znaczy zgodę na to, że różne rzeczy nas dotykają, bolą i potrzebują być uznane i wyrażone. Pozwolenie sobie na płacz jest aktem potwierdzającym prawo do czucia i przeżywania naszych uczuć. Z jednej strony płacz zbliża nas do bolesnych uczuć, z drugiej pozwala je akceptować, a z czasem, co raz lepiej przyjmować, co z kolei wpływa na zdolność przeżywania uczuć przyjemnych. Lowen bezpośrednio łączy: na ile możesz płakać, na tyle możesz przeżywać przyjemność (w tym tą seksualną), na ile możesz się złościć, na tyle możesz czuć radość.
      Tłumienie uczuć nie jest operacją selektywną. Tłumiąc jedno uczucie wpływamy na inne. Limitując przeżywanie jednych uczuć, ograniczamy możliwość ekspresji innych. Kiedy spłycamy oddech i zaciskamy usta, by się nie rozpłakać, to nie tylko blokujemy kontakt ze smutkiem, ale wpływamy na całą nasza psychofizjologię: począwszy od nastroju, zakończywszy na objawach fizycznych.
      Tłumienie uczuć usztywnia nasze ciało. Powstaje zorganizowany pancerz mięśniowy, który przez lata traktujemy jako swoje najlepsze uposażenie. Zbroja, która kiedyś miała chronić, z czasem staje się ciężarem noszonym każdego dnia, którego sztywność ogranicza oddech, zabiera spontaniczność, a w końcu niszczy żywotność. Właśnie dlatego płacz jest tak silnie ustawiony w konflikcie do obron ego, które pamięta dlaczego powstała zbroja i przed czym miała ochronić. Ego „każe się trzymać”, pozwolenie na płacz oznacza zagrożenie dla sztywności, która kiedyś ratowała przed nadmiernym bólem. 

      Kiedy zaczynamy płakać pojawia się szloch, przepona się porusza więc głębiej oddychamy, wydobywają się dźwięki. To wszystko sprawi, że poczujemy nasz smutek, ten z dziś, a jeśli dotąd był wypierany, również ten z kiedyś.
      Lowen opisuje smutek jako pierwotną utratę obiektu miłości. Coś co było źródłem szczęścia i przyjemności zostaje utracone, stąd pojawia się ból, ale równocześnie towarzyszy temu wspomnienie ciepłych, napełniających uczuć, doświadczania wzajemności, przepływu i bliskości.
       
      I tak używając tego odniesienia wyróżnia:
      • SMUTEK, kiedy wspomnienie dobrych uczuć przeważa nad cierpieniem
      • ŻAL, kiedy ból utraty przeważa nad dobrymi przeżyciami, trudno jest je mieć w kontakcie, trudno wspominać, czy tęsknić.
      • ROZPACZ, kiedy ból dominuje zabierając całkowicie przyjemność, nawet tą wspominaną. To uczucie, gdzie brakuje nadziej, że aktualna sytuacja może minąć, że przyjdzie coś dobrego, że pojawi się nowy „dobry obiekt”.
      Każdemu z tych uczuć należy się uznanie. Każde potrzebuje czasu i miejsca na wybrzmienie. Każde domaga się ekspresji.
      I każde potrzebuje PŁACZU.
      A właściwie to my potrzebujemy płakać, by pozostać żywymi, czującym, po prostu ludzkimi wobec naszych doświadczeń i historii.
       
      Marzena Barszcz
      Psychoterapeuta w Analizie Bioenergetycznej
       
    • By deleteduser28
      Odjebane perfekcyjnie. 👌
       
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.