Skocz do zawartości
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Zaloguj się, aby obserwować  
Dworzanin_Herzoga

Z konieczności rzuciłem dopiero co podjętą pracę.

Polecane posty

Napisano (edytowany)

Drugi raz w ciągu życia zdarzyło mi się odpuścić sobie jakąś robotę praktycznie na starcie.

Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że od początku nastawiłem się pozytywnie, a zajęcie w które miałem się wdrażać jest w miarę lekkie, oraz

po nabraniu pewnej wprawy i zebraniu doświadczeń – z perspektywą na przyzwoite $$$.

 

Koleś z którym miałem pracować robił dobre pierwsze wrażenie, spokojnego i zrównoważonego. Powiedział, że pracujemy bez pośpiechu i na zasadzie równego z równym.

Niestety już drugiego dnia coś było nie halo – ogarnęło mnie wrażenie, że jest podcięty, ale pomyślałem, że to zwyczajne zmęczenie.

Trzeciego dnia, kiedy ja robiłem swoje, on powiedział, że za chwilę będzie brać się coś innego, ogarnie to i gitara.

Po chwili stwierdził, żebym jednak ja się tym zajął, a on musi się na chwilę położyć, gdyż słabo się czuje -> pomyślałem spoko, każdy może mieć gorszy dzień.

 

Po 3 godzinach (!) spania w busie, on wstał, majster wstał, popatrzył jak sprawa wygląda i podziękował za dobrą robotę.

 

Jednak miarka się przebrała, gdy następnego dnia przyczaiłem, że chwilę po siódmej rano już ma w kieszeni drzwi od samochodu trzy browary, z czego jeden otwarty.

Wtedy żółte lampki, które świeciły mi się w bani zmieniły kolor na czerwony. Już wtedy powinieneś dać tył zwrot, jednak wstrzymałem się chwilę.

 

Kolejnego dnia od rana był niekumaty, wczorajszy.

Przebrałem się parę minut po 9 rano w swoje ciuchy i powiedziałem wprost:

 

"Słuchaj, myślę, że jesteś w porządku i masz dobre intencje, ale zauważyłem, że jesteś non stop podcięty, a tak się nie da pracować, dlatego rezygnuję – nikt niepowołany

(miałem na myśli zleceniodawcę, on jest podwykonawcą) się o tym nie dowie. Nie zależy mi, żeby robić ci problemy".

 

Był w lekkim szoku. Powiedział, że ma problem z alkoholem i jeżeli taka jest moja decyzja, to on to szanuje i jest zadowolony, że byłem w stanie wprost powiedzieć co mi nie pasuje.

Poprosił tylko, żebym został z nim do końca dnia by pomóc, rozliczamy się i wszystko ok.

Zachowałem się naiwnie, bo przystałem na tę propozycję. Myślałem, że zatrybił.

 

Jednak dalsze parę godzin wyglądało tak, że ja pracowałem, a jego większość czasu nie było.

Kiedy kazał mi coś przygotować samodzielnie, co powinny robić dwie osoby, bo tak byłoby zdecydowanie łatwiej, a on wróci jak będzie zrobione, pierdolnąłem tym i powiedziałem, że idę, bo to się kurwa mija z celem.

 

Mam trochę hajsu, brak zobowiązań i na szczęście nie muszę u nikogo dorabiać za parobka.

W międzyczasie zdarzyło się też kilka podnoszących ciśnienie problemów stworzonych z niczego, o których nawet nie chcę pisać, ponieważ szkoda strzępić ryja

i nie chcę za bardzo wchodzić w szczegóły, ze względu na anonimowość.

 

Powiem szczerze, że widzę tylko jeden główny plus tej sytuacji -> jeszcze kilka lat temu nie umiałbym walnąć prosto z mostu [asertywnie, ale bez agresji] co mi leży na wątrobie, teraz przyszło to bez problemu

i z całkowitą wyjebką. Szkoda tylko, że szybciej się nie połapałem co jest pięć, ale bywa. Na szczęście to tylko zmarnowane kilka dni.

Dałem mu kredyt zaufania na początku, myślałem, że to przejściowe aberracje przez słaby okres w życiu etc.

 

Najgorsze, że zupełnie co innego było ustalane zanim do niego poszedłem i co innego wyszło, a osoba (pewna i naprawdę w porządku) która mi to ogarnęła, była przekonana, że mamy do czynienia z poważnym człowiekiem. :)

Pewnie po wszystkim zracjonalizował sobie, że nie mogłem sobie poradzić (lub coś podobnego) i z tego powodu zrezygnowałem, jak wiadomo osoby uzależnione mają wybitnie silny zaprzeczeń i własną bajkę w której żyją.

 

Niby przyjąłem to na chłodno, ale jakieś takie podkurwienie wewnętrzne jeszcze pulsuje gdzieś z tyłu głowy, myślę, że do końca tygodnia mogę mieć jeszcze kilka flashbacków z tym związanych.

$$$ wypłacił. 

 

😮

 

Edytowano przez Dworzanin_Herzoga
  • Like 13
  • Dzięki 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Nie ma się co przejmować. Najważniejsze, co zrobiłeś, to wyszedłeś od razu, kiedy ci się praca nie spodobała. Spójrz na tych wszystkich nieszczęśników, którzy siedzą w gównie po uszy, bo rodzina/kredyt/kumple/przyzwyczajenie. Jesteś od nich lepszy, bo działasz skutecznie. Jeszcze 10 takich prób i będziesz sam po sobie widział, że po primo - lepiej się z tym czujesz, secundo - nie krzywdzisz innych, więc nie możesz mieć wyrzutów sumienia. 

 

Z tym czekaniem to nic innego jak kolejna cegiełka do twojego doświadczenia pod tytułem "słowne deklaracje różnych ludzi". Gdy się ich trochę nabierze, sam będziesz wiedział, czego można się spodziewać.

  • Like 1
  • Dzięki 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Myślę że dobrze zrobiłeś. Z alkoholikami nigdy nie wiadomo co im do łba strzeli. W innej sytuacji mógłbys z typem rozmawiać ewentualnie zwrócić uwagę majstrowi że robiłeś to czy tam to sam bez pomocy (nie spinać sie na termin jak bedzie zawalone to nie twoja brocha) i niech typ sie tłumaczy.

  • Like 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Zrobiłeś to czego się nauczyłeś. Po prostu wdrożyłeś w życie swoje i innych doświadczenia.

 

Każda następna podobna sytuacja będzie wywoływać coraz mniej emocji. Dobrze wytrenowana asertywność daje sporo satysfakcji i podnosi pewność siebie.

 

To wewnętrzne podkurwienie z tyłu głowy to tylko złość, że straciłeś te kilka dni. Jeżeli potraktujesz je jako cenną lekcję to jeszcze w myślach podziękujesz temu kolesiowi.

 

Gratuluje. :)

  • Like 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)
52 minuty temu, Cortazar napisał:

Każda następna podobna sytuacja będzie wywoływać coraz mniej emocji. Dobrze wytrenowana asertywność daje sporo satysfakcji i podnosi pewność siebie.

 

 

Wiadomo, habituacja. ;) 

Nie trzeba daleko szukać -> prawdopodobnie ta sytuacja nie potoczyłaby się tak [w miarę szybko] i zdecydowanie, gdyby nie m.in. to zdarzenie, gdzie

wyegzekwowałem zaległy hajs od pewnego wąsatego biznesmena (mój ostatni post na 1-szej stronie) :

Na pewno mniej energii i emocji na to poszło, niż przy tamtej akcji sprzed dwóch lat[ale trochę poszło], właśnie wczoraj o tym myślałem.

 

BTW wczoraj toczyłem bekę, że jeszcze trochę doświadczeń w paru aspektach, trochę rozmów i mogę pisać trylogię:

"Co z tymi januszami?", "Wyprawa po umowę-zlecenie", Januszopedia".

🤣

Edytowano przez Dworzanin_Herzoga
  • Haha 2

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Najlepsze zrobiłeś, co mogłeś. Zachowałeś się, jak człowiek, więc żadnego żalu. Uratowałeś się od toksycznego hardkoru. 

 

Też miałem różne perypetie, ale uwierz, że są ludzie, że od samego początku jest w porządku i tak już zostaje. Takich warto szukać i oni doceniają normalne zasady współpracy. 

 

Olać alkoholików. Kłamcy, nieudacznicy i najgorszy sort ludzki, który niszczy wszystko wokół siebie. 

  • Like 2

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

To dość częsty problem organizacyjny. Ostatnio kolega opowiadał mi podobną historię, ale w dość dużym zakładzie. Poszedł na wdrożenie do obsługi ploterów, też przyuczający znikł w czasie zmiany i też miał problemy z alkoholem. Nie wiem jak można dawać takim ludziom, kogoś do przeszkolenia. Wiadomo, że nie będą chcieli niczego nauczyć, bo szkolą konkurenta. A będą chcieli go na banalu wykorzystać. 

  • Like 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Zasada prosta, od pijaków jak najdalej. Mam przypadki w dalszej rodzinie, więc temat znam. Z pijakiem nie ma żadnych ustaleń, nie ma odpowiedzialności. On się napije i ma wyjebane, a ty masz nerwy. Na koniec pewnie byś go ścigał o kasę. Ciesz się, że więcej nie wtopiłeś niż tylko kilka dni pracy. 

  • Like 2

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Bądź aktywny! Zaloguj się lub utwórz konto

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to proste!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!

Zaloguj się
Zaloguj się, aby obserwować  

  • Podobna zawartość

    • Przez Rey
      Czołem Bracia Samcy! Muszę się wam wyżalić, bo nie wiem co robić. Wiem, że wielu z was to ogarnięci i bardziej doświadczeni życiowo ludzie, więc wszelkie porady mile widziane. 
       
      Nie mogę się odnaleźć na rynku pracy... Pochodzę z turystycznej miejscowości na Dolnym Śląsku. Wszędzie hotele, SPA, biznes turystyczny. 
      Mając 19 lat nie wiedziałem co konkretnie bym chciał robić więc poszedłem na studia o profilu ekonomicznym związane z turystyką. 
      W między czasie pracowałem w urzędzie - nudna praca bez perspektyw za grosze, robiłem różne płatne staże w hotelach - głównie recepcja albo dział sprzedaży.
      Miałem też epizod z logistyką - wkręcił mnie dobry kolega. Praca była sama w sobie spoko - niby biurowa (proces planowania dostaw, dostawy, papiery, nadzór pracowników magazynu) ale miejsce w którym pracowałem po zmianie prezesa zamieniło się w obóz pracy w najgorszym wydaniu. Przez braki kadrowe musiałem dymać i jako magazynier i w biurze. Wtedy byłem jeszcze totalny Mr Nice Guy i się dałem wykorzystywać. Oczywiście w chwili odejścia stawali na rzęsach żebym został. Zresztą jak zwykle i wszędzie. 
       
      Następnie miałem opcję wyjazdu za granicę. Skorzystałem, pojechałem. Praca była takim mixem magazynu i produkcji i kierowcy ekskluzywnych samochodów. Trochę pokupowałem, trochę odłożyłem i wróciłem do Polski.
      Nie chcąc marnować czasu poszedłem sobie od razu do Hotelu do znajomych. Było tak sobie. Praca czasami mega ciężka, czasami lajtowa. Kasa taka średnia jak na małą miejscowość, ale brak możliwości rozwoju i perspektyw. Niektórzy koledzy pracują tak już 6-7 lat, pobrali kredyty i nie mają najmniejszej ambicji coś zmienić w życiu. Po pracy konsola, dupeczka, piwko i tak sobie żyją. 
      Na fali rozstania z narzeczoną i podbudowany książkami i filmami motywacyjnymi związanymi z rozwojem osobistym wróciłem do Wrocławia, w którym mieszkałem 6 lat, żeby zacząć nowy start.
       
      Ogólnie w każdej pracy daje z siebie 100%. Mam papierki uczelni wyższej z podyplomówką. Doświadczenia biurowe, logistyczne, z obsługą klienta itd.
      Jako, że zawsze dużo siedziałem na necie to pomyślałem, że może SEO. Zacząłem sobie robić kursy z podstaw HTML, WordPressa, pozycjonowania, Google Analytics i czytać książki i artykuły o marketingu internetowym, nawet sobie zrobiłem na siłę pokazowego bloga.
      Celowałem w młodszego specjalistę, żeby się poduczyć fachu, ale byłem związany miesiącem wypowiedzenia i się nie załapałem w żadnej z dwóch firm do których startowałem, bo woleli kogoś na już.
      Teraz aplikuje w jeszcze jedno miejsce, w rekrutacji idę do przodu, ale trwa to jakoś dziwnie długo. Innych ogłoszeń w tej branży nie widzę, a wszędzie jak już to szukają ludzi z dużym doświadczeniem.
       
      Jestem bezrobotny od 2 tygodni (1 raz od 5 lat). Oszczędności mam na najbliższe 3-4 miesiące.  Oczywiście mogę sprzedać kilka rzeczy i mieć 30k na już, ale mi szkoda, bo ciężko na nie pracowałem. Teraz intensywnie szukam roboty. Aplikuje na różne stanowiska biurowe i hotelarskie, ale wszędzie płacą tyle, że można zapłakać. Najpierw proponują okres próbny za minimalną + jakieś dodatki itp. ale to wychodzą ledwo 2 kafle. Teoretycznie miałbym pracę od zaraz ale nie wiem czy brnąć w byle co. W branży logistycznej rekrutacja trwa strasznie długo. Mógłbym wrócić na koreańską strefę za jakieś sensowne pieniądze. Do dawnej pracy mam drzwi otwarte, ale z tego co mi mówią znajomi tam jest jeszcze gorzej niż było jak odchodziłem. Do rodzinnego domu wolałbym nie wracać bo jest skrajnie toksyczny i zmarnuje w nim życie. W rodzinnym mieście pracy też nie ma za dużo i za ciekawej. Co najwyżej można zmieniać firmy ale kasa pozostaje ta sama (okolice 2,5k).
       
      Powoli zaczynam być lekko zdesperowany. Jeżeli mam naginać za 1600zł albo jakiejś śmieciówce to już lepiej iść do takiego Lidla czy innej Biedronki. Albo łatać dziury w Policji - tam na start są 3 tysiące. 
      W głowie mam jeszcze dwa pomysły związane z tym co lubię robić. 
      - trener personalny - tutaj przynajmniej kurs za 2k - ale zarobki śmieciowe - musiałbym budować swoją markę od zera, bo inaczej nisko płatny etat.
      - gotowanie - lubię i dobrze mi wychodzi - nie mam żadnego doświadczenia w pracy gastro, ale patrząc po znajomych nie wiem czy bym się zdecydował. Niektórzy zarabiają dużo, ale idą do pracy na 13 a kończą o 23. Co wtedy mieć z hajsu, jak nie ma kiedy żyć ani dbać o siebie, poznawać nowych ludzi itp. 
       
      Do czego zmierzam. Już teraz mam bałagan w CV i nie wiem co robić, żeby nie zrobić jeszcze większego bałaganu. Znajomym się udało i przeskoczyli do spoko firm i są zadowoleni. Ja z kolei nie chce znowu wylądować w jakimś obozie pracy albo się tułać po Europie. Chciałbym już zakotwiczyć w jakimś jednym miejscu, bo ostatnie 9 lat to ciągła podróż i pakowanie walizek przeplatana z okresami stabilizacji. Oczekuję kasy na start 2,5-3k netto, a to chyba nie jest wyczyn w dużym mieście. Chciałbym znaleźć miejsce, w którym można by podnosić kwalifikację i się rozwijać. Mogę tyrać mocno, kiedyś zrobiłem prawie 300h w miesiącu, ale muszę mieć jakąś perspektywę. Typowa gadka o podwyżkę przeważnie kończy się na tym, że: nie stać nas, inni też tyle zarabiają, pomyślimy póżniej (kiedy ja generuje duże dochody, naganiam klientów, wprowadzam usprawnienia). A jak leci wypowiedzenie to dopiero pytają się co mogą zrobić, żebym został. 
      Co byście zrobili na moim miejscu? Czy są jakieś kursy albo zawody po których można się mocno przebić w miarę szybko? Po napisaniu tego postu, widzę, że chyba nie mam planu na siebie... 
       
       
    • Przez Trevor
      Daje do działu survivalu choć to raczej survival miejski bo w pracy. Dzisiejszy dzień w pracy był inny niż zwykle. Przyszedłem do hotelu, fakt jakiś ten dzień był nieciekawy deszczowo ciemno z humorem słabo. W pracy był typ którego bardzo nie lubie od jakichś 2 tygodni. Jestem nowym pracownikiem, i cokolwiek się nie zapytam ten z nerwami że dlaczego tego nie wiem nic na spokojnie nie wytłumaczy (nie miałem szkoleń i tak naprawde wszytko robie doraźnie według potrzeb), ciągle jakieś podchody próby trzymania mnie pod butem etc. Typ ciagłe nerwy fochy ewidentnie próbował zrobić ze mnie kogoś kim mógłby pomiatać (ma większą wiedzę i wykorzystywał to przeciw mnie ciągle starając sie postawić mnie w negatywnym świetle - aż zaczałem chodzić w pracy w lekkim stresie). Któregoś dnia powiedziałem mu że ma mnie szanować i że w ten sposób nie będziemy rozmawiać, za to możemy zacząć rozmawiać inaczej jesli tylko sobie tego życzy. Powiedziałem to stanowczo patrząc mu prosto w oczy z lekką nutką groźby. Sprawa myślałem zakończona, ale nie ciagłe podchody non stop to samo. Dzisiaj zadzwonił alarm (dźwięk podobny do niczego więc mu mówie że nie słyszałem tego alarmu nikt mnie nie szkolił jak to działa i jak mam sie zachowywać i że może by ustawili jakieś normalne dźwięki a nie jakies pierdnięcia. Typ nie wytrzymał, i idzie na zaplecze. Ja za nim i mu mówie stary tak nie moze być że my ciągle jakieś nieporozumienia mamy trzeba z tym skonczyć, a typ że "KURWA COS TAM". No to ja mówie tylko nie kurwa bo rozmawia... i w tym momencie typ wstał i mnie walnął pięścią w twarz. Przyznam że mnie to zaskoczyło, ale o dziwo wcale nie bolało. Typ do mnie z ryjem (zamiast iść za ciosem) co mi dało te 3 sekundy żeby przetrawić co sie dzieje. Sobie myślę nikt mnie bić nie będzie no to hajda na niego. Przyfasoliłem mu 2 buły na ryj a potem sie schylił no to go okładam po tyle głowy (mogłem po nerach lać) tak napierdalałem że wybiłem sobie mały palec (aż mi ręka teraz spuchła - ewidentnie trzeba popracować nad techniką ). Typ chwile odszedł to sobie myśle może odpuści a ten znowu do mnie z ryjem no to mówie na głos że z większymi kozakami miałem do czynienia, i wtedy ktoś wszedł i sie rozeszło. Powiem wam że to pierwsza taka sytuacja jaka mnie spotkała ale cieszę się bardzo że tak sie stało. Teraz typ dostanie dyscyplinarkę a ja w końcu będe mógł pracować z ludźmi którzy bedą  się w miare normalnie zachowywać. Jutro rozmowa z szefem. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Trzymajcie kciuki.
    • Przez Trevor
      Dlaczego mężczyźni opuszczają rynek pracy? Powodów jest sporo. W świetle ostatnich dyskusji jakie pojawiły się na forum i naszych problemów z samicami w pracy które i ja obecnie mam (dlatego nie przespałem dzisiaj całej nocy 😕 ).
      Bardzo ciekawy film i rada na koniec. Dajcie znać co o tym sadzicie. Dlaczego Waszym zdaniem tak się dzieje?
       
       
    • Przez Ksanti
      Parafrazując, Wojciechowska mówi, że praca dla pieniędzy jest niegodna. Poza tym zarzuca milenialsom rozczeniowość. Ator wspomina o tym jak poprzednie pokolenie poprzez tyranie nadgodzin zniszczyło rynek pracownika... Z resztą całość wytłumaczona w poniższym video materiale. Myślę, że warto obejrzeć.
       
    • Przez TheShy
      Cześć! 
       
      Od początku. Praca, klienci, czat. Poznaję dziewczynę, jak milion innych, piszemy o pracy - bo wymieniamy oferty - po jakimś czasie do siebie dzwonimy. Przez telefon śmiechy, chichy, włączyła mi się bajera i lekki flirt - wiadomo, żeby mnie zapamiętała.
      Jeszcze wtedy byłem w LTR, 3 miesiące temu po ponad roku zerwaliśmy. Wiadomo, jak to samiec (niekoniecznie ALFA), tęsknota, itp. itd.
      Do rzeczy, w poniedziałek zadzwoniła do mnie pani K., znów flircik, żarty, gadka 10% o ofertach, 90% natural. Potem odezwałem się na czacie, zeszło nt wyglądu, bo mówię w końcu, że w ciemno się nie będę produkował. Więc wysłała zdjęcie z - uwaga - prywatnego numeru, ale... zdjęcie bluzki. Odpisałem żartobliwie, wyślij mi jeszcze kawałek nogawki to chyba na kawę pójdziemy. No długo czekać nie musiałem... i tak się zaczęło. 
      Jako miejsce do spotkania wybrałem znaną mi knajpę, gdzie można i browca wypić i dobrze zjeść. Podkreślam, nie miałem pojęcia jak laska wygląda! Spóźniłem się specjalnie 3 minuty, podchodzę do auta po portfel i nadjeżdża taksa. Wysiada mocne 8/10 i myślę "Boże, żeby tylko ona chociaż tak wyglądała, a nie gorzej". No heeeej, Ty pewnie jesteś Szymek. Tu uwaga, nie zdrętwiałem tylko na lajcie "Jessica Simpson?" "Tak" "O, to szkoda, bo czekam na K." - nie wiem, na ile to było dobre, ale laska prawie sikała - jest dobrze.
      Piwko (ja bez alko, bo autem), śmiechy, gadka - no Bracia, byłem na wielu randkach w życiu, ale takich emocji nie dostarczyła mi jeszcze żadna kobieta. Kojarzycie uczucie, że poznajecie 5 minut temu laskę, a czujecie, że znacie się całe życie? No, to jedna z takich randek (chociaż oficjalnie to nie była randka). 
      Po knajpie poszliśmy na spacer (laska wcale nie chciała iść do domu), po wszystkim odwiozłem do domu (bo i tak po drodze, więc pomyślałem, że tu nie zjebię aż tak). 
      Wracam do domu i normalnie jak baba czuję high emocjonalny. No kozak spotkanie. Była kinetyzacja, niestety zabrakło KC, ponieważ powiedziałem jej, że to tylko kawa i nie jestem łatwy (wiem, zjebałem). Były rozmowy o seksie, zero nudzenia o związkach, polityce, etc.
      Na drugi dzień myślałem kiedy się odezwać, postanowiłem piątek wieczór (spotkanie w czwartek), jednak nie musiałem długo czekać, bo na czacie odezwała się pierwsza. Pisaliśmy do końca pracy, oczywiście nie co minutę, bo miałem zajęcie, a nawet jak nie, to musiała wiedzieć, że mam. I od końca pracy cisza. 
      Dlaczego to piszę? Bo po pierwsze, chciałem się pochwalić, a co mi tam, że po udanym związku, można się odkuć i zapomnieć o byłej (uwierzcie mi, że pani K. zalazła mi za skórę). Teraz tak, w skrócie:
       
      Na plus:
      - poczucie humoru
      - negi (robią ogromną robotę...!)
      - kinetyzacja
      - wiele innych, jak np. rozmowy o seksie.
       
      Na minus:
      - wytłumaczenia (np. dlaczego wziąłem piwo bezalkoholowe), na szczęście szybko się odbiłem, że się nie tłumaczę, tylko słuchaj bo z tym się wiąże pewna ciekawa historia, bla bla bla
      - zapłaciłem rachunek, mówiąc, że następnym razem TY stawiasz
      - powiedziałem, że i tak jej nie odwiozę do domu, niestety na koniec sam to zaproponowałem (nie wiem, czy tu był taki strzał w kolano, ale sądzę, że trochę wtopa).
       
      Pytanie do was: nie mam zamiaru oczywiście nawet złamanego sms puścić w weekend, ale myśl, żeby zadzwonić w niedzielę pod wieczór i powiedzieć "wtorek 18:00 tu i tu, bądź ubrana wygodnie czy tam coś" jest okej? Czy czekać na jej inicjatywę? 
       
       
  • Kto przegląda   0 użytkowników

    Brak zalogowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×

Ważne informacje

Umieściliśmy pliki cookie na Twoim urządzeniu, aby pomóc Ci ulepszyć tę witrynę. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym razie zakładamy, że możesz kontynuować.